Powrót rosyjskiego LewiatanaTekst

Z serii: Poza serią
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Siergiej Miedwiediew
Powrót rosyjskiego Lewiatana
Przełożyła Hanna Pustuła-Lewicka


Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.


Tytuł oryginału rosyjskiego Парк Крымского периода. Хроники третьего срока

Projekt okładki Agnieszka Pasierska / Pracownia Papierówka

Projekt typograficzny i redakcja techniczna Robert Oleś / d2d.pl

Copyright © by Sergei Medvedev, 2018

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Czarne, 2020

Copyright © for the Polish translation by Hanna Pustuła-Lewicka, 2020

Opieka redakcyjna Przemysław Pełka

Redakcja Ewa Polańska

Korekta Katarzyna Juszyńska, Alicja Stępniak

Skład Alicja Listwan / d2d.pl

Skład wersji elektronicznej d2d.pl

ISBN 978-83-8191-008-8

Spis treści

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Przedmowa

CZĘŚĆ 1 Wojna o przestrzeń

Suwerenne bezdroże

Dym ojczyzny

Święty lód

Krym jako obszar podświadomości

Solo na bębenku

Doniecki dżihad

Globalne Birulewo

Pokusa geopolityki

Zawód okupant

Kółko i krzyżyk

Wojna z pokemonami

Kremlowski firewall

Dziurawa suwerenność

CZĘŚĆ 2 Wojna o symbole

Skansen władzy

Spectrasa śmierci

Oda do psów Szuwałowa

Trzy topole na Twerskiej

Za tych, co w czołgach

Handlarze strachem

To wszystko wymyślił Churchill

Rekieter z rakietami

Wędrówka ognia olimpijskiego

Olimpijska schizofrenia

Reprezentacja narodowa w okołofutbolu

Suweren z piterskich podwórek

Putinizm a zagadnienia językoznawstwa

Wojna awatarów

CZĘŚĆ 3 Wojna o ciało

Higiena represyjna

Ciało króla

Prezerwatywa jako symbol protestu

Protokoły mędrców Sodomy

Test na homofobię

Miss Kolonii Karnej

Przychodzę i mówię

Polityka kobiecego ciała

Globalny Pussy Riot

Samochód terenowy a wychowanie młodzieży

Rosyjski potlacz

Pomniki ku czci roqueforta

Kraj opuszczonych dzieci

Amputacja sumienia

Fiasko operacji Soczi

CZĘŚĆ 4 Wojna o pamięć

Rewizjonizm histeryczny

Święto 5 marca

Obłomow i Sztolc radzieckiej władzy

Człowiek niedźwiedź

Moskiewski Majdan

Święto bez łez w oczach

Walc ukraińskich czekistów

Powrót upiorów

Unicestwienie tytanów

Rosyjski resentyment

Rewolucja kwiatów (i kolorów)

Kto się boi Swietłany Aleksijewicz?

Bitwa nad Isetem

Prywatna Norymberga, Denisa Karagodina

Dzień Konstytucji

Przypisy

Kolofon

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Przedmowa

23 lutego 2014 roku, stojąc na trybunie stadionu Fiszt, prezydent Władimir Putin przyjmował ceremonię zamknięcia zimowych igrzysk olimpijskich w Soczi, w których, po raz pierwszy od wielu lat, nieoficjalnie w klasyfikacji medalowej zwyciężyli Rosjanie. Świat nie wiedział jeszcze o aferze dopingowej, która stała za rosyjskim zwycięstwem. Putin przeżywał moment osobistego triumfu, pokazywał światu zbudowaną przez siebie Rosję: z pretensjami do globalnego przywództwa, z pionową strukturą władzy, z drapaczami chmur Moskwa City, zwycięstwami na frontach sportowym i gazowym i bajecznie drogą olimpiadą w subtropikach.

Rankiem tego samego 23 lutego na Kremlu zapadła decyzja o aneksji ukraińskiego Krymu. Na półwyspie wylądowali żołnierze rosyjskich wojsk specjalnego przeznaczenia w mundurach bez naszywek, „uprzejmi ludzie”, i zajęli strategiczne obiekty. Niespełna miesiąc później, 17 marca, Krym ogłosił niepodległość, a już następnego dnia został włączony do Federacji Rosyjskiej. Rosja runęła z soczijskiego Olimpu, przeobrażając się z państwa triumfatora, członka grupy G8, w państwo renegata, łamiąc prawo międzynarodowe i naruszając ogólnoświatowy porządek, zrywając wszystkie nici, które łączyły ją ze światem zewnętrznym, niszcząc struktury normalności i globalizacji zbudowane przez ćwierć wieku postsowieckiej transformacji.

 

Od tamtego momentu minęło już pięć lat, ale to swobodne spadanie nadal trwa i na razie nie widać jego końca. W rocznicę aneksji Krymu, 18 marca, Władimir Putin przy miażdżącym poparciu ludności wybrał się na kolejną sześcioletnią kadencję do 2024 roku, budując swoją retorykę na nacjonalizmie, militaryzmie i agresywnej konfrontacji z Zachodem. Rosja stała się rogue state, państwem zbójeckim, nieustanie podbijającym stawkę w symbolicznym starciu z Zachodem, i uczyniła z własnych obywateli zakładników geopolitycznych ambicji władzy. Ale początkiem tej zabójczej spirali był właśnie luty 2014 roku, decyzja o zajęciu Krymu, i teraz my wszyscy żyjemy w świecie po Krymie.

Przez słowo „my” rozumiem także czytelników zagranicznych wydań tej książki. Toksyczność nowego rosyjskiego reżimu błyskawicznie rozprzestrzeniła się poza granice Rosji i Ukrainy. Już 17 lipca 2014 roku w toku działań bojowych prorosyjskich separatystów na wschodzie Ukrainy dostarczony z Rosji system rakiet ziemia–powietrze Buk strącił boeinga malezyjskich linii lotniczych. W katastrofie zginęli wszyscy pasażerowie i członkowie załogi, dwieście dziewięćdziesiąt osiem osób z dziesięciu krajów. Później mieliśmy ingerencję rosyjskich hakerów w wybory w Stanach Zjednoczonych i w Europie, próbę przeprowadzenia zamachu stanu w Czarnogórze, interwencję w wojnie domowej w Syrii i barbarzyńskie naloty bombowe na Aleppo i inne syryjskie miasta. Wreszcie w marcu 2018 roku w angielskim Salisbury doszło do próby otrucia byłego oficera rosyjskiego wywiadu Siergieja Skripala i jego córki Julii przy użyciu broni chemicznej – trudno wyobrazić sobie lepszą (albo gorszą) metaforę toksyczności rosyjskiego reżimu.

Niniejsza książka jest próbą zrozumienia, skąd się wziął i w jaki sposób ukształtował ten reżim. Jest logiczną kontynuacją postsowieckiej transformacji czy gwałtownym zwrotem akcji z woli jednego człowieka? Produktem specyficznie rosyjskim czy rosyjskim przejawem ogólnoświatowego trendu deglobalizacji i powrotu państw narodowych z ich zapiekłym poczuciem krzywdy i niespełnionymi ambicjami, tak jak brexit i wybór Donalda Trumpa na prezydenta Stanów Zjednoczonych?

Władimir Putin bez wątpienia jest prekursorem i uosobieniem globalnego powrotu państwa. Ale czerpie przy tym z sześćsetletniej tradycji rosyjskiego samodzierżawia, sięgającej wstecz do ustanowienia Wielkiego Księstwa Moskiewskiego, które przejęło dziedzictwo Złotej Ordy. Jako historyk obserwowałem ten proces z ogromnym zainteresowaniem: widziałem, jak powracają tradycyjne formy władzy i podległości, myślenie totalitarne i sowieckie figury retoryczne, procedury państwowego rozdzielnictwa i rytuały społeczeństwa stanowego rodem z epoki Breżniewa, ery stalinizmu, systemu pańszczyźnianego i czasów Iwana Groźnego. Jakby Rosja odtwarzała swoją historię według starej społeczno-polityczno-gospodarczej matrycy, jakby zsuwała się z powrotem w wyjeżdżone wiekami historyczne koleiny.

Putinowska pierwsza dekada XXI wieku to czas powrotu państwa w całej jego pełni historycznej: z przywilejami elity i represjami wyborczymi, z pogardą dla prawa i zwykłego obywatela, z wielkomocarstwową retoryką i wojnami o spuściznę po imperium. Trzecia kadencja prezydencka Władimira Putina, od 2012 do 2018 roku, była tutaj kluczowa. Na ten okres przypada zdławienie obywatelskich protestów zimą 2011/2012, uchwalenie odrażających represyjnych ustaw (takich jak zakaz adoptowania rosyjskich dzieci przez cudzoziemców czy kryminalizacja „propagandy homoseksualizmu”), aneksja Krymu, wojny w Ukrainie i Syrii i początek niewypowiedzianej wojny hybrydowej z Zachodem. Jakby otworzyła się brama do przeszłości i na arenę polityczną wtargnęły rosyjska prehistoria, dinozaury samodzierżawia i imperializmu.

Właśnie w latach trzeciej kadencji Putina, równolegle z ustanawianiem w Rosji opresyjnego rewanżystowskiego reżimu, powstawały eseje, które składają się na tę książkę. To szkice ze współczesnej historii Rosji, wariacje na temat powrotu państwa i wojny, którą toczy ono z rozlicznymi sferami obywatelskiej, terytorialnej i symbolicznej autonomii. To kroniki napaści państwa na obywateli, inwazji na naszą przestrzeń, ciało i pamięć.

Książka składa się z czterech części, z których każda opisuje jedną z „wojen” państwa:

1. Wojna o przestrzeń – od bitew między protestującymi a władzą o moskiewskie place i bulwary do symbolicznych akcji „zbierania” rosyjskich przestrzeni, takich jak plan skolonizowania Arktyki; od postimperialnych awantur na Krymie i Donbasie do neokolonialnej wojny w Syrii.

2. Wojna o symbole – walka o dominację w sferze symboli poprzez rozmaite loca, znaki, rytuały i performanse władzy: Kreml i plac Czerwony jako przestrzenie sakralne; defilady wojskowe i parki patriotyczne jako skanseny suwerenności. Jednym z najważniejszych symboli władzy są strategiczne pociski jądrowe obwożone ulicami Moskwy, nadrukowywane na koszulkach, wygrażające Zachodowi z gigantycznych telebimów w czasie przedwyborczego przemówienia Putina w marcu 2018 roku. Stały się one fundamentem nowej świadomości rosyjskiej.

3. Wojna o ciało – nowa sfera kontroli państwa wyraźnie zintensyfikowanej w drugiej dekadzie XXI wieku. Mowa o praktykach, które Michel Foucault nazywa biopolityką, o wtrącaniu się państwa w życie osobiste obywateli, w ich zachowania żywieniowe, seksualne i reprodukcyjne. Można tu wymienić walkę z propagandą gejowską i zagranicznymi adopcjami, wychowanie religijne w szkołach oraz niszczenie zachodnich artykułów spożywczych objętych rosyjskim embargiem. Władza wchodzi do miejsc, które dotąd były domeną prywatności, do naszych salonów, sypialni i kuchni, zagląda nam do lodówek, reglamentuje naszą cielesność pod płaszczykiem walki o przyrost naturalny i ustanowienie swego rodzaju „suwerenności seksualnej” Rosji.

4. Wojna o pamięć – aktywna polityka historyczna państwa, które narzuca obywatelom usankcjonowane przez siebie formy pamięci – od jednego podręcznika historii dla wszystkich szkół do kultu Dnia Zwycięstwa, od pełzającej rehabilitacji Stalina do walki z „zafałszowywaniem historii”. Zaprzestawszy prób kształtowania przyszłości, państwo żyje rojeniami o bohaterskiej przeszłości, tworzy mit nieprzerwanego pasma zwycięstw, boi się przyznać do pomyłek i porażek, represjonuje pamięć traumy.

Wspólnym mianownikiem tych czterech wojen jest walka o „suwerenność”, przez którą Kreml rozumie nieograniczoną władzę państwa i niezależność od czynników zewnętrznych. Władza chce kontrolować geograficzne i symboliczne terytorium Rosji, zbiorowe ciało i zbiorową pamięć narodu. Nad polami tych bitew unosi się figura suwerena (suwerennego dyktatora), prezydenta Putina, i nieprzypadkowo w tekstach stale powraca nazwisko głównego dwudziestowiecznego teoretyka suwerenności, niemieckiego prawnika Carla Schmitta, tak popularnego wśród kremlowskich politologów.

Jednakże nie należy wiązać powrotu państwa wyłącznie z osobą Putina – to raczej on stał się twarzą, uosobieniem i sztandarową postacią domknięcia się wielkiego cyklu historycznego, wiecznego powracania rosyjskiego Lewiatana. To nie Putin wskrzesza tradycyjne modele rosyjskiej historii, to rosyjska historia w pierwszej dekadzie XXI wieku wcieliła się w Putina, który – jak trafnie zauważył Wiktor Pielewin – stał się ideą przewodnią Rosji.

Czy postkrymskiej Rosji Putina trzeba się bać? Hegel napisał, że historia powtarza się dwa razy, najpierw jako tragedia, a potem jako farsa. Zbrodnie reżimu, takie jak rozpętanie bratobójczej wojny w Ukrainie czy strącenie malezyjskiego boeinga, nadal prowadzą do prawdziwych tragedii, niemniej rosyjskie imperium wkroczyło w końcowy, wtórny, naśladowczy okres swojej historii. Wiele tekstów z tej książki opowiada o fejkach, symulakrach, rekonstrukcjach historycznych. Nowa rosyjska walka o suwerenność momentami bywa śmiertelnie groźna, ale to już tylko bóle fantomowe, wojny zmęczonego imperium, które przeżyło swoją epokę, wyczerpało zasoby i walczy w ariergardzie na kurczącym się skrawku terytorium. Obserwowanie tych bitew jest czasem straszne, czasem pouczające, ale najczęściej śmieszne. I właśnie na przecięciu historycznej intuicji i komicznej intonacji powstała niniejsza książka.

Moskwa, maj 2018

Część 1

Suwerenne bezdroże

Straszniejszy od rosyjskiej drogi jest tylko remont rosyjskiej drogi. Niedawno miałem okazję doświadczyć takiej lokalnej katastrofy, jadąc samochodem z Moskwy do estońskiego miasta Tartu trasą federalną M9 Bałtija. Prawdę powiedziawszy, przebiegająca przez obwody twerski i pskowski droga nigdy nie zachwycała jakością nawierzchni i ludzie doświadczeni jeździli do krajów bałtyckich szosą na białoruski Mińsk. Jednak tym razem zdarzyło się coś niebywałego nawet jak na standardy rosyjskich dróg: dwieście pięćdziesiąt kilometrów od stolicy skończył się asfalt. Nie w Kraju Zabajkalskim, nie w Syberii Wschodniej, lecz w samym środku europejskiej części Federacji Rosyjskiej droga federalna zmieniła się w ubitą gruntówkę z epickimi dziurami, pokrytą metrową warstwą rozkisłej brei. Furmanki pełzły po niej, kreśląc ósemki, czasem zderzały się ze sobą albo wpadały do rowu. Z rzadka nadjeżdżała z przeciwka oblepiona błotem osobówka na moskiewskich numerach i wymienialiśmy się z jej kierowcą ironicznymi uśmieszkami. Trafiały się też samochody z zagraniczną rejestracją. Widziałem toyotę pełną Portugalczyków entuzjastycznie pstrykających zdjęcia przez wszystkie okna – będą mieli o czym opowiadać wnukom.

Przejechanie stu kilometrów bez asfaltu zajęło mi cztery godziny i przez cały ten czas nie widziałem ani jednego robotnika drogowego, radiowozu, sprzętu, żadnej tablicy informującej o terminie zakończenia robót czy objazdach – po prostu puste płótno. Na stacji benzynowej dowiedziałem się, że wczesną jesienią drogowcy zdjęli asfalt i poszli sobie, nie mówiąc, kiedy wrócą. Czwarty miesiąc droga wygląda jak po bombardowaniach 1941 roku, kiedy pod Rżewem i Wielkimi Łukami toczyliśmy boje z niemieckim najeźdźcą. Na tejże stacji opowiedzieli mi o kierowcy francuskiego TIR-a, który przyszedł do nich z błagalnym pytaniem: „Zabłądziłem na polnej drodze, jak stąd wyjechać na główną?”. Usłyszał, że to właśnie jest główna droga, wiodąca z Europy do Moskwy.

Na tamtej trasie zrozumiałem dwie ważne rzeczy. Po pierwsze, przeszliśmy w nowy stan: stan absolutnej bezkarności. Jeszcze pięć lat temu coś takiego byłoby w Rosji nie do pomyślenia; można było okradać budżet, ale przynajmniej trzeba było zachowywać jakieś pozory aktywności. Teraz możliwe jest wszystko, a nie odpowiada nikt, do banalnego złodziejstwa dołączyło totalne zobojętnienie. Jak pokazuje doświadczenie ostatnich lat, u nas nikt nigdy za nic nie odpowiada: ani za ukradzione miliardy, ani za spadające sputniki, ani za rozpętane wojny.

Ale to jeszcze pół biedy. Bardziej przerażające jest co innego: tracimy swój kraj. Jeżdżę tą drogą do Estonii już prawie dziesięć lat, tych samych, w których, jak twierdzą propagandziści, Rosja „wstaje z kolan”, i sto kilometrów za Moskwą widzę, jak przestrzeń z roku na rok rozpada się w oczach. Droga M9 jest nieustannie naprawiana, a mimo to jej stan ciągle się pogarsza. Coraz więcej przy niej wymarłych wsi, nocami przez kilkadziesiąt kilometrów nie widać żadnego światełka, napotykani ludzie sprawiają wrażenie coraz smutniejszych, brną dokądś z sankami po poboczu albo głosują bez większej nadziei w oczach, autobusów międzymiastowych też zresztą nie widziałem. Nie licząc sieciowych stacji benzynowych, oferta przydrożnych usług jest bardzo uboga: jakieś podejrzane szaszłykarnie, do których strach zajeżdżać, i szopy z częściami zamiennymi do ciężarówek. Miejscowa ludność, jak w XVI wieku, handluje przy drodze darami lasu: suszonymi grzybami, mrożonymi jagodami, grubymi chłopskimi kożuchami. A sam las powoli odzyskuje przestrzeń, z której wycofuje się cywilizacja, porzucone wsie i pola zarastają zielskiem, drzewa coraz bardziej zbliżają się do drogi. Dawniej co parę kilometrów napotykało się zasadzki drogówki z radarami, ale tym razem nie minąłem ani jednej. Władza, infrastruktura, ludzie – wszystko rozpływa się w niebyt.

Problem jest poważniejszy niż ta jedna droga, dotyczy formatu rosyjskiego państwa, jego relacji z przestrzenią, suwerenności terytorialnej Rosji. Ministerstwo Sprawiedliwości i Duma Państwowa Federacji Rosyjskiej walczą z „agentami zagranicy” i rewolucjami w sąsiednich krajach, wicepremier Dmitrij Rogozin opowiada nam, że Rosja broni swojej suwerenności w wojnie w Syrii, a tymczasem na drodze M9 tę suwerenność już straciliśmy. Suwerenność ma dwie strony: formalną władzę i kontrolę. Symbole władzy jeszcze gdzieniegdzie widać – w mieście Zubcow na budynku miejscowej administracji, obok hotelu Boverli Hill, powiewa trójkolorowa rosyjska flaga, na wjeździe do miasta Nielidowo stoi betonowa budka z napisem „Do przodu, Rosjo!” – ale faktycznej kontroli nad przestrzenią już nie ma. Nie widać ani państwa, ani infrastruktury, ani instytucji, ani, mówiąc ogólnie, życia.

 

Jeszcze dziesięć lat takiego rozpadu i już nikt nie pojedzie tą drogą do Puszkinskich Gor, do Kariewa – rodzinnego majątku kompozytora Modesta Musorgskiego, do prastarego Izborska i białego Pskowa. A za kolejne dziesięć lat będziemy mieć w Rosji już tylko dwadzieścia dużych miast i sztandarowe projekty propagandowe w rodzaju obiektów olimpijskich w Soczi, moskiewskiej obwodnicy, stadionów zbudowanych na mundial, a między nimi porośniętą rzadkim lasem pustkę z nieprzejezdnymi drogami. Rosja zmienia się w pogryzioną przez mole narzutę, w której coraz więcej dziur i coraz mniej tkaniny. Obroniliśmy swoją suwerenność w 1941 roku w krwawych walkach pod Rżewem i Wiaźmą, ale utraciliśmy ją na drogach, które prowadzą przez miejsca tych bitew.

Dym ojczyzny

Dulcis fumus patriae, „słodki jest dym ojczyzny”, mawiali starożytni Rzymianie. W Rosji ten dym wdychamy każdej wiosny, cały kraj staje wtedy w ogniu. Jak tylko stopnieje śnieg i podeschnie zeszłoroczna trawa, mieszkańcy wychodzą na dwór palić śmieci, trawę, ścierniska, szuwary, sitowie. Według danych Greenpeace’u co roku płonie kilkaset tysięcy hektarów pól i lasu, pięć–sześć tysięcy domów, ogień obraca w popiół gospodarstwa rolne i rezerwaty, giną ludzie i spalone żywcem bydło, nieodwracalny uszczerbek ponosi dzika przyroda, roślinność, mieszkańcy łąk i lasów. W miarę jak wiosna maszeruje z południa na północ, cały kraj pogrąża się w szaleństwie samozniszczenia, które trwa miesiąc albo i dłużej i kończy się dopiero, kiedy przejdą wiosenne ulewy i zazielenią się świeże trawy.

Najniebezpieczniejsze są wiosenne święta. W zeszłym roku nieszczęście rozpętało się w Wielkanoc, 12 kwietnia, kiedy jednocześnie w różnych miejscach zapłonęła cała Chakasja. A to był dopiero początek katastrofy, czekały nas jeszcze święta majowe, tydzień między 1 Maja a Dniem Zwycięstwa, z ich mangałami i wiaderkami szaszłyków, z muzyką i motoryzacją. Samochody terenowe i quady rozjeżdżą miękki grunt i zryją młodą trawkę, na brzegach rzek i zbiorników wodnych staną sznury aut, zaryczy szanson i więzienny pop, zatrzeszczy chrust, rozejdzie się swąd pieczonego mięsa i zabieleją w majowym zmierzchu pierwsze sterty śmieci. Znaczny odsetek Rosjan od długiego czasu odnosi się wrogo do środowiska, w którym żyje, doprowadzając je do stanu pewnej uśrednionej entropii, i spalanie traw to część szerszego problemu, który polega na pryncypialnej antyekologiczności naszego życia.

Dlaczego Rosjanie palą trawy? Jako powód antropolog wskazałby zapewne zapisaną w genach tradycję rolnictwa żarowego naszych przodków, którzy karczowali i wypalali lasy wschodniej Europy, by użyźnić popiołem ubogą, gliniastą glebę; kulturoznawca opowiedziałby o archaicznych rytuałach nadejścia wiosny i wierze w oczyszczającą moc ognia; a urzędnik Ministerstwa Obrony Cywilnej, Sytuacji Nadzwyczajnych i Likwidacji Skutków Klęsk Żywiołowych o banalnym chuligaństwie. Przekonanie, że palenie traw rozgrzewa glebę i użyźnia ją popiołem, to mit, który dawno już został obalony – przelotny pożar w nieznacznym stopniu podnosi temperaturę ziemi, za to zabija znajdujące się tuż pod powierzchnią pączki i nasiona traw, pożyteczne mikroorganizmy i drobne zwierzęta. Ogień niszczy jaja i gniazdowiska ptaków, nowo narodzone zajączki, jeże i jeżątka, żaby, owady, larwy, poczwarki i czerwie; na miejsce różnych gatunków traw wyrastają odporniejsze na ogień chwasty – łopian i barszcz – a po wypaleniu trzcin odrastają te same trzciny.

Jest jeszcze jedno popularne wyjaśnienie: chęć, by zdążyć podpalić trawę, zanim z drugiej strony podpali ją sąsiad, wyprzedzić go w tym wyścigu. Myśl, że można w ogóle jej nie wypalać, najwyraźniej mieszkańcom sąsiadujących ze sobą wiosek nie przychodzi do głowy. Taka wojna „wszystkich przeciwko wszystkim” jest typowa dla społeczeństw w krańcowej atomizacji i anomii.

Filozof Maksim Goriunow widzi w pożarach metafizykę rosyjskiego świata: „Wzorem swoich ugrofińskich przodków, którzy wypalali lasy pierwotne, by posadzić brukiew i rzepę, Rosjanie wypalają przestrzeń kulturowo-polityczną wokół siebie, by zrobić miejsce dla swoich gazociągów i miast z wielkiej płyty”. „Rosyjska wiosna”, jak nazwano separatystyczne dążenia na rosyjskojęzycznym wschodzie Ukrainy, przeobraziła się w rosyjski pożar i rosyjski pogrom, co boleśnie odczuli na własnej skórze mieszkańcy Donbasu, który stał się strefą katastrofy humanitarnej.

Ale głównym wyjaśnieniem wypalania traw jest irracjonalne „niechaj zapłonie wszystko błękitnym płomieniem!”, niewytłumaczalny pociąg rosyjskiego człowieka do spektakularnego, malowniczego samozniszczenia. „Pięknie się pali!” – myśli, za opłotkami własnej wsi podkładając ogień, który strawi i pole, i las, i wioskę, i jego samego. Pożar stepu to Puszkinowska idea rosyjskiego buntu opisana w Córce kapitana – „rzucim na cały świat płomienie”[1], o których poeta Aleksander Błok pisał w poemacie Dwunastu i które jego samego też osmaliły. Jego kolega po piórze, Włodzimierz Majakowski, wspominał, jak w pierwszych dniach rewolucji zauważył chudą, przygarbioną sylwetkę Błoka grzejącego się przy ognisku przed Pałacem Zimowym w Petersburgu. „Podoba się?” – spytał, przechodząc. „Ładnie – odparł Błok i dodał: – W mojej wsi spalili bibliotekę”.