Krew i miódTekst

Z serii: Gołąb i wąż #2
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



Tytuł oryginału: Blood & Honey

Copyright © 2020 by Shelby Mahurin

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2021

Copyright © for the Polish translation

by Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2021

Map art copyright © by Leo Hartas

Redaktor prowadzący: Łukasz Chmara

Marketing i promocja: Damian Pawłowski, Oliwia Żyłka

Redakcja: Natalia Szczepkowska

Korekta: Anna Nowak, Damian Pawłowski, Robert Narloch

Skład i łamanie: Stanisław Tuchołka | panbook.pl

Projekt ilustracji okładkowej: © Katt Phatt, 2020

Projekt okładki: Jessie Gang

Adaptacja okładki, stron tytułowych i mapy: Magdalena Zawadzka

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

eISBN 978-83-66657-38-0

Niniejsza praca jest dziełem fikcji. Wszelkie nazwy, postaci, miejsca

i wydarzenia są wytworem wyobraźni autorki. Wszelkie podobieństwo

do osób prawdziwych jest całkowicie przypadkowe i niezamierzone.

WE NEED YA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

redakcja@weneedya.pl

marketing@weneedya.pl

www.weneedya.pl

Dla Beau, Jamesa i Rose,

których kocham bezwarunkowo


CZĘŚĆ PIERWSZA


Il n’y a pas plus sourd que celui qui ne veut pas entendre

Nikt nie jest tak głuchy, jak ci, którzy nie chcą słuchać

– francuskie przysłowie

NAZAJUTRZ

Lou

Na niebie zebrały się ciemne chmury.

Chociaż przez gęste korony drzew w La Fôret des Yeux nie widziałam nieba ani nie czułam zimnego wiatru wzmagającego się wokół naszego obozu, wiedziałam, że zbiera się na burzę. W szarym półmroku kołysały się drzewa, a zwierzęta przyczaiły się pod ziemią. Kilka dni temu sami zaszyliśmy się w swego rodzaju jamie: dziwnym zagłębieniu w poszyciu leśnym, gdzie korzenie drzew wyglądały jak palce przedzierające się przez wychłodzoną ziemię. Czule nazwałam ją Pustką. Mimo że śnieg oprószył wszystko wokół, płatki topiły się w kontakcie z ochronnym czarem, którym otoczyła nas Madame Labelle.

Poprawiając nad ogniem kamień służący nam za ruszt, zerknęłam z nadzieją na leżącą na nim bezkształtną grudę. W zasadzie nie można jej było nazwać chlebem, jako że użyłam do jej wyrobienia tylko mielonej kory i wody, ale nie chciałam ponownie jeść orzeszków piniowych i korzenia ostropestu plamistego. Po prostu powiedziałam, że nie. Dziewczyna musi czasem zjeść coś, co ma smak, i nie miałam tu na myśli dzikiego czosnku, który Coco znalazła dziś rano. Nadal zionęłam jak smok.

– Nie zjem tego – oznajmił stanowczo Beau, zerkając na sosnowy chleb tak, jakby bochenek miał zaraz wyhodować sobie nogi i rzucić się na niego. Jego czarne włosy, zwykle misternie ufryzowane, sterczały we wszystkie strony, opadając falami, a na śniadym policzku miał brudne smugi. Chociaż jego aksamitny strój mógł uchodzić za szczyt elegancji w Cesarine, teraz był cały umazany błotem.

– Jasne. Możesz głodować – odpowiedziałam szyderczo.

– Czy to… – Ansel zbliżył się i ukradkiem zmarszczył nos. Oczy lśniły mu z głodu, włosy potargał wiatr, nie radził sobie lepiej w dziczy niż Beau. Mimo to Ansel ze swoją oliwkową skórą i gibką sylwetką, długimi rzęsami i szczerym uśmiechem zawsze wyglądał pięknie. Nic nie mogło tego zepsuć. – Sądzisz, że to…

– Jadalne? – wtrącił Beau, unosząc ciemną brew. – Nie.

– Nie to chciałem powiedzieć! – Policzki Ansela zaróżowiły się i posłał mi przepraszające spojrzenie. – Chciałem zapytać, czy to, hm… będzie smaczne. Sądzisz, że będzie?

– Też nie. – Beau skupił się na przerzucaniu zawartości swojego tobołka. Po chwili wyprostował się z triumfalną miną i garścią cebul. Jedną od razu włożył do ust. – To dzisiaj zjem na obiad, dziękuję.

Otworzyłam już usta, żeby odciąć się zjadliwie, ale wtedy poczułam rękę Reida na swoich ramionach, ciężką, ciepłą i krzepiącą. Pocałował mnie w skroń.

– Jestem przekonany, że ten chleb jest pyszny.

– No właśnie. – Wtuliłam się w niego, ciesząc z komplementu. – Pyszny. I nie będziemy capić gównem, to znaczy cebulą, przez resztę dnia. – Uśmiechnęłam się słodko do Beau, który znieruchomiał z dłonią w połowie drogi do ust i popatrywał to na mnie, to na swoją cebulę. – Będziesz wydzielał ten zapach przez pory jeszcze co najmniej jutro.

Śmiejąc się, Reid pochylił się nisko, żeby pocałować mnie w ramię, a jego głos – niespieszny i głęboki – zadudnił tuż przy mojej skórze:

– Wiesz, kawałek dalej płynie strumień.

Instynktownie wyciągnęłam szyję, a on pocałował mnie tuż pod szczęką. Podskoczyło mi tętno, gdy poczułam tam jego usta. Chociaż Beau wydął wargi z odrazą, widząc nasze czułości, zignorowałam go i rozkoszowałam się bliskością Reida. Nie byliśmy sami, odkąd ocknęłam się po Modraniht.

– Może powinniśmy tam pójść – powiedziałam nieco zdyszana. Jak zwykle, Reid odsunął się ode mnie odrobinę zbyt szybko. – Moglibyśmy zabrać nasz chleb i… urządzić sobie piknik.

Madame Labelle, siedząca pod drugiej stronie obozu, gdzie pośród korzeni bardzo starej jodły sprzeczała się z Coco, poderwała głowę i spojrzała na nas. Każda z nich ściskała jeden koniec pergaminu, stres uwidaczniał się w ich sztywnych ramionach i zaciętych minach. Coco miała palce poplamione atramentem i krwią. Wysłała już dwie wiadomości do La Voisin w obozie krwawych, w których prosiła o schronienie. Jej ciotka nie odpowiedziała na żadną z nich. Wątpiłam, by trzeci list mógł coś zmienić.

– Absolutnie nie – powiedziała Madame Labelle. – Nie możesz opuścić obozu. Zakazałam tego. Poza tym zbiera się na burzę.

Zakazałam tego. Te słowa mnie ubodły. Nikt niczego mi nie zakazywał, odkąd skończyłam trzy lata.

– Chciałabym ci przypomnieć – ciągnęła tonem nieznoszącym sprzeciwu, zadarłszy głowę – że w lesie roi się od łowców i mimo że ich nie widzimy, tuż za nimi zapewne są czarownice. Nie wspominając nawet o straży królewskiej. Wieści o śmierci Florina w Modraniht już się rozeszły – Reid i ja znieruchomieliśmy na chwilę, trzymając się w objęciach – i stawka za wasze głowy wzrosła. Każdy wieśniak zna już wasze twarze. Nie możemy opuścić obozu, dopóki nie wymyślimy jakiejś strategii ataku.

Nie umknęło mojej uwadze, że mówiąc „wasze”, spojrzała na mnie i Reida. To my nie mogliśmy opuszczać obozu. Nasze podobizny rozwieszono w całym Saint-Loire, a do tej chwili zapewne też w każdej wsi w królestwie. Coco i Ansel zerwali kilka plakatów przedstawiających poszukiwanych, gdy wracali z wyprawy do Saint-Loire po zapasy – na jednym z nich była przystojna twarz Reida z włosami pokolorowanymi na czerwono marzanną barwierską, drugi przedstawiał mnie.

Rysownik domalował mi brodawkę na brodzie.

Naburmuszyłam się na samą myśl o tym i przewróciłam na drugą stronę bochenek chleba. Pod spodem ukazała się poczerniała skórka. Wszyscy patrzyliśmy na nią przez chwilę.

– Masz rację, Reid. Wygląda pysznie. – Beau rozciągnął usta w ironicznym uśmiechu. Tuż za nim Coco wyciskała na list krew z rozciętej dłoni. Spadające krople skwierczały i dymiły, doszczętnie spalając pergamin i przenosząc go w miejsce, gdzie aktualnie obozowały La Voisin i Dames Rouges. Beau pomachał mi przed nosem pozostałymi cebulami, by przyciągnąć moją uwagę.

– Jesteś pewna, że nie chcesz jednej?

Wytrąciłam mu je z ręki.

– Odwal się.

Reid lekko uścisnął moje ramię, po czym zdjął przypalony bochenek z kamienia i z wielką precyzją odkroił kawałek.

– Nie musisz tego jeść – powiedziałam z ponurą miną.

– Bon appétit – odparł z uśmiechem.

Patrzyliśmy zahipnotyzowani, jak wkłada chleb do ust i… się krztusi.

Beau ryknął śmiechem.

Ansel poklepał Reida po plecach, a ten załzawionymi oczami pospiesznie przełknął kęs.

– Smaczny – zapewnił mnie, wciąż kaszląc i próbując przeżuwać. – Naprawdę. Smakuje jak… jak…

– Węgiel? – Beau zgiął się wpół ze śmiechu na widok mojej miny, Reid natomiast popatrzył spode łba i nadal kaszląc, uniósł nogę, by kopnąć go w dupę. Dosłownie. Beau stracił równowagę i upadł na mech i porosty na ziemi, ale na tylnej części jego aksamitnych spodni wyraźnie odznaczał się odcisk buta.

Splunął błotnistą mazią, gdy Reid w końcu przełknął chleb.

– Fiut.

Zanim wziął kolejny kęs, wytrąciłam mu chleb z dłoni prosto do ognia.

– Twoja rycerskość została zauważona, mój mężu, i zostaniesz za nią nagrodzony.

Wziął mnie w ramiona, tym razem szczerze się uśmiechając. Nieudolnie i wstydliwie próbował zamaskować, że mu ulżyło.

 

– Zjadłbym do końca.

– Powinnam była ci pozwolić.

– A teraz wszyscy będziecie głodni – skwitował Beau.

Ignorując zdradliwe burczenie w brzuchu, wyjęłam butelkę wina, którą wcześniej ukryłam w plecaku Reida. Nie mogłam sama się spakować na podróż, gdyż Morgane uprowadziła mnie ze schodów katedry Saint-Cécile d’Cesarine. Na szczęście wczoraj przypadkowo zapuściłam się nieco zbyt daleko od obozu i udało mi się zabezpieczyć kilka przydatnych drobiazgów od handlarki pałętającej się po drodze. Wino było najważniejsze. Nowe ubrania także. Chociaż Coco i Reidowi udało się skompletować dla mnie strój, który mogłam włożyć zamiast zakrwawionej sukni ceremonialnej, wszystko na mnie wisiało, bo schudłam – byłam szczupła, nie, wynędzniała po pobycie w Chateau. Jak dotąd udawało mi się ukryć owoce mojej małej wyprawy – zarówno w plecaku Reida, jak i pod pożyczoną od Madame Labelle peleryną – ale w końcu trzeba będzie je ujawnić.

Najlepiej od razu.

Wzrok Reida zatrzymał się na butelce wina. W jednej chwili jego uśmiech zniknął.

– A co to jest?

– Prezent, naturalnie. Nie wiesz, jaki dzisiaj dzień? – Byłam zdeterminowana uratować ten wieczór, więc wetknęłam butelkę w ręce zdumionego Ansela. Jego palce zacisnęły się na szyjce, uśmiechnął się i ponownie zarumienił. Serce mi się uradowało. – Bon anniversaire, mon petit chou!

– Urodziny mam dopiero w przyszłym miesiącu – powiedział zakłopotany, ale nadal trzymał butelkę przy piersi. Blask ogniska otulał jego cichą radość ciepłym światłem. – Nikt nigdy… – Odchrząknął i przełknął ślinę. – Nigdy wcześniej nie dostałem prezentu.

Jakby ktoś wbił igłę w moją przepełnioną szczęściem pierś.

Gdy byłam dzieckiem, moje urodziny świętowano przez kilka dni. Do Chateau le Blanc przybywały czarownice z całego królestwa, żeby je uświetnić, i razem tańczyliśmy w świetle księżyca, dopóki nie rozbolały nas nogi. Świątynia była skąpana w ostrym zapachu magii, a matka zasypywała mnie wyszukanymi prezentami – jednego roku tiarą z brylantów i pereł, innego bukietem wiecznotrwałych widmowych orchidei. Pewnego razu rozdzieliła nurt L’Eau Mélancolique, żebym mogła przejść po dnie, a meluzyny przyciskały swoje piękne, upiorne twarze do wodnych ścian, żeby na nas popatrzeć, ich lśniące włosy i srebrzyste ogony falowały w wodzie.

Nawet wtedy wiedziałam, że moje siostry bardziej celebrowały moją śmierć niż moje życie, ale dopiero później, w chwilach zwątpienia, zaczęłam się zastanawiać, czy tak samo było z moją matką.

– Prześladuje nas pech, ciebie i mnie – wyszeptała w moje piąte urodziny, całując mnie w czoło. Chociaż nie pamiętałam dokładnie szczegółów, tylko cienie w moim pokoju, zimne nocne powietrze na skórze i olejek z eukaliptusa na włosach, wydaje mi się, że po jej policzku spłynęła łza. W chwilach zwątpienia byłam przekonana, że Morgane w ogóle nie celebrowała moich urodzin.

Opłakiwała je.

– Wydaje mi się, że należałoby podziękować. – Coco zarzuciła czarne loki na ramię i wstała, żeby przyjrzeć się butelce wina. Ansel spąsowiał. Z premedytacją przesunęła palcem po krągłościach butelki, jednocześnie przyciskając swoje krągłości do jego smukłego ciała. – Jaki rocznik?

Beau przewrócił oczami, widząc jej zachowanie, po czym schylił się, żeby pozbierać cebule. Patrzyła na niego kątem oka. Od kilku dni nie zamienili ze sobą ani jednego kulturalnego słowa. Z początku było to nawet zabawne, gdy Coco kawałek po kawałku równała z ziemią nadętego księcia, ale ostatnio włączyła do tej jatki również Ansela. Wkrótce będę musiała z nią o tym porozmawiać. Zerknęłam na Ansela, który nadal uśmiechał się od ucha do ucha, patrząc na wino.

Jutro. Jutro z nią porozmawiam.

Kładąc dłoń na dłoni chłopaka, Coco uniosła butelkę, by zapoznać się z pomarszczoną etykietą. Światło ogniska wyłowiło niezliczone blizny na jej brązowej skórze.

– Boisaîné – przeczytała, powoli odcyfrowując litery. Zdrapała grudkę błota z rąbka peleryny. – Elderwood. – Spojrzała na mnie. – Nigdy nie słyszałam o takim miejscu. Wygląda jednak na stare. Zapewne kosztowało fortunę.

– Znacznie mniej, niż sądzisz. – Uśmiechając się pod podejrzliwym wzrokiem Reida, wyrwałam butelkę z jej ręki i puściłam oko. Na etykiecie widniał potężny dąb, a pod nim potworny człowiek z porożem i kopytami oraz koroną z gałęzi na głowie. Jego oczy z kocimi źrenicami pociągnięto fosforyzującą żółtą farbą.

– Groźnie wygląda – zauważył Ansel, pochylając się nade mną, żeby też przyjrzeć się etykiecie.

– To Dziki Mąż. – Niespodziewanie poczułam przypływ tęsknoty. – Dziki człowiek z lasu, król całej fauny i flory. Morgane opowiadała mi o nim różne historie, kiedy byłam dzieckiem.

Natychmiast można było zobaczyć, jakie wrażenie robi wypowiedziane na głos imię mojej matki. Beau w jednej chwili przestał się dąsać. Ansel rumienić, a Coco drwić. Reid rozejrzał się i sięgnął po balisardę tkwiącą w bandolierze. Nawet płomienie zmalały, jakby sama Morgane owionęła je zimnym oddechem spomiędzy drzew.

Uśmiechnęłam się sztucznie.

Nie mieliśmy żadnych wieści o Morgane od Modraniht. Dni mijały, a my nie natknęliśmy się na żadną czarownicę. Szczerze mówiąc, niewiele widzieliśmy poza tą klatką z korzeni. Tak naprawdę nie mogłam jednak narzekać na Pustkę. Mimo braku prywatności i autokratycznych rządów Madame Labelle niemal czułam ulgę, że La Voisin nic nie odpowiedziała. Dostaliśmy czas na wytchnienie. Poza tym mieliśmy tutaj wszystko, czego potrzebowaliśmy. Czary Madame Labelle trzymały nas z dala od niebezpieczeństwa – ogrzewały nas, zasłaniały przed szpiegującymi spojrzeniami, a Coco znalazła w pobliżu strumień zasilany wodą z gór. Był bystry, nie zamarzł, więc Anselowi na pewno uda się nałowić w nim ryb.

Miałam wrażenie, że znajdujemy się w zagięciu czasu i przestrzeni niezależnym od reszty świata. Morgane i jej Dames Blanches, Jean Luc i jego chasseurzy, nawet król August – tutaj nie istnieli. Nikt nie mógł nas tknąć. Było… dziwnie spokojnie.

Jakby cisza przed burzą.

Madame Labelle wypowiedziała na głos moje obawy:

– Wiecie, że nie możemy się wiecznie ukrywać – powtórzyła wysłużony argument. Wymieniłyśmy urażone spojrzenia z Coco, gdy do nas podeszła i skonfiskowała wino. Gdybym usłyszała jeszcze jedno surowe ostrzeżenie, chybabym odkorkowała butelkę i ją w niej utopiła. – Matka cię znajdzie. Sami nie jesteśmy w stanie cię przed nią ukryć. Jednak gdyby udało nam się zebrać sprzymierzeńców, skłonić innych do poparcia naszej sprawy, wtedy być może…

– Cisza krwawych czarownic nie może być bardziej wymowna. – Odebrałam jej butelkę i zaczęłam siłować się z korkiem. – Nie zaryzykują gniewu Morgane i nie poprą naszej sprawy. Jakakolwiek by ta cholerna sprawa była.

– Nie bądź głupia. Jeśli Josephine odmówi nam pomocy, są inni silni gracze, którzy…

– Potrzebuję więcej czasu – przerwałam jej głośno, wskazując swoje gardło. Chociaż czary Reida zamknęły ranę, ratując mi życie, wciąż pozostawał gruby strup. Bolało jak diabli. Ale to nie dlatego chciałam tu jeszcze pozostać. – Sama ledwie co się wyleczyłaś, Helene. Jutro zastanowimy się, co dalej.

– Jutro. – Zmrużyła oczy, słysząc tę pustą obietnicę. Mówiłam to samo od kilku dni. Tym razem jednak nawet ja słyszałam, że słowa zabrzmiały inaczej, prawdziwiej. Madame Labelle nie zgodziłaby się na nic innego. Jakby potwierdzając moje myśli, powiedziała: – Nazajutrz porozmawiamy, niezależnie od tego, czy La Voisin przyśle odpowiedź, czy nie. Zgoda?

Wbiłam nóż w korek i mocno przekręciłam. Wszyscy się wzdrygnęli. Ponownie się uśmiechnęłam i lekko skinęłam głową.

– Kto jest spragniony? – Rzuciłam korek w nos Reida, a on odtrącił go zniecierpliwionym gestem. – Ansel?

Zrobił wielkie oczy.

– Och, ja nie…

– Wydaje mi się, że powinniśmy wystarać się o mleko matki. – Beau przechwycił butelkę spod nosa Ansela i pociągnął duży łyk. – Dla niego byłoby odpowiedniejsze.

Parsknęłam śmiechem.

– Przestań, Beau…

– Masz rację. Nie miałby pojęcia, co zrobić z piersią.

– Piłeś już w ogóle kiedyś, Ansel? – ciekawsko zapytała Coco.

Twarz chłopaka pokrył rumieniec, wyrwał wino z rąk Beau i uniósł je do ust. Zamiast wypić łyk, wlał w siebie pół butelki. Kiedy skończył, otarł wargi wierzchem dłoni i podał butelkę Coco. Jego policzki wciąż były różowe.

– Gładko wchodzi.

Nie wiedziałam, co było zabawniejsze – wyraz zdumienia na twarzach Beau i Coco czy zadowolenie Ansela. Z zachwytu aż złożyłam dłonie.

– Och, dobra robota, Ansel. Kiedy powiedziałeś mi, że lubisz wino, nie wiedziałam, że pijesz jak smok.

Wzruszył ramionami i odwrócił wzrok.

– Przez wiele lat mieszkałem w Saint-Cécile. Tam je polubiłem. – Spojrzał na butelkę w ręce Coco. – To smakuje o wiele lepiej od win ze świątyni. Skąd je masz?

– Właśnie – odezwał się Reid, w jego głosie nie było słychać rozbawienia całą sytuacją. – Skąd? Coco i Ansel nie kupili go, gdy wybrali się po zapasy.

Oboje mieli dość przyzwoitości, by przybrać skruszone miny.

– Ach – zatrzepotałam rzęsami, gdy Beau podał butelkę Madame Labelle, która tylko pokręciła głową. Czekała na moją odpowiedź ze ściągniętymi ustami. – Nie pytaj, mon amour, a nie usłyszysz kłamstwa.

Zacisnął zęby, walcząc ze złością, a ja przygotowywałam się na inkwizycję. Chociaż Reid już nie nosił niebieskiego munduru, nie potrafił się powstrzymać. Prawo to prawo. Nieważne, po której stronie się stało. Niech mu będzie.

– Powiedz, że go nie ukradłaś. Powiedz, że znalazłaś je w jakiejś dziurze – odparł.

– Dobrze. Nie ukradłam go. Znalazłam je w jakiejś dziurze.

Założył ręce na piersi i przyglądał mi się z poważną miną.

– Lou.

– Słucham? – zapytałam niewinnie. Coco przyszła mi z pomocą i podała butelkę, więc pociągnęłam łyk i niespeszona podziwiałam jego bicepsy, kwadratową szczękę, pełne usta i miedziane włosy. Wyciągnęłam rękę, żeby poklepać go po policzku. – Nie prosiłeś o prawdę.

Zatrzymał moją dłoń przy swojej twarzy.

– Teraz proszę. – Patrzyłam na niego, w gardle rosło mi kłamstwo. Ale nie. Zmarszczyłam brwi i przez chwilę skupiłam się na swoim pierwotnym instynkcie. On natomiast pomylił moje milczenie z odmową, więc podszedł, żeby namówić mnie do udzielenia odpowiedzi. – Ukradłaś je, Lou? Wyznaj prawdę, proszę.

– No cóż, to aż ocieka potępieniem. Możemy zacząć od nowa?

Z westchnieniem pochylił się i ucałował moje palce.

– Jesteś niemożliwa.

– Jestem niepraktyczna, niemożliwa, ale nigdy nie do wytrzymania. – Stanęłam na palcach i przycisnęłam usta do jego warg. Kręcąc głową, chichocząc mimo prób zachowania powagi, pochylił się, ujął mnie w ramiona i namiętnie pocałował. Poczułam falę rozkoszy, musiałam mocno nad sobą panować, żeby nie powalić go na ziemię i zrobić z nim tego, co podpowiadała mi wyobraźnia.

– Boże – powiedział Beau, nie kryjąc odrazy. – To wygląda, jakby zjadał jej twarz.

Ale Madame Labelle nie słuchała. Jej oczy – tak znajome i niebieskie – zalśniły ze złości.

– Odpowiedz na pytanie, Louise. – Zesztywniałam, słysząc jej ostry ton. Ku mojemu zaskoczeniu Reid również. Powoli odwrócił się w jej stronę. – Opuszczałaś obóz?

Ze względu na Reida uprzejmie odpowiedziałam:

– Niczego nie ukradłam. Na pewno nie wina. – Wzruszyłam ramionami, zmuszając się do swobodnego uśmiechu. – Kupiłam je od handlarki, którą spotkałam na drodze, za kilka Reidowych couronnes.

– Okradłaś mojego syna?

Reid pojednawczo wyciągnął rękę.

– Spokojnie. Niczego nie ukradła…

– To mój mąż. – Bolała mnie szczęka od wymuszonego uśmiechu, uniosłam też rękę, żeby to podkreślić. Na moim palcu lśnił jej własny pierścionek z kamieniem z macicy perłowej. – To, co moje, należy do niego, a co jego, należy i do mnie. Czy nie tak brzmi przysięga małżeńska?

– Ależ tak – Reid potaknął i spojrzał na mnie wspierająco, po czym zwrócił się do Madame Labelle: – Może brać wszystko, co mam.

– Oczywiście, synu. – Uśmiechnęła się wymuszenie. – Aczkolwiek czuję się zobowiązana, by zauważyć, że nigdy tak naprawdę nie zawarliście małżeństwa. Louise użyła fałszywego nazwiska na akcie ślubu, nie on jest zatem ważny. Naturalnie, jeśli nadal chcesz dzielić się z nią tym, co posiadasz, możesz to robić, ale prawnie nie jesteś do tego zobowiązany. Zwłaszcza jeśli ona uparcie naraża twoje życie, życie nas wszystkich, swoją impulsywnością i bezmyślnym zachowaniem.

W końcu przestałam udawać, że się uśmiecham.

 

– Ukryłam twarz pod kapturem twojej peleryny. Kobieta mnie nie rozpoznała.

– A jeśli rozpoznała? Co będzie, jeśli chasseurzy i Dames Blanches zastawią na nas zasadzkę dziś wieczorem? – Kiedy nic nie odpowiedziałam, westchnęła i spokojnie mówiła dalej: – Rozumiem twoją niechęć do stawienia czoła temu wszystkiemu, Louise, ale zamykanie oczu nie sprawi, że potwory cię nie zobaczą. Jedynie ty będziesz ślepa. – A potem, jeszcze łagodniej, dodała: – Ukrywałaś się wystarczająco długo.

Nie byłam w stanie patrzeć na nikogo, zdjęłam ręce z szyi Reida. Natychmiast poczułam brak jego ciepła. Chociaż zrobił krok w moją stronę, jakby chciał mnie przyciągnąć z powrotem, ja tylko pociągnęłam jeszcze jeden łyk wina.

– Dobrze – powiedziałam w końcu, zmuszając się do spojrzenia w jej zimne oczy. – Nie powinnam była opuszczać obozu, ale nie mogłam poprosić Ansela o kupno prezentu dla samego siebie. Urodziny są święte. Jutro zajmiemy się planowaniem.

– Tak naprawdę moje urodziny są dopiero za miesiąc – powiedział dobrodusznie Ansel. – To nie było konieczne.

– Było konieczne. Może nas już nie być… – Ugryzłam się w za długi jęzor, ale było za późno. Chociaż nie powiedziałam tego na głos, moje słowa i tak dotarły do wszystkich w obozie. Może nas już nie być w przyszłym miesiącu. Podając mu wino, zaczęłam od nowa: – Pozwól nam świętować, Ansel. Nie codziennie kończy się siedemnaście lat.

Zerknął na Madame Labelle, jakby szukał u niej pozwolenia.

Potaknęła sztywno.

– Jutro, Louise.

– Oczywiście. – Podałam rękę Reidowi, który przyciągnął mnie, gdy ponownie sztucznie się uśmiechnęłam. – Jutro.

Reid znowu mnie pocałował – tym razem mocniej, namiętniej, jakby chciał coś udowodnić. Albo mógł coś stracić.

– Dzisiaj świętujemy.

Wiatr się wzmógł, gdy słońce schowało się za drzewami i przybyło chmur.

Inne książki tego autora