Święte słowoTekst

Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

TU

To jest oczywiście moja wersja historii.

Nazywanie samej siebie ikoną Marii świadczy o pewnej próżności, przyznaję, ale kiedy człowiek siedzi całymi dniami skulony i wykrzywiony, kiedy ślina cieknie mu na sweter, ma prawo do odrobiny bufonady.

Kiedyś byłam piękna, mężczyźni mi się przyglądali, kobiety także. Nazywano mnie Ragnheidur Słońce Isafjördur, ktoś mnie tak nazwał, może mama, może mój dziadek, może Örlygur. Detale się zlewają, pamięć zawodzi, ale pamiętam, jaka byłam z siebie dumna, stałam przed lustrem, przeglądałam się w nim, przymierzałam do siebie imiona, Słońce Isafjördur.

Powiem ci, że nie byłam byle kocmołuchem.

Nie wiem, kto by się teraz na mnie skusił.

Ale, rozumiesz, człowiek nie gaśnie, chociaż przestaje mówić i nosić głowę wysoko. Czasem chwyta mnie tak nieznośna tęsknota, że wydaje mi się, iż wybuchnę, że nagle rozlegnie się huk, a ja otworzę się niczym gigantyczny pąk kwiatu, że w miejscu, w fotelu, w którym przed chwilą siedziała kobieta z demencją, pojawi się krwawy, żywy kwiat, napęczniała lilia z mięsa i żył, z wulgarnie sterczącym w powietrze słupkiem. Tadam!

Ale w obecnej sytuacji nie ma wielkiej nadziei, że uda mi się kogoś zbajerować. Chyba żebym podstawiła mu nogę i przewróciła się na niego.

Mój Boże, ale by było śmiesznie.

Za tym zresztą najbardziej tęsknię, za śmiechem. Prychnąć kawą na stół w kuchni, popłakać się ze śmiechu, klepać się po udach.

Nie, teraz moim udziałem są delikatniejsze podniety, zapach cukru cynamonowego w owsiance z rodzynkami, letni promień słońca pod ścianą domu, osłonięty od północnego wiatru, Radio Rejkiawik, za chwilę Filharmonicy Berlińscy zagrają Jedno jest Słowo Boże Gabriela Faurégo, przynajmniej piękna muzyka nadal sprawia, że mam wilgotne oczy.

Błogosławieni ubodzy w duchu, albowiem ich jest Królestwo Niebieskie.

Gdzie byliśmy?

On zaczyna poszukiwania, co nie?

DZIEŃ 2

Po zgaszeniu silnika przed domem Eddy i Ragnara Einar siedzi przez kilka minut w patrolu. Otwiera okno, skręca papierosa, pali i przygląda się domowi, białemu klockowi z wielkimi oknami, żywopłot równo przycięty, przed budynkiem nowe audi quattro. Nie wie nawet dokładnie, co robią jego siostra i jej mąż, ale zdaje się, że nieźle im się wiedzie.

Gasi papierosa, wrzuca niedopałek do puszki po pepsi, wysiada z dżipa i usiłuje sprawiać wrażenie, jakby miał ważną sprawę do mieszkańców tego schludnego domu, pomimo brody w nieładzie i niechlujnego swetra z owczej wełny. W drzwiach wejściowych nie ma nawet dziurki na klucz, tylko jakiś czujnik, Einar uśmiecha się do kamery nad dzwonkiem tak niewinnie, jak tylko potrafi.

Ragnar prezentuje się okropnie. Szara twarz, czerwone oczy, wygląda jakby schudł jeszcze bardziej przez te półtorej doby, odkąd zaginęła jego żona. Nie odpowiada na powitanie Einara, znika zaraz w głębi domu, Einar zamyślony podąża za nim, zzuwa buty w przedpokoju. Gdzieś w domu płacze dziecko.

Stylowo urządzone wnętrze już zaczyna pogrążać się w chaosie, karton po pizzy na podłodze salonu, brudne pieluchy na stole kuchennym. Einar postanawia wynieść śmieci, Ragnar zdaje się ich nie zauważać, kiedy pojawia się z dzieckiem na rękach. Einar gaworzy do dziecka, chce je pogłaskać, lecz się rozmyśla i cofa rękę.

– Julia mówi, że jedziesz za granicę jej szukać – zauważa zmęczony Ragnar. – Ona to wszystko oczywiście zaplanowała.

Einar uważa, że facet mógłby okazać nieco wdzięczności albo zainteresowania tą dziwną wyprawą, którą wymusiła na nim Julia, ale nigdy nie poznał Ragnara, nigdy nie złapał z nim żadnego kontaktu, z tym żwawym i schludnym, wciąż zajętym zarabianiem pieniędzy facetem.

Teraz po prawdzie ani nie jest żwawy, ani schludny, ma na sobie wymięty T-shirt i spodnie dresowe, włosy przetłuszczone i rozczochrane, miesza w kuchni mleko w proszku w butelce, przeklina pod nosem zacinającą się kuchenkę mikrofalową. Na białej półce w salonie stoi brudna koniakówka, której nie było tam wczoraj podczas spotkania, i Einar lekko współczuje szwagrowi.

– Może sensowniej by było, gdybym to ja pojechał jej szukać – zauważa Ragnar. – Ale w obecnej sytuacji muszę się zająć małym i zadbać o funkcjonowanie firmy. Sama się nie poprowadzi.

– Właśnie – przytakuje Einar. – Julia wszystko przewidziała, jak zwykle. Zastanawiałem się, czy nie mógłbyś mi opowiedzieć trochę o blogu Eddy.

– O blogu? Niespecjalnie się tym interesujesz, co?

– No, nie tak jak wy. Wożąc turystów na ryby, człowiek często traci kontakt z tym wszystkim, mediami społecznościowymi i tak dalej. Nie mam czasu śledzić tego wszystkiego. Może mi pokażesz, co Edda robiła zanim wyjechała, czy zostawiła jakąś wiadomość albo coś.

Ragnar kiwa głową, rozgląda się bezradnie wokół z synem w objęciach i butelką w ręku, potem spogląda na Einara.

– Możesz go potrzymać?

Einar siada z wahaniem na kanapie, Ragnar ostrożnie przekazuje mu syna i butelkę. Dziecko jest głodne, wymachuje rączkami, otwiera i zamyka usteczka jak mała rybka. Chwyta Einara za palec, ma drobniutkie dłonie, jakby przeźroczyste w jego brudnych łapskach.

– Proszę cię, nie płacz – mamrocze głośno Einar.

Chłopiec zachłannie ssie mleko, zamyka oczy, kruche ciałko drży przy każdym łyku. Jest piękny, a jego pragnienie tak pierwotne i święte, że Einar mimowolnie się rozluźnia, tak jak wtedy kiedy zarzuca muchę, pociąga za spust strzelby, jakby nigdy nie robił nic innego, niż tylko karmił oseski.

Ragnar przynosi niewielkiego laptopa, stawia go na stole w salonie i włącza. Przeglądają wiadomości w mediach internetowych, nie ma nic nowego. Policja odwołała akcję poszukiwawczą w Islandii, na jednej stronie podają, że Edda Örlygsdottir przebywa w Stanach Zjednoczonych i jest na liście zaginionych Interpolu.

– „Rodzina bardzo się o nią martwi” – cytują jej bliską przyjaciółkę, niejaką Alexandrę Lif. – Nie mam pojęcia, kto to taki – Ragnar kręci głową.

Wchodzi na jej Instagrama, Edda się do nich uśmiecha, nienaganny makijaż i filtr. Większość zdjęć zrobiono u niej w domu, na jednym stoi przed wielkim lustrem, na drugim trzyma kwiat, pije wodę ze szklanki. Dom w gustownych szarościach, wszystko w najlepszym porządku. Ostatnie zdjęcia są mniej więcej z tygodnia przed porodem. Ma na sobie długą białą suknię opinającą wydatny brzuch, jasne włosy opadają jej na plecy. Jedną ręką czule dotyka brzucha, w drugiej trzyma pozłacane jajko i patrzy na nie rozmarzonym wzrokiem.

– Kto robił te zdjęcia? – pyta Einar.

– Większość ona sama – mówi Ragnar. – Na początku niektóre robiłem ja, ale potem sama się w tym wprawiła, używa aparatu na statywie, obrabia zdjęcia w Photoshopie. Dużo też fotografuje telefonem, oczywiście.

Ragnar ma rację, ona potrafi to robić. Zdjęcia są eleganckie, światło i kompozycje piękne. Przekaz jest wyrazisty, młoda, urodziwa i stylowa kobieta pokazuje swoje piękne mieszkanie i samą siebie, reklamując jednocześnie rozmaite produkty, odzież, kosmetyki, przedmioty codziennego użytku.

Chciałabym pokazać wam nowe ręczniki ze sklepu AXA. Są w 100% z organicznej przędzy, produkowanej z alg brunatnych.

Naukowcy od dawna starali się znaleźć przyjazny dla środowiska materiał mogący zastąpić bawełnę i jeśli wierzyć tym cudotwórcom, to się udało! Ręczniki są niezwykle miękkie i doskonale chłoną wilgoć, można je nabyć w trzech pięknych kolorach. Do mojej łazienki szczególnie pasuje kolor szary, zauważcie, jak znakomicie komponuje się z wybraną przez nas kamienną umywalką i wanną. Wiem, że będą wiernie mi służyć, kiedy czysta i pachnąca wyjdę z wanny i się w nie owinę.

Klipów jest więcej, Edda idzie na siłownię i zwraca uwagę na swoje buty, okulary przeciwsłoneczne, błyszczyk, wychodzi na kolację z przyjaciółkami, kucharz osobiście zjawia się na sali i podaje im do stołu, one stukają się kieliszkami, śmieją.

– Ile ludzi to ogląda? – pyta Einar.

– Różnie – odpowiada Ragnar. – Edda ma prawie piętnaście tysięcy obserwujących na Snapchacie i trzydzieści tysięcy na Instagramie, ale blog regularnie śledzi jedynie jakieś cztery tysiące osób.

– Trzydzieści tysięcy? Przecież to tak, jakbyście mieli media w salonie. Nie krępuje was to?

– Zrozum, to ona jest tymi mediami – tłumaczy Ragnar. – Dzisiaj to każdy z nas jest medium, czy nam się to podoba, czy nie. Tylko że nie każdemu z nas udaje się tak dobrze sprzedać. Nie każdy z nas ma aż taki zasięg.

– Ragnar, mówmy poważnie. Ja w każdym razie nie jestem żadnym cholernym medium.

– W porządku, uważasz, że nie jesteś – odpowiada mu Ragnar. – Ale gdyby się tak nad tym zastanowić, to działasz w branży usług turystycznych, wozisz wędkarzy nad rzeki, myśliwych na polowania na renifery i tak dalej? Jesteś więc uzależniony od opinii na swój temat, wolisz cieszyć się reputacją kompetentnego i odpowiedzialnego przewodnika. Te opinie, to, że ktoś dobrze o tobie mówi i poleca cię innym, to takie pierwotne medium społecznościowe. Gdybyś świadomie korzystał ze Snapa i z Instagrama, mógłbyś stać się influencerem i pobierać wyższą stawkę za swoje usługi. Mógłbyś dostawać honoraria za polecanie określonego sprzętu, wzbudzanie zainteresowania bezpiecznymi i odpowiedzialnymi połowami i odstrzałami, ochroną środowiska i tak dalej. Mógłbyś sam stać się produktem, tak jak Edda.

– I wy z tego żyjecie?

– Moja firma... nasza firma pośredniczy w usługach marketingowych. Mamy w naszej stajni wielu influencerów i szeregujemy ich według zainteresowań, a firmy mogą dzięki nim przedstawiać swoje wyroby i usługi. Tacy ludzie mogą przyjmować lub odrzucać zlecenia, a my ustalamy z firmami honoraria. To jest przyszłość, stary, to najskuteczniejsza w tej chwili metoda marketingowa, o wiele bardziej efektywna niż telewizja.

 

Einar ogląda zdjęcia, oczywiście nie ma się do czego przyczepić. To jest elegancki dom, piękna kobieta, młodzi i piękni ludzie, niemający nic do ukrycia. Są tu zdjęcia mydełek i wystroju wnętrz, bielizny, fryzur, sałatek i smoothie, Eddy w stanikach i sukienkach, uśmiechniętej, roześmianej, z dziobkiem, a on może jedynie porównywać tę cyfrową, wystylizowaną istotę z domem z dzieciństwa, stosami książek, kocią sierścią, kartami do gry, wszystkimi historiami, kurzem w promieniach słońca padających na kartkę i myśli sobie: co się z tobą stało, moja siostrzyczko? Co się właściwie z tobą stało?

*

Einar ma lot następnego ranka, dwie doby po zaginięciu Eddy. Siedzi przy pizzy w zakurzonym salonie i wcale mu się nie chce. Zadanie jest absurdalnie odległe, ona mogła już pojechać setki kilometrów dalej, przez góry i pustynie, może przebywać gdziekolwiek w tym piekielnie wielkim kraju. Einar pociesza się, że ma kilka sensownych punktów zaczepienia. Ambasada może okazać się pomocna, kontaktował się już z konsulatem w Nowym Jorku, poza tym ma numer do lokalnego wydziału policji zajmującego się poszukiwaniem zaginionych ludzi. Wydrukowane dokumenty do podróży i karta pokładowa czekają w jego paszporcie, on musi jedynie wyruszyć w drogę.

Może to nie różni się bardzo od poszukiwania zaginionej osoby w górach, trzeba zacząć tam, gdzie ostatnio ją widziano, zapoznać się z rzeźbą terenu i rozejrzeć za śladami, zaufać węchowi i intuicji i posuwać się krok po kroku.

Przypomina sobie ostatnie poszukiwania, w jakich brał udział – faceta, który na wiosnę wstał od biurka w wielkiej kancelarii prawnej, pojechał w góry Blafjöll i zastrzelił się ze swojej strzelby myśliwskiej. Znaleźli go, siedział oparty o górską skałę, w garniturze. Nie miał oczu, kruk znalazł go przed nimi.

– Kiedy głodny proszę o chleb, świat oferuje mi kamienie – powiedział cicho dowódca oddziału ratunkowego, ale nie wyjaśnił, co miał na myśli.

Einar otrząsa się ze wspomnienia, sięga po laptopa i googluje słowo „Phaedrus”, nazwę spółki, którą Edda założyła pięć lat wcześniej. Albo którą założono w jej imieniu. Nie bardzo rozumie, w jaki sposób niespełna dwudziestoletnia osoba mogła założyć firmę i wnieść opłatę rejestracyjną w wysokości stu tysięcy koron, nie jest prawdopodobne, by Edda dysponowała taką kwotą, zanim poznała Ragnara i zamieniła się w jednoosobowe imperium medialne.

Imię Phaedrus zdaje się przede wszystkim dotyczyć dwóch postaci literackich. Platon opisywał w jednym ze swoich dzieł dialogi Phaedrusa, czy Fajdrosa z Sokratesem, głównie na temat miłości i retoryki. Dzieło nigdy nie zostało przetłumaczone na islandzki, Einar usiłuje się wgryźć w tekst na anglojęzycznej stronie, ale szybko się poddaje, książka w głównej mierze kręci się wokół stosunków seksualnych z młodymi chłopcami. Einar nigdy nie był w stanie zrozumieć, o co chodzi w filozofii.

Druga postać występuje w książce zatytułowanej Zen i sztuka obsługi motocykla. Tam Phaedrus (Fajdros) jest filozofem i nauczycielem akademickim, który traci rozum i po terapii elektrowstrząsami zmienia się w kogoś innego.

Einar dzwoni do Julii.

Ma Zen i sztukę obsługi motocykla.

– Twoja mama sprezentowała mi ją pod choinkę wkrótce potem, jak się poznałyśmy – mówi mu. – Znów stała się modna, czytałam ją w łóżku zaraz po porodzie Eddy.

– Myślisz, że Edda ją czytała?

– Na pewno – odpowiada. – Czytała wszystko, swego czasu pożerała tego typu filozoficzną literaturę. Świat Zofii, Kafkę, nawet Ayn Rand.

– Jak myślisz, dlaczego tak nazwała firmę, Phaedrus?

– Nie mam pojęcia – mówi Julia. – Zen to historia chorego psychicznie człowieka, który usiłuje zbudować sobie życie na nowo, o ile pamiętam. Czytałam ją bardzo dawno temu.

– Nie mam pojęcia, jak miałoby mi się to przydać – mówi Einar.

– Powinieneś przeczytać tę książkę – wtrąca Julia. – Może znajdziesz w niej jakieś wskazówki.

– Zapomniałaś już, że mam dysleksję? Nie chcesz, żebym odnalazł Eddę w tym roku?

Julia wzdycha i podkłada słuchawkę Ragnheidur, żeby Einar mógł jej życzyć dobrej nocy. On słyszy jej oddech, czuje jej milczącą przychylność.

Leży i przewraca się z boku na bok do północy, wtedy dzwoni telefon na jego stoliku nocnym.

– To może nie jest istotne – mówi Julia – ale postanowiłam przejrzeć stare książki Eddy. W piwnicy. Znalazłam Fajdrosa Platona, zaznaczyła fragment, w którym Sokrates odrzuca pismo.

– O czym ty mówisz?

– O starym dziele filozoficznym Platona – niecierpliwi się Julia. – Sokrates nie umiał czytać. Żył w czasach, kiedy Grecy przestali wierzyć w przekazy ustne i zaczęli różne rzeczy zapisywać. Sokrates był przeciwny, uważał, że kiedy człowiek zacznie pisać i czytać, nastąpi regres myślenia, ludzkość straci zdolność zapamiętywania i jasnego rozumowania. Sam nigdy nic nie napisał, to Platon spisywał wszystkie jego wypowiedzi.

– Czyżby sprzeciwiał się temu, by Platon zapisywał to, co on mówi?

– Z pewnością – mówi Julia. – Nie wiem. Ale gdyby Platon nie umiał pisać, Sokrates już dawno zostałby zapomniany.

Einar leży w ciemności z otwartymi oczami i myśli o książkach, wspomnieniach, chorobach psychicznych, dopóki nie zadzwoni budzik w telefonie i nie przypomni mu o zbliżającym się wyjeździe i poszukiwaniach.

WCZEŚNIEJ

Ragnheidur siedzi nad butelką coli i kilkoma skapcaniałymi frytkami w ostatnim barze w Djup i czeka, aż kierowca ciężarówki wróci z ubikacji i ruszą w dalszą drogę. Już niemal się rozmyśliła. Usiłowała znaleźć argumenty, żeby zrezygnować, ale przypadki najwyraźniej układają się w jedną prostą i szeroką drogę prowadzącą do Rejkiawiku, do Julii. Została przyjęta do szkoły plastycznej, mimo że spóźniła się z wpłatą kaucji na czesne i z wnioskiem o kredyt edukacyjny. Mama zaczęła przebąkiwać o tym, że wprowadzi się do nich do domu jej narzeczony i choć Ragnheidur uważa, że facet jest w porządku, nie ma ochoty mieszkać z nim pod jednym dachem w kłopotliwej roli pasierbicy na wydaniu z ciachem w piekarniku. On właśnie jest typem, który tak by to nazwał: ciacho w piekarniku. Ciąża.

Kładzie sobie dłoń na brzuchu i przeszywa ją ciepły, bolesny prąd. Powinna była położyć temu kres, każdemu innemu w podobnej sytuacji doradziłaby to samo, jaki sens jest nosić w sobie dziecko po dwutygodniowej przygodzie z byle szmirusem ze stolicy? Ale to nie była przygoda, w każdym razie dopóki trwała, nie z jej strony.

Dał jej prezent z okazji rozstania, starą broszkę. Biały ptak wylatujący ze złotej klatki, przypiął go do jej starego anoraka, kiedy stali na nabrzeżu, jego towarzysze przygotowywali jacht do wypłynięcia.

– Nigdy cię nie zapomnę – powiedział. – Dałaś mi wolność do bycia tym, kim jestem.

Nic nie powiedziała, nie chciała znów pytać, czy będą w kontakcie, czy zadzwoni do niej po przyjeździe do Rejkiawiku, patrzyła tylko, jak uwalnia cumy i wskakuje na pokład, stał w rozkroku i machał jej, a łódź się oddalała.

Zanim wróciła do domu, wypięła broszkę z kurtki i schowała do kieszeni, wiedziała, że on nie zadzwoni.

Nie chce o nim myśleć, usunęła go z pamięci, zamknęła w małej pozłacanej klatce w sercu, wyrzuciła klucz. Ragnheidur ma do tego talent, talent do miłości, szybko się zakochuje. A na koniec okazuje się, że wszystkie te romanse nie niosą ze sobą nic innego poza rozczarowaniem, już się nauczyła znosić w milczeniu miłosne rozczarowania. Tym razem jednak wyniosła z tego coś więcej niż odrzucenie, urodzi to dziecko i będzie je kochać, w zamian też będzie bezwarunkowo kochana.

Teraz wszystkie drogi prowadzą do Rejkiawiku, do Julii. Decyzja była tak łatwa, tak logiczna, w zasadzie sama się podjęła. Ragnheidur nawet postawiła tarota – dla zabawy, z nawyku – i wyciągnęła arcykapłankę i cesarzową, jedną po drugiej. Nie żeby to cokolwiek znaczyło, skąd.

– Jesteś pewna, że to dobry pomysł? – pyta zmartwiona mama. – Nie wiesz o tej dziewczynie nic poza tym, że mieszka z tym człowiekiem i spodziewa się z nim dziecka. Może jest zazdrosna. Może chce cię skrzywdzić.

– Przestań – odpowiada Ragnheidur. – To tylko tymczasowo, dopóki nie znajdę sobie jakiegoś lokum. Poza tym już ją dość dobrze znam, pisujemy do siebie.

– Mimo wszystko to dziwne – oburza się jej najlepsza przyjaciółka. – Jesteście w ciąży z tym samym palantem i będziecie razem mieszkać? Założycie dla niego harem czy coś takiego? To jest po prostu obrzydliwe i na pewno nielegalne. Jakbyście byli sektą czy czymś takim.

– Nie będzie żadnego haremu, głuptasie. Jego tam nie będzie. Normalnie wpadł w szał, kiedy Julia powiedziała mu, że zamieszkamy razem w jego mieszkaniu, a on się musi wyprowadzić, dopóki nie znajdziemy dla siebie czegoś innego. Kupił sobie bilet do Kopenhagi. Mówi, że zostanie tam na zimę, zamieszka na barce w porcie.

– To wszystko razem jest strasznie dziwne. Raczej wbrew naturze, powiedziałabym.

– Musisz poznać Julię. Naprawdę świetna dziewczyna.

– Myślę, że jeszcze zrobi z ciebie miazgę.

Ragnheidur chichocze, ale już nie jest tak przekonana, jaką udaje. Oczywiście nie wie nic na temat tej dziewczyny, obawiała się, że ona będzie chciała ją zabić podczas tego jedynego ich spotkania, w tamtym okropnym miejscu w Skeifan. Julia się spóźniła, ostrzyżona na zapałkę i chuda jak więźniarka z Belsen, z tym szaleńczym błyskiem w oku.

Ale było w niej coś miłego i kruchego, Ragnheidur nie potrafi jej nie lubić. Jest niezwykle dowcipna, w każdym razie w tych mejlach, bezczelna i błyskotliwa, w tym surowym śródmiejskim życiu czuje się niczym ryba w wodzie, wszystkich kojarzy, na wszystkim się zna.

Ale Julia gra u siebie. Zawsze będzie miała przewagę, jeśli zechce ją wykorzystać.

Ragnheidur patrzy przez okno, fiord jest szary, karłowata roślinność żółta, czerwona i fioletowa, nad Djup nadciąga bezlitosna zima. Oczywiście, że chce jechać do Rejkiawiku. Chce podjąć naukę, zostać prawdziwą plastyczką, rozczytuje się w artykułach w dodatku weekendowym o Tracey Emin i Damienie Hirście, rekinie w formalinie, ona też chce wzbudzać oburzenie i podziw.

Kierowca ciężarówki wychodzi z kibla i zapina spodnie, rzuca barmanowi pozdrowienie i daje jej znak, żeby się zbierała. Chcę przejechać przez wyżynę, zanim się ściemni, mówi, a Ragnheidur wzdycha, dopija colę, w tej sytuacji już się nie rozmyśli.

Wspinają się do szoferki i ruszają. Na drodze stoi owca z dwójką tłuściutkich jagniąt, gdy kierowca trąbi, maciorka natychmiast bierze nogi za pas, a za nią jedno jagnię. Drugie stoi i wbija wzrok w zbliżające się auto. Ragnheidur wstrzymuje oddech, spodziewa się wypadku, uderzenia, plam krwi i kępek wełny na przedniej szybie, ale zwierzak w ostatniej chwili uskakuje z drogi, nietknięty.

Kierowca kręci głową.

– Co za, kurwa, idiota – mówi, a potem się nie odzywa aż do Holmaviku.

*

Nikogo nie ma w domu.

Ragnheidur stoi na mokrym chodniku z walizką i kartonem z książkami, z kołdrą w czarnym worku na śmieci, i po raz czwarty naciska dzwonek. Zrobiła z siebie idiotkę, jak mogło jej przyjść do głowy, że to jest coś innego niż brzydki numer, to całe zaproszenie do wspólnego zamieszkania.

Deszcz przychodzi falami, jest już kompletnie przemoczona, nie chce myśleć o książkach w kartonie. One tam są, jej ulubienice, Svanurinn, Salka Valka, Imię róży, nie wyobrażała sobie, że mogłaby je zostawić w domu. Pozostałe miały dojechać następnym transportem z jej łóżkiem, biurkiem i regałem, ale chyba nic z tego nie będzie. Będzie musiała wrócić do domu z podkulonym ogonem i przemokniętymi ulubionymi książkami, poświęconymi w imię infantylnej wiary właścicielki.

Zauważa żółtą plamę na chodniku, karteczkę samoprzylepną, którą deszcz zmył z drzwi. Podnosi ją i rozszyfrowuje litery:

Cześć,

Atli z 3 B Cię wpuści

Tadam

J

Odnajduje dzwonek, naciska i zanim się zdąży się zorientować, wesoły starszy jegomość taszczy po schodach jej karton z książkami i inne rzeczy, a ona podąża za nim i usiłuje wybronić się przed zalewem pytań, skąd pochodzi, czy długo zostanie, czy jest krewną Julii, czy Örlygura, jak oni się tam pomieszczą we trójkę. Wychudzony mały pies szczeka u niego na progu, on wpycha go kapciem do mieszkania i kontynuuje wspinaczkę na poddasze, rzuca karton przed drzwiami i szerokim gestem podaje jej klucz, voilá, mademoiselle!

 

Ragnheidur dziękuje mu za pomoc i czeka, dopóki sąsiad nie zejdzie na dół, po czym wkłada klucz do zamka i otwiera drzwi. Serce wali w jej piersi, nie wie, czego się spodziewała, ale mieszkanie jest takie małe, takie maleńkie! Naprzeciwko drzwi znajduje się miniaturowa wnęka kuchenna, na prawo niewysprzątana sypialnia, nieposłane stare żelazne łóżko, sterty ubrań na podłodze. Po lewej mały salonik wyposażony w uginający się pod ciężarem wieku komplet wypoczynkowy, który kiedyś był jasnobrązowy, zdobiony frędzlami i dzyndzlami. Stolik wygląda na zrobiony ze skrzyni po starym klawesynie i szklanego blatu. Są tu także duży telewizor, magnetowid i gramofon, pod jedną ze ścian ustawiono kuchenny stolik i dwa krzesła. Poza tym ściany w salonie całkowicie przesłaniają książki, które znajdują się także na stoliku i parapecie, gdzie walczą o przestrzeń życiową z dwoma zabiedzonymi roślinkami. Zarówno w saloniku, jak i sypialni sufit jest skośny, trudno sobie wyobrazić, by dorosły człowiek był w stanie się wyprostować gdzie indziej niż na kilku metrach kwadratowych pośrodku mieszkania.

Ragnheidur opadają ręce, co też tej Julii strzeliło do łba, że się tu obie pomieszczą? To mieszkanie nie zmieści nawet jednej osoby w całości, może zakochana para byłaby w stanie dzielić to mieszkanie pod warunkiem, że przez cały czas tuliliby się do siebie.

Na początku nie odnajduje nawet łazienki, dopóki nie wyjdzie na klatkę, tam za drzwiami do szafy mieści się nieduża toaleta, główka prysznica wisi na środku, nad muszlą.

Ragnheidur zbiera się na płacz, mieszkanie tonie w śmieciach, przypomina raczej melinę narkomanów niż dom dwóch przyszłych matek, zlew w kuchni jest pełny brudnych naczyń.

Na stoliku w kuchni znajduje nową karteczkę:

Przepraszam za bałagan – urwanie głowy w pracy – przyjdź, zapraszam Cię na kolację!

Xx

J

Najchętniej by zwiała, ale nie ma dokąd. Wciąga mokre rzeczy do środka, zamyka drzwi i skulona schodzi na dół.

Ale przynajmniej nieco się rozjaśniło, idzie w górę Laugavegur, skręca w lewo w Raudarstigur i po chwili odnajduje restaurację, małą i przyjemnie chaotyczną, z zakurzoną winoroślą z plastiku pod sufitem, z gronami poszarzałymi ze starości. Z kuchni dobiega śmiech, a po chwili pojawia się Julia w fartuszku na zaokrąglonym brzuchu. Tłumi okrzyk radości na widok Ragnheidur, rzuca się na nią i mocno ściska, nie przeszkadza jej wygląd przyjaciółki, woda cieknąca z jej włosów.

– Witaj w mieście, kochanie, tak się cieszę, że cię widzę – mówi. – Przepraszam, że nie byłam w domu, wybacz ten burdel! Tak bardzo chciałam cię przywitać, ale dziewczyna, która ze mną pracuje, dzisiaj nie przyszła, więc musiałam wszystko zostawić i przyjść do roboty.

Ragnheidur stoi sztywna i ulega tym niespodziewanym czułościom, czuje, jak napięcie, wściekłość i zmęczenie spływają z niej razem z wodą, pozwala Julii zaciągnąć się do kuchni, posadzić się przy niedużym stole, koleżanka nalewa jej zupy z garnka, kroi jej kawałek chleba, siada naprzeciwko niej i świeci jak słońce, jakby na tym świecie nie zdarzyło nic lepszego i słuszniejszego niż przyjazd Ragnheidur, niż ich spotkanie, i teraz już razem przeżywać będą tę wspaniałą przygodę.

Ragnheidur patrzy na nią spod mokrej grzywki i mówi:

– Wiesz, myślę, że to nie wypali. Przykro mi.

*

Kiedy półtora miesiąca później Örlygur wraca do kraju, zdążyły już w jakiś nadzwyczajny sposób podzielić między siebie poddasze.

– Dajmy sobie szansę – poprosiła Julia, a Ragnheidur była zbyt zmęczona, by protestować.

Sypialnię rozdzieliły szafą, Julia śpi po jednej stronie, po drugiej jedzą, a jeśli pochylą głowy, mogą się nawet cieszyć widokiem żółtych i czerwonych koron drzew w Dzielnicy Zachodniej i nad stawem Tjörnin. Przesuwają regały w salonie i przygotowują wygodną wnękę sypialną dla Ragnheidur, która kupiła sobie niedużą deskę kreślarską i zainstalowała lampkę pod oknem, a mimo to zostało nieco miejsca, aby oglądać telewizję z kanapy.

– A mówiłaś, że obie się tu nie pomieścimy – triumfuje Julia.

Ragnheidur nie do końca rozumie, jak to się udało, ale Julia jest tak zdecydowana, że nawet prawa fizyki poddają się jej woli.

– Jeśli wymienimy pięć tysiaków na firanki i nową narzutę na kanapę, zostanie nam jeszcze na nową patelnię i ręczniki do łazienki – liczy zatroskana, bo Ragnheidur z całego serca stara się dołożyć do wspólnego gospodarstwa, naprawia krzesła w kuchni, szyje poszewki na poduszki, maluje przedpokój, usiłuje przekształcić mieszkanie w swój dom, ma nadzieję, że przestanie się tu czuć jak gość. Fakt, że żyją ze sobą względnie bezkonfliktowo, jej to ułatwia, Ragnheidur wstaje rano i wychodzi do szkoły, a kiedy wraca, Julia zwykle jest już w pracy, więc ma mieszkanie dla siebie.

Ale nie zawsze.

– Czy to jest twoja kolacja? – pyta Julia któregoś czwartkowego wieczoru, kiedy zdarza jej się wrócić wcześniej do domu i zastaje Ragnheidur pogryzającą kanapkę z szynką i serem do szwedzkiego serialu kryminalnego. Ragnheidur kiwa głową, niemal z poczuciem winy, a Julia znika w kuchni, zaczyna dzwonić garami i wnosi dymiące penne z tuńczykiem, oliwkami i pomidorami.

– Potrzebujesz tranu i kwasu foliowego – mówi i przygląda się, jak Ragnheidur je. – Ciemne warzywa, owoce, nie możesz żyć na chińskich zupkach i tostach. Bo urodzisz garbusa.

– Będziesz przeklęta – mówi z uśmiechem Ragnheidur.

Julia wciąż popala, wystawia głowę przez okno w swojej dziupli, zaciąga się kilka razy, zanim położy się spać, zapach rozchodzi się po mieszkaniu niczym nieczyste sumienie.

Julia wzrusza ramionami, człowiek musi zadbać o to, żeby te dzieciaki nie były za duże, pamiętaj, skąd one wychodzą, mówi, i obie wybuchają śmiechem. Potem przygotowują popcorn i wybierają film ze zbiorów Örlygura, Amatorski gang, jakiś francuski, czarno-biały, pełen wdzięku, troje młodych ludzi dokonuje kradzieży i tańczą w restauracji. Julia zasypia w połowie, a Ragnheidur okrywa ją kocem, pozwala jej tak spać nawet po zakończeniu filmu. Sama wykrada się do łazienki umyć zęby, wchodzi do łóżka i obserwuje pierwszą zorzę polarną tej jesieni przez okienko nad głową, i wsłuchując się w spokojny oddech Julii na kanapie, myśli sobie: mogłoby być gorzej.

Örlygur zjawia się niezapowiedziany, w sobotni wieczór w październiku puka do drzwi, kiedy akurat kończą zmywać po kolacji, otwierają drzwi w gumowych rękawiczkach i fartuszkach opinających ciążowe brzuszki, patrzą na przybysza jak na zjawę.

Powinien się zjawić z pompą, to byłoby do niego podobne. Powinien wyważyć drzwi i wrzasnąć: „Dobry wieczór! Jest tu kto, czy ktoś powita zmęczonego wędrowca?”.

Lecz ten Örlygur, który się zjawia w ten właśnie sobotni wieczór, puka grzecznie do drzwi, prosi dziewczyny, by je otwarły, a te przyglądają mu się, jakby był duchem, skromnym i spłoszonym. Ma na sobie nowy garnitur, koszula lśni w mroku klatki, włosy podrosły, sięgają kołnierzyka.

– Dobry wieczór – mówi – coś was trapi?

Dziewczyny patrzą bezradnie jedna na drugą, odkąd zamieszkały razem, niewiele rozmawiały na jego temat, jakby nie miał nic wspólnego z nowym etapem ich życia, jakby nie można się było spodziewać, że wróci z Kopenhagi i do nich zajrzy.

Julia zdobywa się na odwagę i zaprasza go na salony, Ragnheidur nastawia kawę w jego starym, niechlujnym dzbanku. Ręce jej się lekko trzęsą, nie widziała go od wiosny, od czasu gdy pożegnał ją uciekającym ze złotej klatki ptakiem i odpłynął.

On zaś się rozgląda dookoła i chwali je za zmiany w mieszkaniu, usadawia się pośrodku kanapy, skromnie niczym gość, jakby to nie był jego mebel. Twierdzi, że dobrze mu w Kopenhadze, zamieszkał z dwoma kumplami, rozgląda się za pracą w branży filmowej. Jego przyjaciel zna kilku duńskich reżyserów z genialnymi pomysłami, mają dekalog, według którego postępują, nazywają to dogmą. Chcą odnowić podstawowe wartości sztuki filmowej, ciekawe historie, mocne aktorstwo.

Dziewczyny idą po krzesła kuchenne do Julii, siadają naprzeciwko niego, Julia na wprost, Ragnheidur nalewa mu kawy do filiżanki, potem siada z nimi, nieco z boku.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?