Święte słowoTekst

Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta redakcyjna

Motto

Wstęp

Dzień 1

Tu

Wcześniej

Dzień 1

Dzień 2

Tu

Wcześniej

Tu

Dzień 2

Wcześniej

Tu

Dzień 3

Dzień 4

Wcześniej

Dzień 5

Wcześniej

Tu

Dzień 6

Wcześniej

Tu

Dzień 6

Dzień 7

Wcześniej

Dzień 7

Wcześniej

Tu

Wcześniej

Dzień 7

Wcześniej

Dzień 7

Tu

Od tłumacza

Tytuł oryginału: Hiđ heilaga orđ

Opieka redakcyjna: KRZYSZTOF LISOWSKI

Redakcja: Pracownia 12A

Korekta: ETELKA KAMOCKI, EWELINA KOROSTYŃSKA, LIDIA TIMOFIEJCZYK

Projekt okładki i stron tytułowych: ANNA POL-PAWROWSKA

Fotografia na okładce: Arcangel

Redaktor techniczny: ROBERT GĘBUŚ

Copyright © Sigríður Hagalín Björnsdóttir, 2018

Published by agreement with Copenhagen Literary Agency ApS, Copenhagen

© Copyright for the Polish translation by Jacek Godek

© Copyright for this edition by Wydawnictwo Literackie, 2020

Wydanie pierwsze

ISBN 978-83-08-07131-1

Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o.

ul. Długa 1, 31-147 Kraków

tel. (+48 12) 619 27 70

fax. (+48 12) 430 00 96

bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40

e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl Księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl

Konwersja: eLitera s.c.

Trzeba przyjąć, że pierwszą funkcją pisma było ułatwienie wprowadzenia niewolnictwa.

Claude Lévi-Strauss, Smutek tropików

A teraz człek każdy, który by kciał pisać lub nauczyć się tego, co zostało spisane w naszym języku, czy-li to w świętych pismach czy w prawie lub genealogii, czy jakiejkolwiek inszej pożytecznej wiedzy zaczerpnąć z ksiąg, jeśli pokornym dość jest w swoim umiłowaniu wiedzy, iż woli niewielki wgląd nawet niźli żaden, dopokąd nie zyska możebności na więcej, niechaj czyta niniejszy traktat z uwagą, a poprawi, nie masz bowiem wątpienia, iż w wielu miejscach potrzeba takowa zachodzi, niechaj ocenia moje wysiłki, a wybaczy ignorancję, a stosuje alfabet, który już tu został użyty, dopóki nie znajdzie takiego, który bardziej mu się spodoba:


pierwsza rozprawka o gramatyce, ok. 1125–1175

z czternastowiecznej księgi Ormsbók

Na pierwszym zdjęciu, które nam zrobiono, jesteśmy razem. Matki siedzą obok siebie na kanapie, Julia elegancka niczym królowa elfów, Ragnheidur opuchnięta po ciąży, oczy pełne czułości.

Zdjęcie leży w starym tomiku wierszy, pewno było używane jako zakładka. Znajduję je na podłodze w naszym starym pokoju, musiało zostać po przeprowadzce, zmatowiało od kurzu, a wilgoć, która anektuje puste, nieogrzewane domy, dawno je poskręcała.

Kolory na zdjęciu wyblakły, w jednym z rogów jest plama, na pierwszym planie wielka popielniczka pełna niedopałków, biblioteczka w tle. Spoczywamy w objęciach matek, jedno z rozmierzwioną jasną czupryną, wpatrzone ciemnymi oczami prosto w obiektyw, drugie łyse i pomarszczone niczym mały troll. Julia ma wpółotwarte usta, uśmiecha się poza oś obiektywu jakby rozmawiała z fotografem. Może z naszym ojcem, może to on robi zdjęcie i ktoś inny za nim stoi, ale ona zdaje się całkowicie koncentrować na tym punkcie, tej osobie za aparatem. Uśmiech Ragnheidur jest spokojny, introwertyczny, jakby patrzyła na dziecko w swoich ramionach, a fotograf kazał jej podnieść wzrok i ten uśmiech pozostał jej na twarzy.

Są takie młode, koło dwudziestki, i wciąż promienieją szczęściem. Chyba jeszcze nie przyszło im do głowy, że ich decyzja jest w jakiś sposób niezwykła, ani nie zastanawiają się, dokąd ona nas zawiedzie.

Matki sytuowały się w środku wszechświata, były środkiem ciężkości naszego życia, wszechmocne i wszechwiedzące. My obracaliśmy się wokół nich jak księżyce, a gdzieś na Ziemi znajdował się ojciec, jasny niczym Słońce, ciężki jak czarna dziura, z zupełnie innego świata.

To było, zanim pojawiły się słowa i litery, zanim się ułożyły i przemieniły w zdania i historie, niekończące się ciągi znaków przesłaniających nam horyzont, zamykające jedno z nas w środku, drugie na zewnątrz.

Podnoszę głowę, strop został częściowo usunięty, więc widać poddasze, nagie krokwie, kurz tańczący w promieniu słońca sączącym się przez małe prostokątne okienko w szczycie dachu i nagle wszystko staje się takie, jakie było dawno temu.

Opowiedz mi historię, siostrzyczko. Tak jak wtedy, kiedy byliśmy dziećmi.

Opowiem ci historię, braciszku. Tak jak wtedy, kiedy byliśmy dziećmi.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

DZIEŃ 1

Jest ciepły, jasny poranek pod koniec sierpnia, kiedy Edda wychodzi z domu i znika. Jej synek ma zaledwie trzy dni, ona zaś zostawia go samego śpiącego w kołysce, a policjant przeprowadzający wywiad z rodziną mówi, że powinni być jej za to wdzięczni. Często bowiem istnieje powód do zmartwień o bezpieczeństwo noworodków, gdy matka znika i tracąc zmysły, zabiera dziecko ze sobą.

– Tracąc zmysły? – dziwi się Einar. – Myślicie, że moja siostra straciła zmysły?

Policjant przygląda mu się głębokim, smutnym wzrokiem; nie ma na sobie munduru, ale widać po nim, że niejedno widział w tej pracy, mimo to nie udało mu się uodpornić na szpetność tego, z czym miał do czynienia na co dzień.

– Proszę wybaczyć – mówi – źle się wyraziłem. Ale nierzadko kobiety tracą równowagę psychiczną w następstwie porodu. Pańska siostra nie jest pierwszą, która zniknęła zaraz po połogu. Depresja okołoporodowa to dość powszechne zjawisko. Nie jestem ekspertem, ale o ile wiem, może się przerodzić w coś, co się nazywa psychozą poporodową.

– Może tylko dokądś wyskoczyła? Poszła na siłownię i się zapomniała czy coś? Minęło zaledwie kilka godzin od jej zaginięcia – mówi Einar.

Julia spogląda na niego surowo. Postanowiła sobie, że to spotkanie rodzinne będzie przebiegać konstruktywnie, przyniesie efekty. Kiedy się zjawił spóźniony, pocałowała go w policzek, jest całkiem zarośnięty, cuchnie rybami i tytoniem, nie robi na niej przyjemnego wrażenia.

– Einarze, nie przeszkadzaj panu – mówi – on chce nam pomóc.

Ekipy ratunkowe przeszukują już plaże, powiadomiono media. Stołeczna policja poszukuje Eddy Örlygsdottir. Einar rzecz jasna ma świadomość, że to nie czas na strzelanie fochów, ale też nie są to żadne fochy – od początku doskonale wie, że jego siostra nie jest szurnięta, nareszcie wszystko sobie poukładała, po raz pierwszy od długiego czasu.

 

On jest spocony i wściekły, wierci się na krześle, ten dzień nie tak miał wyglądać. Zamierzał skończyć dyżur nad rzeką, zjeść z personelem, wcześnie położyć się spać. Telefon wibrował mu kilka razy w kieszeni na piersi, ale pozwolił mu dzwonić, nawet nie przyszło mu do głowy odebrać, wyczuł, że ryba będzie brała w tym dole. Słońce całymi tygodniami ogrzewało dolinę, brzegi pachniały gorącym mchem i jagodami, ale w rzece było jakoś spokojnie, ryby się pochowały. Wędkarze leniwie przemieszczali się brzegiem wzdłuż koryta, zarzucali raczej z obowiązku niż chęci zdobycia trofeum, mucha tańczyła po powierzchni. Potem nagle słońce znikło, delikatna mgła zaciągnęła niebo. I stało się, czarny kocioł zmatowiał, skały się już w nim nie odbijały, Einar poczuł znajome mrowienie na karku.

Zmienił muchę, założył małą sunraykę i zarzucił, przeciągnął po gładkiej tafli i poczuł szarpnięcie – tak jak się spodziewał, ofiara od razu zaatakowała. Podciął kijem i poczuł, jak łosoś szarpie w drugą stronę, przez moment pozwolił sobie na dziecięcą radość, ale tylko przez chwilkę, potem podał wędkę klientowi. To jemu miał przypaść zaszczyt wyciągnięcia ryby i zapisania tego faktu w dzienniku.

Telefon znów zawibrował, po raz piąty. Einar wyciągnął go z kieszeni i spojrzał na numer. Odebrał.

Szum rzeki zagłuszał słowa Julii. Wiedziała, że nie ma sensu dzwonić do niego do pracy, chyba że wydarzyła się jakaś tragedia; pierwsze, co mu przyszło do głowy, to że coś się stało jego matce. Ale Julia ciągnęła dalej: coś z Eddą.

– Co mówisz? – darł się do telefonu, żeby przekrzyczeć rzekę. – Co z Eddą?

– Nie wiemy. Znikła.

– Raczej nie poszła daleko, dopiero co urodziła.

– Zostawiła dziecko – wyjaśniła Julia. – Musisz przyjechać do domu.

– Pracuję. Stoję pośrodku rzeki.

– Musimy ją odnaleźć. Tym razem musimy trzymać się razem. Wracaj.

Mówiła jakimś dziwnym, załamującym się głosem. Kiedy się rozłączyła, on stał na śliskim, kamiennym dnie rzeki, przestępując z nogi na nogę. Nurt szarpał mu wodery, a klient wołał, aby pośpieszyć mu z pomocą. Einar zaklął, wbiegł na brzeg po podbierak, ale łososiowi udało się zerwać, żyłka luźno zwisała. Turysta wpadł w szał, co to w ogóle za przewodnik, który gada przez telefon, podczas gdy on stara się zamęczyć rybę?

Einar powiedział mu, że musi jechać, to sytuacja awaryjna. Może się z nim zabrać do schroniska dla wędkarzy albo zostać na brzegu rzeki i samemu dalej próbować coś złapać. Potem wspiął się jarem w górę, słońce wyłoniło się zza chmury i na dnie doliny migotała rzeka, dziś raczej niczego więcej się nie złowi. Schronisko stało na porosłym lasem stoku, jacuzzi już było zajęte przez zamożnych gości o siwiejących klatach. Wpakowali kupę szmalu w pozwolenia na wędkowanie, a w zamian dostali szansę przesiedzenia bezrybia w gorącej wodzie z piwem w ręku. Nie miał czasu się z nimi przywitać, udał się prosto do swojego pokoju, pozbierał rzeczy, wrzucił nieliczne ciuchy do torby sportowej razem z laptopem i słuchawkami, obejrzał książki, nim je schował, Łowienie pstrągów w Ameryce, Pożegnanie z bronią i Aðventa – czytał je już tyle razy, że nauczył się ich niemal na pamięć.

Torbę wrzucił do bagażnika, upchnął wodery do czarnego worka na śmieci, kołowrotki i pudełka muchowe włożył do torby wędkarskiej. Bagaż cuchnął rybami, ale stary patrol pamiętał gorsze czasy, zanosząc się kaszlem, odpalił i ruszył podjazdem. Einar nie patrzył w lusterko wsteczne, koncentrował się na drodze krajowej prowadzącej do domu.

I teraz siedzą tu w salonie Eddy, ta mała, dziwaczna rodzina. Dom jest jasny, urządzony z gustem i zimny niczym góra lodowa, poza Ragnarem, mężem Eddy, żadne z nich tu nie pasuje. I poza Eddą przed zniknięciem pół doby wcześniej; tak w każdym razie szacuje policja.

Einar zadaje sobie pytanie, co najgorszego mogło się stać. Popełniła samobójstwo, czyli po prostu postanowiła odejść i odciąć się od tego wszystkiego? Odrzuciła dziecko, które niespokojnie śpi w nosidełku u boku ojca, odrzuciła macierzyństwo?

Ragnar wygląda koszmarnie. Mały w ogóle nie śpi, narzeka ojciec, a potem jeszcze zwaliło się to wszystko, pokazuje palcem siedzących w półkolu w jego czarno-białym salonie. Jakby to była ich wina.

Teściowa patrzy na niego chłodnym wzrokiem, Julia nie potrafi szanować marudnych facetów. Einar uważa, że do tej pory i tak była zbyt pobłażliwa dla Ragnara, chociaż teraz nie ma do niego cierpliwości, ponieważ on kręci się wokół siebie, zagubiony i słaby w chwili, gdy powinien być silny.

– Edda nigdy by nie odeszła, nie mówiąc o tym nikomu, gdyby wszystko było z nią w porządku, możesz być pewien – mówi Julia zdecydowanie. Ujmuje dłoń Ragnheidur, aby dodać jej otuchy, ta siedzi obok niej z kolanami owiniętymi wełnianym kocem i w milczeniu obserwuje, co się tu dzieje. Kiedy przyjechał Einar, dłonie miała wilgotne, chwycił ją za ręce i spojrzał jej w oczy, szukając jakichś oznak, że rozumie, co się stało.

– Nie bój się, mamo – mówi do niej. – Znajdziemy ją. Obiecuję.

Pochyla się i niezdarnie ją obejmuje, szuka w jej ramionach schronienia, jak wiele razy wcześniej, od samego początku, ale Ragnheidur już nie zapewnia bezpieczeństwa. Jest cieniem samej siebie, twarz wykrzywiona, puste spojrzenie.

Einar przygląda się im, Ragnheidur i Julii, siedzącym obok siebie, jedna miękka i bezbronna, podkulona na kanapie, druga prosta niczym struna, skoncentrowana niczym ostrze noża. Julia poprawia kocyk na kolanach Ragnheidur, wygładza kołnierz swetra, cały czas skupia na niej uwagę, martwi się, że może jej być zimno.

Jego matki. Matki jego i Eddy.

Ragnar jeszcze raz wszystko powtarza, wstał wcześnie, chłopiec budził się kilka razy na karmienie i znów zasypiał. Ragnar wstał z łóżka i postanowił pozwolić wyspać się Eddzie, ubrał się, wypił filiżankę kawy, po czym zdecydował, że pojedzie do pracy przygotować się do spotkania, które miał umówione na rano.

– O której pan wyszedł? – pyta policjant. Ragnar już raz to wszystko mówił.

– Jakoś wpół do siódmej już mnie nie było – wyjaśnia ponownie Ragnar. – Pojechałem do biura, o dziesiątej miałem spotkanie, które skończyłem koło wpół do dwunastej. Wtedy wróciłem do domu, a ona nie odpowiedziała na moje wołanie, więc pomyślałem sobie, że dalej śpi albo wyszła na spacer z dzieckiem. Wypiłem napój energetyczny i położyłem się na kanapie. Obudziłem się, kiedy mały zaczął płakać. Była pierwsza.

Dziecko się budzi, jakby wiedziało, że o nim mowa, z nosidełka dobiega ciche popiskiwanie. Ragnar podnosi syna, trochę niezdarnie, Einar nie przypomina sobie, by kiedykolwiek widział nowo narodzone dziecko z bliska, i dziwi się, że chłopiec jest taki nieduży, taki kruchy jakby w każdej chwili miało z niego ujść życie.

– Innymi słowy mogło jej tu nie być od sześciu godzin, zanim się pan zorientował – zauważa policjant, kiedy chłopczyk się uspokaja.

– Tak – odpowiada Ragnar i patrzy na dziecko jasnoniebieskimi oczami. Może boi się, że padnie na niego podejrzenie, że zostanie oskarżony o spowodowanie zaginięcia żony. Gdyby Einar był policjantem, toby go podejrzewał, takiego prostego, układnego i nerwowego.

Ale Ragnar przede wszystkim obawia się teściowej, Julia patrzy na niego stanowczo, usiłuje się powstrzymać, ale jest przerażona, a w arsenale jej zachowań wściekłość jest zawsze pod ręką, nic na to nie poradzi.

– Przyznam, że nie rozumiem tego, co powiedziałeś – mówi. – Nie rozumiem, jak mogłeś wrócić do domu i do nich nie zajrzeć. Masz maleńkie dziecko i żonę po porodzie, a pijesz coś po powrocie i zaraz kładziesz się spać, nie sprawdziwszy nawet, czy nic im nie jest? Nie zaglądasz nawet do sypialni?

– Co chcesz przez to powiedzieć? – Ragnar prostuje się i poprawia synka w objęciach. – Że to ja jestem za to odpowiedzialny?

– Chłopiec mógł tu leżeć sam przez wiele godzin. Mógł umrzeć, zadławić się albo Bóg wie co, podczas gdy ty spałeś na kanapie. Jak jakaś łajza.

Ona się boi i jest wściekła, jak oni wszyscy, to wszystko wciąż jeszcze do niej nie dociera, postanowiła trochę poczekać, potem chwyciła za telefon, dzwoniła i pytała: do szpitala, do przyjaciół i znajomych. Teraz jest wieczór, wszyscy są sparaliżowani napięciem i zmęczeniem oraz kawą z automatu Eddy, kapsułkami gęstego, pachnącego mroku, wypijanymi jedna po drugiej.

Policjant chrząka i znów przejmuje rozmowę, opowiada o policyjnych teoriach.

– Wszyscy powinni zachować spokój, to ważne – mówi, patrząc na Julię. – Z tego, co nam wiadomo, Edda nie była uzależniona, ale ma za sobą historię leczenia psychiatrycznego i próby samobójcze. Najpewniej gdzieś się włóczy, zagubiona, może i w psychozie, ale jest nadzieja, że nic się jej nie stało. Wygląda na to, że zostawiła wszystko oprócz ubrania, w którym wyszła. Przyjaciółki i znajomi nie mają pojęcia, co się z nią dzieje, domek letniskowy jej teściów okazał się pusty. Ważne jest, aby nie rozpaczać – dodaje. – Minęło zaledwie pół doby, od kiedy widziano ją po raz ostatni. – Waha się chwilę, namyśla. – Musicie mieć nadzieję, wzajemnie się wspierać. W takich chwilach ważne jest, by rodzina trzymała się razem. Musicie ze sobą rozmawiać, przypomnieć sobie każdy detal, który może się okazać pomocny przy poszukiwaniach. Fragmenty przeszłości, coś, czego nikt poza wami nie wie. Nikt nie zna Eddy lepiej niż wy.

Einar patrzy na niego spode łba.

– Racja, nikt nie zna Eddy lepiej niż my – mówi. – Wiemy, że nic jej nie jest. Nie musimy trzymać się żadnej nadziei ani grzebać w przeszłości. Ona minęła. Edda jest dorosłą kobietą.

– Cóż – powiada policjant – damy znać, jak tylko się czegoś dowiemy.

Zebranie rodzinne skończone. Julia patrzy na Einara, jakby miała ochotę go zamordować. On wstaje, całuje Ragnheidur zdawkowo w policzek i szybko wychodzi za policjantem.

TU

Wszystkie historie mają swój początek i swój koniec, a ta posunęła się za bardzo do przodu. Musimy zacząć od początku.

Jestem tu, pod tym wełnianym kocem, mimo iż wzrok mi otępiał i straciłam głos. Cień samej siebie, mówią, zmieniona w warzywo, ale rozumiecie, to tylko zewnętrzne pozory. Moje myśli nigdy nie były równie jasne jak teraz, kiedy nie muszę już ich kodować jako samogłoski i spółgłoski, fonemy, przydawki i dopełnienia, wykrzyknienia, westchnienia i gesty. Tłumaczyć ich na ludzki. Wystarczy, że siedzę w fotelu bujanym, patrzę przez okno i słucham radia. Przydzielono mi państwową Jedynkę, podobno najbardziej odpowiada kobiecie w mojej sytuacji, czasem nie miałabym nic przeciwko temu, by dla odmiany usłyszeć coś innego, ożywić się przy muzyce popularnej albo wychillować, ale dzielę los z Jedynką. Koncert życzeń, Radio Rejkjawik, ciśnienie dziewięćset milibarów. Istnieją gorsze sposoby na spędzanie czasu.

Czas to oszust. Udaje, że płynie określonym prostym strumieniem, kiedy w rzeczywistości kluczy meandrami, przetacza się przez kaskady i odpoczywa w głębokich rowach, zastyga w dziurach i rzuca się ze skał pod postacią niezwyczajnych wodospadów. I niekiedy można odnieść wrażenie, że nie podlega prawom fizyki i płynie do tyłu, w poszukiwaniu źródeł.

Nie wiadomo nawet na pewno, czy istnieje, nie w tym powszednim znaczeniu, jakie mu nadajemy. Miliony ludzi żyły i zmarły, nie mając pojęć określających przeszłość i przyszłość, przeżyły swój byt w jednej uniwersalnej teraźniejszości, patrzyły na obracające się koło pór roku, nie mając najmarniejszego pojęcia o tym, że postępuje ono wzdłuż osi, którą później rozciągnęliśmy od poszarzałych pradziejów po niepewność.

Od lewej do prawej.

Tak jak ten tekst, który teraz czytasz.

Najlepiej zacząć od początku.

WCZEŚNIEJ

Zacznijmy od siedzącej i czytającej w kawiarni Julii. Przed nią stoi pusta filiżanka, a ona zbiera się na odwagę, by pójść do kontuaru i poprosić o czwartą dolewkę, darmową, ale uważa, że są jakieś granice przyzwoitości. Odpala papierosa od papierosa, czeka, aż będzie wpół do dwunastej i skończy się matematyka, nie chce jej się wracać do szkoły, lecz następny jest islandzki, a ona lubi lekcje języka, ma zamiar oddać wypracowanie, z którego jest całkiem zadowolona.

Zapala kolejnego papierosa i wtedy otwierają się drzwi, wchodzi przez nie mężczyzna, który z przytupem strząsa z siebie śnieg, jak ktoś, kto się nie boi zwracać na siebie uwagi, z radosnym uśmiechem rozgląda się dookoła i dostrzega ją w kącie. Ich spojrzenia się spotykają, Julia szybko spuszcza wzrok w książkę, udaje niewidzialną, jak to młode kobiety, które nie chcą, by ktokolwiek zwrócił na nie uwagę, przechyla głowę w bok i w dół, by schować policzek w cieniu, tyle że jeszcze się tego nie zdążyła nauczyć, dopiero skończyła dziewiętnaście lat i w swej bezbronności rzuca się w oczy niczym otwarta rana.

 

Mężczyzna zbliża się do stolika, w żaden sposób nie jest przygotowany na panującą na dworze zimę, nie ma płaszcza, tylko czarny garnitur i białą koszulę, jasne włosy ma gładko zaczesane do tyłu, strząsa śnieg z ramion i uśmiecha się tak szeroko, że aż widać zęby mądrości.

– Niemożliwe – mówi. – To ty. Mogę zaproponować filiżankę kawy?

Julia wskazuje brodą stojącą przed nią filiżankę:

– Mam kawę. A poza tym wychodzę – mówi, nie odrywając wzroku od książki.

Mężczyzna podciąga nogawki za kanty, siada przy stoliku, wyciąga paczkę papierosów z kieszeni na piersiach.

– Co czytasz?

Nie odpowiada mu, skoncentrowana patrzy w książkę. On się pochyla, żeby zobaczyć okładkę.

– The Virgin Suicides – mówi. – Na miejscu.

– Słuchaj, kto właściwie pozwolił ci usiąść? – odzywa się cienko Julia, chciała to zrobić głośniej, lecz wokal ją zawodzi, tak bardzo się wstydzi, że ma ochotę zapaść się pod ziemię.

– Przepraszam, nie chciałem ci przeszkadzać. Chciałem przeprosić cię za sobotę.

Julia wreszcie podnosi głowę, patrzy na niego zdziwiona, po czym mówi:

– To chyba ja powinnam przeprosić ciebie.

– Niepotrzebnie zareagowałem tak ostro – odpowiada jej. – Nie powinienem był kazać cię wyrzucać. To było zupełnie niepotrzebne. Przecież to nie koniec świata, kiedy ładna dziewczyna próbuje człowieka oszukać.

– Ale to nie tylko o to chodzi.

Jeszcze się z tym nie uporała. Były u Asty, u niej się umalowały, wypiły tanie białe wino i calvadosa i próbowały dostać się do Kaffibaru, może i „22”, ale kolejki były zbyt długie, a bramkarze zbyt surowi. Udało im się pokonać kolejkę i wymachując nieudolnie podrobionymi dowodami, dostać do Biobaru, zeszły do piwnicy potańczyć i kupić pernod z wodą. Jedna z nich musiała wyjść do ubikacji zwymiotować i potem poszła do domu, pozostałe chciały zostać dłużej, skombinować jeszcze coś do picia. To nie był pomysł Julii, lecz jej zadaniem było wprowadzić go w życie: należało znaleźć jakiegoś zdesperowanego gościa i wyciągnąć go na parkiet, żeby pozostałe podprowadziły mu drinka. Julia zaś była już w takim stanie, że uznała pomysł za dobry. Podeszła prosto do faceta stojącego przy barze, uśmiechnęła się do niego i usiłowała wyciągnąć go na parkiet. Nigdy specjalnie nie znała się na ludziach, poza tym była pijana jak stodoła i okazało się, że to on. Poeta i filmowiec, nie pamiętała, jak się nazywał, w każdym razie nie był zdesperowany. Przytulała się do niego w tańcu i patrzyła mu w oczy, a on nawet nie był pijany i kiedy zauważył, jak jej przyjaciółki uciekają z jego drinkiem, spojrzał na nią z pogardą, zawołał barmana, powiedział coś, czego nie dosłyszała. Usiłowała mu się wyrwać i zniknąć w tłumie, ale barman zaciągnął ją na górę i przekazał bramkarzowi. Ten wyrzucił ją za drzwi niczym niechcianego szczeniaka.

Stała kompletnie poniżona przed kolejką ciągnącą się w górę ulicy Klapparstigur, przyjaciółki wyparowały, a płaszcz został gdzieś w barze. Waliła w drzwi, darła się jak potępieniec, kopała w nie wojskowymi buciorami i oczywiście nie miała forsy na taryfę, musiała łapać okazję do domu, żeby nie zostać na śniegu. Następnego dnia wróciła po płaszcz, wciąż jeszcze cuchnął śmieciami i zwietrzałym piwem.

I teraz ten facet siedzi po drugiej stronie stolika w tym swoim absurdalnym garniaku i stroi sobie z tego żarty. Pali i patrzy na nią z błyskiem w oku, z pewnością dawno skończył trzydziestkę, ale nie wygląda na aż tyle.

Nazwał ją ładną dziewczyną, prawda?

– Słuchaj – mówi Julia, prostując się – wybaczę ci, jeśli dasz mi spokój. Możesz się pocieszać, że na pewno już nigdy nie pójdę do Biobaru. I oddam ci za tego drinka.

– Mam o wiele lepszy pomysł – odpowiada mężczyzna. – Pozwól mi zaprosić się na lunch. Lubisz sushi?

Nigdy nie próbowała sushi, oczyma duszy widzi obślizgłe kawałki surowej ryby, ale jest i głodna, i bez grosza. Zawsze uważała się za osobę podejmującą odważne i spontaniczne decyzje, jest spragniona doświadczeń. Ma ochotę na ciekawe i ekscytujące życie w wielkich zagranicznych metropoliach, chce gromadzić historie, kochanków i głęboką wiedzę, trochę jak Anaïs Nin, tylko nie jest pewna, czy chce sypiać z zamężnymi kobietami. Ale nie ma nic przeciwko temu, by spróbować sushi. I choć ten człowiek kazał ją wyrzucić z lokalu i zachowuje się, jakby ta mała kafejka i cały świat do niego należały, to jego nachalny urok wzbudza w niej ciekawość.

Wyciąga do niej rękę ponad stołem: Örlygur Jonsson.

Ona się namyśla, mruży oko, patrzy na niego badawczo.

– Julia Gylfadottir – mówi w końcu i podaje mu rękę, uścisk jest mocny i ciepły.

W ten sposób zarzucił na nią przynętę i zaczął przyciągać do siebie wolno, lecz stanowczo, pokonał ją jej własną bronią.

Tak moim zdaniem zaczęła się ta historia.

*

Wychodzą razem na zewnątrz, pada śnieg. Rejkiawik, miasto cudów. Nie ucierpiało zbytnio w zimnej wojnie, małe i brzydkie, ale z podniesioną głową. Cztery lata minęły od czasu, kiedy mieszkańcy z zainteresowaniem śledzili upadek murów w całej Europie, wciąż jeszcze szukają czegoś, co zastąpi im spory o zagrożenie atomowe, marksizm i imperializm. Mogą pić piwo. Kapitalistyczny optymizm zwyciężył, proszę, rynek da wam wolność, zanim kryzysy, nierówności i zmiany klimatyczne uśmiercą to miasto. To jest Rejkiawik sprzed turystycznego boomu, pustawy i szary; niebawem Björk naniesie naród na mapę świata. To Rejkiawik sprzed rewolucji informatycznej, dwa lata po uruchomieniu pierwszych nici światowej sieci; w lepszych domach półki ozdabiają encyklopedie, a fakty jeszcze są faktami, nieatrakcyjnie oddzielonymi od poglądów. To Rejkiawik poetów, bimbrowników i odrzuconych czeków.

Örlygur i Julia brną razem przez śnieżycę na bezludnym placu Laekjartorg, ona obcięta na zapałkę, w martensach i cuchnącym wełnianym płaszczu, a on dziwnie schludny w lakierkach, musi się o nią opierać, pokonując najbardziej śliskie miejsca, przeprasza za swój wygląd, robię krótki metraż, mówi, sam w nim grałem cały poranek, koszula biała jak śnieg i rozpięta pod szyją, płatki śniegu sączą się za kołnierz, topnieją na jasnej skórze. Ona spogląda na niego ukradkiem, chłopak ma piękną szyję, wyraźne, choć delikatne jabłko Adama.

Japońska restauracja na Ingolfsstraeti świeci pustkami, jak każda inna w tym mieście w poniedziałkowe południe, kelner zdaje się zdumiony i niezbyt zadowolony na ich widok. Örlygur nie zagląda nawet do karty, zamawia maki, zupę miso i zieloną herbatę, ona się nie sprzeciwia, zapala papierosa, żeby schować się za dym.

– No, mała Julio – odzywa się, kiedy odchodzi kelner – opowiedz mi o sobie. Kim jesteś? Czy masz jakąś pasję? Wiesz, dokąd zmierzasz?

– A co cię to obchodzi – odpowiada bezczelnie pytaniem. – Będziesz ze mną rozmawiał jak z jakimś dzieckiem?

– Przepraszam – mityguje się – nie chciałem cię obrazić. Po prostu byłem ciekaw, a nie lubię krążyć. Od razu przechodzę do rzeczy.

– Nie, nie lubisz, a jednak – odpowiada. – Byłbyś już zapytał, czy mam ochotę się z tobą przespać.

Sama jest zaskoczona swoją śmiałością, lecz on tylko wybucha śmiechem, jest bardzo chłopięcy, kiedy się śmieje.

Wyciąga paczkę francuskich papierosów, pali dla towarzystwa przy herbacie i mówi o sobie, opowiada jej o filmie, który kręci, o jachcie, który chce kupić razem z przyjaciółmi. Pokazuje jej, jak nalać sos sojowy do małej miseczki i zmieszać z zielonym sosem, po czym zanurza kęs w mieszance. Dotyka go ostrożnie wargami, a potem wkłada do ust i oczarowany kiwa głową z ustami pełnymi ryby i ryżu.

A potem kończą oczywiście u niego w domu, na stryszku przy Odinsgata. Ona przesuwa palcem po grzbietach książek na półce, wszystkie w miękkich, podniszczonych oprawach. Örlygur gustuje w surrealizmie, filozofii i rosyjskich powieściach i częstuje ją kawą z niechlujnego dzbanka, ale nie śpią ze sobą. Nie od razu. To stanie się później, kiedy ona uzna, że znała go zawsze, kiedy jego osobowość nią zawładnie, jakby do czasu jego pojawienia się była pusta w środku.

*

Śnieg pada przez cały grudzień podczas mroźnych, bezwietrznych dni. Rejkiawik nawet pięknieje, sól na jezdniach nie zmienia go w bure bajoro.

Örlygur oprowadza Julię po mieście, rozmawiają o literaturze i filmach, dziewczyna cieszy się jego niepodzielną uwagą. Są przyjaciółmi, jak mówi, przedstawiając ją swoim znajomym: „To jest Julia, moja przyjaciółka”, o, jak ona nienawidzi tego określenia.

Zaprasza ją na koncerty, spotkania promocyjne i przyjęcia, czasem są tańce, a stoły uginają się od pyszności, czasem tylko dzbanek z kawą. Örlygur porusza się po mieście w białej koszuli i eleganckich półbutach, ma błysk w oczach, każdy chce z nim rozmawiać, kobiety się do niego uśmiechają i patrzą na Julię bykiem. A ona daje radę, jest może młodsza od nich i nie tak elegancko ubrana, ale kiedy z nim przebywa, kiedy on na nią patrzy, zdaje się jej, że unosi się nad podłogą.

Wszystko przestaje się liczyć, kiedy on na nią patrzy, francuski i łacina w szkole, butelki na stole u niej w domu, potworne awantury wieczorami, ciągła pieprzona walka. Sypiała już z chłopakami, wyżywali się na niej z pożądaniem w oczach i wydaje się jej, że wie, co robi, kiedy idzie z Örlygurem, rozbiera się, kładzie się w jego łóżku i czeka na niego. Wypiła za dużo czerwonego wina, pokój wiruje, a on puszcza Toma Waitsa, dziewczyna długo musi czekać, zanim on pojawi się w drzwiach, staje w nich i przygląda się jej na białym prześcieradle, wydaje się niezmiernie zdumiony.

– Chodź – mówi cicho Julia.

On zbliża się i siada na krawędzi łóżka. Przygląda się jej, lecz jej nie dotyka.

– Tak, mała Julio, a więc taka jesteś – mówi niezbyt czule.

Ona siada, wyciąga się do niego, by go pocałować, ale on jej nie pozwala, delikatnie ujmuje ją za brodę i patrzy jej głęboko w oczy.

– Nie żądaj ode mnie niczego, czego nie mogę ci dać – mówi i zabiera rękę, po czym wstaje.

Odrzucenie boli jak kopnięcie w brzuch, Julia nie może złapać tchu i zasłania kołdrą poniżone ciało, sięga po ubranie i zaczyna je wkładać pod kołdrą.

– Czego właściwie ode mnie chcesz? Dajesz mi różne rzeczy do zrozumienia, a potem mnie nie chcesz? Tylko się mną bawisz?

On kręci głową.

– Nie chcę tak. Nie w ten sposób.

– Pierdol się! – krzyczy Julia i trzaska za sobą drzwiami.

Idzie do domu, kompletnie poniżona i wściekła, zasuwa tak szybko, że aż wyrywa śnieg spod wojskowych glanów, już nigdy nie da mu okazji, by ją odrzucił, nigdy więcej się z nim nie spotka.