Gołąb i wąż

Tekst
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

GNIEW I ZAZDROŚĆ

Reid

Plac treningowy wypełniało szczękanie mieczy. Zbliżało się południe, słońce rozpraszało jesienny chłód, po moim czole spływał pot. W przeciwieństwie do innych chasseurów nie zdjąłem koszuli. Przykleiła mi się do piersi, mokry materiał ocierał się o skórę. Wymierzał karę.

Pozwoliłem uciec kolejnej czarownicy, za bardzo skupiłem się na piegowatej złodziejce, by zwrócić uwagę na czekającą w środku demonicę. Celia była załamana. Nie mogła spojrzeć mi w oczy, kiedy ojciec w końcu kazał jej wejść do domu. Poczułem gorąco na samo wspomnienie. Kolejna porażka.

Jean Luc zdjął koszulę jako pierwszy. Sparing trwał od wielu godzin, jego brązowa skóra lśniła od potu. Na piersi i przedramionach miał ślady po uderzeniach – po jednym za każdy raz, gdy otworzył usta.

– Wciąż myślisz o swoich czarownicach, kapitanie? A może o Mademoiselle Tremblay?

W odpowiedzi zdzieliłem go drewnianym mieczem. Zablokowałem jego kontratak i wbiłem mu łokieć w brzuch. Mocno. Do pozostałych dołączyły dwa nowe ślady. Miałem nadzieję, że zmienią się w siniaki.

– A więc tak! – Zgiął się wpół, żeby chronić brzuch, ale zdążył posłać mi ironiczne spojrzenie. Chyba nie uderzyłem go wystarczająco mocno. – Nie martwiłbym się tym. Wkrótce wszyscy zapomną o tej porażce.

Ścisnąłem miecz, aż zbielały mi knykcie. Poczułem, jak w szczęce pulsuje mi nerw. Nie upadnę tak nisko, żeby zaatakować swojego najstarszego przyjaciela. Nawet jeśli jest on żałosnym…

– W końcu ocaliłeś rodzinę królewską. – Wyprostował się, wciąż trzymając za bok, i uśmiechnął się jeszcze szerzej. – Prawdę mówiąc, rzeczywiście zbłaźniłeś się z tą czarownicą. Nie mogę powiedzieć, że to rozumiem. Ojcostwo nie leży w sferze moich zainteresowań, ale gdy pomyślę o tej złodziejce? Cóż za ładniutka bestyjka…

Rzuciłem się na niego, ale zblokował, śmiejąc się i uderzając mnie w ramię.

– Spokojnie, Reid. Wiesz, że tylko żartuję.

Od czasu, gdy dostałem awans, jego żarty przestały być zabawne.

Jean Luc pojawił się na progu kościoła, gdy mieliśmy po trzy lata. Występował w każdym moim wspomnieniu. Razem spędziliśmy dzieciństwo. Spaliśmy w tym samym pokoju. Mieliśmy tych samych znajomych. Dzieliliśmy ten sam gniew.

Dawniej darzyliśmy się też szacunkiem. Ale to było kiedyś.

Odsunąłem się, a on przesadnym gestem zaczął ocierać mój pot o swoje spodnie. Kilku braci się roześmiało. Zamilkli, widząc moją minę.

– W każdym żarcie jest odrobina prawdy.

Spuścił głowę, ale wciąż się uśmiechał. Jego jasnozielonym oczom nic nie umykało.

– Być może… ale czy Pan nie każe nam odsuwać od siebie zakłamania? – Nie dał mi czasu na odpowiedź. Nigdy nie dawał. – „Niech każdy z was mówi prawdę do bliźniego, bo jesteście nawzajem dla siebie członkami”.

– Znam Pismo.

– Więc dlaczego uciszasz mnie, gdy mówię prawdę?

– Bo za dużo gadasz.

Roześmiał się głośniej, otworzył usta, żeby olśnić nas kolejnym żartem, ale przerwał mu Ansel. Oddychał ciężko, pot zwilżył jego niesforne włosy, zmęczenie zaczerwieniło policzki.

– To, że coś można powiedzieć, nie oznacza, że należy to robić. Poza tym – powiedział i zerknął na mnie – Reid nie był sam na paradzie. Ani w rezydencji.

Spuściłem głowę. Ansel powinien wiedzieć, że lepiej się nie wtrącać. Jean Luc obrzucił nas obojętnym spojrzeniem, po czym wbił miecz w ziemię i oparł się na nim. Pogładził brodę.

– Tak, ale wydaje się, że on za bardzo się tym przejmuje, prawda?

– Ktoś powinien. – Słowa opuściły moje usta, zanim zdołałem je powstrzymać. Ugryzłem się w język i odwróciłem, żeby nie dodać czegoś, czego mógłbym potem żałować.

– Ach. – Jean Lucowi zabłysły oczy, wyprostował się, zapomniał o mieczu i brodzie. – Tu jest pies pogrzebany, co? Rozczarowałeś arcybiskupa. A może Celię?

Raz.

Dwa.

Trzy.

Ansel patrzył na nas, nie kryjąc zdenerwowania.

– Wszyscy zawiedliśmy.

– Być może. – Uśmiech Jean Luca zniknął, a w jego bystrym spojrzeniu pojawiło się coś, czego nie potrafiłem nazwać. – Ale Reid jest naszym kapitanem. Tylko Reid cieszy się przywilejami związanymi z tym stanowiskiem. Być może ma rację, samotnie ponosząc konsekwencje.

Rzuciłem miecz na stojak.

Cztery.

Pięć.

Sześć.

Głęboko odetchnąłem, próbując stłumić wzbierającą złość. Wciąż czułem pulsowanie w szczęce.

Siedem.

Masz kontrolę. Wrócił do mnie głos arcybiskupa sprzed lat. Złość nie może tobą rządzić, Reid. Głęboko oddychaj. Policz do dziesięciu. Weź się w garść.

Poddałem się temu. Powoli z moich ramion schodziło napięcie. Stygł żar na moich policzkach. Oddychało mi się łatwiej. Chwyciłem Jean Luca za ramię.

– Masz rację, Jean. To moja wina. Biorę za to pełną odpowiedzialność.

Zanim się odezwał, na placu treningowym pojawił się arcybiskup. Spojrzenie jego stalowych oczu spoczęło na mnie, a ja natychmiast położyłem dłoń na sercu i się skłoniłem. Inni poszli za moim przykładem.

Arcybiskup w odpowiedzi skłonił głowę.

– Spocznijcie, chasseurzy. – Wyprostowaliśmy się jak jeden mąż. Kiedy przywołał mnie gestem, Jean Luc zmarszczył brwi. – Doszły mnie wieści, że masz dziś nie najlepszy nastrój, kapitanie Diggory.

– Przykro mi, ekscelencjo.

Machnął ręką.

– Nie przepraszaj. Wasza harówka nie może iść na marne. Mamy łapać czarownice, przegnać je ogniem z tej ziemi. – Lekko zmarszczył brwi. – Wczorajszej nocy nie zawiniłeś. – Oczy Jean Luca zabłysły, ale arcybiskup nie zauważył tego. – Mam dzisiaj wziąć udział w porannym przedstawieniu z jednym z zagranicznych gości króla. Chociaż nie przepadam za teatrem, ponieważ jest to podła rozrywka odpowiednia jedynie dla włóczęgów i łajdaków, chcę, żebyś mi towarzyszył.

Otarłem pot z czoła.

– Ekscelencjo…

– To nie była prośba. Umyj się. Bądź gotów do wyjścia za godzinę.

– Rozkaz, ekscelencjo.

Gdy wchodziłem za arcybiskupem do budynku, czułem, że przewierca mnie wzrok Jean Luca, przesycony nienazwaną emocją. Dopiero później, gdy już siedziałem w powozie przed Soleil et Lune, zrozumiałem, co to było. Poczułem gorzkie ukłucie żalu.

Dawniej darzyliśmy się szacunkiem. Ale to było zanim pojawiła się zazdrość.

UMOWA KORZYSTNA DLA WSZYSTKICH

Lou

Obudziłam się następnego ranka, gdy promienie słońca wpadały przez okno na strychu. Powoli zamrugałam oczami, rozkoszowałam się tą przyjemną chwilą pomiędzy snem a jawą, kiedy jeszcze niczego się nie pamięta. Ale moja podświadomość szybko mnie dopadła. Z teatru na dole dochodziły hałasy, obsada i obsługa wymieniały się głośnymi uwagami, ich podekscytowane głosy dochodziły też zza okna. Zmarszczyłam czoło, wciąż trzymałam się resztek snu.

W teatrze było dość głośno dzisiaj rano.

Usiadłam. W Soleil et Lune grano poranny spektakl w każdą sobotę. Jak mogłam zapomnieć?

Rzuciłam się z powrotem na łóżko, aż poczułam pulsujący ból w twarzy. No tak, jeszcze to. Miałam rozwalony nos i musiałam uciekać, bo byłoby po mnie.

Na dole zaczęła się uwertura i zrobiło się jeszcze głośniej.

Jęknęłam. Teraz musiałam tu tkwić aż do zakończenia przedstawienia, a bardzo chciało mi się sikać. Zazwyczaj nie był to problem, mogłam zakraść się na dół do toalety, zanim przyszli pracownicy, ale tym razem zaspałam. Wstałam, skrzywiłam się z bólu, który przeszył moje plecy, i szybko oceniłam straty. Na pewno miałam złamany nos, palce spuchły i były dwa razy większe niż zwykle. Ale miałam na sobie dość ładną sukienkę, więc mogłabym niezauważona przemknąć obok stałych bywalców… gdyby nie plamy krwi. Oblizałam zdrowe palce i zaczęłam energicznie pocierać plamy, ale nie udało mi się pozbyć czerwieni.

Westchnęłam niecierpliwie i rozejrzałam się, ponieważ otaczały mnie wieszaki pełne zakurzonych kostiumów. Koło łóżka, które dzieliłam z Coco, stał kufer. Wypełniony był wełnianymi majtkami, mitenkami, płaszczami oraz kilkoma lekko spleśniałymi kocami, które w zeszłym tygodniu znalazłyśmy na śmietniku. Pogładziłam czule połowę łóżka należącą do Coco.

Miałam nadzieję, że bezpiecznie dotarła do ciotki.

Kręcąc głową, odwróciłam się w stronę wieszaków i wybrałam kostium na chybił trafił. Coco potrafiła o siebie zadbać. Ja natomiast…

Po trzech niesamowicie bolesnych próbach zrezygnowałam z rozbierania się. Moje połamane palce odmawiały posłuszeństwa, moje ciało nie było w stanie się wygiąć, bym mogła rozpiąć guziki pomiędzy łopatkami. Wyjęłam więc z najbliższego kosza szeroki kapelusz i druciane okulary. Założyłam je. Wczoraj w nocy ukryłam bliznę pod aksamitką, teraz też musiało mi to wystarczyć.

Mój pęcherz domagał się natychmiastowej uwagi, a nie chciałam sikać w kącie jak pies.

Poza tym zawsze mogłam wsadzić do ust Pierścień Angeliki, gdybym musiała szybko się ewakuować. Podejrzewałam, że hol będzie zbyt zatłoczony na swobodne przemieszczanie się, będąc niewidzialną. Nic nie wzbudza takiej podejrzliwości jak zjawa, która nadepnie komuś na stopę.

Naciągnęłam kapelusz, żeby osłonić twarz, i po cichu zeszłam schodami prowadzącymi za kulisy. Większość aktorów mnie zignorowała, oprócz…

– Nie powinno cię tu być – powiedziała wyniosła dziewczyna z haczykowatym nosem. Miała okrągłą twarz i włosy przypominające wąsy kukurydzy. Kiedy się odwróciłam w jej stronę, aż zabrakło jej tchu. – Dobry Boże, co się stało z twoją twarzą?

– Nic – spuściłam głowę, ale było już za późno.

Jej wyniosłość zmieniła się w troskę. Podeszła.

 

– Czy ktoś cię skrzywdził? Mam wezwać policję?

– Nie, nie. – Posłałam jej nieśmiały uśmiech. – Zgubiłam się w drodze do toalety.

– Toaleta jest w holu. – Zmrużyła oczy. – Czy to krew na twojej sukience? Na pewno nic ci nie jest?

– Czuję się doskonale. – Potakiwałam jak wariatka. – Dziękuję!

Oddaliłam się nieco zbyt szybko jak na niewiniątko. Chociaż patrzyłam w dół, czułam na sobie spojrzenia mijanych osób. Moja twarz musiała wyglądać okropnie. Chyba rozsądniej by było użyć Pierścienia Angeliki.

W holu było jeszcze gorzej niż za kulisami. Kręcili się tam bogaci szlachcice i kupcy, którzy jeszcze nie zaczęli szukać swoich miejsc. Trzymałam się skraju pomieszczenia, odwracałam głowę do ściany, by uniknąć niechcianej uwagi. Na szczęście widzowie byli zbyt zajęci sobą, żeby dostrzec moje dziwne zachowanie. W końcu Soleil et Lune bardziej słynął z plotek niż z przedstawień.

Podsłuchałam parę, która szeptała, że sam arcybiskup ma przybyć na przedstawienie – kolejny powód, by jak najszybciej wrócić na strych.

Jako ojciec chasseurów, arcybiskup stał na czele ich duchowej walki ze złem drążącym Belterrę, twierdząc, że został namaszczony przez Boga do wytępienia okultyzmu. Spalił dziesiątki czarownic, więcej niż ktokolwiek inny, i nadal nie osiadł na laurach. Widziałam go tylko raz, z daleka, ale okrucieństwo w jego spojrzeniu bez trudu sklasyfikowałam jako obsesję.

Weszłam do toalety, nie zwracając już niczyjej uwagi. Gdy sobie ulżyłam, zdjęłam niedorzeczny kapelusz i stanęłam przed lustrem. Od razu było wiadomo, dlaczego obsługa tak się na mnie gapiła. Moja twarz była w tragicznym stanie. Pod oczami miałam wielkie fioletowe sińce, na policzkach plamy krwi. Zmyłam je zimną wodą z kranu, szorowałam tak mocno, aż skóra zrobiła się różowa i podrażniona. Ale w sumie niewiele to dało.

Ktoś grzecznie zapukał do drzwi.

– Przepraszam! – odpowiedziałam naiwnie. – Problemy żołądkowe!

Pukanie natychmiast ustało. Kobieta odskoczyła od drzwi i usłyszałam jeszcze tylko, że komentowała moje zachowanie zniesmaczonym tonem. Dobrze. Musiałam przeczekać tłum, a zamknięta toaleta była do tego odpowiednim miejscem. Robiąc miny do odbicia w lustrze, zabrałam się do usuwania plam z sukienki.

Głosy stopniowo cichły, a muzyka robiła się coraz głośniejsza, co oznaczało początek przedstawienia. Uchyliłam drzwi i wyjrzałam na lobby. Pozostali tylko trzej bileterzy. Gdy ich minęłam, skłonili się uprzejmie, w półmroku nie zwracając uwagi na moją posiniaczoną twarz.

Rozluźniłam się nieco, podchodząc do wejścia za kulisy. Znajdowałam się zaledwie kilka kroków od nich, gdy tuż za mną otworzyły się drzwi.

– Czy mogę panu pomóc? – zapytał jeden z bileterów.

Ten, który wyszedł, wymamrotał coś w odpowiedzi, a mnie aż włosy stanęły dęba. Nie powinnam się zatrzymywać w drodze na strych. Powinnam uciekać – każdy instynkt krzyczał do mnie „uciekaj, uciekaj, uciekaj”, ale ja zrobiłam coś innego. Odwróciłam się i sprawdziłam, kto stał w wejściu na salę. Bardzo wysoki mężczyzna z miedzianymi włosami i w niebieskim płaszczu.

– Ty – powiedział.

Nim zdążyłam zareagować, doskoczył do mnie. Złapał mnie za ramiona i odwrócił twarzą do siebie, jednocześnie zagradzając drogę ucieczki. Od razu pojęłam, że choćbym nie wiem jak walczyła, nie uda mi się uwolnić. Po prostu był zbyt silny. Zbyt potężny. Został mi tylko jeden sposób.

Wbiłam kolano w jego krocze.

Jęcząc, zgiął się wpół. Puścił mnie.

Rzuciłam mu kapeluszem w twarz dla wzmocnienia efektu i pobiegłam w głąb teatru. Za kulisy prowadziło jeszcze jedno wejście. Pracownicy obsługi nie kryli zaskoczenia, gdy ich mijałam, zrzucając za sobą skrzynie i inne rekwizyty. Nic to nie dało. Chasseur wciąż mnie gonił, każdy jego krok równał się trzem moim…

Złapał mnie za rękę w chwili, gdy ponownie zauważyłam dziewczynę z haczykowatym nosem. Chociaż się wyrywałam i podczas szarpaniny spadły mi okulary, on tylko mocniej zaciskał rękę na moim nadgarstku. Po pokiereszowanej twarzy pociekły mi łzy.

– Proszę, pomóż mi!

Dziewczyna spojrzała na nas szeroko otwartymi oczami.

– Puść ją!

Gdy krzyknęła, głosy na scenie przycichły, a my znieruchomieliśmy.

Cholera. Nie, nie, nie.

Wykorzystując jego wahanie, wykręciłam się, a wtedy jego dłoń przypadkowo znalazła się na mojej piersi. Był tak zszokowany, że prawie mnie puścił, ale zreflektował się, gdy próbowałam się uwolnić, i chwycił moją suknię na wysokości dekoltu. Z przerażeniem patrzyłam, jak cienki materiał rozrywa się w zwolnionym tempie, a jego stopy plączą się w fałdach mojej spódnicy. Szarpiąc się, próbowaliśmy bezskutecznie odzyskać równowagę.

I wtedy wpadliśmy przez kurtynę na scenę.

Publiczność głośno westchnęła z zaskoczenia, a potem zapadła cisza. Nikt nie śmiał nawet odetchnąć. Ja też nie.

Chasseur, który leżał teraz pode mną i wciąż mocno mnie trzymał, gapił się na mnie wielkimi oczami. Otępiała patrzyłam, jak pod wpływem emocji zmienia się jego twarz. Szok. Panika. Poniżenie. Wściekłość.

Dziewczyna o haczykowatym nosie wyskoczyła na scenę i czar prysł.

– Ty obrzydliwa świnio!

Chasseur zepchnął mnie, jakbym go ugryzła, i spadłam na plecy. Z hukiem. Z widowni podniosły się okrzyki protestu, gdy zadarła mi się suknia. Wszyscy ujrzeli moją posiniaczoną twarz i rozdarty dekolt i wyciągnęli odpowiednie wnioski. Mnie to jednak nie obeszło. Popatrzyłam na widownię i z przerażeniem pomyślałam, kto mógł mnie zobaczyć. Cała krew odpłynęła mi z twarzy.

Dziewczyna z haczykowatym nosem objęła mnie i pomogła mi wstać, po czym wyprowadziła za kulisy. Dwóch osiłków z obsługi pochwyciło chasseura. Tłum krzyczał z satysfakcją, gdy prowadzili go między sobą. Obejrzałam się w tył, zaskoczona, że nie podjął walki, ale był tak samo blady jak ja.

Dziewczyna okryła mnie prześcieradłem.

– Wszystko w porządku?

Nie odpowiedziałam na to niedorzeczne pytanie. To jasne, że nic nie było w porządku. Co właściwie się wydarzyło?

– Miejmy nadzieję, że wsadzą go do więzienia. – Gniewnie spojrzała na chasseura, którego otoczyli pracownicy teatru, a on wyglądał, jakby nie wiedział, co się dzieje. Publiczność nadal wyrażała oburzenie.

– Nie wsadzą – rzuciłam ponuro. – To chasseur.

– Wszyscy będziemy zeznawać. – Dumnie uniosła głowę i wskazała personel, który nie wiedział, jak się zachować. – Wszystko widzieliśmy. Miałaś szczęście, że się tu znalazłaś. – Zerknęła na moją podartą sukienkę. – Kto wie, co mogło się stać?

Nawet nie próbowałam wyjaśniać. Musiałam się stąd wydostać. Cały ten ambaras zapoczątkowała moja nieudana próba ucieczki, a teraz miałam ostatnią szansę. Chasseur nie mógł mnie już zatrzymać, ale niedługo przyjedzie policja. Nie będą się przejmować słowami widowni. Zamkną mnie w więzieniu, nie zważając na podartą sukienkę i siniaki, a gdy sprawa ucichnie, dorwą mnie chasseurzy.

Wiedziałam, do czego to zmierzało. Do płonącego stosu.

Zdecydowałam postawić wszystko na jedną kartę i dać nogę – być może włożę Pierścień Angeliki między zęby, gdy dobiegnę do klatki schodowej. Zanim wprowadziłam plan w życie, usłyszałam skrzypienie otwierających się drzwi.

O mało nie zemdlałam, gdy wszedł arcybiskup z obstawą.

Był niższy, niż sądziłam, chociaż i tak górował nade mną, miał szpakowate włosy i stalowo-niebieskie oczy. Spojrzał na mnie przelotnie – na posiniaczoną twarz, rozczochrane włosy i prześcieradło, którym byłam okryta – a potem zmrużył oczy, widząc zamieszanie wokół. Skrzywił się.

Skinął głową w stronę wyjścia.

– Zostawicie nas.

Obsłudze nie trzeba było dwa razy powtarzać, mnie też. O mało nie zabiłam się o własne nogi, próbując wyjść stamtąd najszybciej, jak to możliwe. Chasseur wystawił rękę i mnie złapał.

– Ty nie – zarządził arcybiskup.

Dziewczyna z haczykowatym nosem zawahała się, patrzyła raz na mnie, raz na nich. Jedno spojrzenie arcybiskupa sprawiło jednak, że pospiesznie wyszła.

Chasseur puścił mnie w chwili, gdy zniknęła, i pochylił się przed zwierzchnikiem, kładąc pięść na sercu.

– To kobieta z domu Tremblaya, wasza ekscelencjo.

Arcybiskup odwzajemnił gest. Kiedy się wyprostował, znowu na mnie spojrzał. Obaj z uwagą przyjrzeli się mojej twarzy – jakby oceniali moją wartość i uznali, że czegoś mi brakuje. Arcybiskup założył ręce na plecach.

– Więc to ty jesteś złodziejką, która nam uciekła.

Potaknęłam, nie śmiąc oddychać. Powiedział złodziejka, nie czarownica.

– Moja droga, postawiłaś nas w niezręcznej sytuacji.

– Ja…

– Cicho.

Zamknęłam usta. Nie byłam aż tak głupia, żeby mu się stawiać. Znajdował się ponad prawem.

Powoli zbliżył się do mnie, wciąż trzymając ręce z tyłu.

– Jesteś sprytną złodziejką, prawda? Masz talent do ucieczek. Jak wczoraj w nocy udało ci się zejść z dachu? Kapitan Diggory twierdzi, że dom był otoczony.

Przełknęłam ślinę. Znowu padło to słowo. Złodziejka, nie czarownica. Poczułam nadzieję. Zerknęłam na miedzianowłosego chasseura, ale jego twarz nie wyrażała żadnych emocji.

– Pomogła mi przyjaciółka – skłamałam.

Uniósł brew.

– Przyjaciółka czarownica.

Przeszedł mnie dreszcz. Coco była teraz daleko stąd – bezpieczna, ukryta w La Forêt des Yeux. Lesie Oczu. Chasseurzy jej tam nie znajdą. A nawet jeśli, jej kowen ją ochroni. Chociaż krwawe czarownice zwykle trzymały się z dala od kłopotów, nie zawahają się przelać krwi świętych mężów.

Utrzymywałam kontakt wzrokowy, starając się nie wzdrygać ani nie wiercić, żeby niczym się nie zdradzić.

– Tak, jest czarownicą.

– Jak?

– Jak to się stało, że jest czarownicą? – Wiedziałam, że nie powinnam go drażnić, ale nie mogłam się powstrzymać. – Wydaje mi się, że kiedy czarownica i mężczyzna bardzo się kochają…

Uderzył mnie w twarz. Plaśnięcie odbiło się echem od pustej widowni. Najwyraźniej widzów udało się wyprowadzić równie szybko co personel. Chwyciłam się za policzek i popatrzyłam na niego ze złością. Chasseur przestępował z nogi na nogę, nie potrafiąc znaleźć sobie miejsca.

– Ty paskudny dzieciaku. – Arcybiskup wybałuszył oczy. – Jak pomogła ci uciec?

– Nie zdradzę jej sekretów.

– Śmiesz ukrywać informacje?

Usłyszeliśmy pukanie i pojawił się policjant.

– Wasza ekscelencjo, na zewnątrz zebrał się tłum. Niektórzy z widzów i członków obsługi. Mówią, że nie ruszą się stąd, dopóki nie poznają losu tej dziewczyny i kapitana Diggory’ego. Zaczynają zwracać na siebie uwagę.

– Niedługo skończymy. – Arcybiskup wyprostował się i poprawił szaty, biorąc głęboki oddech. Policjant skłonił się i wyszedł.

Duchowny ponownie skupił całą uwagę na mnie. Minęła długa chwila, podczas której wymienialiśmy gniewne spojrzenia.

– Co mam z tobą zrobić?

Nie odzywałam się. Moja twarz mogłaby tego nie wytrzymać.

– Jesteś kryminalistką, która zadaje się z demonicami. Dodatkowo publicznie wrobiłaś chasseura w napaść. – Skrzywił się, patrząc na mnie z odrazą. Nieskutecznie próbowałam zignorować narastające poczucie wstydu. To był wypadek. Nie wrobiłam go celowo. Poza tym… jeśli publiczność zinterpretowała jego zachowanie w ten sposób, to tylko pomogła mi uniknąć stosu.

Nigdy nie twierdziłam, że jestem honorowa.

– Reputacja kapitana Diggory’ego będzie zrujnowana – ciągnął arcybiskup. – Będę zmuszony zwolnić go ze służby, ażeby nikt nie kwestionował nieskazitelności chasseurów. Ani mojej. – Paliło mnie jego spojrzenie. Zrobiłam skruszoną minę, żeby znowu nie zaswędziała go dłoń. Udobruchany tym, zaczął przechadzać się po pomieszczeniu. – Co mam z tobą zrobić? Co mam zrobić?

Chociaż mój widok ewidentnie był dla niego odpychający, co chwilę mierzył mnie stalowym spojrzeniem. Ciągnęło go jak ćmę do ognia. Wpatrywał się w moją twarz, jakby czegoś w niej szukał, zatrzymywał się na dłużej na moich oczach, nosie, ustach. Gardle.

Ku mojej rozpaczy zdałam sobie sprawę, że podczas szarpaniny z chasseurem moja wstążka na szyi się poluzowała. Szybko ją poprawiłam. Arcybiskup zacisnął usta i wciąż na mnie patrzył.

Z całej siły powstrzymywałam się przed przewracaniem oczami, widząc jego absurdalną wewnętrzną walkę. Nie trafię dzisiaj do więzienia ani na stos. Z jakiegoś powodu arcybiskup i jego pupilek uznali, że nie jestem czarownicą. Z całą pewnością nie będę kwestionować tego niedopatrzenia.

Pozostawało pytanie… czego chciał arcybiskup? Z całą pewnością coś mu chodziło po głowie. Z niczym nie można było pomylić głodu w jego spojrzeniu, a im szybciej to rozgryzę, tym prędzej będę mogła wykorzystać na swoją korzyść. Dopiero po kilku sekundach dotarło do mnie, że powrócił do swojego monologu:

 

– …dzięki twoim sztuczkom. – Odwrócił się na pięcie, żeby stanąć naprzeciw mnie z triumfującym spojrzeniem. – Być może uda nam się osiągnąć porozumienie korzystne dla obu stron.

Zamilkł i patrzył na nas wyczekująco.

– Słucham – wymamrotałam. Chasseur potaknął sztywno.

– Doskonale. To całkiem proste: chodzi o małżeństwo.

Gapiłam się na niego z otwartymi ustami.

Roześmiał się bez wesołości.

– Jako twoja żona, ta okropna kreatura będzie do ciebie należeć, Reid. Będziesz miał wszelkie prawa do niej, będziesz mógł ją dyscyplinować, zwłaszcza po tym, jak zdyskredytowała cię wczoraj w nocy. Tego się od ciebie oczekuje. To konieczność. W zapomnienie pójdzie popełnione przestępstwo, nikt cię nie potępi. Pozostaniesz chasseurem.

Roześmiałam się wymuszenie.

– Za nikogo nie wyjdę.

Arcybiskup nawet się nie uśmiechnął.

– Wyjdziesz, jeśli chcesz uniknąć publicznej chłosty i więzienia. Szef policji jest moim drogim przyjacielem.

Patrzyłam na niego w osłupieniu.

– Nie możecie mnie szantażować…

Machnął ręką, jakby opędzał się od upierdliwej muchy.

– To kara za kradzież. Radziłbym ci dokładnie to przemyśleć, dziecko.

Zwróciłam się do chasseura, starając się nie tracić głowy, chociaż panika ściskała mnie za gardło.

– Na pewno tego nie chcesz. Proszę, powiedz mu, żeby znalazł inny sposób.

– Nie ma innego sposobu – wtrącił arcybiskup.

Chasseur stał bez ruchu. Chyba nawet przestał oddychać.

– Jesteś dla mnie jak syn, Reid. – Arcybiskup uniósł rękę i położył ją na ramieniu chasseura. Wyglądało to, jakby mysz pocieszała słonia. Jakaś część mojego umysłu uznała to za komiczne. – Nie odrzucaj swojego dotychczasowego życia, obiecującej kariery, przysięgi złożonej Bogu, z litości nad tą poganką. Kiedy zostanie twoją żoną, możesz zamknąć ją w komórce i zapomnieć o niej. Będziesz miał prawo zrobić z nią, co tylko ci się podoba. – Posłał mu znaczące spojrzenie. – Ta umowa rozwiąże również… inne kwestie.

Krew wreszcie powróciła na policzki chasseura… wręcz zalała jego twarz. Zacisnął zęby.

– Ekscelencjo…

Ale ja go nie słyszałam. Usta wypełniły mi się śliną, świat rozmazał się przed moimi oczami. Małżeństwo. Z chasseurem. Musi być jakiś inny sposób, jakikolwiek inny… Zawartość żołądka podeszła mi do gardła i puściłam spektakularnego pawia pod nogi arcybiskupa. Odskoczył ode mnie z krzykiem i odrazą.

– Jak śmiałaś! – Uniósł pięść, żeby ponownie mnie uderzyć, ale drogę zastąpił mu chasseur. Zatrzymał rękę przełożonego.

– Jeśli ta kobieta ma być moją żoną – powiedział, głośno przełykając ślinę – nikt jej już nie tknie.

Arcybiskup obnażył zęby.

– A więc się zgadzasz?

Chasseur puścił jego rękę i popatrzył na mnie, co sprawiło, że poczerwieniał jeszcze bardziej.

– Tylko wtedy, gdy i ona się zgodzi.

Jego słowa przypomniały mi o Coco.

Uważaj na siebie.

Ty również.

Coco powiedziała, że muszę znaleźć sobie ochronę. Zadarłam głowę, żeby popatrzeć na miedzianowłosego chasseura i arcybiskupa masującego nadgarstek. Być może to ochrona znalazła mnie.

Andre, Grue, policja, ona… Nikt mnie nie skrzywdzi, jeśli będę miała chasseura za męża. Sami chasseurzy nie będą stanowić dla mnie zagrożenia, jeśli zdołam utrzymać pozory. Jeśli powstrzymam się od czarowania w ich pobliżu. Nigdy się nie dowiedzą, że jestem czarownicą. Najciemniej pod latarnią.

Ale… będę też miała męża.

Nie chciałam męża. Nie chciałam być przykuta do nikogo przez małżeństwo, zwłaszcza do kogoś tak sztywnego i pyszałkowatego jak ten chasseur. Ale jeśli ślub był jedyną alternatywą dla spędzenia życia w więzieniu – niech będzie. Z pewnością był to jedyny sposób na wyjście z tego teatru bez kajdanek.

W końcu nadal miałam Pierścień Angeliki, więc zawsze będę mogła uciec już po podpisaniu aktu małżeństwa.

Dobrze. Wyprostowałam się, uniosłam głowę.

– Zrobię to.

Inne książki tego autora