Co nam zostałoTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Tytuł oryginału

THE SHAPE OF FAMILY

Copyright © 2019 by Shilpi Somaya Gowda

Published by HarperCollins Publishers Ltd

Projekt okładki

Agencja Interaktywna Studio Kreacji

www.studio-kreacji.pl

Zdjęcie na okładce

© Rekha Garton/Trevillion Images;

IM_photo/Shutterstock.com

Redaktor prowadzący

Magdalena Gołdanowska

Redakcja

Anna Płaskoń-Sokołowska

Korekta

Małgorzata Denys

ISBN 978-83-8234-540-7

Warszawa 2020

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Dla Miry i Beli

Szukajcie szeroko i zawsze znajdujcie dom

My, wędrowcy zawsze szukający samotnych dróg, żadnego dnia nie zaczynamy w miejscu, gdzie zakończył się dzień wczorajszy, a wschodzące słońce nie zastaje nas tam, gdzie zostawiło o zachodzie.

Wędrujemy nawet, kiedy ziemia śpi.

Jesteśmy nasionami wytrwałych roślin i w naszej dojrzałości, a także w pełni naszego serca jesteśmy oddani wiatrowi i rozsiani po świecie.

Krótkie były moje dni pośród was, a jeszcze krótsze słowa, którymi przemawiałem.

Lecz jeśli mój głos zamilknie w waszych uszach, a miłość moja zblaknie w waszej pamięci, znów do was przybędę.

I z sercem bogatszym, a ustami bardziej posłusznymi duchowi znowu do was przemówię.

Tak, wierzcie mi, powrócę z przypływem.

I mimo że śmierć może mnie ukryć, a wszechogarniająca cisza wziąć w objęcia, znów kiedyś będę szukał waszego zrozumienia.

I nie będę szukał na próżno.

Khalil Gibran, Prorok – Pożegnanie1

1 Przeł. Bogusława Koziorowska-Jurkevich (przyp. tłum.).

19.05.2015 r., godz. 5.59

Młoda kobieta – pomiędzy wiekiem dojrzewania i dorosłością – idzie przed siebie. Pokonuje półkę skalną, która wyznacza granicę między miejskim trawnikiem a brzegiem morza. Ma na sobie strój w kolorze śniegu, chmur – właściwie w żadnym konkretnym. Jest bez obuwia, niczego nie niesie w rękach.

Idzie krokiem wolnym, ale zdecydowanym w kierunku Oceanu Spokojnego, nie widać przy niej jednak żadnego przedmiotu, jakie normalnie niosą zmierzający tam o tej porze ludzie – nie ma wędki, deski do surfingu czy też pianki.

Jest wcześnie rano, dopiero co wstał świt. Słońce zaczyna już rozlewać swoje pomarańczowe światło na horyzoncie, ale powietrze pozostaje rześkie.

W jednym z domów położonych na klifie, ponad plażą, wstaje starszy mężczyzna. Zapala światło w kuchni. Zastanawia się, czy to błogosławieństwo, czy przekleństwo budzić się każdego ranka o tak nieludzkiej godzinie. Wprawdzie wkoło panuje wyjątkowy spokój, ale chyba o żadnej innej porze nie czuje się bardziej samotny.

Napełniając czajnik nad zlewem, mężczyzna wygląda przez okno z tyłu domu, tak jak to robi każdego ranka. O tej porze na zewnątrz jest niewielu ludzi – jakiś nieustraszony biegacz czy ktoś spacerujący z psem. Tego ranka przygląda się uważniej. Mruży oczy, po czym je otwiera, żeby upewnić się, że dobrze widzi.

Ta młoda kobieta ubrana na biało wygląda niczym duch. Przez moment, patrząc na jej włosy zebrane na karku w luźny węzeł, wyobraża sobie, że to jego nieżyjąca żona, która postanowiła wrócić, by go odwiedzić. Ta myśl, choć sama z siebie niedorzeczna, wywołuje uśmiech na jego twarzy.

Przytomnieje jednak, kiedy woda zaczyna się przelewać z czajnika. Patrząc teraz pod innym kątem, dostrzega oliwkową skórę kobiety, jej młodzieńczą twarz. Świadomie kroczy ona w kierunku ryczących fal. Coś tu nie gra – samotna, młoda, w stroju bynajmniej nie plażowym na plaży o tej porze. Mężczyzna umieszcza czajnik na podstawce, podnosi słuchawkę telefonu i wybiera numer policji.

DOM

1. Karina

2007 r.

Karina siedziała pod gabinetem dyrektorki, kopiąc drewnianą ławkę. Wiedziała, że ten odgłos irytuje recepcjonistkę, która od czasu do czasu zerkała na nią surowo spoza wysokiego kontuaru. Bimbała jednak na to. Czy coś więcej może ją spotkać? Już czeka pod gabinetem dyrektorki – mama została wezwana do szkoły. Jedyne pocieszenie, że nie ma z nią Prema. Szczęśliwie jest w tej chwili na dworze i gra z innymi pierwszoklasistami w piłkę na uwięzi czy w klasy.

Dwadzieścia minut wcześniej, na początku przerwy obiadowej, była ze swoją przyjaciółką Izzy na drabinkach – wtedy zobaczyła Prema. Siedział przy stole po przeciwnej stronie szkolnego boiska. Młodszy brat, który o tej porze zwykle biegał jak szalony z kolegami, teraz tkwił przerażony w rogu stołu. W pobliżu krążył jakiś starszy chłopiec. Karina, przechodząc na drugą stronę boiska, rozpoznała w nim Jake’a Potasha ze swojej klasy.

– O rety, ale smród! – Jake, zatkawszy nos, wskazał na stalowy pojemnik Prema wypełniony ryżem z warzywnym curry. – Zabierz ode mnie to świństwo!

Kopnął w stół, przez co pojemnik zabrzęczał na blacie, a Prem – z wyrazem przerażenia na twarzy – jeszcze bardziej odsunął się na ławce.

Wściekła Karina, pchana instynktem opiekuńczym, podeszła do nich zdecydowanym krokiem i chwyciła pudełko.

– Znowu napastujesz mojego brata! – wyrzuciła z siebie. – Zabiję cię!

Uśmieszek zagościł na twarzy Jake’a, więc Karina, niewiele myśląc, podniosła rękę i cisnęła pojemnikiem prosto w niego. Chłopak wrzasnął, kiedy ostra metalowa krawędź uderzyła go w twarz, a curry zaczęło mu ściekać po policzku. Karina nie spuszczała z niego wzroku. Jake musiał dostrzec wściekłość w jej oczach, ponieważ mimo absurdalności sytuacji – przecież wychudła jedenastolatka nie mogła stanowić zagrożenia dla największego zabijaki w szkole – jedyne, co zrobił, to splunął na ziemię i popędził dalej.

Karina nie zdołała sprawdzić, co się dzieje z Premem, bo już po chwili podbiegła do nich zdyszana nauczycielka, dyżurująca akurat na boisku.

– Widziałam wszystko, panno Olander! Rzucanie w uczniów przedmiotami? Idziesz do gabinetu dyrektorki!

I zanim Karina miała okazję wytłumaczyć, co tak naprawdę się stało, nauczycielka złapała ją za ramię i poprowadziła w stronę budynku. Prem, wciąż siedzący na ławce, podniósł na nią wzrok – teraz po policzkach spływały mu łzy. Karina dotknęła nosa czubkiem palca wolnej ręki, podczas gdy nauczycielka wciąż ciągnęła ją w kierunku szkoły. Chłopiec wykonał ten sam gest – niewidzialna nić łącząca rodzeństwo.

Kiedy w ubiegłym roku Prem zaczął chodzić do przedszkola przy podstawówce Kariny, zachwycało go, że jest blisko starszej siostry. Od razu też obdarzył uwielbieniem jej kolegów i koleżanki. Rodzice byli szczęśliwi, wiedząc, że dzieci są w tej samej szkole, gdzie Karina może mieć oko na młodszego brata. Chłopiec głęboko przeżywał ów pierwszy dzień, kiedy siostra oprowadzała go po szkole, pokazała mu również plac zabaw, gdzie mieli się spotykać w czasie przerwy obiadowej.

– Patrz, uwielbiasz drabinki!

Prem posłał jej uśmiech, a potem spontanicznie objął ją w pasie i mocno ścisnął.

– No już dobrze, dobrze. – Uwolniła się z jego uścisku, zanim ktokolwiek mógł ich zobaczyć. – Jesteś już dużym chłopcem. – Dotknęła delikatnie czubka jego nosa i dodała: – Wszystko będzie dobrze, obiecuję!

Na te słowa Prem uroczyście skinął głową, kładąc palec najpierw na swoim, a potem na jej nosie.

Karina sama miała spore trudności z przystosowaniem, głównie dlatego, że w szkole nie było ani jednej osoby podobnej do niej. Chodziły tam dzieci białe, chińskie, hinduskie, a także tłum dzieciaków mówiących po hiszpańsku. Ale połączenie cech fizycznych Kariny – skóry o odcieniu kawy z mlekiem, ciemnych oczu i wydatnego nosa – powodowało, że nie pasowała właściwie do żadnej z tych grup. Nie żeby inni byli dla niej niemili, ale czuła, że traktują ją raczej jak zagadkę do rozwiązania. Kiedy tata po raz pierwszy odbierał ją po treningu piłki nożnej, pozostali rodzice przyglądali się – dość zdziwieni – jak macha do niej z samochodu. Starali się pogodzić jego jasną, piegowatą karnację z jej kolorem skóry. Jedna z matek nawet przechwyciła dziewczynkę na boisku, aby upewnić się, że zna tego mężczyznę, zanim ją do niego puściła, przez co Karina tym boleśniej uświadomiła sobie, jak bardzo ona i tato nie pasują do siebie pod względem wyglądu. Sytuację dodatkowo pogarszało jej imię. Wywodziło się z łaciny – carus, co znaczy „miłość”. W hindi było to także imię oznaczające „kwiat”, „czystość” albo „niewinność”. Rodziców zauroczyło jego znaczenie w różnych kulturach – przemówiło do nich powiązanie dwóch korzeni etnicznych, które pojawiły się w jednym dziecku. Karina, kiedy była młodsza, przyjmowała ich wyjaśnienia, teraz jednak miała już dosyć powtarzania i literowania swego imienia wszystkim wkoło.

Prem miał odmienny zestaw cech – jasną skórę, proste i delikatne włosy, a jego długie ciemne rzęsy wyglądały jak wytuszowane (Ależ marnotrawstwo w przypadku chłopaka!, myślała zawsze Karina). Wszyscy nieodmiennie się dziwili, że tych dwoje jest rodzeństwem, i chociaż zdarzały się momenty, kiedy Karina sama tego żałowała, zdecydowanie wkurzało ją to niedowierzanie. Ona i Prem stanowili paczkę – nawet jeśli nikt nie wierzył, że są ze sobą spokrewnieni.

Szkolna recepcjonistka podniosła głowę i popatrzyła na Karinę znad niewielkich okularów w drucianych oprawkach, zabezpieczonych specjalnym łańcuszkiem przewieszonym przez szyję.

 

– Twoja mama ma tu być za jakieś dwadzieścia minut, więc po prostu siedź spokojnie – powiedziała z wymuszonym uśmiechem.

Przez te kilka sekund, kiedy kobieta do niej mówiła, Karina przestała machać nogami, ale po chwili znów zaczęła.

Nauczyła się być ostrożna wobec ludzi, zwłaszcza tych, którzy traktowali ją z zaciekawieniem. Na szczęście nie potrzebowała zbyt wielu przyjaciół – miała Izzy. Isabelle Demetri, ciemnowłosa dziewczynka o dużych oczach, odnalazła ją w pierwszej klasie – podeszła do Kariny, kiedy ta siedziała na huśtawce, i oświadczyła, że zostaną przyjaciółkami, bo mają identyczne fioletowe torby na lunch. Izzy była nieustraszona, zabawna i nie za bardzo przejmowała się chłopakami, którzy zawsze kręcili się w pobliżu. Jej namiętność stanowiły konie. Dwa razy w tygodniu po szkole udawała się do stajni, żeby pojeździć na kucyku imieniem Pan Chuckles, z którego korzystała wspólnie z innymi, ponieważ jej rodzice twierdzili, że własny koń to zbyt duży wydatek. Karina uwielbiała jeździć do stajni z Izzy i patrzeć, jak przyjaciółka radzi sobie z tymi ogromnymi stworzeniami – oboje bez słów, w pełnym zrozumieniu, spełniali swoje wzajemne oczekiwania. Ale szczególną sympatią Karina darzyła Dominicka, ciemnografitowego cockapoo należącego do rodziny Demetrich, który sypiał skulony w nogach łóżka Izzy, a w dzień cierpliwie przemieszczał się za nimi z pokoju do pokoju – nie przyświecał mu żaden konkretny cel poza tym, żeby być blisko nich. Dominick sprawiał wrażenie istoty dobrej, godnej zaufania i nieskomplikowanej – tych cech brakowało wielu osobom, które Karina znała. Karina mogła ufać Premowi, rodzicom, Izzy oraz jej zwierzętom. I to wystarczało.

Jake’a Potasha nie posłano do dyrektorki – Karina miała świadomość, jak ten incydent mógł wyglądać w oczach opiekunki z boiska, dlatego kiedy została poproszona do gabinetu dyrektorki, wiedziała, co powiedzieć.

– Jake zaczepiał mojego brata. Prem ma zaledwie sześć lat i po prostu się za nim wstawiłam.

Dyrektorka zdjęła okulary do czytania.

– Karino, bójka to nie sposób na rozwiązanie sporów – powiedziała. – Pani Kramer była pod ręką, mogła ci pomóc.

Dziewczynka skinęła głową, spoglądając na dłonie. Nie wspomniała o komentarzach Jake’a i o tym, że on był tylko nieznacznie bardziej przykry w swoich obelgach niż inne dzieciaki, których pytania potrafiły ranić równie boleśnie. W tym momencie otworzyły się drzwi i do gabinetu wkroczyła mama. Kiedy Karina ją zobaczyła – miała bluzkę nie do końca wsuniętą w spodnie oraz czoło usiane zmarszczkami – poczuła pierwsze ukłucie żalu z powodu zaistniałej sytuacji. Dyrektorka poprosiła, by wyjaśniła mamie, co się stało – mama tymczasem usiadła, dłonie trzymała złożone na podołku, mięśnie żuchwy wyraźnie jej drżały.

– To pierwsze przewinienie – oświadczyła dyrektorka – nie wpiszemy więc tego do jej szkolnych akt, choć naturalnie będzie musiała przeprosić tamtego ucznia. No i rzecz jasna, nie może dzisiaj zostać w szkole do końca dnia.

Mama uprzejmie przeprosiła i podziękowała dyrektorce, nie spojrzawszy nawet na Karinę. Kiedy wsiadły do samochodu, długo się nie odzywała. Prowadziła, mocno ściskając kierownicę przez kilka skrzyżowań.

– Karino, nie mam pojęcia, co się z tobą dzieje – powiedziała w końcu. – Wdajesz się w szkolne bójki?

– Nabijał się z Prema, mamo. Ten chłopak wyśmiewał go dlatego, że Prem jest… inny. – Nawet kiedy wypowiedziała te słowa, wiedziała, że mama nie zrozumie. Rodzice nie należeli do ich paczki.

Matka spojrzała we wsteczne lusterko i zmieniła pas, przygotowując się do skrętu.

– Powinnaś być dumna ze swoich hinduskich korzeni. Powinnaś tego chłopca nauczyć, powiedzieć mu o wszystkim, co jest zasługą Hindusów – że wymyślili matematykę i szachy, że mają wielowiekową tradycję, poezję, muzykę.

Czasami, kiedy tata wyjeżdżał, z sypialni rodziców, rozświetlonej jedynie lampką nocną, dobiegała niesamowita hinduska muzyka. Mama siedziała z zamkniętymi oczami, ruszając głową do rytmu – wyglądała o wiele spokojniej niż kiedykolwiek w ciągu dnia, kiedy była z nimi. To Karinie przeszkadzało, bo wyglądało, jakby mama musiała gdzieś się udać, żeby być szczęśliwa – gdzieś, gdzie nie mogła ich ze sobą zabrać.

– Nie rozumiesz – mruknęła Karina. – Nigdy nie rozumiesz.

– Słucham? – Mama odwróciła głowę i posłała jej przeszywające spojrzenie. – Co takiego powiedziałaś? – Wróciła wzrokiem na drogę. – Dobrze wiesz, liczę na ciebie, że będziesz dla Prema dobrą siostrą, wzorem do naśladowania. Nie możesz stosować przemocy, Karino, przecież masz tego świadomość.

Dziewczynka milczała, wyglądając przez okno – mijały sklepy i znaki uliczne. Wiedziała, że jeśli wykorzystałaby podejście mamy i z dumą broniła hinduskiej kultury, dolałaby tylko wody na młyn Jake’a Potasha. Gdyby mama uznała, że sprawa jest na tyle poważna, by przedstawić ją tacie, on zareagowałby inaczej. Zadzwoniłby do rodziców Jake’a, spokojnym tonem przedstawiłby krytykę ich metod wychowawczych i powiedziałby, co się stanie, jeśli podobny incydent się powtórzy. Następnie spotkałby się z dyrektorką szkoły i złożył zażalenie na policję. Wypaliłby ziemię wokół Jake’a Potasha oraz jego rodziny, chcąc odizolować go w strachu. Strategia taka mogłaby się okazać skuteczna i w razie pogorszenia sytuacji Karina była gotowa rozważyć, czy nie powiedzieć o niej tacie. Ale po incydencie na placu zabaw, kiedy poczuła, jakby ogarnęła ją jakaś zewnętrzna siła, wściekłość i energia pulsujące w jej żyłach, Jake Potash już nigdy więcej nie niepokoił ani jej, ani Prema.

2. Jaya

2008 r.

Jaya nałożyła rękawice do prac w ogrodzie. Drugą parę wręczyła Karinie – dziewczynka przekręciła je, odnajdując na każdej wyhaftowaną biedronkę.

– Mamo, to rękawice dla… małych dzieci. Nie mogłabym dostać normalnych?

– Chyba nadal się w nie mieścisz? Te drugie będą za duże. – Jaya schyliła się, by podnieść z podłogi w garażu dużą torbę z ziemią do kwiatów. – Weź kilka tych, kochanie. – Skinęła głową na tace z kwiatami, po czym ruszyła wzdłuż domu w kierunku ogrodu na jego tyłach.

– Jak tam mecz? – rzuciła przez ramię.

– W porządku.

– Wygrałyście? Przegrałyście? Przeciw komu grałyście?

– Nie wiem, przeciwko jakiejś szkole. Był remis.

Jaya odłożyła torbę w pobliżu klombów i przyjrzała się córce, oceniając obojętny wyraz, który tak często gościł ostatnio na jej twarzy. Karina – w tej chwili miała dwanaście lat – już zaczęła przejmować styl bycia amerykańskich nastolatków – brak zainteresowania, posępność – ostrzegano przed tym Jayę. Nagle przestała lubić wszystko, co ma związek z Indiami – nie smakowało jej jedzenie, które Jaya gotowała, nie podobały się stroje, bo uważała je za szorstkie i niewygodne, nie podobało się jej nawet chodzenie do świątyni. Specjaliści twierdzili, że takie zachowanie nie ma nacechowania osobistego, ale jak to możliwe, skoro Karina odrzucała kulturę Jai? Trudno było nie tęsknić za tą dziewczynką, która kiedyś wnosiła tyle życia do ich rodziny. Bogu dzięki Prem, który ma tylko siedem lat, nadal był bardzo dziecinny i ciekawy świata. Jaya miała jeszcze przed sobą kilka lat, by cieszyć się jego chłopięcością. Widziała więc coś pozytywnego w tym, że między dziećmi była duża różnica wieku, mimo że kiedyś stanowiło to dla niej źródło bólu.

W kuble pełnym narzędzi Jaya odnalazła nożyce ogrodowe i rozcięła torbę z ziemią.

– Chyba trudno ci bez Isabelle w drużynie w tym sezonie. – Tak właśnie teraz musiała postępować – po omacku, ale delikatnie, bo przecież nigdy nie miała pewności, co niepokoi córkę.

Karina wzruszyła ramionami.

– To żaden problem. Znam też inne dziewczynki w drużynie – w końcu gramy razem od pierwszej klasy. – Przysiadła na trawie po turecku i podparła się rękami z tyłu.

– Prawda. – Jaya uśmiechnęła się i pomyślała, jak bardzo stabilność wychowania Kariny różni się od tego, czego sama doświadczyła. Tatę, który był dyplomatą, co kilka lat wysyłano do innego kraju, w którym Jaya chodziła do najlepszych angielskich szkół, a rodzice często przyjmowali w domu przeróżnych gości. Chociaż ich życie rodzinne miało bardzo międzynarodowy wymiar, tym silniej uwypuklało to, bynajmniej jej nie umniejszając, ich prawdziwą indyjskość. Mama Jai umiała gotować doskonałe hinduskie specjały pochodzące z całego kraju – cienkie kruche naleśniki dosa z południa Indii czy smakowite curry z jagnięciny z północy. Ich domy gustownie zdobiły ręcznie rzeźbione meble oraz wykwintne jedwabne chodniczki. Prenumerowali indyjskie magazyny, a rozmowy przy kolacji toczyły się wokół bieżących wydarzeń w kraju. Jaya oraz jej brat Dev zostali wychowani w oczywistym przekonaniu, że Indie – bogate swym rozległym terytorium oraz wkładem w rozwój ludzkości, żeby wspomnieć choćby o muzyce raga, wspaniałej poezji czy wykwintnej kuchni – charakteryzują się wyższością w stosunku do każdego państwa, w którym przychodziło im mieszkać.

– Okej, wiesz co robić – rzuciła Jaya do Kariny, gestem wskazując pusty klomb. – Możesz zacząć już przygotowywać dołki.

– To gdzie je chcesz? – Karina nie zmieniła niedbałej pozy, lekko tylko kręcąc głową.

– Daj spokój, kochanie. Przecież tak jak zawsze: osiemnaście cali odległości między nimi w pierwszym rządku, trochę więcej w rządku z tyłu. Wydaje mi się, że będziemy potrzebować w sumie trzech rządków – kapusta ozdobna, jarmuż, nagietki. – Jaya wskazała po kolei na palety.

– A co to jest? – Karina pokazała na roślinę o szarym aksamitnym listowiu, która wyglądała jak podwodny koral.

– Prawda, że ciekawe? Dotknij liści. Nazywa się starzec popielny – odparła mama. – Może po prostu sama zdecydujesz, gdzie go wsadzić?

Jaya wyznaczyła miejsce dla każdego z rządków na rabacie i poszła po ogrodowego węża. Sadzenie kwiatków i późniejsze obserwowanie, jak rosną, napawały ją dumą. Jej mama zawsze miała w domu przepiękne aranżacje kwiatowe, ponieważ często odwiedzali ich niespodziewani goście. Cięte kwiaty jednak nieodmiennie napełniały Jayę smutkiem, ponieważ w ciągu kilku dni zaczynały więdnąć i obrzydliwie pachnieć. Nigdy wówczas nie mieli okazji posadzić roślin w ogródku, ponieważ w jednym miejscu mieszkali raptem rok czy dwa, często zimą, kiedy ziemia była zmarznięta. Dlatego Jaya nauczyła się zamiast tego uprawiać swoje życie wewnętrzne – odczuwała naukę tańca klasycznego jako fundament, który mogła ze sobą zabrać wszędzie, dokąd się przeprowadzali. Nauczyła się czuć jak u siebie w dowolnym punkcie kuli ziemskiej, bo dom jako taki nie istniał w żadnym konkretnym miejscu.

Tutaj Jaya mogła w końcu hodować kwiaty w normalnym ogrodzie, a dzięki temu zakorzenić się na tej ziemi, którą zajęła dla siebie i rodziny. I jej, i Keithowi ten dom od razu ogromnie się spodobał – piętrowy, z cegły, przy cichej ulicy, wzdłuż której rosły drzewa. Obojgu – choć z różnych powodów – przypadł do gustu rozległy ogród za domem. Keith postrzegał znajdujący się tam basen jako symbol sukcesu. Oczyma duszy widział letnie przyjęcia, na których zajmuje się grillem, podczas gdy dzieciaki chlapią się w wodzie. Jaya doceniła możliwość stworzenia własnego ogrodu, w którym posadzi rezedę, krzaki róż, zioła i warzywa, a nawet karłowate drzewko cytrusowe, od czasu do czasu rodzące limonki. Kiedy kupili dom, Karina dopiero uczyła się chodzić – po raz pierwszy w życiu Jaya odczuwała silny związek z jakimś miejscem. Przez ostatnie dziesięć lat uczucie to tylko się pogłębiło. Teraz stać by ich było na większy dom, w ładniejszej dzielnicy, o czym Keith nieodmiennie jej przypominał, kiedy w niedziele przejeżdżali obok wystawionych na sprzedaż posesji. Jaya jednak nie chciała się stąd wyprowadzać.

Do każdego z wykopanych przez Karinę dołków wrzuciła łopatkę ziemi kwiatowej i posypała ją łyżką mączki kostnej.

– Zdecydowałaś już, co chcesz zrobić ze swoją urodzinową kolacją? Moglibyśmy pójść do Benihan albo do Spaghetti House – zaproponowała Jaya. – A potem odwiedzić tę nową lodziarnię. Albo może wolisz tort?

– Mamo, nie rozumiem, dlaczego nie mogę się dziś wieczorem zająć dziećmi Crandallów. Moje urodziny są dopiero jutro. Chodźmy jutro na kolację.

– Problem w tym, że jutro tata wyjeżdża. Ma samolot o trzeciej – wyjaśniła Jaya. – Zresztą chyba fajniej jest pójść na kolację w sobotę, kiedy następnego dnia nie musisz wstawać do szkoły?

Karina przewróciła oczami i dźgnęła łopatką ziemię, żeby wykopać nowy dołek.

– To nie fair. Powinnam móc sama decydować, co chcę robić z moim czasem w weekend. Izzy spędza cały dzień w stajni. Dlaczego ja, jeśli chcę, nie mogę opiekować się dziećmi przez kilka godzin?

 

Jaya popatrzyła na córkę i westchnęła. Ten argument zawsze się powtarzał. Najpierw Karina zaczęła w weekendy wyprowadzać na spacer psa sąsiada, potem kolejnego. Teraz chce opiekować się dziećmi – właściwie w każdy piątek i sobotę, tym samym ograniczając czas, który spędzali wspólnie całą rodziną.

– Co innego mam robić? – spytała Karina. – Dostaję już dobre stopnie, więc tego argumentu nie możesz wykorzystać.

– Karino… – Jaya nieznacznie przechyliła głowę z nadzieją, że uda się jej rozproszyć oburzenie, które – jak widziała – narasta w córce. – Dlaczego tak chętnie się tego podejmujesz? Czy chodzi o pieniądze?

Starała się bardzo, by tego ostatniego słowa nie zabarwić jakoś konkretnie. Wartości, jakie wpoili jej rodzice, były jasne – głównym priorytetem Jai jako dziecka była nauka, a potem taniec. W tym równaniu nie mogło się wówczas pojawić nic innego. W ich kulturze praca dla pieniędzy stanowiła zajęcie jedynie dla dorosłych oraz dzieci żebraków.

– Wszyscy w szkole robią różne swoje rzeczy w czasie weekendu – powiedziała Karina. – Ja też po prostu chciałabym spędzać czas po swojemu. No i w sumie mogę przy okazji trochę zarobić.

– Wiesz dobrze, że damy ci pieniądze na wszystkie twoje wydatki – zauważyła Jaya.

– To nie jest najważniejsze! – Karina cisnęła łopatką o ziemię z taką siłą, że ta odskoczyła i wylądowała przy krzaku.

Jaya odwróciła wzrok od córki, zagłębiła rękę w torbie z ziemią i wysypała jej garść przed sobą. Keith miał na ten temat inne zdanie. Uważał, że to dobrze, jak dzieciaki mają pracę, że w ten sposób uczą się odpowiedzialności i poznają wartość pieniądza. Być może to kolejny aspekt kultury amerykańskiej, którego po prostu nie rozumie.

– Porozmawiam na ten temat z tatą, okej?

Karina wstała, żeby pójść po łopatkę – zaczęła na powrót wbijać ją w grunt i rozsypywać wykopaną ziemię wokół siebie. Jaya sięgnęła do palety ze starcem popielnym i poruszyła delikatnie jedną sadzonkę, by ją wyjąć. Zaczęły sadzić kwiaty na urodziny Kariny już wiele lat temu – to był specjalny rytuał, coś, co mogła dzielić z córką, tak jak wcześniej z matką oddawały się tańcowi. Jaya uczyła się klasycznego tańca hinduskiego bharatanatjam, od kiedy miała pięć lat aż do momentu, gdy pojechała na uniwersytet. Jej mama uznała, że to zapewni córce głęboki związek z kulturą Indii niezależnie od tego, gdzie przebywali. Kiedy mieszkali w Delhi, miała lekcje z jednym z czołowych profesorów, gdy jednak wyjechali za granicę, rolę nauczyciela przejęła mama, która sama była tancerką.

W każdym domu w każdym kraju, gdzie mieszkała jej rodzina, wisiała seria pięciu identycznie oprawionych zdjęć mamy w pełnym stroju i różnych pozach tanecznych – mama tworząca dłońmi flet, jej długie palce ułożone w kształt kwiatu i tak dalej, i tak dalej. Za każdym razem gdy się przeprowadzali, zdjęcia jako pierwsze trafiały na ścianę. Tuż po przyjeździe do Irlandii, Portugalii, czy Kuwejtu cała rodzina uczestniczyła w rytuale szukania dla nich najlepszego miejsca. Jaya zaczęła traktować te fotografie jako symbol trwałości, niezależny od ich ciągle zmieniających się domostw – znak opieki, którą roztaczała nad nią mama. Często przyglądała się tym wizerunkom – mamie z dramatycznie podkreślającym oczy makijażem, w wykwintnych jedwabnych strojach – i zastanawiała się, czy jak dorośnie, będzie równie piękna i pełna gracji. Ogromnie jej się podobało, że mają z mamą coś, co robią wspólnie. Zupełnie inaczej niż Karina w tej chwili, która niczym króliczek z opowiastek dla dzieci nieustannie próbowała od niej uciec.

– Nie jestem już malutkim dzieckiem, mamo. Nie jestem… takim maluchem jak Prem. Potrafię się sama sobą zająć. A ty nie pozwalasz mi nic robić. To nie fair. – Karina wstała i rzuciła łopatkę na ziemię. – Nawet tego nie lubię – mruknęła. – Nienawidzę pracować w ogródku.

Pokręciła głową i odwróciła się, by wrócić do domu.

~

Jaya sama dokończyła sadzenie kwiatków – szczerze wdzięczna za tę chwilę oddechu. Kiedy wróciła do domu, zastała Keitha siedzącego przy kuchennym stole. Studiował coś w telefonie – robił to wręcz obsesyjnie od kilku ostatnich tygodni. Podniósł głowę i między jego brwiami uwidoczniła się głęboka bruzda.

– Mówią, że w tym roku nie będzie żadnych premii. Ani grosza! Uwierzysz w to? Po tej całej harówie przez dwanaście miesięcy odbiorą mi premię!

– To tylko jeden rok – zauważyła Jaya.

– A jeśli nie tylko jeden? Najpierw Bear, potem Lehman. Pieprzę to! – rzucił Keith. – Ciekawe, co się jeszcze wydarzy? Brian zajarzył, co się stanie u Lehmana, dosłownie dwa tygodnie temu. Jeśli w tym roku tną premie, to kto wie, czy my nie będziemy następni? W przyszłym roku może w ogóle zostanę bez pracy.

– No cóż, chyba poradzilibyśmy sobie z taką sytuacją, gdyby nawet się przydarzyła – zauważyła Jaya, starając się jakoś zmyć z rąk ziemię mimo brudnych naczyń po śniadaniu leżących w zlewie.

– Zadzwonię do Robbiego. Może on będzie miał coś dla mnie.

– Robbie Weiss? – Jaya spojrzała przez ramię. – Ten facet, który założył sklep z kubłami?

Znalazła szczotkę i zaczęła zeskrobywać z naczyń zastygnięty syrop klonowy.

Keith skinął głową.

– Założył niewielką firmę Duncan Weiss. Skupiają się na średnim rynku. Współpracowaliśmy przy kilku transakcjach. Powiedział, żebym do niego zadzwonił, jeśli tylko będę chętny zmienić barwy. Może jeszcze wypłaciłby mi premię, gdybym się do niego załapał przed końcem roku.

– Ale przed chwilą powiedziałeś, że nie ma premii. – Jaya podniosła głos, żeby przekrzyczeć szum wody i brzęk mytych sztućców.

– Cholera, Jaya, czy musisz to robić właśnie w tej chwili? – warknął Keith. – Czy ty mnie w ogóle słuchasz?

Jaya zakręciła kran i odwróciła się do męża ze zmywakiem w ręku. A kto inny to zrobi i kiedy? – chciała zapytać, ale zmusiła się do milczenia. Od czasu załamania się rynków finansowych kilka tygodni temu Keith był kłębkiem nerwów. Wyglądało to tak, jakby ktoś porwał mężczyznę, którego znała, i podmienił go na nadmiernie pobudliwego oszusta.

– Co takiego mówisz, Keith? – mimo wysiłków nie pohamowała oskarżycielskiego tonu. – Chcesz zostawić swoją firmę z powodu jednego gorszego roku i przejść do gównianego start-upu? Żeby pracować dla faceta, którego – o ile dobrze pamiętam – określiłeś jako bezwzględnego?

– Próbuję zarobić na życie i zabezpieczyć byt swojej rodziny! – krzyknął Keith. – Rynki finansowe są w kompletnej zapaści, a ja staram się o was troszczyć.

– Nie potrzebuję, żebyś się o mnie troszczył, na pewno nie w ten sposób – warknęła Jaya.

– A jest jakiś inny? Dobrze wiesz, że premia to osiemdziesiąt procent mojego wynagrodzenia. Z gołej pensji nie jesteśmy nawet w stanie spłacić kredytu na dom. Z twojej zresztą też nie.

– Mogę zacząć pracować na pełen etat – odrzekła Jaya. – Z mojej pracy możemy mieć różne benefity i zacząć oszczędzać, zanim coś znajdziesz.

Keith się zaśmiał.

– To wiele nie zmieni, Jaya. Dobrze o tym wiesz.

– A nie mógłbyś na chwilę odstawić na bok swojego ego i męskiego szowinizmu…

– Okej, wystarczy! – Keith wstał, jego krzesło twardo uderzyło o kuchenną podłogę. – Potrzebuję przestrzeni, żeby przewietrzyć głowę, bo inaczej mogę powiedzieć coś, czego będę żałował.

– Za późno! – krzyknęła za nim Jaya w momencie, kiedy drzwi wejściowe zamknęły się z trzaskiem. Stała w miejscu, przysłuchując się hurkotowi garażowej bramy. Po chwili rozległ się pisk opon. Odwracając się z powrotem do naczyń w zlewie, miała wrażenie, że na górze cicho zamykają się drzwi do sypialni.