Gołąb i wąż

Tekst
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

IMIĘ CZŁOWIEKA

Reid

Dom Tremblaya cuchnął magią. Pokrywała trawnik, przylgnęła do leżących na ziemi strażników, których Tremblay próbował cucić. Wysoka kobieta w średnim wieku uklękła koło niego. Rudowłosa. Atrakcyjna. Nie znałem jej wcześniej, ale szepty współbraci potwierdziły moje podejrzenia.

Madame Labelle. Kurtyzana i właścicielka Bellerose.

Nie wiadomo, po co się tu zjawiła.

– Kapitanie Diggory.

Odwróciłem się, słysząc zdenerwowany głos. Stała przede mną wątła jak trzcina blondynka ze złożonymi dłońmi. Na jej palcu serdecznym lśniła droga obrączka ślubna. Miała drobne zmarszczki w kącikach oczu, które właśnie świdrowały tył głowy Madame Labelle.

Żona Tremblaya.

– Dobry wieczór, kapitanie Diggory. – Celia wystąpiła zza matki i powitała mnie swym ciepłym głosem. Przełknąłem ślinę. Nadal była odziana w żałobną czerń, jej zielone oczy błyszczały w świetle pochodni. Opuchnięte. Zaczerwienione. Policzki miała mokre od łez. Pragnąłem podejść i je otrzeć. Zetrzeć całą tę koszmarną scenę, tak bardzo przypominającą noc, podczas której znaleźliśmy Filippę.

– Mademoiselle Tremblay. – Skłoniłem się, czując na sobie wzrok braci. Jean Luca. – Wygląda pani… dobrze.

Łgałem. Wyglądała żałośnie. Bała się. Schudła, odkąd ostatnio ją widziałem. Jej twarz się ściągnęła, zmizerniała, jakby nie spała od miesięcy. Podobnie jak ja.

– Dziękuję – odpowiedziała uśmiechem na kłamstwo. – Pan również.

– Przepraszam za te niedogodności, mademoiselle, zapewniam, że jeśli to sprawka czarownicy, dopilnuję, żeby spłonęła na stosie.

Zerknąłem na Tremblaya. Razem z Madame Labelle pochylali się i rozmawiali ze strażnikami. Podszedłem do nich. Madame Tremblay odchrząknęła i spojrzała na mnie z oburzeniem.

– Zapewniam, że ani pan, ani pana szanowny zakon nie jesteście tu potrzebni. Mój mąż i ja jesteśmy bogobojnymi obywatelami i nie paramy się czarami…

Stojący obok mnie Jean Luc ukłonił się nisko.

– Oczywiście, że nie, Madame Tremblay. Przyszliśmy tutaj jedynie zapobiegawczo.

– A jednak państwa straże były nieprzytomne, madame – wtrąciłem. – A dom cuchnie magią.

Jean Luc westchnął i posłał mi zirytowane spojrzenie.

– Zawsze tak tutaj pachnie. – Madame Tremblay zmrużyła oczy i zacisnęła usta. Była rozdrażniona. – To z tego okropnego parku. Zatruwa całą ulicę. Gdyby nie widok na Doleur, wyprowadzilibyśmy się stąd choćby jutro.

– Przykro mi, madame. Jednakże…

– Zrozumiano. – Jean Luc stanął przede mną i uśmiechnął się do niej pokrzepiająco. – Przepraszamy za najście. Zazwyczaj włamaniami zajmuje się policja, ale… – zawahał się, uśmiech zniknął. – Dostaliśmy anonimową informację, że dziś w nocy pojawi się tutaj czarownica. Zrobimy jeszcze szybki obchód, a pani z rodziną może już bezpiecznie wrócić do domu…

– Kapitanie Diggory, chasseurze Toussaint. – Głos, który nam przerwał, był ciepły, gładki, poufały. Odwróciliśmy się i ujrzeliśmy Madame Labelle. Tremblay szedł tuż za nią, pozostawiając w tyle oszołomionych strażników. – Właśnie skończyliśmy rozmawiać z ochroną. – Uśmiechnęła się, ukazując piękne, białe zęby. Niemal lśniły na tle jej szkarłatnych warg. – Biedaczyska, niczego nie pamiętają.

– Heleno, przepraszam, że pytam – odezwała się Madame Tremblay przez ściągnięte usta – ale co cię tutaj sprowadza?

Madame Labelle odwróciła się do niej, okazując ledwie skrywaną niechęć.

– Przechodziłam tędy i zauważyłam coś niepokojącego.

– Przechodziłaś? A co ty, moja droga, robiłaś w tej części miasta? Wydawałoby się, że o tej porze powinnaś doglądać swojego interesu w zupełnie innym miejscu.

Madame Labelle uniosła brew.

– Oczywiście masz rację. – Uśmiechnęła się jeszcze szerzej, zerkając na Tremblaya. Gdy ponownie popatrzyła na jego żonę, jej spojrzenie było lodowato zimne. – Istotnie mam pewien interes, którego muszę doglądać.

Celia znieruchomiała ze zwieszoną głową, a Tremblay pospiesznie interweniował, zanim jego żona zdążyła odpowiedzieć.

– Drodzy panowie, oczywiście możecie sami przesłuchać moich ludzi.

– Proszę się nie martwić, panie Tremblay. Porozmawiamy z nimi. – Spiorunowawszy go wzrokiem za Celię, głośno wydałem rozkaz funkcjonariuszom i chasseurom: – Rozproszyć się i zabezpieczyć perymetr. Zablokować wszystkie wyjścia. Policjanci, macie trzymać się chasseurów. Jeśli jest tutaj czarownica, nie możecie pozwolić dać się dorwać bezbronni.

– Nie ma tu żadnej wiedźmy – upierała się Madame Tremblay, rozglądając się nerwowo. W pobliskich domach zaczęły pojawiać się światła. Przed otwartą bramą zatrzymała się już grupka ludzi. Niektórzy mieli na sobie nocne stroje. Inni byli ubrani jak Tremblayowie. Wszyscy mieli podobne, zmęczone miny. – To tylko złodziej. Nic więcej…

Gwałtownie urwała i zerknęła na budynek. Podążyłem za jej spojrzeniem i popatrzyłem na okno na górze. Zasłona się poruszyła, ukazując dwie twarze.

Jedną z nich rozpoznałem mimo peruki. Zielono-niebieskie oczy – wyraźnie widoczne nawet z daleka – wypełniała panika. Zasłona opadła.

Poczułem rosnącą satysfakcję i uśmiechnąłem się pod nosem. Niech sprawiedliwość wystąpi jak woda z brzegów i prawość jak potok nie wysychający wyleje!

– O co chodzi? – Jean Luc również spojrzał w okno.

O sprawiedliwość.

– Wciąż tam są. Mężczyzna i kobieta.

Wyjął balisardę zamaszystym gestem.

– Szybko rozprawię się z kobietą.

Zmarszczyłem brwi, przypominając sobie jej wąsy. Jej szerokie spodnie, zakasane rękawy koszuli oraz piegi. To, jak pachniała, kiedy wpadła na mnie podczas parady – wanilią i cynamonem. Nie magią. Pokręciłem głową. Przecież czarownice nie zawsze śmierdzą złem. Tylko wtedy, gdy praktykują czary. Arcybiskup wyraźnie mówił podczas naszego szkolenia, że każda kobieta jest potencjalnym zagrożeniem. Mimo to…

– Nie sądzę, by była czarownicą.

Jean Luc uniósł czarną brew, jego nozdrza się rozszerzyły.

– Nie? Z pewnością nie jest to zbieg okoliczności, że otrzymaliśmy donos dotyczący tej konkretnej nocy, zanim ci konkretni złodzieje obrabowali ten konkretny dom.

Niezadowolony ponownie spojrzałem na okno.

– Spotkałem ją dzisiaj rano. Ona… – odchrząknąłem, poczułem gorąco na szyi. – Nie wyglądała mi na czarownicę.

Nie zabrzmiało to przekonująco. Wzrok Celii palił mnie w kark.

– Ach. Nie może być czarownicą, bo na nią nie wyglądała. Mój błąd, oczywiście.

– Miała przyklejone wąsy – wymamrotałem. Kiedy Jean Luc prychnął, miałem ochotę go zdzielić. Wiedział, że Celia nas obserwuje. – Nie możemy lekceważyć bliskości parku Brindelle. Możliwe, że pomimo okoliczności ci ludzie są zwykłymi złodziejami. Zasłużyli na więzienie. Nie na stos.

– Racja. – Jean Luc przewrócił oczami i podszedł do drzwi wejściowych bez mojego rozkazu. – Pospieszmy się więc, dobrze? Przesłuchamy tę dwójkę, a potem zdecydujemy: więzienie czy stos.

Zazgrzytałem zębami, widząc jego bezczelność, po czym skinąłem na policję, a oni pobiegli za nim. Ja zostałem. Cały czas wbijałem wzrok w okno i w dach. Kiedy nie pojawiła się ponownie, podszedłem cicho do ściany budynku i czekałem. Chociaż obecność Celii paliła moje plecy żywym ogniem, robiłem, co mogłem, by ją ignorować. Chciała, żebym skupił się na służbie w chasseurach. Więc właśnie to robiłem.

Minęła chwila. I jeszcze jedna.

Po mojej prawej stronie otworzyło się piwniczne okienko zasłonięte przez hortensje. Wyskoczyli z niego Jean Luc oraz jakiś mężczyzna o bursztynowej skórze, ich noże zalśniły w świetle księżyca. Przetoczyli się po ziemi, ale to chasseur znalazł się na górze i przytknął ostrze do gardła złodzieja. Trzech policjantów wyskoczyło za nimi z piwnicy z kajdankami i liną. Po kilku sekundach związali mężczyźnie ręce i nogi w kostkach. Wił się i szarpał, a z jego ust płynęła fala przekleństw. I tylko jedno inne słowo.

– Lou! – Szarpał więzy, aż z gniewu spurpurowiał na twarzy. Jeden z policjantów podszedł, żeby go zakneblować. – LOU!

Lou. Męskie imię. Pasowało.

Wciąż obserwowałem okna i dach. Oczywiście po chwili dostrzegłem cień powoli wspinający się po murze. Przyjrzałem się. Tym razem miała na sobie sukienkę – tak elegancką, jakby należała do Madame Tremblay. Zapewne kradzioną. Ale to nie szata sprawiała jej problemy.

Lecz ręka.

Ilekroć dotknęła nią ściany, szybko ją odrywała, jakby odczuwała ból. Wytężyłem wzrok, próbując dostrzec źródło problemu, ale była zbyt wysoko. O wiele za wysoko. Jakby w odpowiedzi na mój niepokój, poślizgnęła się i spadła kilkadziesiąt centymetrów niżej. Chwyciła się parapetu. Mój żołądek wywinął salto.

– Oj! – Zacząłem biec. Zadudniły kroki, to chasseurzy i policjanci poszli w moje ślady. Jean Luc obalił związanego mężczyznę na ziemię. – Jesteś otoczona! Mamy twojego narzeczonego! Zejdź na dół, zanim się zabijesz!

Znowu się zsunęła, ale znów udało jej się przytrzymać. Tym razem jednak spadła jej peruka i ujrzeliśmy jej długie, brązowe włosy. Rzuciłem się do przodu, nie kryjąc furii.

– ZŁAŹ NATYCHMIAST…

Jej wspólnikowi udało się pozbyć knebla.

– LOU, POMÓŻ MI…

Policjant znowu wepchnął mu knebel. Kobieta zawahała się, słysząc jego głos, przysiadła we wnęce okiennej i spojrzała w dół. Rozpoznała mnie, bo jej twarz pojaśniała i podniosła zdrową rękę do czoła, żeby szyderczo zasalutować.

Gapiłem się na nią jak oniemiały.

Naprawdę zasalutowała.

Moje dłonie zacisnęły się w pięści.

– Na górę. Zdejmijcie ją.

Jean Luc skrzywił się, słysząc rozkaz, ale przystąpił do jego wykonywania.

 

– Chasseurzy ze mną. – Moi bracia ruszyli, wyciągając balisardy. – Policjanci, zostańcie na ziemi. Pilnujcie, żeby nie uciekła.

Jeśli nawet chausseurzy zastanawiali się, dlaczego zostałem na dole, nie dali tego po sobie poznać. Rozsądnie. Nic jednak nie mogłem poradzić na ciekawskie spojrzenia funkcjonariuszy.

– Czego? – warknąłem, patrząc na nich. Pospiesznie przenieśli spojrzenia na dach. – Czy w środku jeszcze ktoś był?

Po kilku długich sekundach jeden z nich wystąpił do przodu. Z trudem go rozpoznałem. Dennis. Nie, Davide.

– Tak, kapitanie. Geoffrey i ja znaleźliśmy kogoś w kuchni.

– I?

Inny policjant, chyba wspomniany Geoffrey, odchrząknął. Wymienili spojrzenia, po czym Geoffrey głośno przełknął ślinę.

– Uciekła.

Wypuściłem wstrzymywane powietrze.

– Sądzimy, że to pańska czarownica – dodał Davide. – Śmierdziała tak jakby magią i… zaczarowała psy, żeby zasnęły. Dziwnie pachniały.

– Jeśli to ma jakieś znaczenie, miała brązową skórę i była poznaczona bliznami – powiedział Geoffrey. Davide skwapliwie potaknął.

Bez słowa odwróciłem się, by spojrzeć na dach, zmusiłem się do rozluźnienia pięści. Do oddychania.

To nie była wina Davide’a ani Geoffreya. Nie zostali wyszkoleni do łapania czarownic. Być może będą musieli wytłumaczyć się ze swojego braku kompetencji przed arcybiskupem. Być może zostaną ukarani. Co za wstyd. Kolejnej czarownicy udało się uciec. Kolejna będzie zatruwać życie niewinnych ludzi w Belterze. I Celii.

Przez czerwoną mgłę zasnuwającą mi oczy wbiłem spojrzenie w złodziejkę.

Lou.

Powie mi, dokąd uciekła czarownica. Wyciągnę z niej tę informację, nieważne jak. Naprawię to niedopatrzenie.

Mimo kontuzji ręki udało jej się wyprzedzić chasseurów. Dotarła na dach, zanim wspięli się na pierwsze piętro.

– Rozproszyć się! – wrzasnąłem do policjantów. Posłuchali. – Musi gdzieś zejść! Pilnujcie tego drzewa! I rynny! Czegokolwiek, co może jej pomóc w ucieczce!

Czekałem, krążyłem po trawniku i gotowałem się ze złości, gdy moi bracia pięli się coraz wyżej. Docierały do mnie ich głosy. Grozili jej. Dobrze. Zadawała się z czarownicami. Zasłużyła na to, by się nas bać.

– Macie coś?! – zawołałem do funkcjonariuszy.

– Nie tutaj, kapitanie!

– Tutaj też nie!

– Nic, szefie!

Ugryzłem się w język, by nie okazać zniecierpliwienia. W końcu, po czasie, który wydawał się wiecznością, Jean Luc podciągnął się na dach. W jego ślady poszło trzech braci. Czekałem. I czekałem.

I czekałem.

Davide coś krzyknął, odwróciłem się i zobaczyłem związanego złodzieja w połowie drogi do ulicy. Jakoś udało mu się pozbyć więzów z nóg. Chociaż policjanci ruszyli za nim, byli zbyt daleko, ponieważ na mój rozkaz rozpierzchli się po całym podwórzu. Stłumiłem przekleństwo i rzuciłem się do biegu, ale zatrzymał mnie głos Jean Luca:

– Nie ma jej tutaj! – Pojawił się na skraju dachu, był zasapany. Nawet z tej odległości widziałem złość w jego oczach. Czułem dokładnie to samo. – Zniknęła!

Z frustracją spojrzałem za siebie, by zlokalizować złodzieja.

Ale jego też już nie było.

PIERŚCIEŃ ANGELIKI

Lou

Gdy biegłam ulicą, wciąż słyszałam chasseurów, którzy gapili się tam, gdzie powinny być moje stopy – moje nogi i moje ciało. Nie rozumieli, gdzie się podziałam. Sama prawie tego nie ogarniałam.

W jednej chwili byłam uwięziona na dachu, a w kolejnej Pierścień Angeliki zapłonął na moim palcu. Oczywiście. W panice zapomniałam, co potrafił zrobić. Bez zastanowienia zsunęłam go z palca i włożyłam do ust.

Moje ciało zniknęło.

Wspinanie się po budynku przy udziale widowni i z dwoma złamanymi palcami było trudne. Schodzenie z widownią, dwoma złamanymi palcami i pierścieniem w zębach – będąc niewidzialną – wydawało się niemożliwe. Dwa razy prawie połknęłam pierścień, a raz byłam pewna, że usłyszał mnie chasseur, gdy uraziłam się w złamany palec.

Ale dałam radę.

Jeśli chasseurzy wcześniej uważali, że nie jestem czarownicą, jeśli jakimś cudem strażnicy nic nie wygadali, na pewno teraz już mnie podejrzewali. Musiałam być ostrożna. Miedzianowłosy Chass wiedział, jak wyglądam, a dzięki głupocie Basa znał również moje imię. Będzie mnie szukał.

Inni, o wiele bardziej niebezpieczni, mogli się o tym dowiedzieć i też zacząć mnie szukać.

Kiedy byłam już wystarczająco daleko, by poczuć się względnie bezpiecznie, wyplułam pierścień. Moje ciało natychmiast się pojawiło, gdy wsunęłam go z powrotem na palec.

– Fajna sztuczka – pochwaliła Coco. Odwróciłam się, słysząc jej głos. Opierała się o brudny mur w bocznej uliczce. Uniosła brwi i spojrzała na pierścień. – Widzę, że znalazłaś sejf Tremblaya. – Gdy zerknęłam z wahaniem przez ramię, roześmiała się. – Nie martw się. Nasi umięśnieni niebiescy przyjaciele właśnie rozbierają dom Tremblaya cegła po cegle. Są za bardzo zajęci szukaniem ciebie, żeby móc cię znaleźć.

Zachichotałam, ale szybko się uspokoiłam i spojrzałam na pierścień.

– Nie mogę uwierzyć, że naprawdę go znalazłyśmy. Czarownice będą wściekłe, kiedy się dowiedzą, że go mam.

Coco podążyła za moim wzrokiem i zmarszczyła brwi.

– Wiem, co potrafi ta błyskotka, ale nigdy nie mówiłaś mi, dlaczego twoi ludzie tak go cenią. Z pewnością są inne przedmioty o większej mocy.

– To Pierścień Angeliki.

Spojrzała na mnie beznamiętnie.

– Jesteś czarownicą – odpowiedziałam jej równie tępym spojrzeniem. – Nie słyszałaś opowieści o Angelice?

Przewróciła oczami.

– Jestem czerwona, jakbyś zapomniała. Wybacz, że nie nauczyłam się przesądów waszego kultu. Była jakąś twoją krewną, czy co?

– Otóż tak – rzuciłam niecierpliwie. – Ale nie o to chodzi. Była po prostu samotną czarownicą, która zakochała się w rycerzu.

– Brzmi szałowo.

– Bo taki był. Dał jej ten pierścień, obiecując małżeństwo… a potem zginął. Angelika załamała się, a jej łzy zalały ziemię i powstało nowe morze. Nazwali je L’Eau Mélancolique.

– Tęskne Wody. – Coco podniosła moją dłoń, jej lekceważenie przerodziło się w podziw, gdy oglądała pierścień. Zsunęłam go z palca i podałam jej na dłoni. Nie wzięła go. – Cóż za piękna, smutna nazwa.

Potknęłam bez uśmiechu.

– Bo to piękne, ponure miejsce. Kiedy Angelika wypłakała wszystkie łzy, cisnęła pierścień do wody, a potem sama się do niej rzuciła. Utonęła. Kiedy pierścień wypłynął na powierzchnię, był przesycony magią…

Z ulicy dobiegły krzyki, więc urwałam w pół słowa. Minęła nas grupka mężczyzn, fałszujących jakąś biesiadną piosenkę. Schowałyśmy się głębiej w cień.

Rozluźniłam się dopiero, gdy ich głosy ucichły.

– Jak uciekłaś?

– Przez okno. – Wyszczerzyła zęby w uśmiechu, widząc moje wyczekujące spojrzenie. – Kapitan i jego sługusi za bardzo przejęli się tobą, żeby zwracać na mnie uwagę.

– Aha. – Zacisnęłam usta i oparłam się o mur. – Wobec tego nie ma za co. Jak udało ci się mnie znaleźć?

Podciągnęła rękaw. Jej rękę i nadgarstek szpeciły blizny, ze świeżej rany wciąż płynęła krew. Ślad po każdym czarze, jaki kiedykolwiek rzuciła. Z tego, co nauczyła mnie o Dames Rouges, wiedziałam tylko, że ich krew jest ważnym składnikiem większości zaklęć – czasami miesza się ją z krwią innych, czasami gotuje, odparowuje lub dusi. Nie rozumiałam tego. Krwawe czarownice nie podlegały żadnym prawom ani regułom. Ich magia nie opierała się na równowadze. Była dzika, nieprzewidywalna… i niebezpieczna.

To dlatego Angelika zakazała jej w Chateau le Blanc sto lat temu. Niektóre krwawe czarownice zaczęły bowiem… eksperymentować na wieśniakach.

Coco uniosła brew i roztarła odrobinę krwi między palcami.

– Naprawdę chcesz wiedzieć?

– Chyba się domyślam. – Westchnęłam i zsunęłam się po ścianie, żeby usiąść na brudnej ulicy. Zamknęłam oczy.

Coco przyłączyła się do mnie. Po kilku sekundach ciszy szturchnęła mnie kolanem, a ja zmusiłam się do otwarcia oka. Wyglądała niezwykle poważnie.

– Ten policjant mnie widział, Lou.

– Słucham? – Aż podskoczyłam, oczy miałam już szeroko otwarte. – Jak?

Wzruszyła ramionami.

– Czekałam w okolicy dla zyskania pewności, że uda ci się uciec. Naprawdę miałam szczęście, że to był policjant. Prawie się posikał, kiedy dotarło do niego, że jestem czarownicą. Dzięki czemu łatwiej mi było wyskoczyć przez okno.

Cholera. Poczułam ukłucie w sercu.

– W takim razie chasseurzy też już wiedzą. I już cię szukają. Musisz wydostać się z miasta jak najszybciej, jeszcze tej nocy. Teraz. Skontaktuj się z ciotką. Odnajdzie cię.

– Ciebie też będą szukać. Nawet jeśli nie zniknęłaś bez śladu, wiedzą, że zadawałaś się z czarownicą. – Pochyliła się i objęła kolana rękami, nie zważając na krew. Rozmazała ją sobie na spódnicy. – Jaki masz plan?

– Nie wiem – przyznałam cicho. – Mam Pierścień Angeliki. To musi wystarczyć.

– Potrzebujesz ochrony. – Wzdychając, ujęła moją zdrową dłoń. – Chodź, moja ciotka…

– Mnie zabije.

– Nie pozwolę jej. – Z pasją kręciła głową, aż loki podskakiwały wokół jej twarzy. – Różnisz się od pozostałych czarownic. Jesteś podobna do nas. Zrozumie to.

Nie miałam zamiaru się kłócić. Oczy Coco lśniły, wciąż była tak samo nieprzejednana jak wtedy, gdy po raz pierwszy spotkałyśmy się jako dzieci. Ktoś ją wtedy pobił, jej krew skapywała na sosnowe igły w lesie. Chociaż nie chciała mi powiedzieć, kto jej to zrobił, miałam pewne podejrzenia.

– Ale inne nie. – Westchnęłam ciężko. – Będzie kwestią czasu, nim ktoś z twojego kowenu zadźga mnie we śnie lub wyda jej.

Oczy Coco zalśniły.

– Rozoram jej gardło.

Uśmiechnęłam się smutno.

– Bardziej martwi mnie teraz własne gardło.

– To co zamierzasz? – Puściła moją dłoń i wstała. – Po prostu wrócisz do Soleil et Lune?

– Na razie tak. – Wzruszyłam ramionami, jakbym się nie przejmowała, ale wyszło sztywno i nieprzekonująco. – Nikt oprócz Basa nie wie, że tam mieszkam, a jemu też udało się uciec.

– Zostanę z tobą.

– Nie. Nie pozwolę ci spłonąć przeze mnie.

– Lou…

– Nie.

Westchnęła z niezadowoleniem.

– Dobrze. Sama nadstawiaj karku. Ale… pozwól mi przynajmniej naprawić twoje palce.

– Koniec z magią na dzisiaj.

– Ale…

– Coco. – Łagodnie ujęłam ją za rękę, łzy piekły mnie w oczy. Obie wiedziałyśmy, że przeciąga tę chwilę. – Nic mi nie będzie. To tylko złamane palce. Idź już. Uważaj na siebie.

Pociągnęła nosem, potrząsnęła głową, próbując pozbyć się łez.

– Ty również.

Uścisnęłyśmy się, ale żadna nie kwapiła się do odejścia. Pożegnania były czymś ostatecznym, a my miałyśmy się kiedyś ponownie spotkać. Nie wiedziałam gdzie i kiedy, ale byłam tego pewna.

Bez słowa wypuściła mnie z objęć i rozpłynęła się w cieniu.

Nie zdążyłam opuścić bocznej uliczki, kiedy drogę zagrodziły mi dwa duże cienie. Przeklęłam, gdy popchnęli mnie na ścianę. Andre i Grue. Oczywiście. Chociaż się szarpałam, nie miałam z nimi szans. Byli ode mnie znacznie ciężsi.

– Jak się masz, słodka? – Szydził Andre. Był wyższy niż Grue, miał długi, wąski nos i za dużo zębów. Tłoczyły się w jego ustach, żółte, połamane i nierówne. Odsunęłam się, tłumiąc odruch wymiotny, gdy na mnie chuchnął, ale wtedy Grue zanurzył nos w moich włosach.

– Mmm. Ładnie pachniesz, Lou Lou. – W odpowiedzi walnęłam go głową. Jego nos chrupnął, a on odskoczył, paskudnie klnąc, po czym złapał mnie za szyję. – Ty mała dziwko…

Kopnęłam go w kolano i jednocześnie przyłożyłam Andre z łokcia w brzuch. Gdy jego uścisk zelżał, rzuciłam się biegiem w stronę ulicy, ale w ostatniej chwili złapał mnie za płaszcz. Moje stopy straciły kontakt z podłożem i z hukiem upadłam na bruk. Kopniakiem przewrócił mnie na brzuch i przyszpilił do ziemi, kładąc nogę na moim kręgosłupie.

– Daj nam pierścień, Lou.

Chociaż wiłam się, żeby pozbawić go równowagi, on tylko mocniej mnie dociskał. Poczułam ostry ból w plecach.

– Nie mam… – Pochylił się i zanim dokończyłam zdanie, wcisnął moją twarz w ziemię. Pękła mi kość w nosie i poczułam w gardle mdlący smak krwi. Zakrztusiłam się, zobaczyłam gwiazdy przed oczami i walczyłam, by nie stracić przytomności. – Nakryli nas policjanci, dupku! – Dopiero teraz zaświtało mi w głowie. – Czy to wy? Czy to wy ich nasłaliście, gnoje?

 

Grue warknął i wstał, wciąż trzymając się za kolano. Z jego nochala spływała krew i skapywała po brodzie. Mimo oślepiającego bólu poczułam mściwą satysfakcję. Wiedziałam, że nie powinnam kpić, ale ciężko było – bardzo ciężko – się powstrzymać.

– Nie jestem kapusiem. Przeszukaj ją, Andre.

– Jeśli jeszcze raz mnie dotkniesz, przysięgam, że wydrapię ci pieprzone oczy…

– Nie rozpędzaj się, Lou Lou. – Andre szarpnął mnie za włosy i odsłonił gardło, po czym przesunął po nim ostrzem noża. – Chyba jednak ja cię przeszukam. Każdy zakamarek i szparkę. Nie wiadomo, gdzie go schowałaś.

W tej chwili coś mi się przypomniało. Wspomnienie było wyraźne jak kryształ.

Moje gardło nad umywalką. Wszystko białe.

A potem czerwone.

Eksplodowałam pod nim w plątaninie kończyn, paznokci i zębów, drapałam, gryzłam i kopałam każdy fragment jego ciała, którego udało mi się dosięgnąć. Odskoczył z krzykiem, zawadzając ostrzem o mój policzek – ale nie poczułam ukłucia. Niczego nie czułam – ani powietrza w płucach, ani drżenia rąk, ani łez na twarzy. Nie przestawałam, dopóki moje palce nie znalazły jego oczu.

– Czekaj! Proszę! – Zamknął je, ale ja naciskałam, wcisnęłam szpony pod jego powieki, w oczodoły. – Przepraszam! Wierzę ci!

– Przestań! – Kroki Grue załomotały tuż za mną. – Przestań, bo…

– Dotknij mnie, a go oślepię.

Kroki nagle ucichły, a ja usłyszałam, jak przełyka ślinę.

– Ty… Po prostu daj nam coś, Lou. Wiem, że zabrałaś temu kutasowi coś więcej niż tylko pierścień.

– Niczego nie muszę wam dawać. – Wycofując się powoli w stronę ulicy, jedną ręką mocno ściskałam szyję Andre. Druga wciąż znajdowała się przy jego oku. Z każdym krokiem wracało mi czucie w kończynach. W umyśle. Potwornie bolały mnie połamane palce. Szybko mrugałam i próbowałam pozbyć się guli w gardle. – Nie idźcie za mną, bo skończę, co tu zaczęłam.

Grue ani drgnął. Andre tylko jęknął.

Kiedy dotarłam do ulicy, bez wahania pchnęłam Andre w otwarte ramiona kompana, odwróciłam się i uciekłam do Soleil et Lune.

Nie zatrzymywałam się, żeby zatamować krwawienie czy nastawić palce, dopóki nie znalazłam się w bezpiecznych trzewiach teatru. Nie miałam wody do umycia twarzy, więc dotąd tarłam krew sukienką, aż większość znalazła się na tkaninie. Palce były już sztywne, ale przygryzłam rąbek płaszcza i nastawiłam kości, do usztywnienia używając kawałka fiszbiny z zepsutego gorsetu.

Byłam wykończona, ale nie mogłam spać. Podskakiwałam, słysząc każdy szmer, na strychu było dla mnie zbyt ciemno. Pojedyncze rozbite okno – moje jedyne wejście – wpuszczało blask księżyca. Skuliłam się pod nim i starałam nie myśleć o bólu pulsującym w twarzy i w ręce. Przez chwilę rozważałam wyprawę na dach. Spędziłam wiele nocy ponad miastem, rozkoszując się blaskiem gwiazd na policzkach i wiatrem we włosach.

Ale nie tej nocy. Byłam poszukiwana przez chasseurów i policjantów. Co gorsza, Coco odeszła, a Bas mnie porzucił, gdy tylko zaczęło robić się gorąco. Zamknęłam oczy i pogrążyłam się w rozpaczy. Co za cholerny bałagan.

Przynajmniej mam pierścień, a ona mnie jeszcze nie znalazła. Tyle dobrego. Ta myśl w końcu ukołysała mnie do niespokojnego snu.

Inne książki tego autora