Ptaki i wilki. Tajna gra, która odwróciła losy II wojny światowejTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

1  Dedykacja

2  I. Ostatni na placu boju

3  CZĘŚĆ PIERWSZA

4  II. Kiedy machasz mi na pożegnanie

5  III. Przybędą

6  IV. Wilki

7  V. Ananasy i szampan

8  VI. Nigdy na morzu

9  CZĘŚĆ DRUGA

10  VII. Roberts

11  VIII. Liście Dębu i choinki

12  IX. Asy i list

13  X. Cytadela

14  XI. Malina

15  XII. Królewski klucz

16  CZĘŚĆ TRZECIA

17  XIII. Słoń wylądował

18  XIV. Nulli secundus

19  XV. Bitwa ptaków i wilków. Część I

20  XVI. Bitwa ptaków i wilków. Część II

21  XVII. Zaszczyty

22  XVIII. Pistolet ukryty w mroku

23  XIX. Siostrzeństwo z linoleum

24  Postscriptum

25  Epilog

26  Fotografie

27  Podziękowania

28  Uwaga na temat źródeł

29  Przypisy

Dla Estelle Par­kin

Żeby twoje gry

dostar­czyły eks­cy­tu­ją­cych odpo­wie­dzi

I
Ostatni na placu boju
23 MAJA 1945 ROKU

Gil­bert Roberts, eme­ry­to­wany ofi­cer mary­narki bry­tyj­skiej, a obec­nie pro­jek­tant gier, zatrzy­mał się nagle na tra­pie pro­wa­dzą­cym na pokład oce­anicz­nego liniowca. Jeśli wzrok go nie mylił, po desce szedł wła­śnie, ugi­na­jąc się pod cię­ża­rem walizki, Karl Dönitz, nie­miecki admi­rał, który przed dwu­dzie­stoma trzema dniami, po samo­bój­stwie Adolfa Hitlera, został nowym przy­wódcą nazi­stow­skich Nie­miec.

Obaj męż­czyźni zbli­żyli się do sie­bie i zatrzy­mali w pół kroku, w zawie­sze­niu, podob­nie jak przez więk­szą część wojny, na ogra­ni­czo­nej prze­strzeni, ni to na lądzie, ni to na morzu. Przez krótką chwilę w popo­łu­dnio­wym słońcu sły­chać było tylko skrzy­pie­nie trapu i chlu­pot wody przy nabrzeżu.

Ich mun­dury wyda­wały się przy­naj­mniej o roz­miar za duże. To nie wojenne ogra­ni­cze­nia, lecz nie­szczę­śliwy splot oko­licz­no­ści spra­wił, że unik­nęli roz­ro­stu tuło­wia typo­wego dla więk­szo­ści ofi­ce­rów wyż­szego szcze­bla, korzy­sta­ją­cych z przy­słu­gu­ją­cych im wygód. Na wymi­ze­ro­wa­nej syl­wetce czter­dzie­stocz­te­ro­let­niego Robertsa wyci­snęła swoje piętno wyczer­pu­jąca walka z cho­robą. Przy wadze nie­spełna pięć­dzie­się­ciu jeden kilo­gra­mów ten mie­rzący sto osiem­dzie­siąt cen­ty­me­trów wzro­stu męż­czy­zna wciąż balan­so­wał na gra­nicy nie­do­ży­wie­nia. Dönitz z kolei przez ostatni mie­siąc dźwi­gał na swo­ich bar­kach cię­żar nego­cja­cji warun­ków pod­da­nia się swo­jego oblę­żo­nego narodu. Wciąż żywo odczu­wał ból, utra­ciw­szy w woj­nie nie jed­nego, lecz dwóch synów w ciągu jed­nego roku. Co gor­sza, obaj zgi­nęli pod­czas służby w utwo­rzo­nej prze­zeń flo­tylli U-Bootów, którą tak nie­ustę­pli­wie dowo­dził pod­czas swo­jej kariery. Pono­sił zatem podwójną odpo­wie­dzial­ność za ich śmierć: jako ojciec i dowódca.

Obu męż­czyzn łączyły nie tylko oso­bi­ste tra­ge­die i wytrwa­łość w obli­czu prze­ciw­no­ści. W ciągu ostat­nich trzech lat Roberts i Dönitz stali po prze­ciw­nych stro­nach sze­roko zakro­jo­nej i śmier­tel­nie nie­bez­piecz­nej gry pomię­dzy U-Bootami i okrę­tami alian­tów. Toczyła się ona na Atlan­tyku, oce­anie tak kapry­śnym i zdra­dziec­kim, że obie wal­czące na nim strony na równi uwa­żały go za swo­jego dru­giego nie­przy­ja­ciela.

Robertsa zwol­niono z mary­narki latem 1938 roku – dzień po tym, gdy wykryto u niego gruź­licę. Wró­cił do służby sie­dem mie­sięcy po wybu­chu wojny. Nie uży­wano wów­czas jesz­cze ter­minu „pro­jek­tant gier wojen­nych” na okre­śle­nie jego sta­no­wi­ska, ale do tego spro­wa­dzała się wszakże rola, którą powie­rzył Robert­sowi pre­mier Wiel­kiej Bry­ta­nii Win­ston Chur­chill. Jego zada­niem było stwo­rze­nie gry, która pozwo­li­łaby Bry­tyj­czy­kom zro­zu­mieć, dla­czego tracą tak wiele stat­ków w wyniku ata­ków U-Bootów. Dzia­ła­jąc wspól­nie z grupą bystrych i zdol­nych mło­dych kobiet zwa­nych „wren­kami”, z któ­rych znaczna część zale­d­wie ukoń­czyła naukę, Roberts przez kolejne mie­siące sto­czył nie­zli­czone symu­lo­wane bitwy mor­skie. Za pomocą tej gry opra­co­wał tak­tykę prze­ciw­dzia­ła­nia okrę­tom pod­wod­nym, którą prze­te­sto­wano w warun­kach wojen­nych, a następ­nie wpo­jono tysiącom ofi­ce­rów wysy­ła­nych na morze.

Dönitz także zda­wał sobie sprawę z nie­zwy­kłej war­to­ści gier toczo­nych pod­czas wojny. On rów­nież je opra­co­wy­wał, aby badać i dosko­na­lić tak­tykę, którą następ­nie prze­ka­zy­wał dowód­com U-Bootów ze swej kwa­tery głów­nej. Znaj­do­wała się ona na tere­nie oku­po­wa­nej Fran­cji, w bun­krze umiesz­czo­nym w pod­zie­miach ele­ganc­kiej dzie­więt­na­sto­wiecz­nej willi. Tak­tyka ta poma­gała zało­gom w reali­za­cji osta­tecz­nego celu: zata­pia­nia alianc­kich stat­ków han­dlo­wych, aby prze­rwać dostawy żyw­no­ści i sprzętu zmie­rza­jące w kie­runku bry­tyj­skich wybrzeży, a tym samym zagło­dzić wyspia­rzy i wygrać wojnę.

Obaj męż­czyźni pla­no­wali manewry i ude­rze­nia, prze­su­wa­jąc drew­niane żetony po mapach oce­anów jak piony na wod­nej sza­chow­nicy. Stawką byli zwy­kli śmier­tel­nicy; zgi­nęły tysiące Bry­tyj­czy­ków i Niem­ców, w tym ludzie, któ­rych Roberts i Dönitz oso­bi­ście poznali i któ­rym wydali roz­kazy.

– Dobry wie­czór, admi­rale – powie­dział Roberts, któ­remu towa­rzy­szył młody ame­ry­kań­ski spe­cja­li­sta od prze­słu­chań i były agent FBI1.

Dönitz, który natych­miast roz­po­znał swo­jego prze­ciw­nika dzięki foto­gra­fii opu­bli­ko­wa­nej rok wcze­śniej w cza­so­pi­śmie bry­tyj­skim, z sza­cun­kiem skło­nił głowę2. Znał powód przy­by­cia Robertsa do Flens­burga w Niem­czech: oca­lić wszel­kie dowody, które pozwo­li­łyby oce­nić pre­cy­zję prze­wi­dy­wań doty­czą­cych taj­nej tak­tyki U-Bootów, znoj­nie wysnu­tych w toku symu­la­cji.

W kie­szeni Robertsa, który bie­gle posłu­gi­wał się języ­kiem nie­miec­kim, spo­czy­wała „prze­pustka Ike’a”, doku­ment wydany i pod­pi­sany przez ame­ry­kań­skiego gene­rała Dwi­ghta D. Eisen­ho­wera, upo­waż­nia­jący go do prze­słu­cha­nia każ­dej osoby, która miała zwią­zek z pro­wa­dzo­nym przez niego docho­dze­niem. Roberts bar­dzo chciał wypy­tać Dönitza o tak­tykę jego okrę­tów – wil­cze stada, ataki tor­pe­dowe, pod­wodne ucieczki – a przede wszyst­kim zba­dać wie­dzę admi­rała na temat opra­co­wa­nych z wren­kami środ­ków zarad­czych. Dönitz musiał jed­nak zna­leźć się w Luk­sem­burgu, gdzie miał dołą­czyć do innych wzię­tych do nie­woli przy­wód­ców par­tii nazi­stow­skiej i SS, dowód­ców woj­sko­wych i mini­strów, któ­rzy ocze­ki­wali na pro­ces o zbrod­nie wojenne.

– Prze­ka­żemy panu wszystko, czego panu potrzeba, aby mógł pan uznać pobyt za przy­jemny i udany – powie­dział Dönitz, a potem pod­jął prze­rwany marsz na nabrzeże.

Uzbro­jony straż­nik popro­wa­dził admi­rała wzdłuż linii bry­tyj­skich czoł­gów do naj­bliż­szego komi­sa­riatu, gdzie Dönitza pla­no­wano pod­dać rewi­zji w poszu­ki­wa­niu ukry­tych fio­lek z tru­ci­zną3. Roberts i jego towa­rzysz z FBI weszli tym­cza­sem na sta­tek. Nosił on nazwę Patria i był, na co wska­zy­wała nazwa, ostat­nim śla­dem obró­co­nego w perzynę hitle­row­skiego Vater­landu.

Na pokła­dzie liniowca zdol­nego pomie­ścić bli­sko sze­ściu­set pasa­że­rów i człon­ków załogi Robert­sowi wska­zano jego kabinę. Był to apar­ta­ment pierw­szej klasy skła­da­jący się z sypialni, pry­wat­nej łazienki i salonu, w któ­rym zamie­rzał prze­słu­chi­wać wzię­tych do nie­woli ofi­ce­rów U-Bootów. W progu powi­tał Robertsa przy­stojny młody ofi­cer nie­miec­kiej mary­narki, o uli­za­nych wło­sach i wyra­zie deter­mi­na­cji na twa­rzy. Przed­sta­wił się jako Heinz Wal­ker­ling. Jak wyja­śnił, miał towa­rzy­szyć Robert­sowi pod­czas jego misji.

 

Wal­ker­ling, który zale­d­wie cztery dni wcze­śniej świę­to­wał trzy­dzie­ste uro­dziny4, był jed­nym z dowód­ców U-Bootów, któ­rych Roberts pra­co­wi­cie sta­rał się pozba­wić życia. Ten Nie­miec mógł się uwa­żać za szczę­ścia­rza. Po uda­nym ataku tor­pe­do­wym i zato­pie­niu pię­ciu alianc­kich jed­no­stek – dwóch bry­tyj­skich, dwóch ame­ry­kań­skich i jed­nej kana­dyj­skiej – Wal­ker­ling został prze­nie­siony do szkoły tor­pe­do­wej w Mürwiku, gdzie uczył strze­la­nia kan­dy­da­tów na pod­wod­nia­ków. Pod­czas gdy agent FBI loko­wał pod łóż­kiem Robertsa swój magne­to­fon, ukryty dla nie­po­znaki w walizce, Wal­ker­ling zapy­tał, czy jego nowy szef ma przy sobie pisto­let.

– Nie – odparł Roberts, który przed opusz­cze­niem Lon­dynu odmó­wił przy­ję­cia broni.

O pią­tej po połu­dniu Roberts prze­pro­wa­dził pierw­sze prze­słu­cha­nie. Roz­ma­wiał z sze­fem sztabu Dönitza, czło­wie­kiem odpo­wie­dzial­nym za orga­ni­za­cję i dzia­ła­nia ope­ra­cyjne wszyst­kich okrę­tów pod­wod­nych. Po dwóch godzi­nach inten­syw­nego prze­py­ty­wa­nia Roberts wyłą­czył magne­to­fon i w asy­ście Wal­ker­linga udał się na posi­łek do mesy ofi­cer­skiej.

W pomiesz­cze­niu pano­wała nie­pewna atmos­fera. Sie­dzący przy sto­łach usta­wio­nych w głębi sali Niemcy, grupa kapi­ta­nów mary­narki wojen­nej i ofi­ce­rów por­to­wych, nie szczę­dzili sobie przy­ty­ków i docin­ków. Co rusz wybu­chali rubasz­nym śmie­chem. Roberts wychwy­cił w nim nutę histe­rii, którą wziął za oznakę głę­bo­kiej ulgi po znik­nię­ciu przy­gnia­ta­ją­cego ich stresu5. Ofi­ce­ro­wie bry­tyj­scy tym­cza­sem sie­dzieli w ponu­rej ciszy wokół stołu pośrodku pomiesz­cze­nia, zasta­na­wia­jąc się nad spo­czy­wa­ją­cym na nich jako zwy­cięz­cach dotkli­wym obo­wiąz­kiem uprząt­nię­cia całego bała­ganu. Eks­taza roz­gro­mio­nych i nie­dola pogrom­ców – cóż za intry­gu­jący para­doks wojny.

Roberts i jego towa­rzy­sze w nie­mal cał­ko­wi­tej ciszy posi­lili się czar­nym chle­bem macza­nym w cien­kim kapu­śniaku. Nie zaspo­ko­iw­szy głodu, koman­dor powró­cił do swo­jej kabiny. Następ­nego dnia cze­kała go seria poważ­nych prze­słu­chań ofi­ce­rów U-Bootów. Z wielką nie­cier­pli­wo­ścią ocze­ki­wał rów­nież na moż­li­wość odwie­dze­nia pokoju map, z któ­rego Dönitz kie­ro­wał bitwą o Atlan­tyk. Mógłby wów­czas porów­nać nie­miec­kie cen­trum dowo­dze­nia z jego bry­tyj­skim odpo­wied­ni­kiem w Liver­po­olu, który przez ostat­nie trzy lata stał się dlań dru­gim domem.

Gdy dotarli do sypialni Robertsa, Wal­ker­ling zapy­tał, czy nie mógłby prze­spać się na kana­pie w jego kabi­nie.

– Nie mam dokąd pójść – wyznał żało­śnie kapi­tan U-Boota.

Roberts odmó­wił. Wysta­rał się jed­nak dla swego pomoc­nika o dodat­kową kabinę, poło­żoną nie­da­leko. Zarzą­dził też, aby umiesz­czono na jej drzwiach napis: „Nie­miecki asy­stent koman­dora Robertsa”.

Wresz­cie Roberts mógł lec na koi. Odczu­wał wszech­ogar­nia­jące zmę­cze­nie. Miał za sobą pięć lat wojen­nego rygoru, z towa­rzy­szą­cym mu racjo­no­wa­niem żyw­no­ści i – podob­nie jak w przy­padku innych miesz­kań­ców miast – noc­nymi bom­bar­do­wa­niami. Nie były to jed­nak jedyne powody odczu­wa­nego znu­że­nia: wyczer­pały go dłu­go­trwały trud rato­wa­nia roz­pa­da­ją­cego się mał­żeń­stwa, a także poprzed­nia noc, którą spę­dził w bel­gij­skim hotelu, wzdry­ga­jąc się za każ­dym razem, kiedy ame­ry­kań­skie bom­bowce z hukiem prze­la­ty­wały ponad Bruk­selą pod­czas ostat­nich akcji w tej woj­nie.

Roberts zapadł w nie­wzru­szony sen umę­czo­nego czło­wieka. Nie usły­szał klik­nię­cia zasuwki blo­ku­ją­cej wej­ście do jego kabiny. Nie dostrzegł syl­wetki męż­czy­zny obla­nej świa­tłem pada­ją­cym przez szcze­linę w drzwiach. Nie widział też zary­sów tkwią­cego w jej dłoni pisto­letu Lugera.

CZĘŚĆ PIERW­SZA

Kar­mi­li­śmy nasze morze przez tysiąc lat,

Lecz ono wciąż nas przy­zywa, nie­na­sy­cone.

The Song of the Dead, Rudy­ard Kipling

II
Kiedy machasz mi na poże­gna­nie
PIĘĆ LAT WCZE­ŚNIEJ

Uko­ły­sany trzesz­cze­niem i koły­sa­niem kabiny Colin Ryder Richard­son przy­sy­piał nad otwar­tym komik­sem, kiedy znie­nacka pode­rwał go głu­chy odgłos dobie­ga­jący gdzieś z głę­bin pod jego koją6. Wska­zówki sto­ją­cego obok zegara poka­zy­wały trzy minuty po pół­nocy. W swoim domu w Lon­dy­nie jede­na­sto­letni chło­pak już dawno by spał. Na statku nie było jed­nak rodzi­ców, któ­rzy zrzę­dli­wie gada­liby o koniecz­no­ści zga­sze­nia świa­tła i wcze­snej pobudce. Pod­czas ich pierw­szego spo­tka­nia przed czte­rema dniami węgier­ski opie­kun Colina dzie­lący z nim kabinę, młody dzien­ni­karz Laszlo Raskai, uznał, że blon­dy­nek o inte­li­gent­nych oczach nie potrze­buje już nad­zoru doro­słych. Jakież nie­bez­pie­czeń­stwo mogło mu gro­zić na luk­su­so­wym trans­atlan­tyku poza wypad­nię­ciem za burtę?

Korzy­sta­jąc ze swo­body, kilka dni wcze­śniej Colin umie­ścił w szu­fla­dzie sekre­ta­rzyka oddzie­la­ją­cego ich koje kulkę z łoży­ska, którą odkrył w szcze­li­nie pomię­dzy deskami pokładu7. Chro­bot i postu­ki­wa­nie prze­ta­cza­ją­cej się dro­biny metalu dzia­łały na niego kojąco. Raskai rzadko bywał w kabi­nie i nie narze­kał na hałas. Chwilę po tym, jak chło­piec prze­bu­dził się pod wpły­wem stłu­mio­nego dźwięku, kulka wydała nagle gło­śny stu­kot, a następ­nie uci­chła na dobre, gdy sta­tek zaczął się prze­chy­lać. Z początku nie­do­strze­gal­nie, ale wkrótce prze­chył zaczął się wyraź­nie pogłę­biać. Do kabiny Colina dobie­gły pierw­sze okrzyki, a chwilę póź­niej chło­pak poczuł cha­rak­te­ry­styczny zapach lakieru do paznokci.

Na początku wrze­śnia rodzice usie­dli z nim po obie­dzie w rodzin­nym domu na walij­skiej far­mie – tym­cza­so­wej kry­jówce na czas ucieczki z bom­bar­do­wa­nego Lon­dynu – i zapy­tali, czy miałby coś prze­ciw wycieczce do Ame­ryki. Colin wyobra­ził sobie ogromny napis „Hol­ly­wood” i kow­bo­jów wypa­da­ją­cych z bal­ko­nów – roman­tyczna wizja kraju w umy­śle jede­na­sto­latka. Zare­ago­wał entu­zja­stycz­nie, zaraz jed­nak się dowie­dział, że nie zamieszka w Beverly Hills, tylko w Nowym Jorku. Nie tak to sobie wyobra­żał, choć z dru­giej strony w warun­kach racjo­no­wa­nia żyw­no­ści bry­tyj­ska kuch­nia stała się mono­tonna i pozba­wiona wyrazu. Coli­nowi Wiel­kie Jabłko jawiło się jako kra­ina wszel­kiej obfi­to­ści.

Colin nie zda­wał sobie sprawy, że przy­go­to­wa­nia do jego wyjazdu trwały już od jakie­goś czasu. Miał wyru­szyć sam na pokła­dzie statku zmie­rza­ją­cego do Mont­re­alu. Stam­tąd udałby się na połu­dnie, na Long Island, gdzie ocze­ki­wało wiele dobrze sytu­owa­nych nowo­jor­skich mał­żeństw, które zaofe­ro­wały się przy­gar­nąć dzieci ewa­ku­owane z Wiel­kiej Bry­ta­nii.

Decy­zja o ode­sła­niu syna tak daleko tylko z początku wyda­wała się trudna. Druga wojna świa­towa trwała od roku. Tego lata po krót­kim sze­ścio­ty­go­dnio­wym opo­rze Fran­cja ska­pi­tu­lo­wała przed nazi­stami. Upa­dek ostat­niego szańca oddzie­la­ją­cego Wielką Bry­ta­nię od nie­miec­kiej armii ode­słał do lamusa zało­że­nia, na któ­rych Bry­tyj­czycy opie­rali swoją stra­te­gię. Rodzice Colina, podob­nie jak wielu innych, byli prze­ko­nani, że po wypchnię­ciu Bry­tyj­czy­ków z Dun­kierki w czerwcu 1940 roku Niemcy szy­kują się do prze­kro­cze­nia kanału La Man­che, wstęgi wody o sze­ro­ko­ści zale­d­wie pięć­dzie­się­ciu kilo­me­trów. Inwa­zja ta nie­mal nie­uchron­nie zakoń­czy­łaby się suk­ce­sem. W ostat­nich tygo­dniach bry­tyj­skie Mini­ster­stwo Infor­ma­cji roz­po­częło dys­try­bu­cję ulo­tek zaty­tu­ło­wa­nych „Jeśli nadejdą najeźdźcy: spo­soby postę­po­wa­nia”.

Naj­bar­dziej prze­ko­nu­ją­cym rodzi­ców argu­men­tem były jed­nak zapeł­nia­jące kost­nice dzie­cięce ciała: prze­grań­ców ponu­rej lote­rii lon­dyń­skiego blitzu, kiedy co noc nie­miec­kie samo­loty bom­bami obra­cały mia­sto w perzynę. Rodziny, które kilka mie­sięcy wcze­śniej nawet nie zasta­na­wia­łyby się nad ode­sła­niem swo­ich dzieci „nie wia­domo komu” na „nie wia­domo jak długo”, teraz bli­skie despe­ra­cji sta­rały się wyba­wić swo­ich synów i córki od zła, nie bacząc na emo­cjo­nalne koszty.

W pomy­śle Rydera Richard­sona, aby wysłać potomka za gra­nicę, nie było niczego wyjąt­ko­wego. W czerwcu bry­tyj­ski rząd podał do wia­do­mo­ści publicz­nej śmiały, kon­tro­wer­syjny i – dla rodzi­ców, któ­rzy zgło­sili do niego akces – łamiący serce plan ewa­ku­acji dzieci z Lon­dynu, Liver­po­olu oraz innych celów zagro­żo­nych przez Luft­waffe. Odzew był natych­mia­stowy: na zale­d­wie dwa­dzie­ścia tysięcy miejsc zgło­szono nie­mal ćwierć miliona dzieci.

Plan był spraw­dzony i pro­sty. Od początku wojny statki han­dlowe prze­wo­ziły do Wiel­kiej Bry­ta­nii żyw­ność, paliwa i inne towary. Bez tego importu wyspiar­ski naród byłby zmu­szony gło­do­wać. Po doświad­cze­niach pierw­szej wojny świa­to­wej mary­na­rze pamię­tali, że naj­pew­niej­szym spo­so­bem na poko­na­nie Atlan­tyku są kon­woje, które opie­rały bez­pie­czeń­stwo na liczeb­no­ści. Do ich ochrony Royal Navy skie­ro­wała okręty wojenne. Okręty eskor­towe prze­wo­ziły jedy­nie ludzi i broń. Ota­czały obju­czony ładun­kiem kon­wój, odpie­ra­jąc ataki nie­przy­ja­ciela na podo­bień­stwo psów paster­skich bro­nią­cych stad przed wil­kami. Wpro­wa­dzoną w 1917 roku tak­tykę kon­wo­jów począt­kowo reali­zo­wano na kanale La Man­che, lecz kiedy dowio­dła swo­jej sku­tecz­no­ści, roz­sze­rzono ją na jed­nostki prze­ci­na­jące głę­bo­kie i roz­le­głe wody Oce­anu Atlan­tyc­kiego. Sta­tek ewa­ku­acyjny Colina niczym nie wyróż­niał się spo­śród swo­ich pobra­tym­ców w kon­woju, z wyjąt­kiem tego, że zamiast drewna, węgla, ropy czy wie­przo­winy s/s City of Bena­res prze­wo­ził dzieci.

Podróż, któ­rej celem było unik­nię­cie zagro­żeń w ojczyź­nie, nie była od nich wolna na morzu. Przez cały rok U-Booty – skrót od nie­miec­kiego Unter­se­eboot, okręt pod­wodny – ata­ko­wały wszyst­kie napo­tkane alianc­kie jed­nostki. Ataki te przy­brały na sile po tym, gdy kilka tygo­dni wcze­śniej, na początku sierp­nia, Hitler wypo­wie­dział Wiel­kiej Bry­ta­nii nie­ogra­ni­czoną wojnę pod­wodną.

29 sierp­nia 1940 roku w odle­gło­ści sie­dem­dzie­się­ciu mil mor­skich od irlandz­kiego wybrzeża, na wyso­ko­ści Done­gal, U-Boot wystrze­lił tor­pedy w kie­runku s/s Volen­dam, pierw­szego kon­wo­jo­wa­nego statku z małymi uchodź­cami na pokła­dzie8. Sta­tek opusz­czono1, ale wszyst­kie trzy­sta dwa­dzie­ścioro jedno dzieci udało się ura­to­wać. Atak wyraź­nie ujaw­nił nie­bez­pie­czeń­stwo, jakie wią­zało się z pla­nem, pomimo kata­strofy sta­tek jed­nak na­dal wyda­wał się bez­piecz­niej­szy od lon­dyń­skiego łóżka.

W czwar­tek 12 wrze­śnia 1940 roku Colin wsiadł z matką do pociągu odcho­dzą­cego do Liver­po­olu. Wszystko już usta­lono: chło­piec wraz z osiem­dzie­się­cioma dzie­wię­cioma pozo­sta­łymi dziećmi (z któ­rych dwoje dwa tygo­dnie wcze­śniej prze­żyło zato­nię­cie Volen­damu) odpły­nie tego dnia do Kanady.

Colin – ze scho­wa­nym w kie­szonce dzie­się­cio­fun­to­wym bank­no­tem, który otrzy­mał od ojca na poże­gna­nie – obser­wo­wał prze­su­wa­jący się za oknem zie­lony walij­ski kra­jo­braz. Z zamy­śle­nia wyrwało go potrzą­śnię­cie za ramię. Matka po raz tysięczny przy­po­mniała synowi, jak winien postę­po­wać, a potem – po raz kolejny – wymo­gła na nim obiet­nicę, że ni­gdy, przeni­gdy nie zdej­mie swo­jej pur­pu­ro­wej kami­zelki ratun­ko­wej, którą spre­zen­to­wała mu rano. Wypeł­niał ją kapok, włókno roślinne mające zdol­ność utrzy­my­wa­nia się na wodzie, i zda­niem matki sta­no­wiła ona o wiele lep­szą ochronę niż jaki­kol­wiek sprzęt ratow­ni­czy na statku. Colin miał nosić ją dzień i noc. Na ogół trzy­mał się tej zasady, przez co z cza­sem przy­lgnął do niego przy­do­mek „Szkar­łatny Will”, zaczerp­nięty od imie­nia towa­rzy­sza Robin Hooda. Chło­piec zdej­mo­wał wpraw­dzie kami­zelkę do snu, zawsze jed­nak pozo­sta­wała w zasięgu jego dłoni.

Gdy matka i syn dotarli do liver­po­ol­skich doków i zna­leźli się pośród kiwa­ją­cych się żurawi por­to­wych, oto­czeni wście­kłym gwa­rem, po raz pierw­szy z pełną mocą dotarło do nich, że naprawdę się roz­stają. Colin poka­zał swoją maskę prze­ciw­ga­zową i doku­menty toż­sa­mo­ści. W jego sercu radość ze zbli­ża­ją­cej się przy­gody mie­szała się z żalem z powodu rychłej roz­łąki. Wtedy wypa­trzył linio­wiec, który miał zawieźć go do Mont­re­alu.

 

City of Bena­res był zgrab­nym luk­su­so­wym trans­atlan­ty­kiem o wypor­no­ści jede­na­stu tysięcy ton, wypo­sa­żo­nym w dwa grube kominy wsparte plą­ta­niną takie­lunku. Kadłub pocią­gnięto jasno­brą­zową farbą, nie po to, by ukryć go przed wzro­kiem U-Bootów, lecz aby odbi­jał pro­mie­nie upal­nego słońca Oce­anu Indyj­skiego, albo­wiem sta­tek utrzy­my­wał regu­larne połą­cze­nie pomię­dzy Bom­ba­jem a Liver­po­olem.

Colin szybko poże­gnał się z matką, która nie chciała prze­cią­gać tej chwili, i się roz­stali. Chło­pak pozo­stał na nabrzeżu z jed­nym tylko kufrem, do któ­rego spa­ko­wał nakrę­caną klu­czy­kiem moto­rówkę i swoją szczę­śliwą jed­no­pen­sówkę z wize­run­kiem Jerzego III.

W prze­ci­wień­stwie do innych dzieci traj­ko­czą­cych na nabrzeżu, z któ­rych więk­szość miała na szyi zawie­szony na sznu­rówce iden­ty­fi­ka­tor z imie­niem i któ­rych ewa­ku­ację opła­cał rząd, Colin nale­żał do jedy­nej dzie­siątki płat­nych pasa­że­rów. Pozo­stali byli synami i cór­kami poli­cjan­tów, gór­ni­ków i innych nie­za­moż­nych pra­cow­ni­ków fizycz­nych, wybra­nymi przez Chil­dren’s Over­seas Recep­tion Board (Komi­tet Ewa­ku­acji Dzieci za Gra­nicę) do wyjazdu do Ame­ryki Pół­noc­nej. Rząd powo­łał CORB w pośpie­chu, głów­nie po to, aby ode­przeć poja­wia­jące się w pra­sie oskar­że­nia o to, że pocie­chy boga­czy mogą spać spo­koj­nie w nowo­jor­skich dra­pa­czach chmur, pod­czas gdy dzieci klasy robot­ni­czej trzęsą się nocami ze stra­chu, „zagro­żone”, jak ujął to jeden z felie­to­ni­stów, „war­ko­tem bom­bowca”9.

Ojciec Colina, jako adwo­kat, nale­żał do tych zamoż­nych rodzi­ców, któ­rzy kupili bilet, aby zagwa­ran­to­wać synowi miej­sce. Sta­tus ten zapew­nił chłopcu pewną dozę wol­no­ści, któ­rej pozba­wiona była więk­szość pozo­sta­łych dzieci, pod­da­nych nie­ugię­temu rygo­rowi lek­cji.

Na pokła­dzie Coli­nowi pozo­sta­wiono wolną rękę, co przed­sta­wiało sobą wizję luk­susu dalece odbie­ga­ją­cego od skrom­nej egzy­sten­cji na pozba­wio­nej elek­trycz­no­ści walij­skiej far­mie. W olbrzy­miej sali zabaw zna­la­zło się miej­sce dla bogato zdo­bio­nego konia na bie­gu­nach, z któ­rego boków zwie­szały się kosze. Każdy z nich z łatwo­ścią mie­ścił troje dzieci. Wzdłuż jed­nego z kory­ta­rzy cią­gnęły się butiki ofe­ru­jące ele­gancką biżu­te­rię i inne świe­ci­dełka, a pod­łogę jadalni wyło­żono puszy­stym dywa­nem god­nym naj­wy­śmie­nit­szej restau­ra­cji. Naj­lep­sze było jed­nak to, że City of Bena­res sta­no­wił strefę wolną od wojen­nej regla­men­ta­cji; pod­czas tygo­dnio­wej podróży nie było mowy o wydzie­la­niu kil­ku­na­stu gra­mów bekonu i żół­tego sera.

Więk­szość spo­śród ponad­dwu­stu­oso­bo­wej załogi sta­no­wili Hin­dusi z Indii Wschod­nich. Część z nich poru­szała się boso i w jasnych tur­ba­nach, więk­szość nosiła nie­bie­sko-białe mun­dury. Wcho­dząc na pokład statku, Colin odniósł wra­że­nie, jakby wstę­po­wał na pły­wa­jący relikt Indii Bry­tyj­skich; barwy i zapa­chy wzbu­dzały fascy­na­cję, łago­dzącą nieco cios wyni­ka­jący z wia­do­mo­ści o opóź­nie­niu. Poprzed­niej nocy nie­miec­kie samo­loty zrzu­ciły do morza miny, które nale­żało usu­nąć, nim jaka­kol­wiek jed­nostka mogłaby opu­ścić port. Ku kon­ster­na­cji nie­któ­rych co bar­dziej prze­sąd­nych mary­na­rzy City of Bena­res wypły­nął po połu­dniu w pią­tek trzy­na­stego, co, jak się póź­niej oka­zało, będzie miało kon­se­kwen­cje godne tanich sen­sa­cyj­nych powie­ści.

O szó­stej wie­czo­rem, gdy grupki dzieci śpie­wały chó­ral­nie Wish Me Luck as You Wave Me Good­bye (Życz mi szczę­ścia, kiedy machasz mi na poże­gna­nie), sta­tek został wypro­wa­dzony przez holow­nik z basenu por­to­wego w Liver­po­olu. W Kanale Pół­noc­nym spo­tkał się z sie­dem­na­stoma pozo­sta­łymi jed­nost­kami skła­da­ją­cymi się na kon­wój OB.213 zmie­rza­jący do Kanady w asy­ście eskor­tow­ców. Jed­nym z tych okrę­tów był HMS Win­chel­sea, który przed trzema mie­sią­cami powró­cił po ewa­ku­acji żoł­nie­rzy z Dun­kierki.

Podró­żu­jący na wła­sną rękę Colin, podob­nie jak doro­śli pasa­że­ro­wie, któ­rzy zapła­cili za rejs, był panem swo­jego czasu. Wałę­sał się po pokła­dzie, pod­czas gdy więk­szość pozo­sta­łych dzieci na statku, wszyst­kie w wieku od pię­ciu do szes­na­stu lat, musiała o ósmej wie­czo­rem być w łóż­kach, wsta­wać o wpół do ósmej i w ciągu dnia odby­wać lek­cje w sali dzie­cię­cej. Przy ład­nej pogo­dzie, jaka czę­sto zda­rzała się pod­czas pierw­szych dwóch dni podróży, chło­pak sia­dał na pokła­dzie i obser­wo­wał, jak indyj­scy kuko­wie przy­go­to­wują posiłki, roz­sy­pu­jąc worki ryżu i socze­wicy na tyl­nym pokła­dzie i mie­sza­jąc ziarna za pomocą łopat.

Colin oraz część innych dzieci podró­żu­ją­cych odpłat­nie zna­leźli sobie pro­stą zabawę. Pole­gała ona na tym, że roz­sta­wiali leżak, a następ­nie pozwa­lali, żeby wiatr prze­su­nął go wąskim przej­ściem z lewej na prawą burtę. Michael Ren­nie, stu­dent Oxfordu i dobrze zapo­wia­da­jący się rug­by­sta, nauczył dzieci łapać leżaki na lasso. Ruby Grier­son, trzy­dzie­sto­sze­ścio­let­nia szkocka doku­men­ta­listka, cho­dząca po pokła­dzie w bere­cie i z nie­od­łącz­nym papie­ro­sem zwi­sa­ją­cym z kącika ust, czę­sto fil­mo­wała dzie­cięce zabawy. Grier­son ucho­dziła za wscho­dzącą gwiazdę kine­ma­to­gra­fii, a jej naj­now­szy film, They Also Serve, poświę­cony był roli gospo­dyń domo­wych w wal­czą­cej Anglii. Powie­rzono jej zada­nie uwiecz­nie­nia pro­gramu ewa­ku­acji i wiele dzieci krę­ciło się stale wokół niej, kiedy przy­go­to­wy­wała uję­cia, sta­ra­jąc się spro­stać wła­snym wyobra­że­niom o grze u zna­nej reży­serki.

Z upły­wem czasu pogoda ule­gła pogor­sze­niu. Colin dzie­lił czas pomię­dzy pokła­dową biblio­tekę a salo­nik kok­taj­lowy, gdzie życz­liwi doro­śli czę­sto­wali go wisien­kami wyję­tymi z drin­ków Whi­sky Sour. W prze­ci­wień­stwie do czę­ści z nich Colin cie­szył się z nawał­nicy. Sły­szał o pod­wod­nym zagro­że­niu i wykon­cy­po­wał sobie, że im bar­dziej wzbu­rzone jest morze, tym mniej­sza szansa, że sta­tek zosta­nie dostrze­żony przez oku­lar pery­skopu jakie­goś U-Boota. Oce­niał poziom bez­pie­czeń­stwa po hała­sie, jaki czy­niła jego kulka z łoży­ska.

Ran­kiem 17 wrze­śnia, trzy i pół dnia po tym, jak kon­wój z City of Bena­res wypły­nął z Liver­po­olu, trzy eskor­towce Royal Navy, chro­niące dotąd stado, ode­rwały się odeń i wyru­szyły w podróż powrotną na wody bry­tyj­skie. Wraz z nimi znik­nęły ich działa.

Sta­tek, już nie­mal w poło­wie swo­jej dzie­wię­cio­dnio­wej podróży, znaj­do­wał się w odle­gło­ści pra­wie pię­ciu­set mil mor­skich na pół­nocny zachód od Liver­po­olu i wpły­wał na pas wód zwany „Luką” lub „Czarną Dziurą”, przez Niem­ców zaś „Das Tode­sloch”, czyli „Dziurą Śmierci”. Bry­tyj­czycy uwa­żali ten obszar za bez­pieczny, jako że leżał poza zasię­giem dzia­ła­nia U-Bootów. Dla­tego takie statki jak City of Bena­res oraz inne jed­nostki han­dlowe prze­kra­czały go samot­nie i dopiero po kilku dniach spo­ty­kały się z dobrze uzbro­jo­nymi okrę­tami kana­dyj­skiej eskorty.

Royal Navy posia­dała nie­ak­tu­alne infor­ma­cje i nie zda­wała sobie sprawy, że kilka tygo­dni wcze­śniej Niemcy prze­nie­śli okręty pod­wodne do świeżo prze­ję­tych baz w oku­po­wa­nej Fran­cji. Tam, w dokach Lorient, Bre­stu i La Pal­lice (a póź­niej także Saint-Naza­ire i Bor­de­aux), po napra­wie i zatan­ko­wa­niu U-Booty odsy­łano z powro­tem na morze, bez koniecz­no­ści zawi­ja­nia do por­tów nie­miec­kich. Rezy­gna­cja z powrotu na Bał­tyk w celach zaopa­trze­nio­wych pozwo­liła okrę­tom o dzie­sięć dni dłu­żej gra­so­wać na Atlan­tyku. Pły­nący na powierzchni z pręd­ko­ścią dzie­się­ciu węzłów naj­czę­ściej spo­ty­kany wów­czas model U-Boota, typ VIIC, dys­po­no­wał zasię­giem nie­mal ośmiu tysięcy mil mor­skich. Z sześciotygo­dniowym zapa­sem paliwa samotny okręt mógł prze­mie­rzyć Atlan­tyk wszerz, od uro­kli­wych plaż Fran­cji po ska­li­ste wybrzeża pół­noc­no­ame­ry­kań­skie. Ocean zna­lazł się w pro­mie­niu dzia­łań wojen­nych, a wraz z tym znik­nęła prze­strzeń, w któ­rej kon­wo­jo­wane stadko mogło się czuć bez­piecz­nie. Luka została zamknięta.

We wnę­trzu U-Boota już po sze­ściu dniach spę­dzo­nych na morzu pano­wała cuch­nąca wil­goć. U-48 opu­ścił Lorient wie­czo­rem 8 wrze­śnia 1940 roku. Trzy­dzie­stu ośmiu mary­na­rzy nie­za­chwia­nie wie­rzyło, że są w pełni przy­go­to­wani do pod­wod­nego życia. Męż­czyźni, z któ­rych część wciąż była jesz­cze nasto­lat­kami, a nie­mal wszy­scy kawa­le­rami10, mieli za sobą surowe przy­go­to­wa­nie fizyczne. Nauczono ich trud­nej sztuki pod­wod­nej żeglugi, poznali też tech­no­lo­gię budowy U-Bootów. W morze wyszli jedy­nie ci, któ­rzy oka­zali się zdolni znieść klau­stro­fo­biczną cia­snotę sta­lo­wych kadłu­bów i upo­ko­rze­nie przy­ku­cia do relingu na pokła­dzie, gdy okręt ciął powierzch­nię wody jak przy­cięż­kawa moto­rówka. Mimo to nie było spo­sobu na to, żeby przy­go­to­wać czło­wieka na ponurą rze­czy­wi­stość będącą udzia­łem pod­wod­nia­ków: mokre stoły, wiecz­nie wil­gotne ręcz­niki i żar­łoczne wszy.

Para­dok­sal­nie dopiero na powierzchni U-Booty ogar­niał naj­więk­szy spo­kój, gdy pędziły z pełną pręd­ko­ścią napę­dzane przez nie­miec­kie sil­niki Die­sla, które mogły naresz­cie zaczerp­nąć powie­trza. Pod wodą okręt zwal­niał i sta­wał się bez­bronny, przy­mu­szony do korzy­sta­nia z sil­ni­ków elek­trycz­nych, które stać było co naj­wy­żej na deli­katne popy­cha­nie go naprzód przez względ­nie krótki czas. Potem nale­żało się wynu­rzyć, aby znów nała­do­wać wyczer­pane bate­rie.

Wewnątrz kadłuba U-48 żaden czło­nek załogi nie miał swo­jego miej­sca. Zmie­niano się na kojach, pro­mie­niu­ją­cych jesz­cze cie­płem poprzed­niego loka­tora, tyleż przy­jem­nym, co odstrę­cza­ją­cym. Tych, któ­rzy mieli lekki sen, wybu­dzał nie­ustanny łomot tło­ków, wes­tchnię­cia i cmok­nię­cia zawo­rów wlo­to­wych i gul­go­ta­nie pomp zęzo­wych. Uśpiony umysł musiał nauczyć się oddzie­lać cały ten hur­got od oznak zagro­że­nia, oznaj­mia­nych przez syrenę sygna­łem Ach­tung!.