Zimne ognieTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Od autora

Prolog

1

2

3

4

5

6

7

8

9

10

11

12

13

14

15

16

17

18

19

20

21

22

Epilog

Tytuł oryginału: WHERE THERE’S SMOKE

Redakcja: Ewa Kaniowska

Projekt okładki: Leon Dufour/TW

Adaptacja okładki: Magdalena Zawadzka

Zdjęcie autorki na okładce: © Jill Battaglia/Arcangel Images

Korekta: Maciej Korbasiński

Redaktor prowadzący: Małgorzata Głodowska

Copyright © Hunter Publications Limited, 1997, 2015 By arrangement with the Proprietor. All rights reserved. Copyright for the Polish edition © by Wydawnictwo Czarna Owca, 2016

Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark).

Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione.

Wydanie I

ISBN 978-83-8015-389-9


Wydawnictwo Czarna Owca Sp. z o.o. ul. Alzacka 15a, 03-972 Warszawa www.czarnaowca.pl Redakcja: tel. 22 616 29 20; e-mail: redakcja@czarnaowca.pl Dział handlowy: tel. 22 616 29 36; e-mail: handel@czarnaowca.pl Księgarnia i sklep internetowy: tel. 22 616 12 72; e-mail: sklep@czarnaowca.pl

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

DLA HILARY

Od autora

Pierwsze wydanie Zimnych ogni przypada na rok 1997. Na pomysł wpadłem, przeczytawszy w gazecie artykuł o matce zastępczej, która nie chciała oddać niemowlęcia prawowitym rodzicom. Zacząłem się zastanawiać, co by się stało, gdyby to kobieta zapłaciła mężczyźnie za pomoc w spłodzeniu dziecka. Odniosłem wrażenie, że krył się tu spory potencjał dramatyczny.

Zimne ognie były moją trzecią powieścią, ale pierwszą, która wymagała ode mnie szeroko zakrojonych badań nad poruszonym w niej tematem. Nigdy wcześniej nie napisałem też książki, której główną postacią była kobieta. Moim celem było napisanie porywającego thrillera o zwyczajnym życiu zamieniającym się stopniowo w koszmar. Chciałem, żeby ta książka była równie interesująca dla mężczyzn, jak i kobiet.

W 2009 roku dokonałem małej redakcji na potrzeby wydania niemieckiego, ale wtedy postanowiłem, że nie będę uwspółcześniał treści. Jednym z powodów był fakt, że od pierwszego wydania zmieniło się prawo w kwestii anonimowości dawców. Poza tym, kiedy pisałem tę książkę, internet, poczta elektroniczna i telefony komórkowe były wciąż nowymi wynalazkami, a media społecznościowe nie istniały w ogóle. Dodanie tych elementów do fabuły gruntownie by ją zmieniło, a wplecenie ich bez ingerencji w strukturę powieści byłoby zbyt trudne.

Kiedy mój wydawca w Transworld, Simon Taylor, zapytał mnie, czy nie zechciałbym zredagować swojej powieści, miałem wątpliwości. Gdy tylko zabrałem się do pracy, zmieniłem zdanie. Zdałem sobie sprawę, że jest to nie tylko sposób na uwspółcześnienie jednej z moich wczesnych książek, ale i okazja do tego, żeby ją ulepszyć.

Sądzę, że się opłacało. Mam nadzieję, że efekt wam też się spodoba.

Simon Beckett, lipiec 2015

Prolog

Niektóre chwile wrzynają się w pamięć na zawsze.

Jest ciemno. Światło wpada przez okno na drugim końcu podestu i starcza go akurat, żeby się nie potknąć. Oddech przychodzi z trudem. Od schodów dobiegają ciężkie kroki. Kobieta stoi pod ostatnimi drzwiami na piętrze. Nie ma już dokąd biec, myśli tylko o tym, żeby się ukryć.

W pokoju jest jeszcze ciemniej, jakby się szło przez atrament. Wyczuwa dłońmi słabo znane elementy wystroju: krawędź łóżka, półki z książkami. W końcu dochodzi do ściany. Przyciska się do niej i próbuje stłumić charczący oddech. Serce wali jej jak młotem. Z rany wypływa lepka krew, a kiedy się tam dotyka, przeszywa ją ból tak ostry, że robi jej się jasno przed oczami.

Wreszcie słychać kroki, są coraz bliżej. Ktoś otwiera kolejno wszystkie drzwi, aż zostają już tylko jedne. Słodki zapach benzyny wisi w powietrzu jak ciężka groźba. Kobieta obejmuje swój brzuch i czuje delikatne tętno rodzącego się życia, zwiniętego w kłębek, bezbronnego. Kroki milkną. Szept uchylanych drzwi. Jej imię.

– Kate.

Światło.

Niektóre chwile wrzynają się w pamięć na zawsze.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

1

Magazyn płonął całą noc. Dym ciągnął się ciemną chmurą po szarym niebie, a jego zapach napełniał wiosenne powietrze przedwczesnym smakiem jesieni.

Ludzie wychodzący razem z Kate ze stacji metra odwracali głowy w stronę czarnej kolumny. Dym górował nad dachami budynków, ale chwilę później biurowce całkiem go przesłoniły.

Kate ledwo go zauważyła. Ból głowy zaczynał wspinać się po jej czaszce. Właśnie rozgryzała aspirynę, krzywiąc się od goryczy, kiedy skręciła za róg i zobaczyła pożar prosto przed sobą.

Zatrzymała się, przestraszona jego bliskością, ale gdy tylko się okazało, że ulica nie jest zamknięta, ruszyła dalej. Z każdym krokiem coraz lepiej słyszała trzask buchających płomieni. Dookoła magazynu panował chaos mundurów, żółtych kasków, białych samochodów policyjnych i czerwonych wozów strażackich. Ich węże leżały na jezdni i pluły w dym strumieniami wody. Płomienie zdawały się nic sobie z nich nie robić i wystrzeliwały w górę w bezładnych eksplozjach koloru.

Gorący podmuch uderzył Kate w twarz i pokrył ją popiołem. Odwróciła piekące oczy i ze zdziwieniem stwierdziła, że stanęła w miejscu. Zła na siebie, że bezmyślnie się gapi, znów ruszyła i ominęła tłum, który zebrał się za policyjnym kordonem.

Kiedy dotarła do georgiańskiego szeregowca kilka przecznic dalej, nie pamiętała już o płonącym magazynie. Większość domów składających się na ten kompleks była w ruinie, ale jeden rzucał się w oczy dzięki świeżej farbie i złotym literom w oknie na parterze, ułożonym w napis: „Powell PR i Marketing”.

Kate weszła do środka. Niewielki gabinet zajmowały trzy biurka ustawione przodem do siebie. Za jednym z nich stał ostrzyżony na łyso, wysoki mężczyzna o afrokaraibskiej urodzie i nalewał wodę do ekspresu do kawy. Szeroko się uśmiechnął.

– Czołem, Kate.

– Cześć, Clive.

Ekspres zasyczał i zabulgotał. Clive wlał resztkę wody i odstawił dzbanek.

 

– Wielki dzień.

W jego głosie pobrzmiewały delikatne naleciałości z okolic Newcastle. Kate podeszła do jednego z dużych regałów na dokumenty i wysunęła szufladę.

– Nawet mi nie przypominaj.

– Denerwujesz się?

– Powiedzmy, że chciałabym już poznać wynik, jakikolwiek będzie.

Syczący ekspres nagle ucichł. Clive nalał kawę do dwóch kubków i podał jeden Kate. Zatrudnił się u niej zaraz po tym, jak założyła swoją agencję, i jeśli kogokolwiek miałaby mianować wspólnikiem, to tylko jego.

– Widziałaś pożar?

– Mmm. – Kate przeglądała teczki.

– Podobno wybuchł jeszcze w nocy. Straszne z tym dzieckiem, co?

Spojrzała na niego.

– Jakim dzieckiem?

– Jacyś ludzie mieszkali tam na dziko, jedna para miała niemowlaka. Uciekli wszyscy, ale mały został w środku. W wiadomościach mówili, że jego matka się poparzyła, próbując go uratować. Dwumiesięczne dziecko.

Kate odstawiła kubek z kawą. Ciągle czuła na sobie zapach dymu. Spojrzała na swoje ubranie i zobaczyła malutkie płatki popiołu. Przypomniała sobie ich delikatny dotyk na twarzy i łaskotanie w krtani, kiedy mimowolnie je wdychała. Znów poczuła tamten ostry smak.

Wsunęła szufladę, nie wyciągając żadnej teczki.

– Będę na górze.

Swój gabinet miała na pierwszym piętrze. Zamknęła za sobą drzwi i strząsnęła popiół ze spódnicy i żakietu. Wiedziała, że nie będzie się w nim dobrze czuła, dopóki nie zaniesie go do pralni. Zawiesiła żakiet za drzwiami i podeszła do okna. W szybie pokazało się jej słabe odbicie. Dym pożaru zabarwiał niebo na szaro i na jego tle jej ciemne włosy były niewidoczne. Widziała tylko swoją twarz, wiszący w powietrzu blady owal.

Odwróciła się i podeszła do biurka. Z dołu dobiegały ją głosy kolejnych osób stawiających się do pracy. Biuro było za ciasne dla Clive’a i dwóch dziewczyn, ale sąsiednie pomieszczenie wymagało kosztownego remontu. Kate westchnęła i włączyła komputer. Czekając, aż się uruchomi, szybko sprawdziła firmowe konta na Facebooku i Twitterze, żeby zobaczyć, ile miały wejść przez noc. Odpowiedź była przygnębiająca, ale przynajmniej recenzja nowej restauracji, którą zamieścili na blogu minionego dnia, dostała pięć nowych polubień. Lepsze to niż nic, pomyślała. Ktoś zapukał do jej drzwi.

– Tak?

Do gabinetu weszła dziewczyna z bukietem czerwonych róż owiniętych w celofan. Podała je Kate z pytającym wyrazem na twarzy.

– Właśnie przyszły.

Między łodygi wetknięta była mała koperta. Kate ją otworzyła i wyjęła z niej białą kartkę, na której widniało czyjeś odręczne, pochylone do przodu pismo. Przeczytała wiadomość i włożyła kartkę z powrotem do koperty. Podała kwiaty dziewczynie.

– Dzięki, Caroline. Wyjdź z nimi na ulicę i daj pierwszej starszej pani, jaką zobaczysz, okej?

– Co mam jej powiedzieć? – zapytała, zdziwiona.

– Cokolwiek. Po prostu, że to prezent od nas. – Kate nerwowo się uśmiechnęła. – Pamiętaj: im starsza, tym lepiej.

Uśmiech zniknął z jej twarzy, gdy tylko Caroline zamknęła za sobą drzwi. Jeszcze raz przeczytała liścik. „Z góry współczuję, Paul”.

Kate podarła kartkę na strzępy i wyrzuciła do kosza. Musiała użyć całej siły woli, żeby rozluźnić napięte mięśnie.

Zabrała się do przeglądania e-maili, ale po chwili rozproszył ją dźwięk stacjonarnego telefonu. Podniosła słuchawkę.

– Tak?

– Mam na linii Paula Sutherlanda z CNB Marketing – powiedział Clive. – Mam mu powiedzieć, że jesteś zajęta?

Na chwilę się zawahała.

– Nie, połącz go.

W słuchawce kilka razy kliknęło. Kate zamknęła oczy.

Sekundę później usłyszała znajomy głos.

– Cześć, Kate. Pomyślałem, że zadzwonię i spytam, czy kwiaty dotarły.

– Owszem, chociaż trochę przedwcześnie. – Cieszyła się, że głos jej nie drży.

– Błagam, chyba nie sądzisz, że naprawdę macie szanse?

– Poczekamy, zobaczymy.

Usłyszała westchnięcie.

– Kate, Kate, Kate. Przecież wiesz, co będzie. Zaszliście daleko, przyznam. Ale nie oszukuj się.

– To wszystko? Bo jeśli tak, to mam sporo pracy.

W odpowiedzi usłyszała chichot.

– Oj, nie bądź taka. Chyba mogę ci czasem doradzić, co? Jako stary kumpel.

Kate zacisnęła zęby.

– Kate? Jesteś tam?

– Nic się nie zmieniłeś. Zawsze byłeś dupkiem.

Od razu pożałowała swoich słów. Znowu usłyszała śmiech. Paul był z siebie wyraźnie zadowolony.

– Nie mów, że ci się to nie podobało. Ale okej, widzę, że tracę czas, próbując ci przemówić do rozumu. Mała Kate musi robić wszystko po swojemu, nawet jak dostaje przez to po głowie. Rozczarujesz się, ale postaraj się tym zbytnio nie przejąć.

Rozłączył się. Kate uderzyła słuchawką w aparat.

Sukinsyn.

Cała się trzęsła, wzbierały w niej dawne uczucia. Zdała sobie sprawę, że zaciska dłonie w pięści. Rozluźniając je, wzięła pierwszy głęboki wdech, potem drugi. W końcu jej oddech się uspokoił.

Przestała też dygotać, ale za to znów dał o sobie znać ból głowy. Kate żałowała, że rano upięła włosy w tak ciasny kucyk. Delikatnie pomasowała skronie. Warto było się w to pakować?

Kiedy sześć tygodni wcześniej na jej biurku wylądowało zaproszenie do przetargu na reprezentowanie funduszu Parker Trust, przystępowała do konkursu bez większych nadziei na sukces. Firma specjalizowała się w dyskretnym inwestowaniu pieniędzy zamożnych klientów, wpłacając dostatecznie dużo na „Szczytne Cele” (w briefie przetargowym te słowa wydrukowali dużymi literami), by zapewnić sobie status organizacji charytatywnej. Kate dziwiła się, że w ogóle słyszeli o jej agencji, a tym bardziej że gotowi byli powierzyć jej nadzór nad długotrwałą, kosztowną kampanią.

Tym większe było jej zaskoczenie, kiedy Powell PR trafiło do finału. Ciągle jeszcze się z niego nie otrząsnęła, kiedy dowiedziała się, z kim przyjdzie jej w tym finale konkurować.

Od tego momentu praca nad ofertą dla Parker Trust przesłoniła jej wszystko inne. Clive żartował, że Kate powinna postawić łóżko w swoim gabinecie i w ten sposób oszczędzić czas, który zabierały jej powroty do domu. Jesteś szczęśliwa, tylko jak pracujesz, mawiał, na co ona się uśmiechała, ale pod tym uśmiechem czaił się paniczny strach. Szczęśliwa? Tego wieczora ćwiczyła na siłowni, aż każdy mięsień ją palił. Chciała się pozbyć niepokoju jak zbędnych kalorii.

A teraz zostało już tylko parę godzin czekania. Redwood, prezes zarządu funduszu, uprzedził Kate, że ostateczna decyzja zostanie podana do wiadomości przed południem. Zwycięstwo oznaczałoby finansowe bezpieczeństwo, może nawet większą siedzibę. Agencja zyskałaby renomę i dostęp do klientów z wyższej półki.

Kate nie chciała nawet myśleć o tym, czym byłoby dla niej przegranie przetargu.

Zdała sobie sprawę, że bezmyślnie naciska guzik długopisu. Odłożyła go w końcu i znów zajrzała do skrzynki pocztowej. Wkrótce pochłonęła ją praca, choć od czasu do czasu Kate nadal spoglądała na wiszący na ścianie zegar.

Poranek się przedłużał. Na każdy dźwięk telefonu Kate tężała, ale nie dzwonił nikt z Parker Trust. Za cztery dwunasta nawet już nie udawała, że pracuje. Siedziała w ciszy swojego gabinetu, patrząc na zegar i czekając na wiadomość. Długa wskazówka pełzła po cyferblacie i leniwie zbliżała się do dwunastej. Wreszcie wszystkie trzy wskazówki ustawiły się w jednej, pionowej linii, a po chwili sekundnik rozpoczął kolejny minutowy marsz.

Kate poczuła, jak uchodzi z niej całe napięcie, a pustkę po nim zapełnia głęboki zawód. Ludzie z Parker Trust byli zawsze do bólu punktualni. Gdyby wygrała przetarg, już by wiedziała. Siedziała bez ruchu, a świadomość porażki powoli w nią wsiąkała. Nie była już ewentualnością, ale faktem, z którym trzeba się było zmierzyć. Nagle Kate się otrząsnęła. To tylko przetarg. Nie wygrałaś, trudno. Będą następne.

Wyprostowała się i wróciła do czytania e-maili.

Zadzwonił telefon.

Kate się wzdrygnęła. Po kolejnym dzwonku podniosła słuchawkę.

– Tak?

– Pan Redwood z Parker Trust – powiedziała Caroline.

Mimo że wiedziała, co usłyszy, Kate poczuła, że serce zabiło jej mocniej. Odchrząknęła.

– Połącz go.

Po dłuższej niż zwykle serii głuchych kliknięć w słuchawce odezwał się męski głos.

– Panna Powell?

– Miło pana słyszeć – odparła z ledwie zauważalną nutą sarkazmu.

– Przepraszam za opóźnienie. Zdaję sobie sprawę, że czekała pani na mój telefon.

Głos doskonale do niego pasował. Redwood był Szkotem, szczupłym, cierpkim i drętwym. Clive uważał go za robota i Kate przyznawała mu rację.

– Tak – powiedziała.

– Proszę mi wybaczyć – odparł tonem niewyrażającym ani trochę skruchy. – Mamy w zwyczaju najpierw informować stronę przegraną – ciągnął – żeby niejako skrócić jej cierpienie. I trwało to trochę dłużej, niż sądziliśmy.

Chwilę zajęło Kate zrozumienie sensu jego słów. W końcu wyjąkała:

– Nie rozumiem. Rozmawialiście państwo z CNB?

Redwood niecierpliwie westchnął.

– Może zacznę od początku. Jest mi niezmiernie miło poinformować panią, że jej firma wygrała przetarg. Zarząd postanowił zlecić pani agencji prowadzenie naszej kampanii.

Kate miała wrażenie, jakby opuszczała własne ciało. Za oknem wyła syrena.

– Panno Powell? Wszystko w porządku?

– Tak, tak! Bardzo się cieszę. Dziękuję.

– Jeszcze raz przepraszam za spóźnioną wiadomość. – W jego głosie zabrzmiała nuta gniewu. – Obawiam się, że w CNB nasza decyzja nie spotkała się z aprobatą. Osoba, z którą się kontaktowaliśmy, była nad wyraz… nieustępliwa. – Redwood w ostatniej chwili ugryzł się w język. – W każdym razie gratuluję. Cieszę się bardzo na naszą współpracę.

Kate coś odpowiedziała, ale sama nie była pewna co. Umówili się na spotkanie przed końcem tygodnia i Redwood się rozłączył. Ona wsłuchiwała się jeszcze przez chwilę w sygnał w słuchawce, zanim ją odłożyła. Na dole mruczała rytmicznie drukarka, ktoś się śmiał. Kate wyjrzała przez okno. Z początku myślała, że czarna plama na niebie to deszczowa chmura, ale w końcu sobie przypomniała.

Wreszcie zeszła na dół, żeby powiedzieć reszcie o wygranej.

Autobus zatrzymał się niedaleko jej mieszkania w Fulham. Wysiadając, Kate zdała sobie sprawę, że teraz mogła już sobie pozwolić na wzięcie taksówki od stacji metra. Z nawykami ciężko walczyć. W azjatyckim supermarkecie kupiła mleko i paczkę ryżu. Po chwili wahania dorzuciła jeszcze do koszyka butelkę białego wina.

Na ulicy owiało ją zimne powietrze, jakby dla przypomnienia, że wiosna na razie dotarła tylko do kalendarza. Zaczęło trochę padać, więc Kate przyśpieszyła kroku, żeby zdążyć przed większą ulewą. O mały włos nie nadepnęłaby na dziecięcą rękawiczkę leżącą na krawędzi kałuży i świecącą jaskrawą czerwienią na tle brudnego chodnika. Musiała niedawno komuś upaść, bo ciągle była czysta.

Kate ją podniosła i rozejrzała się za matką z wózkiem, a nie widząc nikogo w pobliżu, poszukała widocznego miejsca, gdzie mogłaby położyć zgubę. Nie znalazła nic lepszego od zabłoconego chodnika, ale nie chciała zostawiać rękawiczki na ziemi. Była nie większa od jej dłoni. Patrząc na nią, nagle przypomniała sobie o płonącym magazynie. Poczuła, jak zaciska się jej krtań. Bez zastanowienia włożyła rękawiczkę do kieszeni i poszła dalej.

Tymczasem przestało padać. Żelazna brama przed wiktoriańskim szeregowcem była otwarta, jak zwykle odkąd odpadły zawiasy. Poprzedni lokator położył płyty chodnikowe w malutkim ogródku, ale zostawił na środku trochę miejsca na krzewy róży. Przydałoby się je przyciąć, pomyślała Kate, po czym weszła na niewielką werandę i otworzyła drzwi.

Na podłodze w przedpokoju leżała sterta kopert. Kate je podniosła i wybrała te, które były zaadresowane do niej. Tylko dwie – jakiś rachunek i wyciąg z konta bankowego. Listy z ulotkami reklamowymi podzieliła na pół i część odłożyła na wycieraczkę sąsiadki z parteru. Właśnie prostowała plecy, kiedy staruszka otworzyła drzwi.

– Tak mi się zdawało, że kogoś słyszę.

Kate zmusiła się do uśmiechu.

– Dzień dobry, pani Willoughby. Jak się pani miewa?

Ze zgrozą zobaczyła, że sąsiadka wychodzi za próg mieszkania, opierając się ciężko o laskę. Jej ciemnozielona sukienka była idealnie wyprasowana, jak zawsze, a niebiesko-szara peruka przypominała bardziej czapkę niż włosy.

 

– Bardzo dobrze, dziękuję. – Spojrzała na swoją wycieraczkę. – To do mnie?

Kate podniosła koperty z ziemi i podała je kobiecie.

– Obawiam się, że nic ciekawego.

Pani Willoughby nigdy nie dostawała listów, ale zawsze wychodziła na klatkę, żeby przywitać swoją młodszą sąsiadkę. Kate wiedziała, że poczta była tylko wymówką, i na ogół chętnie zamieniała ze staruszką kilka zdań. Ale tego wieczora nie miała ochoty na rozmowę.

Pani Willoughby przeglądała ulotki i kupony zniżkowe i Kate na chwilę uwierzyła, że uda jej się uciec. Zaczęła iść w stronę swoich drzwi, ale sąsiadka podniosła głowę.

– Nie, żadnego listu. Jednak nigdy nie wiadomo, prawda?

Kate się uśmiechnęła, a pani Willoughby oparła się o laskę obiema rękami, co oznaczało, że szykuje się na dłuższą rozmowę. Zanim jednak znowu otworzyła usta, jej uwagę odwróciło jakieś szare stworzenie przechodzące przez otwór w drzwiach wyjściowych.

Kocur zamiauczał i zaczął się ocierać o nogę Kate, a po chwili ruszył w kierunku otwartego mieszkania sąsiadki.

– O nie! – zawołała Kate i chwyciła go wpół. Kot jęknął z niezadowoleniem. – Lepiej już go zabiorę. Jak wbiegnie do pani, to do wieczora go nie złapiemy.

Pani Willoughby nawet na chwilę nie przestała się uśmiechać.

– No tak, rozumiem. Nie chcę pani zatrzymywać. Pewnie obydwoje jesteście głodni.

Pożegnała się i weszła do środka, a Kate podeszła do swoich drzwi. W nich też był otwór dla kota, ale Dougal nie miał zamiaru z niego korzystać, skoro jego pani była na miejscu i za chwilę miała mu otworzyć. Zamknęła je za sobą i dopiero wtedy wypuściła go z rąk. Czmychnął po schodach do kuchni na piętrze. Kate poszła za nim wolnym krokiem. Było jej trochę głupio, że zbyła staruszkę. Zdjęła żakiet, krzywiąc się od niewywietrzonego wciąż zapachu dymu. Zawiesiła go na wieszaku, żeby nazajutrz zabrać do pralni, i na widok zgrubiałej kieszeni przypomniała sobie o rękawiczce.

Zaniepokoił ją ten irracjonalny odruch, żeby ją zabrać. Zdecydowanym ruchem wyjęła rękawiczkę z kieszeni z zamiarem wyrzucenia jej do śmieci. W kuchni otworzyła pokrywę kosza, uwalniając słodkawy zapach psującej się żywności. Przez chwilę trzymała rękawiczkę nad skorupkami jajek i skórkami obranych warzyw, ale nie była w stanie wykonać decydującego ruchu. Zamknęła kosz i poszła do sypialni. Otworzyła szufladę i wrzuciła rękawiczkę za stertę ręczników.

Wróciła do przedpokoju i z ulgą rozpuściła włosy. W telefonie mrugała lampka, ale okazało się, że osoba, która dzwoniła, rozłączyła się bez nagrywania wiadomości.

Kate przeszła boso do salonu. Jak w całym mieszkaniu tu też ściany były pomalowane na biało. Lubiła proste kolory, a poza tym do domu nie wpadało naturalne światło. Nawet kiedy na dworze było jasno, w środku panował półmrok.

Kate włączyła lampkę stołową. Meble w dużym pokoju były oszczędne i nowoczesne, z wyjątkiem sosnowej skrzyni, która służyła za stolik do kanapy. Na ścianie wisiał abstrakcyjny obraz, który kupiła na wystawie, jedyny barwny element wystroju. Mieszkanie było bardziej przytulne zimą, kiedy w długie wieczory zaciągała zasłony i wypełniała rogi pokoju sztucznym światłem. Teraz, chociaż było dość ciemno, włączona lampa jakoś jej nie pasowała.

Zgasiła ją i włączyła telewizor. Bezmyślnie przełączała kanały i nic jej nie interesowało, ale ekran rozjaśniał nieco pokój, a dźwięki z głośnika zmniejszały wrażenie pustki.

Kate usłyszała miauknięcie i poczuła, że Dougal ociera się o jej nogę i szturcha głową o kostki.

– Głodny?

Wzięła go na ręce. Był duży i miał blisko osadzone oczy, które dawały mu niezbyt wyrafinowany wyraz nieustającego zdziwienia. Dostała go w zestawie z mieszkaniem. Agentka nie wspomniała o kocie, kiedy Kate podpisywała umowę kupna. Ludzie, którzy mieszkali tu przed nią, nie zabrali swojego kota ze sobą. Kate nie chciała kota, ale Dougal był albo zbyt tępy, albo zbyt uparty, żeby to zaakceptować.

Wyrwał się z jej uścisku i zeskoczył na podłogę, głośno miaucząc.

– No dobrze, rozumiem. Pora kolacji.

Kate poszła do kuchni i wyjęła z szafki puszkę kociej karmy. Kot wskoczył na blat i próbował dobrać się do mięsa, jeszcze zanim je wygrzebała widelcem do miski. Zepchnęła go na dół.

– Poczekaj, głodomorze.

Postawiła jego miskę na ziemi i patrzyła, jak Dougal pożera jedzenie. Pomyślała, że sama powinna coś zjeść. Otworzyła lodówkę, zajrzała do środka i znów ją zamknęła. Z salonu dobiegł sztuczny śmiech. Wróciła tam i zobaczyła, że leci teleturniej. Wyłączyła telewizor. Śmiech gwałtownie ucichł.

Pokój wypełniła cisza, zdawał się teraz jeszcze ciemniejszy, ale nie chciało jej się wstawać, żeby włączyć lampę. W kuchni kot szurał miską o kafelki.

Co się ze mną dzieje?

Wygranie przetargu dla Parker Trust było jej największym sukcesem zawodowym. Powinna być w euforii, a tymczasem czuła tylko pustkę. Żadnej satysfakcji, żadnego spełnienia. W sumie nic się nie zmieniło. Rozejrzała się po ciemniejącym salonie. Czy to wszystko? Nic więcej mnie w życiu nie czeka?

Usłyszała klapkę w drzwiach. Dougal napełnił żołądek i znowu wyszedł na dwór. Kate została sama. Mrok i cisza wokół niej nagle stały się uciążliwe. Włączyła światło i uruchomiła wieżę, nie dbając o to, jaka płyta jest w odtwarzaczu.

Pokój wypełnił głos Toma Jonesa śpiewającego It’s Not Unusual. Kate wyszła do przedpokoju i podniosła słuchawkę telefonu. Nie umawiała się z nikim na wyjście, bo wiedziała, że po przegranym przetargu będzie wolała zostać w domu, ale teraz samotny wieczór był wykluczony. Po dwóch sygnałach w słuchawce odezwał się kobiecy głos.

– Halo?

– Lucy, cześć, to ja.

– Kate, cześć! Poczekaj.

Jej przyjaciółka odłożyła słuchawkę i słychać było, jak podnosi głos. Zneutralizowała dziecięcy sprzeciw i wróciła do telefonu.

– Przepraszam. Mały spór o to, co oglądać w telewizji.

– Kto jest górą?

– Ja. Powiedziałam jej, że albo obejrzy ze mną EastEnders, albo pójdzie do łóżka. Okazuje się, że jest wielką miłośniczką EastEnders. Jak poszło?

– Wygraliśmy.

– Kate, to wspaniale! Pewnie zwariowałaś ze szczęścia.

– Chyba jeszcze to do mnie nie dotarło.

– Dotrze. Rozumiem, że wychodzisz na miasto świętować?

Kate przełożyła słuchawkę do drugiego ucha, żeby lepiej słyszeć Lucy niż Toma Jonesa.

– Niezupełnie. Słuchaj, nie chciałabyś gdzieś ze mną wyskoczyć? Ja stawiam. O ile Jack zgodzi się poniańczyć.

– Dzisiaj? Nie mogę. Jack późno wraca.

Kate nie dała po sobie poznać, jak bardzo jest zawiedziona.

– Nie ma sprawy. Wiem, że późno daję znać.

– Ale fakt, że strasznie dawno nigdzie razem nie wyszłyśmy. Mam pomysł. Wpadnij do nas. Przynieś dwie butelki wina i przy odrobinie szczęścia może uda nam się ubzdryngolić przed przyjściem Jacka.

To podniosło Kate na duchu.

– Ale nie będę przeszkadzać?

– No co ty! Najwyżej będziesz musiała położyć małe spać, jeśli wcześniej nie zasną.

Kate uśmiechnęła się na myśl o dzieciach Lucy.

– Z dziką rozkoszą.

Powiedziała, że przyjedzie za godzinę, i rozłączyła się w znacznie lepszym nastroju. Znów była zajęta, miała dokąd iść. W myślach już widziała, jak bawi się z Emily i Angusem, a potem upija trochę z Lucy i zapomina o głupich smutkach. Tom podkręcił tempo i Kate zakołysała biodrami.

Zadzwoniła po taksówkę i nalała sobie kieliszek wina z lodówki.

– Na zdrowie – powiedziała do siebie.

Zabrała kieliszek do łazienki, postawiła go na krawędzi wanny i rozebrała się. Czekając, aż woda się nagrzeje, przyglądała się swojemu odbiciu w lustrze. Jak zwykle żałowała, że nie jest wysoka i elegancka, ale chwilowo płynęła na wysokiej fali, więc za bardzo się nie przejmowała.

Wzięła szybki prysznic, gorącą wodą zmywając z siebie męczący dzień. Wytarła się ręcznikiem i właśnie zaczęła się ubierać, kiedy ktoś zadzwonił do drzwi. Taksówka przyjechała za wcześnie. Cholera. Kate wahała się, czy ubrać się do końca, ale drugi, przeciągły dzwonek pomógł jej podjąć decyzję. Narzuciła na siebie szlafrok i pobiegła na dół.

Przez matową szybę w drzwiach widać było męską sylwetkę. Kate przekręciła zamek i uchyliła drzwi.

– Jest pan za… – zaczęła, ale szybko przerwała.

Na werandzie stał Paul i szeroko się uśmiechał.

– Za jaki?

Na jego widok zamarła. Próbowała otrząsnąć się z szoku.

– Co tu robisz?

– Przyszedłem ci pogratulować.

Uniósł butelkę szampana, którą trzymał za szyjkę. Czuć było od niego piwem i papierosami. W jego uśmiechu było coś, co Kate nie do końca pasowało. Nie otwierała szerzej drzwi.

– Wychodzę – powiedziała.

Wyszczerzył się jeszcze bardziej i obejrzał ją od stóp do głów. Kate zdławiła impuls, by zasunąć poły szlafroka.

– Za chwilę mam taksówkę. Muszę się ubrać.

Przesunął wzrok z jej piersi na twarz.

– Nie przejmuj się mną. Nie zobaczę niczego, czego już bym nie widział.

Kiedy tylko spróbowała zaprotestować, zrobił krok do przodu, a ona odruchowo się cofnęła. Stworzyła mu tym samym dostatecznie dużo miejsca, by mógł wepchnąć ramiona między drzwi a framugę. Zmusił Kate do zrobienia jeszcze jednego kroku w tył i nagle stał w środku.

– Paul! – zawołała, ale on przeszedł obok niej.

– No, Kate. Ruchy. Mówiłaś, że się śpieszysz.

Wszedł ciężkim krokiem na górę, obijając się niezdarnie o ściany. Kate zatrzymała się w korytarzu, a on wlazł do salonu. Nie wchodź na górę, zostaw go, nie wchodź, mówił jej wewnętrzny głos. Ale nie wiedziała, co robić. Zamknęła drzwi wejściowe, ale te do mieszkania zostawiła otwarte, i pobiegła za nim.

Paul leżał na kanapie z rękami rozłożonymi na oparciu. Miał czerwoną twarz. Niewiele się zmienił od ich ostatniego spotkania. Urosły mu włosy i wyraźnie przytył, ale w jego zachowaniu była wciąż ta sama arogancja.

– Ładne mieszkanie – powiedział z uśmieszkiem.

– Skąd masz mój adres?

– Jeśli chcesz go trzymać w tajemnicy, powinnaś się wykreślić z książki telefonicznej. I na twoim miejscu nagrałbym nową wiadomość na sekretarkę. Masz strasznie znudzony głos.

Kate stała w drzwiach.

– Chcę, żebyś wyszedł.

– Nawet mi nie zaproponujesz drinka? – Zamachał butelką szampana. – Nie? – Upuścił ją na kanapę. – Marnie nam idzie to świętowanie.

– Po co przyszedłeś, Paul?

Na jego twarzy zarysowała się niepewność, jakby sam nie wiedział, co nim kierowało. Chwilę później już jej nie było.

– Żeby cię zobaczyć. Co, już nie jestem godny twojej uwagi?

– Nie mamy o czym rozmawiać. Zresztą powiedziałam ci, że wychodzę.

– Dokąd?

– Do Lucy.

Odpowiedziała odruchowo, zanim zdążyła się powstrzymać. Była na siebie wściekła.