Ognie

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta redakcyjna

Motto

Główni bohaterowie

Wstęp

REYKJANESHRYGGUR. 63°48′56″N 22°42′15″W

Pawana na śmierć Infantki (pół roku wcześniej)

Pod naszymi stopami bije ogniste serce

Komentarz I. Hekla 1947

Mieszkamy na czynnym wulkanie

Nie istnieje nic takiego jak dzieło stworzenia

Bułhakow w piekarniku

Komu potrzebny architekt wnętrz w czasie erupcji?

Komentarz II. Korona Słońca

Hemingway w Domu Światła

FAGRADALSFJALL. 63°53′36″N 22°16′10″W

Wybuchy wulkanu są nudne

Komentarz III. Płakałaś tak bardzo, pomogłem ci się wyrzygać

Ma che cazzo sta succedendo in questo paese?

Stworzenie świata albo jego zagłada

Intruzje magmy mają ujemną moc marketingową

Komentarz IV. Brawurowa wielka przygoda

Crêpe de Chine

Komentarz V. Geologiczne nieporozumienie

Nie ma nic piękniejszego niż urodziwa kobieta, która milczy

Drzwi były otwarte

Piekielne łatanie szczelin

Negroni

Europejska Rada do spraw Badań Naukowych

Hamraborg

Komentarz VI. Bardarbunga

Estetyka: plagioklaz, magnetyt

Czy psychopata może się zakochać?

Kurczak pieczony, koniec świata

Sześciusetsplotowy jedwabny adamaszek

Kochać to żyć w ciągłym strachu

Komentarz VII. Krafla 1975–1984

...i zawsze istnieje możliwość, że czeka nas czerń

Drży góra Fagradalsfjall

KRYSUVIK. 63°53′43″N 22°03′22″W

Doskonały wybuch pod turystów, no i fajnie

Komentarz VIII. Rejkiawickie doleryty

C8H11NO3

Miłość gorsza od śmierci

Pada deszcz i serce mojego męża pęka

Komentarz IX. Łabędzie w drodze do letniej krainy

Mechanizmy ogniskowe

To się chyba nazywa zmęczenie wojną

Lawina piroklastyczna

CZERŃ. DIAGNOZA: OGROMNE ZAGROŻENIE – KATASTROFA NARODOWA

Chińskie kołysanki

Komentarz X. Grotta

Nadzieja zwycięstwa

Komentarz XI. Katla 1311

Ona już jest w systemie

Ogień na górze

Triumph bonneville

Pawana

SKADI. 64°05′08″N 21°45′34″W

Przypisy

Tytuł oryginału: Eldarnir. Ástin og aðrar hamfarir

Opieka redakcyjna: EWA POLAŃSKA

Redakcja: ANNA POINC-CHRABĄSZCZ

Konsultacja wulkanologiczna: KATARZYNA PALUCH

Korekta: ANNA NIKLEWICZ, KAMIL BOGUSIEWICZ, MARIA ROLA

Projekt okładki i stron tytułowych: ANNA POL

Fotografie na okładce

© brytta/E+/Getty Images

© PhotoAlto/Odilon Dimier/Getty Images

Mapy: © islandskort.is & Dynamo Reykjavik

Redaktor techniczny: ROBERT GĘBUŚ

Copyright © Sigríður Hagalín Björnsdóttir, 2020

Published by agreement with Copenhagen Literary

Agency ApS, Copenhagen

© Copyright for the Polish translation by Jacek Godek

© Copyright for this edition by Wydawnictwo Literackie, 2021

Wydanie pierwsze

ISBN 978-83-08-07293-6

Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o.

ul. Długa 1, 31-147 Kraków

tel. (+48 12) 619 27 70

fax. (+48 12) 430 00 96

bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40

e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl Księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl

Konwersja: eLitera s.c.

Rzec można, że obszar topnienia pod płaszczem Ziemi, w którym formuje się płynna lawa, jest swoistym „ognistym sercem” Islandii.

Freysteinn Sigmundsson, Magnus Tumi Gudmundsson, Sigurdur Steinthorsson, Innri gerd eldfjalla. Eldfjallava (Wewnętrzna struktura wulkanów. Ryzyko wybuchów)

Explosives have nothing compared to these sparks

So let’s fall apart

And then lie with me, breathing in the den of the dark

It’s firesmoke

Kae Tempest

.


GŁÓWNI BOHATEROWIE

ANNA ARNARDOTTIR – profesor wulkanologii, dyrektor Wydziału Nauk o Ziemi

KRISTINN FJALAR ÖRVARSSON – jej mąż, prawnik, doradca podatkowy

ÖRN ÖGMUNDUR KRISTINSSON – ich syn, lat dwadzieścia trzy, pracownik huty aluminium

SALKA SNAEFRIDUR KRISTINSDOTTIR – ich córka, lat osiem

TOMAS ADLER – fotograf

ÖRN ÖGMUNDSSON – ojciec Anny, geolog, zmarły

GUDRUN OLGA JAFETSDOTTIR – matka Anny, tłumaczka i pisarka

ASTRIDUR LIND – architektka wnętrz

ELISABET KAABER – geofizyczka, przewodnicząca Rady Wydziału Nauk o Ziemi

JOHANNES RURIKSSON – wulkanolog, członek Wydziału Nauk o Ziemi

EIRIKUR STEINARSSON – geolog, członek Wydziału Nauk o Ziemi

JULIUS OSKARSSON – dyrektor naukowy Wydziału Monitorowania Zagrożeń Geologicznych Islandzkiego Instytutu Meteorologii

HALLDORA RÖGNVALDSDOTTIR – meteorolożka Islandzkiego Instytutu Meteorologii

MILAN PETROVIĆ – szef obrony cywilnej

RAGNAR SVEINBJÖRNSSON – komendant główny policji

 

SIGRIDUR MARIA VIDARSDOTTIR – dyrektorka zarządzająca Izby Turystyki

STEFAN RUNAR JOHANSSON – dyrektor biura w Ministerstwie Sprawiedliwości

ULFAR ASBJARNARSON – ekspert w Islandzkim Biurze Analiz Energetycznych

OFEIGUR KULD – szef Straży Granicznej

OLÖF INGIMARSDOTTIR – dyrektorka do spraw bezpieczeństwa Isavii, operatora islandzkich portów lotniczych i dostawcy usług związanych z transportem lotniczym

Tak się to kończy.

Pochłania mnie Ziemia, wszystkie jej epoki, cztery i pół miliarda lat. Jej ciężar spoczywa na mnie, przygniatający i bezlitosny – bicie płonącego serca. Prawa, które nie oszczędzą niczego, początek życia i jego koniec. Jestem w jej władaniu, robak w jej aksamitnej, ciemnej dłoni.

Usiłuję poruszyć głową, lecz ta ani drgnie; otwieram oczy i znów je zamykam, widzę tylko mrok. Najlepiej trzymać je zamknięte. Skupiam się na tym.

Nie myśleć.

Nie myśleć o tym, że nie żyję, że tak właśnie odczuwa się śmierć.

Mimo wszystko nie jest to aż tak niedorzeczne. Niejedno rozwiązuje. Uwalnia mnie od konieczności podejmowania decyzji, doskonale usprawiedliwia fakt, że nie rozliczyłam się ze swoich czynów. Żadnych nieprzespanych nocy więcej, żadnych łez, żadnego żalu.

Nic, nigdy, przenigdy nic więcej.

Z prochu powstałam, w proch się obrócę, ale umysł nie chce się poddać. Nadal prowadzi swoje obsesyjne rozważania na temat końca świata, odtwarza obrazy osuwających się w czarne szczeliny domów – chwilę drżą na krawędzi, zanim wolno położą się na bok, z cichym westchnieniem runą w ogień. Meble, obrazy, albumy, pianina, kuchenki mikrofalowe znikną pod czarnym jęzorem wystającym z czerwonej paszczy, przewalającym się przez ziemię i niszczącym wszystko, co stanie mu na drodze; wszelkie wspomnienia i dotyk, dziecięce rysunki i pedantycznie odkurzone dywaniki, to wszystko zaspokoi ten niepohamowany głód i zniknie w ciemnościach.

Nie uważasz, że to piękne?

Twój głos dudni w mojej głowie, jakbyś był obok mnie, twoja twarz rozpromieniona dziecięcym zachwytem. Uśmiechasz się do mnie, oczy ci się śmieją; mój rozum wie, że to ułuda, ciebie tu nie ma, ale serce śpiewa z radości i jednocześnie się rozpada. Przynajmniej dane mi było kochać.

Przestań, karcę sama siebie, przestań wspominać, przypominać sobie i tęsknić. Nie oddychaj szybko, bo zużyjesz te resztki tlenu, które ci pozostały, bądź rozsądna, kobieto. Skorzystaj ze swojej wiedzy homo sapiens, jaki z niej teraz pożytek? Dla zwierzęcia nazywającego siebie człowiekiem rozumnym, koroną stworzenia: oto leżysz tu skulona, robak w łonie ziemi, mysz pod kępą mchu, przerośnięta, obrzękła od wspomnień, faktów i żalu, formułek i liczb po przecinku, informacji i snów mózgownica, która w swej arogancji łudziła się, że potrafi je rozróżnić, że swoją wiedzą zdoła uczynić świat sobie poddanym. A nie byłaś w stanie zrozumieć nawet własnego serca. Prostych reguł, które każdy powinien znać.

Tak się to kończy, ale nie tu się zaczęło.

Zaczęło się minionej zimy. Pamiętasz?


Z wielu powodów Reykjaneshryggur jest wyjątkowy w skali globu. Tworzy jedną z najdłuższych nieprzerwanych stref spreadingu w paśmie Grzbietu Śródatlantyckiego, a zarazem jest jedyną strefą rozrzutu nieusytuowaną pod kątem prostym względem kierunku dryfu. Pasmo rozciąga się dziewięćset kilometrów na południe od półwyspu Reykjanes do pasa uskoków Bight mniej więcej na 56,5° północnej szerokości geograficznej.

Podwodne wulkany występują na Reykjaneshryggurze częściej niż w innych rejonach Grzbietu Śródatlantyckiego.

Armann Höskuldsson, Einar Kjartansson, Arni Thor Vesteinsson, Sigurdur Steinthorsson, Oddur Sigurdsson, Eldstödvar i sjo. Eldstödvar Islands (Podwodne wulkany. Wulkany Islandii)

PAWANA NA ŚMIERĆ INFANTKI

(PÓŁ ROKU WCZEŚNIEJ)

Północny biegun magnetyczny to miejsce niebywale wrażliwe. Niestabilne, w ciągłym ruchu, niepodobne do stałego brata na południu, błąka się pod skorupą ziemską w wiecznym poszukiwaniu swojej pozycji i nic nie jest w stanie poradzić na swą tułaczą naturę. Ciągnie za sobą igły kompasów, wędrując od wysp Nunavut w Kanadzie na wschód po biegun północny, ten geograficzny; wydaje się, że zmierza do Syberii, ale nikt nie wie dlaczego, jaki ma tam interes.

Myśl o tej tajemniczej wędrówce północnego bieguna magnetycznego nachodzi mnie na granicy snu i jawy, leżę z zamkniętymi oczami i udaję, że śpię, rozmyślając o ciężkiej głębinowej fali w trzewiach Ziemi, płaszczu rzucającym się pod skorupą niczym śpiący smok, zupełnie jak mój pomrukujący mąż obok mnie, który wyciąga ramię i dotyka przez sen mojego barku. Niedługo rozdzwonią się budziki, czuję to, choć oczy mam zamknięte, mogę właściwie zacząć odliczanie do pierwszych dźwięków harfy z jego telefonu, a trzy minuty później sygnałów obrony cywilnej z mojego, wystarczająco głośnych, by zbudzić zmarłych w dniu apokalipsy i mnie samą w poniedziałkowy poranek. Zwykle śpię mocno, dobrze wykorzystuję noc, ale dziś wybudzam się wcześniej z nerwowego snu o biegunie magnetycznym, niedającym mi spokoju stopionym żelazie w jądrze Ziemi przesuwającym ten biegun nieustannie na wschód. Czasem nawiedzają mnie we śnie tajemnicze ruchy tektoniczne w ziemskich trzewiach, strumień magmy, słup sięgający pod skorupę ziemską, gnany z rozżarzonego do białości jądra. Bulgocą samotnie gdzieś w podświadomości, już dawno uwiły tam sobie gniazdko.

Tata nie opowiadał mi bajek przed snem, mawiał, że bzdur i tak wystarczy; czytał mi o geologii, astronomii i magnetyce. Leżał obok mnie w moim małym łóżku, czytał i opowiadał, kreślił rysunki objaśniające warstwy Ziemi i orbity planet, przekroje globu, zaznajamiał mnie z tajemniczymi podwalinami wszechświata, jego powstaniem. Tata pachniał fajczanym dymem, nosił upaćkane okulary i był starszy i bardziej siwy od innych ojców, ale stanowił centralny punkt mojego życia. Podczas wybuchu Hekli w 1980 roku myślałam, że moje pięcioletnie serduszko przestanie bić, tak bardzo się o niego bałam. Ale wrócił do domu, zmęczony i szczęśliwy, z piaskiem we włosach, i podarował mi kawałek zastygłej lawy.

– Patrz, Malizno, to jest nasza ziemia, zupełnie nowa – powiedział, wręczając mi lawę, jakby była krucha i bezcenna.

Trochę się bałam jej dotknąć, wydawało mi się, że jeszcze się żarzy, ale może po prostu wielkie dłonie taty ją ogrzały; czerwonofioletowy kamyk wielkości bułki, chropawy i nadzwyczaj lekki. Pozostawił ostre ziarnka piasku w mojej dłoni, tarłam te okruchy, zlizywałam z palców, kiedy ojciec nie widział. Smakowały krwią.

I teraz dzwoni pierwszy budzik, mąż przewraca się na drugi bok, wyciąga ramię i wyłącza harfę. Leżę z zamkniętymi oczami i usiłuję przeczekać pod kołdrą te trzy minuty, zanim rozlegną się sygnały alarmowe z mojego telefonu.

Leżymy obok siebie z zamkniętymi oczami i udajemy, że śpimy. Wiem, że on się obudził, on wie, że ja się obudziłam, po wielu latach małżeństwa człowiek to wyczuwa. Jest wiele gorszych rzeczy niż leżenie ramię w ramię i udawanie, że się śpi.

Potem mój mąż się podnosi, przeciąga i ziewa, wstaje z łóżka, otwiera drzwi i wychodzi na korytarz, pięty dudnią na bejcowanej na biało dębowej podłodze, jak stukot kroków może być aż tak znajomy?

Dopóki nie usłyszę strumienia rozbryzgującego się o muszlę, nie otwieram oczu – pozwalam im przyzwyczaić się do mroku, po czym wyciągam rękę po telefon leżący na stoliku nocnym i wyłączam go, nim zacznie dzwonić; 7.02, dziś mamy czwarty marca. Instytut Meteorologii prognozuje wiatr północno-wschodni, od ośmiu do trzynastu metrów na sekundę, przejaśnienia, po południu zachmurzenie duże, nadciągające od południowego wybrzeża, możliwe opady śniegu, temperatura około zera. Przed południem musimy polecieć i przyjrzeć się czemuś. Podwodne wstrząsy tektoniczne w okolicach półwyspu Reykjanes wciąż się powtarzają, sejsmografy Instytutu Meteorologii wykryły po piątej nad ranem kilka wstrząsów sześć kilometrów na wschód–północny wschód od wyspy Eldey.

Poza tym to całkiem zwyczajny poniedziałek, biorę prysznic, otwieram drzwi do sypialni Salki: Obudź się, Malizno. Wstawaj, Örn, krzyczę i energicznie pukam w drzwi, poruszam klamką, ale mój syn zamknął je na klucz. Pukam ponownie, musi zdążyć na ósmą do huty aluminium. Za drzwiami żadnych oznak życia, on już jest dorosły, dawno po dwudziestce, musi się nauczyć brać za siebie odpowiedzialność.

Krążymy z mężem po domu, unikając siebie, jak gwiazdy na różnych orbitach, bez słowa dzielimy się porannymi zadaniami. Kiedy idę na dół, żeby wycisnąć sok z pomarańczy i przygotować muesli i mleko acidofilne, widzę, że już zdążył włączyć ekspres; on wiesza pranie, ja przygotowuję drugie śniadanie, na zmianę wołamy dzieciaki, wyganiamy je z łóżek.

Bardzo zwyczajny poniedziałek, radio brzęczy w kuchni, nadstawiam uszu, kiedy czytają skrót wiadomości o wpół do ósmej, ale nie wspominają o wstrząsach u brzegów Reykjanesu. Zanadto już spowszedniały, nie stanowią sensacji. Następne wiadomości o ósmej, te się zakończyły, po nich krótka pauza, potem muzyka fortepianowa, słodko-gorzkie dźwięki, Pawana na śmierć infantki. Czułe i smutne, i nieskończenie piękne, tren dla zmarłego dziecka; zamykam oczy, spływa na mnie niepojęte piękno i wstrzymuje poranne zajęcia.

W kuchni zjawia się mąż, ładuje kapsułki do ekspresu i naciska guzik, subtelna muzyka tonie w bulgotach.

– Co? – pyta, widząc moją minę. – Co takiego zrobiłem? Coś się stało?

– Nie, nic – odpowiadam, odwracając się od niego.

– No weź przestań – odzywa się ze śmiechem. – Ty płaczesz? Płaczesz przy radiu? Co ci się stało?

Ja tylko kręcę głową. Obejmuje mnie, a ja wiem, że mnie kocha. Jesteśmy małżeństwem od ponad dwudziestu lat.

Całuje mnie i rzuca dzieciakom głośne „cześć”, zbliża się narodowy dzień spłacania zobowiązań, termin składania zeznań podatkowych, musi być wcześnie w pracy, pomagać klientom ukryć przychody w bezpiecznym miejscu. Sporządzanie tych dokumentów jest niczym opowiadanie historii, mawia czasem, a treść jest niezła, na przyjęciach nagradzają go za to śmiechem. W ostatnich dniach od świtu do zmierzchu tworzy historyjki i bajki dla fiskusa.

Ponownie pukam do pokoju Örna, jestem pewna, że słyszę zza drzwi gniewne pohukiwania. Kiedy schodzę do kuchni, Salka już siedzi przy stole, zaspana i rozczochrana, w letniej złotej sukience i rajstopach.

– Dzień dobry, Malizno – mówię i nalewam jej łyżkę tranu. – Musisz się cieplej ubrać, mróz na dworze.

– Nie jest mi zimno, mi się chce chodzić w sukience – odpowiada, przełyka tran i szybko popija sokiem z pomarańczy.

– Mówi się „ja chcę”, a nie „mi się chce” – prostuję. – To nierozsądne nie ubierać się stosownie do pogody. Co mówimy o ludziach, którzy zachowują się nierozsądnie?

– Że są głupi – mamrocze.

– A czy my jesteśmy głupi?

– Nie, mamusiu. Ale ja i tak się chcę chodzić w sukience – mówi i zalewa mlekiem muesli w misce, jak zwykle odlicza dziesięć borówek i wkłada je w skupieniu do buzi, jedna po drugiej, marszcząc brwi. Ma osiem lat i jest mała jak na swój wiek, ale jakby pogodzona z rolą najmłodszej w rodzinie, usiłuje powstrzymać wzrost.

Z korytarza dobiegają ciężkie kroki, mój Örn zjawia się, człapiąc, przygląda się tarczy zegara w kuchni i klnie. Ma na sobie ubranie robocze, błękitno-pomarańczowy kombinezon z żółtymi paskami odblaskowymi na piersiach, czarna czupryna nieuczesana, ślad zarostu nad górną wargą.

– Dzień dobry, mój panie, nareszcie. Może coś zjesz, zanim się ogolisz?

Nie mogę się powstrzymać, słyszę, jak wydobywa się ze mnie przytłaczająca namolność. On kręci głową, nie ma czasu, już jest spóźniony. Mój przystojniak góruje nade mną, obowiązkowo całuje mnie w policzek, podkrada moją filiżankę i upija spory łyk kawy, parzy sobie wargi i znów klnie, kładzie grabę na małej główce siostrzyczki i mierzwi ciemne loki, cześć, Malizno, i już go nie ma. Bądź ostrożny, krzyczę, w momencie kiedy zatrzaskują się za nim drzwi. Jego stary ford odpala z trudem, warkot silnika niesie się ulicą, coraz cichszy, aż niknie.

– Pośpiesz się – poganiam Salkę. – Nie musisz nakarmić swoich szczurów?

– To nie szczury. To koszatniczki.

– Koszatniczki, szczury z pomponem na ogonie, nakarm je, zanim wyjdziemy.

 

– Mamusiu, mi się chce kotka.

– Ja chcę. A jak sądzisz, co na to twoje szczury?

– Będę ich pilnowała.

– Masz alergię na kocią sierść, kochanie. I musisz się nauczyć brać odpowiedzialność za swoje koszatniczki. Dbać o nie. No, pośpiesz się. Masz telefon, klucze, inhalator?

Opłukuję miski i szklanki i wkładam je do zmywarki, przecieram szmatką stół kuchenny i ustawiam przy nim krzesła. Czeszę Salkę, podczas gdy ona myje zęby, przytrzymuję grzywkę spinką, żeby nie wpadała jej do oczu. Nasze spojrzenia spotykają się w lustrze, obdarzamy się lekkim, ciepłym uśmiechem. Ona ze spokojem wtula we mnie główkę. Znów łzy podchodzą mi do gardła, nie wiem, do cholery, co się ze mną dzieje.

– No już, Malizno – mówię i klepię dziecko w ramię. – Czas na nas, rusz się. Nie marudź.

Dziesięć minut później wyjeżdżamy mercem z ogrzewanego garażu. Właściwie nie mam czasu, żeby wieźć Salkę do szkoły, ale odwożę, choć to oznacza, że wpakuję się w poranne korki w drodze do zachodniej części miasta, na uniwersytet. Jeśli chodzi o dojazd, nasz dom nie jest zbyt dobrze położony, ale to cena, jaką płacimy za to, że możemy mieszkać nad jeziorem, pod lasem, z bezkresnym widokiem na góry półwyspu Reykjanes. Drobna dzika roślinność rozciąga się aż do naszego ogrodu, mchy, bażyny i macierzanka, fiołki i czasem dębiki ośmiopłatkowe. Teraz drzemią pod śniegiem, światła aut rzucają zimny blask na stwardniały puch, ale rośliny są tam i czekają na wiosnę, oplótłszy korzeniami skałki.

Tak się cieszył, kiedy znalazł ten dom.

– To coś dla ciebie – powiedział.

– Przestań – odparłam. – Nie przesadzaj. Jest za duży i zbyt elegancki.

Ale on był zdecydowany; jedyny w swoim rodzaju dom, odpowiedni dla najlepszego geologa w kraju, powiedział.

– Ale bredzisz – odparłam, lecz w końcu ustąpiłam. Skusiła mnie perspektywa mieszkania nad wodą, w otoczeniu tych granatowych gór, pomników dawno ostygłych ogni. Tu będę mogła się zachwycać, pracować i wypoczywać; krajobraz nie przestaje mnie inspirować.

Miał rację, dom mnie cieszy, stale dostarcza radości, choć nawet nie śniłam, że kiedykolwiek będę tak mieszkać. Tak bogato. Dom został zaprojektowany z inwencją: jasna część z salonem na piętrze z panoramicznym widokiem na strony świata, spokojna część sypialna na dole osłonięta roślinnością. Po studiach zajmowaliśmy mieszkanie po tacie, myślałam, że zamienimy je na coś trochę większego po narodzinach Salki, może będzie miejsce na nieduży gabinet, ale nie aż tak, nie wyobrażałam sobie takiego pałacu, i to w tej okolicy, odizolowanej części świata na rubieżach moich zmysłów; gdyby znalazł dla nas dom w Australii, wcale bym się bardziej nie zdziwiła.

Mój kochany mąż.

I oto jesteśmy tu, na przedmieściu, z wszystkimi tego zaletami i wadami. Moja córka gramoli się z auta przed wejściem do szkoły i dołącza do tłumu przedmiejskich dzieciaków, wszystkie, albo prawie wszystkie, wychowujące się bezpiecznie w dostatku, zagraniczne wojaże, iPhone’y, każdej jesieni nowa kurtka, po trzy auta na podjazdach przestronnych domów, rodzice spijający tłustą śmietankę z rozbuchanej centryfugi rynku, może nieco nadużywający czerwonego wina, niekiedy może zanadto podnoszący głos, ale nie u nas. U nas wszystko w najlepszym porządku.

– Pa, mamuś – mówi Salka, nie oglądając się za siebie, a ja kontynuuję swoją podróż w ciepłym mroku, przełączam na radio Rondo i słucham Brahmsa, usiłując skupić się na zadaniach czekających mnie dzisiaj, wstrząsach ziemi na dnie oceanu, ale myśli wciąż się bezładnie błąkają.

Czerwone światła aut w centrum tworzą spójny łańcuch, ruch jest niezwykle spowolniony, ale nie ma sensu się złościć z powodu opóźnień, szkoda tracić na to energię. Co więcej, ja czerpię radość z tych wydłużonych chwil o poranku spędzanych w aucie, wsłuchuję się w miły dla ucha szum silnika i jakość dźwięku potężnego systemu audio. Wszystko działa, jak powinno, wartości i liczby na desce rozdzielczej w najlepszym porządku, zapach kawy z kubka termicznego. Moja uwaga krąży między otaczającymi mnie samochodami, ten obok wypełnia para z e-papierosa, kierowca namiętnie się zaciąga. Kobieta w aucie przede mną pochyla się nad telefonem i nie dotrzymuje tempa innym, zapomina się, nie wciska pedału gazu, pozwala odjechać samochodom na trzy, cztery metry, złość kierowców stojących w korku jest wręcz namacalna, jakby wóz e-palacza był łbem wściekłego smoka gotującego się do zionięcia ogniem i śmiercią na samochód przed nim. Może ci ludzie mają jakieś potworne tajemnice, ich życie zupełnie się sypie. Może e-palacz ma zakaz widywania dzieci, a kobieta z telefonem wysyła maila do swojego prawnika w sprawie rozwodu. A może on oczekuje na odsiadkę za okrutną zbrodnię, może ona umiera na raka. Ludzie zmagają się z niewiarygodnymi problemami i wcale po nich tego nie widać, dalej stawiają się w pracy, robią zakupy w spożywczym, myją zęby, choć nie byłoby w tym nic zaskakującego, gdyby spędzali całe dnie skuleni w łóżku, pojękując z rozpaczy.

Kręcę głową, sama się sobie dziwiąc, i zmieniam Brahmsa na wiadomości. Po prostu kiepscy z nich kierowcy. To do mnie niepodobne, ponosi mnie wyobraźnia, zwykle zadowalam się faktami. Coś mi się miesza.