Święte słowoTekst

Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Potem zaliczy to na jego korzyść, za dużo wypiła, a on nie chciał jej wykorzystać w tym stanie. Dopiero znacznie później zorientuje się, że Örlygurowi chodzi nie tylko o seks. On musi być górą, nie daje się zwodzić, bierze to, czego chce.

Ale to później.

U niej w domu zawsze się piło, z salonu dochodzą wściekłe, bełkotliwe głosy. Julia zdejmuje buty i idzie do siebie.

gdybym tylko kroplą mogła być wody

gdybym tylko mogła spłynąć w twe usta

po języku

do gardła

gdybyś mnie wypił

gdybym mogła ugasić twoje pragnienie

napisała w swoim małym notesie przechowywanym w szufladzie nocnego stolika. Wyrywa z niego kartkę, drze ją na strzępy, a potem leży na łóżku wpatrzona w sufit i rozmyśla o Örlygurze, jego śmiechu i widocznych zębach mądrości, gdy się uśmiecha, jabłku Adama, długich palcach, o tym, jak się prostuje, gdy czuje się niepewnie, uważa, że jest zagrożony, i łzy spływają jej po skroniach, sączą się do uszu, lecz ona tego nie zauważa.

Leży tak trzy dni, obłożnie chora z miłości, nic nie je ani nie pije, tylko na przemian śpi i płacze.

– Cóż to za straszna grypa? – dziwi się przejęta matka.

A Julia odwraca się do niej plecami i nie chce iść do lekarza.

Czwartego dnia wstaje, ubiera się, myje spuchniętą od łez twarz. Jedzie autobusem do miasta, na drżących nogach wspina się po schodach na trzecie piętro, stoi całą wieczność przed jego drzwiami, nim zdobędzie się na odwagę zapukać. On jest w domu i otwiera drzwi, ale ona nie ma odwagi spojrzeć mu w twarz, mógłby zauważyć, co ona czuje, jak serce wali jej w piersiach.

– Nie mam wobec ciebie żadnych zamiarów – mówi mu, przestępując z nogi na nogę na klatce, ręce w kieszeniach płaszcza, ale czuje się, jakby była naga. – Chciałabym tylko pobyć u ciebie.

On bierze ją za ramiona, patrzy jej w oczy. Cieszy się, że ją widzi.

– Nie chciałem cię skrzywdzić – mówi. – Nie chcę cię od siebie odstręczyć. Sprawiasz, że wszystko pięknieje. Mam wrażenie, że wszystko było brzydkie, zanim cię poznałem.

– Czy to dlatego wyrzuciłeś mnie z łóżka?

Stara się być twarda, ale twarz jej mięknie z radości.

– Niemądra – mówi Örlygur.

Czule gładzi ją po policzku, unosi jej brodę i całuje ją w usta, mocno tuli do siebie, a ona czuje jego ciało pod koszulą i spodniami. Kręci jej się w głowie, kilka tygodni temu była dzieckiem, bujała się w chłopakach, ale to nic w porównaniu z tym. Örlygur to burza, która wyrzuciła ją z orbity, wywaliła z ciasnych przestrzeni, w których przebywała w domu, w szkole, w kręgu przyjaciółek; poszybowała w kosmos, w chaos, a on ją złapał w objęcia i trzyma mocno przy sobie.

*

Matka Julii nie jest zachwycona, kiedy tuż przed końcem roku córka oznajmia jej, że ma zamiar wyprowadzić się z niedużego mieszkania w suterenie przy Langagerdi do Örlygura. Jest zbyt młoda, musi zdać maturę, to jest dojrzały mężczyzna, ponad dziesięć lat starszy od jej upartej, wyszczekanej córki. Julia jednak pozostaje niewzruszona i po kilku trzaśnięciach drzwiami i groźbach matka musi się pogodzić z faktami dokonanymi, obserwuje tylko, jak córka wrzuca koszulki po dziadku i dżinsy do torby podróżnej, a książki i kompakty do kartonu.

Ojczym się nie odzywa, wycofał się, teraz będzie mógł chlać i wygłaszać swoje pijackie monologi o polityce i ekonomii bez ryzyka, że ona mu przerwie i będzie z niego szydzić.

W sylwestra przychodzi na kolację do rodziny, zawarli rozejm i jedzą indyka z truflami. Matka i ojczym w tekturowych kapeluszach, a ona stara się nie zauważać, jacy są nieszczęśliwi. Przed północą bełkocą pijani, Julia z młodszym rodzeństwem puszcza fajerwerki, zanim uda się do śródmieścia spotkać z Örlygurem.

*

Jest już styczeń i wszystko zaczyna się od nowa, ona nie przejmuje się ciemnościami, ciasnotą, brakiem pieniędzy. Nie liczy się nic, tylko Örlygur, ona i Örlygur, w jego sfatygowanym żelaznym łóżku, gdzie właściwie przebywają przez cały czas, całą dobę. Kochają się i śpią, śpią i kochają się, dopóki ona nie traci orientacji, gdzie kończy się jej ciało i zaczyna jego, on zna każdy kawałek jej ciała, bada je palcami i językiem. Żelazne łóżko śpiewa cały dzień, od rana do wieczora i w nocy także, nie potrzebują innej muzyki.

– Jesteś jak brzoskwinia – mówi jej – masz taką miękką skórę i słodki smak.

Zamierza napisać o niej wiersz, coś o łabędzim pierzu, czereśniach i bólu, jest w tym jakaś głębia. A ona najpierw czeka w napięciu, potem już nie, on jest poetą, musi mieć natchnienie, czegoś takiego nie da się zażądać.

Julia nie potrafi go z niczym porównać, nie potrafi znaleźć słów na to, jak on pozwala się jej czuć; traci apetyt, nie ma ochoty na nic poza nim i papierosami.

Czas mija jak we śnie, noce i dnie zlewają się w jedno, Julia dostaje ze szkoły list, że nie dopuszczono jej do matury z powodu słabej frekwencji. Jakie, kurwa, znaczenie ma szkoła, kiedy człowiek żywi się miłością, on czyta jej wiersze i opowiadania, objaśnia politykę i filozofię, pokazuje swoje ukochane filmy w zajeżdżonym magnetowidzie w salonie. Oglądają Polańskiego, Truffauta, Petera Greenawaya, i on się uśmiecha, gdy opowiada jej o ulubionych obrazach Divie i Pikniku pod Wiszącą Skałą, ponownie objaśnia symbole w filmach, Siódmą pieczęć, Psa andaluzyjskiego, ona jeszcze tyle się musi nauczyć.

Podarowuje jej wyświechtany egzemplarz Lolity, opowiada o Verze Nabokov, żonie i niewidzialnej współpracownicy autora, była jego redaktorką, doradczynią i asystentką. Julia odnosi wrażenie, że Örlygur chętnie widziałby ją w takiej roli, żeby się poświęciła poecie Örlygurowi.

Ona nie ma ochoty być niewidzialna, chce być aktorką.

W zasadzie cały czas przebywają razem, poza chwilami kiedy Örlygur pisze wiersze lub pracuje nad filmem. Razem brodzą przez szarą pluchę do Café au Lait, zachodzą po drodze do księgarni Mál og menning, potem piją kawę i każde czyta swoją książkę, paląc jednego papierosa. Julia ukradkiem spogląda na niego znad okładki, on ma na sobie wytartą koszulę ze stójką à la Mao, z podwiniętymi rękawami, obnaża silne przedramiona jak wódz rewolucji, myśli sobie Julia i marzy tylko o tym, aby zaciągnąć go do domu i do łóżka, wolałaby to, niż zgłębiać Odyseję i marzyć o zakupie kanapek, na które ich nie stać.

Sen słabnie w miarę wspinania się słońca na niebie. On zaczyna wieczorami spotykać się z przyjaciółmi, chodzić na imprezy i koncerty. Wychodzi z łóżka, zapala papierosa, wkłada koszulę, całuje ją w czoło, czasem pyta, czy chce z nim iść, ale nie zawsze. Musi dbać o kontakty, tłumaczy, przecież nie mogą być cały czas razem. Ona stara się nie brać za bardzo do siebie tego, że zostawia ją samą w domu, jest o wiele młodsza od jego znajomych i zawsze gdy ich spotyka, czuje się nieswojo. Nikt jakoś chyba nie chce, by cokolwiek mówiła, by miała jakiekolwiek poglądy.

Jesteś taka ładna, bełkotliwie szepce jej do ucha przyjaciółka narzeczonego na jednej z imprez. Örlygur lubi takie młode i słodkie. Ty właśnie jesteś dla niego taką malutką, słodziutką punkówą.

Potem głaska Julię po głowie, jakby była dzieckiem, więc już w ogóle odechciewa jej się chodzić z nim na imprezy.

W kwietniu orientuje się, że nie ma okresu. Örlygur zachowuje spokój, ale ona trzęsie się przed apteką z pogniecioną kartką w dłoni, nie pamięta, jak udaje jej się przejść przez Laekjartorg i w górę Bankastraeti, oszołomiona radością i przerażona.

Cały wieczór siedzą przy małym stoliku w kuchni, przy kawie i zapalonych świecach, on bawi się woskiem i rysami na blacie, co chwilę wstaje, żeby uruchomić ekspres, wlać kawy do filiżanek. Ona zdezorientowana uważa, że jest gotowa, oczyma duszy widzi, jak spacerują wokół stawu z wózkiem, widzi go z maleństwem na rękach i miłością w oczach, ale on patrzy na to inaczej, ma inną perspektywę.

– Rozejrzyj się dookoła – mówi do niej. – To nie jest miejsce dla małego dziecka. Żyjemy z kieszonkowego, które dostajesz od rodziców, moje stypendia nie starczają na jedzenie i czynsz za tę norę. Dziecko dużo kosztuje, musiałbym znaleźć jakąś koszmarną pracę, umarłbym.

Ona nie widzi go na etacie, jako dziennikarza, agenta nieruchomości, nigdy bym tego nie chciała, mówi ze łzami w oczach. Niemniej zwleka z umówieniem wizyty u lekarza, jej umysł się zamyka, kiedy usiłuje wyobrazić sobie zabieg, przebudzenie z narkozy z pustym łonem, koniec snu.

Jedzie autobusem do domu w Langagerdi, smutna wędruje po krainie swojego dzieciństwa, jej przyjaciółki przygotowują się do matury, każda przy lampce na biurku, w bezpiecznym zaciszu pokoju nastolatki, podczas gdy ona na otwartej przestrzeni zmaga się z własnym egzaminem i małą lampką w łonie. Tak to widzi, niczym błądzący ognik w czerwonej latarni, a w samym środku niewielkie bijące serce.

– Julio, musisz być rozsądna – mówi matka. – Nie masz wykształcenia, nie masz pracy, pozbawiasz się przyszłości. Również dziecko pozbawiasz przyszłości, jakie życie możesz mu zaoferować?

– Mogę zaoferować mu miłość – odpowiada Julia, płacząc niczym bohaterka opery mydlanej.

Rodzice proponują jej różne rozwiązania. Albo usunie ciążę, albo skorzysta z drugiej możliwości, urodzi dziecko, przeprowadzi się do domu i przyjmie ich pomoc i finansowe wsparcie, by w przyszłym roku dokończyć naukę. Jeśli wróci do Örlygura – tego łachudry – i urodzi dziecko, to niech się nie spodziewa, że będą utrzymywać jej dom. Musi być rozsądna.

– To znajdę sobie pracę! Do diabła z tym waszym rozsądkiem – krzyczy Julia i trzaska za sobą drzwiami wyjściowymi.

Zapłakana wraca do domu ulicą Miklabraut, brodząc po kostki w roztopach, z zimnymi dłońmi w kieszeniach płaszcza. Przechodzi przez Klambratun i Raudarstigur w stronę placu Hlemmur, mija niedużą restaurację, szukają kogoś do pomocy na sali, ma skończone osiemnaście lat, jest napisane na kartce w oknie, zawraca więc, wchodzi i prosi o pracę. Jest zapłakana, z czerwonym nosem po marszu, ale właściciel ma kłopot i pyta, czy może zacząć już wieczorem. Julia nigdy nie pracowała fizycznie poza plewieniem chwastów w młodzieżowym hufcu, ale wychowała się w mieszczańskim domu, potrafi być grzeczna, stawia się w restauracji ze zmarszczonym czołem, co świadczy o koncentracji, uczy się przyjmować zamówienia i nalewać piwo do szklanek, sprzątać po wyjściu ostatniego gościa.

 

Jest zdecydowana, że chce być szczęśliwa, wybiera miłość.

*

Branża filmowa ożywa na wiosnę. Örlygur wkłada garnitur i lakierki, idzie do fryzjera i każe sobie uporządkować jasną czuprynę. Jego ciemnoniebieskie oczy lśnią, ma na sobie wyprasowaną koszulę i wybiera się wraz z dwójką przyjaciół jachtem na zdjęcia na prowincji, poszukają fotogenicznych portów i zatok, nakręcą sceny, w których odświętnie ubrany mężczyzna wybiera się na morze łowić ryby, pokażą dystans, jaki się wytworzył między realnym systemem ekonomicznym a powierzchownym życiem mieszczan, wyjaśnia.

Julia leży obok niego w łóżku, wyczerpana po długiej zmianie w restauracji i nie ma sił mu się sprzeciwić. Pościel jest brudna, mdli ją jej zapach, jest rozczarowana tym, że on okazuje tak mało zainteresowania ciąży. Ona długo pracuje w lokalu, przez sześć dni w tygodniu, a gdy wraca do domu, jest ciągle to samo. Albo spędził cały dzień w kawiarni, albo w łóżku, mieszkanie jest ciasne i zapuszczone, lodówka pusta. Ona je w pracy, je dużo, właściciel narzeka, ale on nie wie, że jest w odmiennym stanie.

– Jak długo masz tam zamiar być? – pyta go z nadzieją, że nie zabrzmi to jak skarga.

– Trudno powiedzieć – odpowiada Örlygur filuternie z dłońmi pod brodą. – Sztuka ma swoje prawa.

Ona więcej nie pyta, ale jest oszołomiona.

– Nie jestem dla ciebie dobry? – pyta, głaszcząc ją po plecach.

Przynosi jej herbatę do łóżka, okazuje jej troskę i miłość, ale to nie jest akurat to, czego jej teraz brakuje. Ona potrzebuje bezpieczeństwa i odpowiedzialności, i najlepiej trochę pieniędzy. A on nic takiego nie posiada, jego wykłady na temat marksizmu i sztuki filmowej już ją zaczynają denerwować. Nie rozumie, dlaczego on ciągle musi sikać dookoła kibla, kiedyś nawet go o to pyta, ale on odpowiada jej pytaniem, czy aby nie chciała go jeszcze do tego wykastrować.

– Wielbię cię – oświadcza – ale ta muszla klozetowa stoi między nimi.

On nie szoruje klozetu, uważa, że to poniżej jego godności, uważa, że powinna to robić kobieta, którą wielbi.

Kiedy Julia się wścieka, widzi wszystko na czerwono, to ciekawy skutek uboczny ciąży, uważa, i płacze z byle powodu, muzyki, wierszy, niegrzecznych klientów. Płacze, kiedy Örlygur odpływa, stoi wyprostowany na rufie i macha do niej, ona macha do niego i płacze, ale jest też trochę zadowolona.

DZIEŃ 1

Natychmiast po spotkaniu rodzinnym Einar wraca do domu, znajduje miejsce na dżipa przed blokiem i wchodzi na czwarte piętro, nie chce mu się czekać na windę. Klatka schodowa wymaga remontu, myśli, trzeba pomalować ściany, zmyć bazgroły, zmienić wykładzinę. Najlepiej byłoby pomalować ją na kolor, który nie bardzo się brudzi, taki, który nie potrzebuje nieustannych zabiegów i troski, szary, zielony, beżowy.

Mieszkanie stało puste, więc teraz pachnie kurzem i zamknięciem, wszystko jest takie, jakie zostawił na wiosnę, meble z IKEA, mapy na ścianach, firany, które sam uszył na starej maszynie Ragnheidur. Ale niekoniecznie wydaje mu się, że tutaj mieszka, tu mógłby mieszkać byle kto. Powinien się rozpakować, wrzucić pranie do pralki, wysłać wiadomość do Steinunn, żeby wiedziała, że jest w mieście, ale tego nie robi, i tak nie miał z nią kontaktu od ostatniej zimy.

Siada na kanapie, wyciąga telefon i skręca papierosa, pali, skanując wzrokiem wiadomości. Wszędzie piszą o Eddzie, przewija się we wszystkich mediach w necie między mdłymi późnoletnimi wiadomościami o kłótniach przy podcinaniu drzew i aranżowaniu przestrzeni. „DV” posuwa się najdalej:

POSZUKIWANA EDDA ÖRLYGS

Gwiazda mediów społecznościowych porzuca nowo narodzone dziecko

Obok artykułu umieszczono jej fotografię, stoi w drzwiach i patrzy w obiektyw, robi dziobek. Włosy ma niemal białe, a rzęsy nienaturalnie długie, zdjęcie zrobiono, zanim zaszła w ciążę.

– Co ci się właściwie stało? – mamrocze.

Pozwalają na komentarze, większość od ludzi dobrej woli, wklejają płaczące buźki, emotiki. Forum na blogu Eddy pełne jest wiadomości od zmartwionych obserwujących, ostatnie jej wpisy na Instagramie otrzymały wiele tysięcy polubień. Jego siostra jest może stuknięta i powierzchowna, ale najwyraźniej ludzi obchodzi jej los.

Bierze akurat prysznic, kiedy dzwoni telefon, siedzi na posadzce i pozwala strumieniom wody masować kark, usiłuje pozbyć się ociężałości i zmęczenia. Nie zdążył odebrać telefonu od Ragnara, więc oddzwania do niego, stojąc w kałuży pośrodku łazienki, woda ścieka mu z włosów do ucha.

– Znaleźli ją – tokuje Ragnar. – To znaczy wiedzą, gdzie się podziewa. Jest w Nowym Jorku. Poleciała tam dzisiaj rano i cztery godziny temu opuściła JFK. Nic więcej nie wiedzą.

– A jej telefon, karty? – pyta Einar. – Pewnie da się namierzyć płatności i w ten sposób ją znaleźć.

– Telefon ma wyłączony od nocy, a kart nie używała – tłumaczy Ragnar. – To wszystko jest bardzo dziwne. Wczoraj kupiła bilet do Nowego Jorku i zamówiła sześć tysięcy dolarów, które odebrała dziś rano na lotnisku, przed wyjazdem. Wypłaciła je z rachunku walutowego będącego własnością jakiejś prywatnej spółki. Nie miałem pojęcia, że ma te pieniądze i firmę.

– Co to za spółka?

– Zakres działalności obejmuje badania i pośrednictwo – objaśnia Ragnar. – Została założona pięć lat temu i nazywa się Phaedrus.

DZIEŃ 2

– Musisz jechać i jej poszukać.

Julia jest już spokojniejsza, ale pozostaje niewzruszona, Einar ją zna. Siedzi przy stole w kuchni, przed nią filiżanka z kawą i paczka papierosów, ramiona skrzyżowane, patrzy na niego skupiona i zdecydowana, czuje, jak jej wola nagina jego wolę, co rusz atakuje jego decyzje.

– Nie – upiera się – przestań bredzić.

– Jesteś ratownikiem, potrafisz szukać ludzi.

Julia wciąż wygląda jak dziewczynka, włosy krótkie, oczy żywe, ale twarz zaczyna się robić obwisła i wokół ust pojawiają drobne zmarszczki od palenia, złagodniała linia żuchwy. Już nie ubiera się na czarno, w ostatnich latach nosi się na biało, Einar podejrzewa, że jej się zdaje, iż w ten sposób się odmładza. Na swój sposób jest próżna.

Odwraca wzrok pod jej spojrzeniem.

– Weź przestań – mówi jej. – Ty myślisz, że co ja mogę zrobić? Wpadłem tylko, żeby zobaczyć się z mamą, wypić kawę i sprawdzić, co u was.

To niezupełnie się zgadza, Einar przyszedł przede wszystkim po to, aby zawrzeć z Julią pokój po wczorajszym spotkaniu, bo gryzły go wyrzuty sumienia. „Jakby to akurat teraz było najważniejsze”, upomniała go Julia, kiedy przyszedł i przeprosił za swoje zachowanie, za tę gwałtowną wrażliwość na przeszłość. Wybaczyła mu, oczywiście, i tym samym wzmocniła swoją przewagę strategiczną. Zagoniła go do narożnika.

Mieszkanie przy Brekkustigur urządzone jest ze smakiem, jak wszystko, z czym zetknie się Julia, drewniane podłogi naoliwione, książki, na wszystkich ścianach wiszą obrazy Ragnheidur, meble to współczesna klasyka duńska, ukryte skarby, które znajdowały na jarmarkach i wyprzedażach garażowych i odnawiały. Każdy mebel to osoba, posiada imię kojarzące go z miejscem znalezienia i rocznik, jak dobre wino, kuchenne krzesła to Kolaport 1998, kanapa Breidholt 2005, dziwne, że ludzie pozbywają się tak pięknych rzeczy po to, by kupić nowe.

Ragnheidur siedzi w fotelu bujanym (Hans Wegner – Hafnarfjördur 2000) i słucha radia, teraz jest spokojna, ale całą noc się denerwowała, mówi Julia. Ona rozumie, co się dzieje, choć nie jest w stanie ubrać tego w słowa, ale przejmuje się tym jak my wszyscy. Ciemne włosy splecione w warkocz opadają jej na ramię, Julia zawsze dokładnie zaczesuje miejsce, które wygolono przed zabiegiem, włosy odrosły, lecz są białe tylko w tym jednym miejscu, nad zrośniętą czaszką i uszkodzoną siecią neuronów w mózgu.

– Cześć, mamo – mówi Einar i całuje ją w policzek, a ona patrzy na niego, jakby go nie znała, chwyta go za rękę, on niemal słyszy, jak mówi do niego: mój kochany mężczyzno. Jeszcze tu jesteś.

– Tak, Ragnheidur – odzywa się Julia zbyt głośno jak na jego gust, jakby myślała, że jego matka jest głucha. – Einar przyszedł w odwiedziny. Ale pojedzie poszukać Eddy.

– Nie, Julio, do diabła. Wiesz, że nigdzie nie mogę jechać. O wiele lepiej będzie, jak pojedzie Ragnar. Albo ty. Poza tym to policja zajmuje się tą sprawą, może zlecić poszukiwanie Eddy w Stanach.

– Policja niczego takiego nie zrobi – mówi Julia. – Edda jest wolnym człowiekiem, nie jest o nic podejrzana, nic nie wskazuje na to, by miała zrobić sobie lub komuś innemu krzywdę. Mówią, że mogą ją umieścić na liście zaginionych Interpolu, ale to wcale nie znaczy, że zorganizują jej poszukiwania za granicą. Dostaną wiadomość, jeśli zostanie zatrzymana do jakiejś standardowej kontroli albo na granicy, to wszystko.

– A ona nie może po prostu swobodnie się poruszać? Czy to my mamy decydować o tym, jak ona ma żyć, mamy jej kazać siedzieć w domu, przy dziecku i Ragnarze?

– Przestań udawać idiotę – wyrzuca z siebie Julia – wiesz, że z nią nie wszystko jest w porządku. Edda nigdy nie była zupełnie zdrowa. Najpierw ta całkowita izolacja i szok, potem to jej lakierowane życie. Chciała się schować pod tymi pozorami i wciąż tam tkwi. I nie jest normalna.

– Taką drogę sobie po prostu wybrała, chociaż uważasz ją za głupią i powierzchowną. Jest dorosła, dobrze się jej wiedzie. Wiele osób ją obserwuje, słucha jej, postępuje według jej rad.

– Ona nie jest normalna, wiesz o tym równie dobrze jak ja – powtarza Julia. – Ja nie mogę jechać, muszę opiekować się twoją matką, pomóc Ragnarowi przy dziecku. On jest uwiązany przy małym, więc nie może tak od razu wstąpić do piekieł. Ale ty to wiesz. Ja muszę być w domu i dbać o wszystko na miejscu, ty jesteś jedynym, który może pojechać jej poszukać.

– Julio, to kompletne bzdury. Jak, do cholery, mam ją znaleźć? Wśród milionów ludzi? Nie jestem przyzwyczajony do metropolii, nawet nie byłem w Stanach.

– Szybko się tego nauczysz.

– Wiesz, że słabo czytam, nie znam się na tych jej mediach społecznościowych.

– Jesteś łowcą. Znajdziesz ją.