Gołąb i wąż

Tekst
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Mój wstyd zapiekł jeszcze mocniej. Wysiłkiem woli zdołałem rozluźnić zaciśnięte dłonie. Nie zasługiwałem na żadne pochwały – ani ze strony króla, ani mojego zwierzchnika. Zawiodłem ich dzisiaj. Złamałem pierwszą regułę mojego bractwa: Nie pozwolisz przeżyć żadnej czarownicy.

Ja pozwoliłem czterem.

Co gorsza, chciałem nawet…

Zadrżałem, nie byłem w stanie o tym myśleć.

– Nie mogę tego przyjąć.

– Dlaczego nie? – Uniósł ciemną brew i ponownie się pochylił. Skurczyłem się pod jego uważnym spojrzeniem. – Jako jedyny pamiętałeś o swojej misji. Jako jedyny rozpoznałeś, kim naprawdę była staruszka.

– Jean Luc…

Niecierpliwie machnął ręką.

– Odnotowałem twoją pokorę, Reid, ale nie powinieneś posuwać się do fałszywej skromności. Ocaliłeś dziś wiele istnień.

– Ja… Ekscelencjo… – Potykałem się na słowach i wbijałem wzrok w swoje dłonie. Ponownie zacisnęły się w pięści.

Jak zawsze arcybiskup zrozumiał mnie bez dalszych wyjaśnień.

– Ach, no tak… – Jego głos złagodniał. Podniosłem wzrok i zobaczyłem, że patrzy na mnie z enigmatyczną miną. – Jean Luc opowiedział mi o tym nieszczęsnym spotkaniu.

Chociaż mówił łagodnie, w jego tonie pobrzmiewało rozczarowanie. Ponownie poczułem wzbierającą falę wstydu. Spuściłem głowę.

– Przepraszam, ekscelencjo. Nie wiem, co we mnie wstąpiło.

Głośno westchnął.

– Nie obawiaj się, synu. Kobiety są niegodziwe, szczególnie czarownice. Ich przebiegłość nie zna granic.

– Proszę mi wybaczyć, ekscelencjo, ale nigdy wcześniej nie widziałem takich czarów. Czarownica była starą babą, ale… się zmieniła. – Znowu wbiłem wzrok w swoje pięści. Wydusiłem kolejne zdanie: – Zmieniła się w piękną kobietę. – Zaczerpnąłem powietrza, zacisnąłem zęby i podniosłem wzrok. – Piękną kobietę przy nadziei.

Wydął wargi.

– Matkę.

– Słucham?

Wstał, założył ręce na plecach i zaczął krążyć po gabinecie.

– Zapomniałeś o świętokradzkich naukach czarownic, Reid?

Pokręciłem głową, płonęły mi uszy i przypomniałem sobie srogiego diakona z dzieciństwa. Skromną salę katechetyczną przy świątyni. Spłowiałą Biblię w moich rękach.

Czarownice nie czczą naszego Pana i Zbawcy, nie uznają świętego przymierza Ojca, Syna i Ducha Świętego. Wyznają inną, bałwochwalczą trójcę. Potrójną Boginię.

Nawet gdybym nie dorastał w kościele, jak każdy chasseur przed złożeniem przysięgi uczyłbym się nikczemnej ideologii czarownic.

– Panna, Matka i Starucha – wymamrotałem.

Potaknął, a ja poczułem, że rozlewa się we mnie ciepła satysfakcja.

– Ucieleśnienie kobiecości w cyklu narodzin, życia i śmierci… między innymi. Oczywiście jest to bluźnierstwo. – Prychnął i pokręcił głową. – Jakby Bóg mógł być kobietą.

Zmarszczyłem brwi, unikałem jego spojrzenia.

– Naturalnie, ekscelencjo.

– Czarownice wierzą, że ich królowa, La Dame des Sorcières, została pobłogosławiona przez boginię. Sądzą, że może dowolnie zmieniać swoją formę w ramach trójcy świętej. – Zamilkł, zacisnął usta i spojrzał na mnie. – Wydaje mi się, że dzisiaj miałeś okazję zobaczyć ją we własnej osobie.

Spojrzałem na niego, nie kryjąc zdziwienia.

– Morgane le Blanc?

Skinął głową.

– Dokładnie tak.

– Ale, ekscelencjo…

– To wyjaśnia pokusę. To, że nie byłeś w stanie kontrolować najniższych instynktów. La Dame des Sorcières dysponuje niewiarygodnie potężną mocą, Reid, zwłaszcza w tej formie. Czarownice twierdzą, że Matka reprezentuje płodność, spełnienie i… seksualność. – Jego twarz wykrzywiła się z niesmakiem, jakby to słowo zostawiło gorzki posmak w jego ustach. – Słabszy od ciebie uległby pokusie.

Ale ja też chciałem. Twarz paliła mnie do bólu. Milczeliśmy. Usłyszałem kroki i poczułem dłoń arcybiskupa na ramieniu.

– Wyrzuć to z pamięci, żeby trucizna tej kreatury nie zainfekowała twoich myśli i nie zniszczyła twojej duszy.

Przełknąłem głośno ślinę i zmusiłem się do spojrzenia mu w oczy.

– Już nigdy nie zawiodę, ekscelencjo.

– Wiem. – Żadnego wahania. Żadnej niepewności. Poczułem wielką ulgę. – Życie, które wybraliśmy, życie powściągliwe i skromne, nie jest pozbawione pewnych trudności. – Zacisnął palce na moim ramieniu. – Jesteśmy ludźmi. Od zarania dziejów mężczyźni zmagają się z pokusą ze strony kobiet. Nawet w doskonałym Ogrodzie Edenu Ewa namówiła Adama do grzechu. – Kiedy nic nie odpowiedziałem, puścił moje ramię i westchnął. Był znużony. – Powierz tę sprawę Panu, Reid. Wyznaj swoje grzechy, a On da ci odkupienie. A jeśli… wciąż nie będziesz mógł pogodzić się z tą przypadłością, być może znajdziemy ci żonę.

Jego słowa niczym cios uderzyły w moją dumę i mój honor. Poczułem złość. Wielką. Gwałtowną. Odurzającą. Jedynie garstka braci pojęła żony, odkąd król powołał nasz święty zakon, a większość z nich w końcu zrezygnowała i opuściła Kościół.

A jednak… kiedyś przez pewien czas brałem to pod uwagę. Pragnąłem tego. Ale już nie.

– To nie będzie konieczne, ekscelencjo.

Jakby wyczuwając moje myśli, arcybiskup powoli mówił dalej:

– Nie muszę ci chyba przypominać o twoich poprzednich występkach, Reid. Dobrze wiesz, że Kościół nie może nikogo przymusić do celibatu, nawet chasseura. Jak powiedział Piotr: „Lecz jeśli nie potrafiliby zapanować nad sobą, niech wstępują w związki małżeńskie. Lepiej jest bowiem żyć w małżeństwie niż płonąć”. Jeśli twoim życzeniem jest mieć żonę, żaden z braci ani ja nie możemy cię przed tym powstrzymać. – Zamilkł i uważnie na mnie popatrzył. – Być może młoda Mademoiselle Tremblay będzie cię jeszcze chciała?

Na te słowa przed oczami stanęła mi twarz Celii. Delikatna. Piękna. Jej zielone oczy wypełnione łzami. Wsiąkały w czarny materiał żałobnej sukni.

Nie możesz dać mi swojego serca, Reid. Nie mogę mieć tego na sumieniu.

Celio, proszę…

Te potwory, które zamordowały Pip, nadal tutaj są. Należy je ukarać. Nie będę odciągała cię od misji. Jeśli musisz komuś oddać serce, oddaj je swojemu bractwu. Proszę, proszę, zapomnij o mnie.

Nigdy o tobie nie zapomnę.

Musisz.

Odsunąłem od siebie to wspomnienie, zanim całkowicie mną zawładnęło.

Nie. Nigdy się nie ożenię. Po śmierci siostry Celia postawiła sprawę jasno.

– „Tym zaś, którzy nie wstąpili w związki małżeńskie, oraz tym, którzy już owdowieli, mówię: dobrze będzie, jeśli pozostaną jak i ja” – dokończyłem cicho i spokojnie. Wpatrywałem się w swoje pięści spoczywające na udach, wciąż przeżywałem żałobę za swoją przyszłością i rodziną, której nigdy nie ujrzę. – Ekscelencjo, proszę… nie wydaje mi się, że mógłbym zaryzykować swoją przyszłość w zakonie chasseurów i wstąpić w związek małżeński. Niczego bardziej nie pragnę niż służyć Bogu… i tobie, ekscelencjo.

Popatrzyłem na niego, a on uśmiechnął się blado.

– Twoje poświęcenie Bogu bardzo mnie raduje. A teraz sprowadź mój powóz. Mam stawić się w zamku w sprawie książęcego balu. Jeśli o mnie chodzi, to niepotrzebny kaprys, ale August lubi rozpieszczać syna…

Resztę jego słów zagłuszyło niecierpliwe pukanie do drzwi. Jego uśmiech zniknął w jednej chwili, skinął głową na znak, że jestem wolny. Wstałem, a on obszedł biurko.

– Proszę.

Wszedł młody, patykowaty nowicjusz. Ansel. Szesnastolatek. Osierocony w dzieciństwie podobnie jak ja. Za dzieciaka prawie się nie znaliśmy, chociaż obaj zostaliśmy wychowani przez Kościół. Był zbyt młody, by przystawać ze mną i Jean Lukiem.

Skłonił się, prawą dłoń położył na sercu.

– Przepraszam, że przeszkadzam, Wasza Ekscelencjo. – Podskakiwała mu grdyka, gdy wyciągnął rękę z listem. – Korespondencja. Jakaś kobieta przyniosła ten list pod same drzwi. Uważa, że dziś wieczorem na West Endzie pojawi się czarownica, w pobliżu parku Brindelle.

Zamarłem. Tam właśnie mieszkała Celia.

– Kobieta? – Arcybiskup zmarszczył czoło i wziął list. Pieczęć miała kształt róży. Spomiędzy fałd swojej szaty wyjął nóż, by przeciąć kopertę. – Jaka?

– Nie znam jej, ekscelencjo. – Policzki Ansela zrobiły się różowe. – Miała rude włosy i była bardzo… – odkaszlnął i wbił wzrok w swoje buty – bardzo piękna.

Arcybiskup jeszcze bardziej się zdziwił i otworzył list.

– Nie należy przywiązywać się do ziemskiego piękna, Ansel – powiedział i spojrzał na list. – Spodziewam się ciebie jutro przy konfesjona… – Zrobił wielkie oczy, czytając pismo.

Podszedłem.

– Ekscelencjo?

Zignorował mnie, nie odrywał wzroku od kartki. Zrobiłem jeszcze krok, aż wreszcie uniósł głowę. Zamrugał oczami.

– Ja… – pokręcił głową i odchrząknął, po czym znów spojrzał na wiadomość.

– Ekscelencjo? – powtórzyłem.

Na dźwięk mojego głosu rzucił się w stronę kominka i wrzucił list do ognia.

– Nic mi nie jest – odrzekł, zakładając ręce za sobą. Widziałem, że drżały. – Nie martw się.

Ale się martwiłem. Znałem arcybiskupa lepiej niż inni i wiedziałem, że nigdy się nie trząsł. Popatrzyłem na kominek, gdzie list zmienił się już w popiół. Zacisnąłem dłonie w pięści. Jeśli jakaś czarownica spróbowałaby zaatakować Celię podobnie jak Filippę, rozszarpię ją na kawałki. Zanim z nią skończę, będzie błagała o spalenie na stosie.

Jakby wyczuwając, że na niego patrzę, arcybiskup odwrócił się do mnie.

– Kapitanie Diggory, zbierz oddział. – Jego głos był już spokojniejszy. Zimniejszy. Ponownie rzucił okiem na kominek i zrobił jeszcze bardziej zaciętą minę. – Szczerze mówiąc, wątpię w prawdomówność tej kobiety, ale musimy postąpić zgodnie z tym, do czego obliguje nas przysięga. Przeszukać okolicę. Natychmiast zdać raport.

 

Położyłem dłoń na sercu, ukłoniłem się i ruszyłem w stronę drzwi, ale poczułem jego palce na swojej ręce. Już nie drżały.

– Jeśli naprawdę na West Endzie znajduje się czarownica, macie ją sprowadzić żywą.

Potakując, skłoniłem się ponownie. Załatwione. Czarownica nie potrzebuje kończyn do życia. Nie potrzebuje nawet głowy. Może się uratować, dopóki nie spłonie. Nie złamię żadnego z przykazań arcybiskupa. Jeśli sprowadzenie żywej czarownicy pomoże złagodzić jego nagły niepokój, przyprowadzę trzy. Dla niego. Dla Celii. I dla siebie.

– Zrozumiałem.

SKOK

Lou

Tego wieczoru pospiesznie założyłyśmy kostiumy w Soleil et Lune. Nasza bezpieczna przystań i ulubione miejsce, strych teatru, zapewniała niekończący się zapas przebrań – sukni, płaszczy, peruk, butów, a nawet bielizny w każdym rozmiarze, kształcie i kolorze. Dzisiaj Bas i ja przechadzaliśmy się w świetle księżyca jako młoda, zakochana para, odziani w bogate, okazałe szaty arystokratów. Coco szła za nami jako eskorta.

Wtuliłam się w jego chude ramię i posłałam mu zachwycone spojrzenie.

– Dziękuję, że nam pomagasz.

– Ach, Louey, wiesz, że nie cierpię tego słowa. Pomoc sugeruje, że wyświadczam jakąś przysługę.

Uśmiechnęłam się ironicznie i przewróciłam oczami.

– Broń Boże, żebyś zrobił coś z dobroci serca.

– W moim sercu nie ma żadnej dobroci. – Zadziornie puścił oko i przyciągnął mnie do siebie, po czym pochylił się, żeby móc szeptać mi do ucha. Czułam jego ciepły, zbyt ciepły oddech na szyi. – Tylko złoto.

Jasne. Szturchnęłam go łokciem, co było pozornie niewinnym gestem, i odsunęłam się od niego. Po koszmarnej paradzie spędziliśmy większą część popołudnia, knując, jak przedrzeć się przez ochronę Tremblaya, której istnienie potwierdziliśmy podczas przechadzki pod jego domem. Kuzyn Basa mieszkał w pobliżu Tremblaya, więc miejmy nadzieję, że nasza obecność tam nie wzbudziła podejrzeń.

Było dokładnie tak, jak opisał Bas: trawnik za płotem, co pięć minut przy bramie pojawiali się strażnicy. Zapewnił, że dodatkowa ochrona czeka w środku, razem z wyszkolonymi do zabijania owczarkami. Chociaż personel Tremblaya prawdopodobnie będzie spał podczas naszej wizyty, były jeszcze inne niewiadome, nad którymi nie mieliśmy kontroli. Na przykład kwestia lokalizacji skarbca – jego odnalezienie może potrwać kilka dni, a my będziemy mieć zaledwie kilka godzin do powrotu Tremblaya.

Przełykając głośno ślinę, poprawiłam perukę – blond włosy utapirowane i usztywnione pomadą – a potem wygładziłam aksamitną wstążkę na szyi. Wyczuwając mój niepokój, Coco dotknęła dłonią moich pleców.

– Nie denerwuj się, Lou. Nic ci się nie stanie. Drzewa w Brindelle zamaskują magię.

Potaknęłam i zmusiłam się do uśmiechu.

– Jasne. Przecież wiem.

Skręciwszy w ulicę, przy której mieszkał Tremblay, zamilkliśmy. Eteryczne, wysmukłe drzewa w parku Brindelle lekko lśniły. Setki lat temu były częścią świętego gaju moich przodków. Kiedy Kościół przejął kontrolę nad Belterrą, władze próbowały spalić je do korzeni, ale zaliczyły spektakularną klapę. Drzewa odrosły. Po kilku dniach znów wznosiły się nad ziemią, a osadnicy zostali zmuszeni pobudować domy naokoło. Ich magia wciąż rozbrzmiewała pod moimi stopami, starodawna i niezmieniona.

Po chwili Coco westchnęła i ponownie dotknęła moich pleców. Jakby niechętnie.

– Ale i tak musisz być ostrożna.

Bas odwrócił się do nas i zmarszczył brwi.

– Słucham?

Nie odpowiedziała.

– Jest coś… co czeka na ciebie u Tremblaya. Może jest to pierścień, a może coś innego. Nie widzę dokładnie.

– Co takiego? – Zatrzymałam się w pół kroku i odwróciłam do niej. – Co to ma znaczyć?

Spojrzała na mnie ze zbolałą miną.

– Powiedziałam ci. Nie widzę tego. Wszystko jest jakby za mgłą i drży, ale coś tam na pewno jest. – Zamilkła na chwilę, przechyliła głowę, jakby się mi przypatrywała, a raczej jakby patrzyła na coś, czego ja nie dostrzegałam. Coś ciepłego, wilgotnego i poruszającego się tuż pod moją skórą. Stłumiłam dreszcz. – Może być niebezpieczne, ale wydaje mi się, że cokolwiek tam jest, nie zrobi ci krzywdy. Ale na pewno ma moc.

Parsknęłam z niedowierzaniem.

– Dlaczego nie powiedziałaś mi wcześniej?

– Bo wcześniej tego nie widziałam.

– Coco, planowaliśmy to przez cały dzień…

– To nie ja wymyślam zasady, Lou – odpysknęła. – Widzę jedynie to, co pokaże mi krew.

Pomimo protestów Basa Coco uparła się, by przed wyjściem nakłuć nasze palce. Próbowałam nie wzdrygać się na wspomnienie tego, jak próbowała mojej krwi. Jako Dame Rouge Coco nie przyjmowała magii z ziemi jak reszta z nas. Jej magia była inna. Mroczniejsza.

Pochodziła z krwi.

Nie miałam jej tego za złe, w przeciwieństwie do moich krewnych. Dames Rouges były rzadkością. Pariasami wśród Dames Blanches.

Dobrze się dobrałyśmy. Zwykle się między nami układało.

– Drogie panie – Bas mówił przez zęby, kłaniając się uprzejmie jakiejś parze po drugiej stronie ulicy ze sztucznym uśmiechem. – Sugeruję, byśmy przełożyli tę rozmowę. Nie mam zamiaru dziś w nocy zostać upieczony na rożnie.

– Nie ciebie upieką – wymamrotałam pod nosem, gdy podjęliśmy spacer. – Nie jesteś czarownicą.

– Nie – zgodził się i z rozmysłem skinął głową – chociaż to mogłoby być przydatne. Zawsze uważałem za nieuczciwe, że mężczyzn omija cała zabawa.

Coco kopnęła kamyk za jego plecami.

– Można nam pozazdrościć zwłaszcza prześladowania.

Odwrócił się do niej z ponurą miną, ssąc czubek palca wskazującego, gdzie już prawie nie było widać śladu po jej szpilce.

– Zawsze musisz być ofiarą, nieprawdaż, moja droga?

Ponownie go szturchnęłam. Tym razem mocniej.

– Zamknij się, Bas.

Kiedy otworzył usta, żeby zaoponować, Coco posłała mu koci uśmiech.

– Uważaj, wciąż mam w sobie twoją krew.

Spojrzał na nią z przerażeniem.

– Tylko dlatego, że siłą ją ze mnie wycisnęłaś!

Wzruszyła ramionami, zupełnie jej to nie poruszyło.

– Musiałam sprawdzić, czy coś ciekawego przydarzy ci się tej nocy.

– I co? – Bas spojrzał na nią wyczekująco. – Przydarzy?

– Nie chciałbyś wiedzieć.

– Niewiarygodne! Powiedz mi, jaki jest sens w tym, że pozwoliłem ci wyssać moją krew, skoro nie zamierzasz podzielić się wiedzą…

– Już ci powiedziałam. – Przewróciła oczami, udając znudzenie, i przyjrzała się bliźnie na swoim nadgarstku. – Widzę tylko urywki, a przyszłość się zmienia. Wieszczenie tak naprawdę nie jest moją mocną stroną. Na przykład moja ciotka widzi tysiące możliwości, jeśli tylko posmakuje…

– Fascynujące. Nie wyobrażasz sobie, jak lubię te nasze pogawędki, ale wolałbym raczej nie słuchać o szczegółach związanych z przepowiadaniem przyszłości z krwi. Jestem pewien, że to rozumiesz.

– To ty powiedziałeś, że fajnie byłoby być czarownicą – wytknęłam mu.

– Chciałem być szarmancki!

– Och, proszę. – Coco prychnęła. Kopnęła w niego kolejnym kamyczkiem i uśmiechnęła się triumfalnie, gdy trafił go prosto w pierś. – Jesteś najmniej szarmancką osobą, jaką znam.

Patrzył spode łba raz na jedną, raz na drugą, nieudolnie próbując zdławić nasz śmiech.

– A więc tak odpłacacie mi za pomoc. Być może powinienem wrócić do mojego kuzyna.

– Och, zamknij się, Bas. – Uszczypnęłam go w rękę, a on spojrzał na mnie z wyrzutem. Pokazałam mu język. – Zgodziłeś się nam pomóc, poza tym zgarniesz swoją dolę. A ona przyjęła zaledwie kroplę twojej krwi. Niedługo ją wydali.

– Lepiej żeby tak było.

W odpowiedzi Coco pstryknęła palcami, a Bas podskoczył i zaklął, jakby jego portki zajęły się ogniem.

– To nie było zabawne.

I tak się roześmiałam.

Dom Tremblaya pojawił się przed naszymi oczami zbyt szybko. Zbudowany z ładnego, jasnego kamienia, wyróżniał się spośród innych rezydencji, chociaż wydawało się, że jego splendor nieco przygasł. Po tynku powoli pięły się zielone plamy, a wiatr miotał suchymi liśćmi po trawniku za płotem. Zbrązowiałe hortensje i róże tkwiły w klombach, a obok nich rosło niepasujące tutaj, egzotyczne drzewko pomarańczowe. Takie korzyści z handlu na czarnym rynku.

Zastanawiałam się, czy Filippa lubiła pomarańcze.

– Masz środek uspakajający? – Bas zapytał szeptem Coco. Stanęła obok nas i potaknęła, wyjmując paczuszkę z płaszcza. – Dobrze. Jesteś gotowa, Lou?

Nie odpowiedziałam mu, tylko chwyciłam rękę Coco.

– Jesteś pewna, że nie zaszkodzi psom?

Bas warknął coś niecierpliwie, lecz Coco uciszyła go kolejnym pstryknięciem. Potaknęła jeszcze raz i dotknęła swojego przedramienia ostrym paznokciem.

– Po jednej kropli mojej krwi dodanej do proszku na każdego psa. To tylko suszona lawenda – dodała, unosząc paczuszkę. – Uśpi je na jakiś czas.

Puściłam jej rękę i skinęłam głową.

– Dobrze. Chodźmy.

Założywszy kaptur, zaczęłam skradać się cicho pod otaczający posiadłość płot z kutego żelaza. Chociaż nie słyszałam ich kroków, wiedziałam, że idą za mną, trzymając się blisko cienia rzucanego przez żywopłot.

Zamek w bramie był prosty i mocny, zrobiono go z tego samego żelaza co ogrodzenie. Wzięłam głęboki wdech. Byłam w stanie to zrobić. Minęły dwa lata, ale na pewno, na pewno jestem w stanie otworzyć prosty zamek. Gdy mu się przyglądałam, lśniący, złoty sznurek uniósł się nad ziemię i owinął wokół niego. Pulsował przez sekundę, po czym owinął się także wokół mojego palca wskazującego, łącząc nas. Westchnęłam z ulgą, a potem zaczerpnęłam haust powietrza, żeby uspokoić nerwy. Jakby wyczuwając moje wahanie, pojawiły się jeszcze dwa sznurki i podryfowały w stronę Coco i Basa, znikając w ich klatkach piersiowych. Skrzywiłam się, widząc te cholerstwa.

Sama wiesz, że nie ma nic za darmo, wyszeptał paskudny głos z tyłu mojej głowy. Coś za coś. Twoja kość za zamek… albo twój związek. Natura lubi równowagę.

Natura może się ode mnie odwalić.

– Czy coś się stało? – Bas wysunął się ostrożnie do przodu, zerkał raz na mnie, raz na bramę, ale nie mógł zobaczyć złotych postronków. Istniały jedynie w mojej głowie. Odwróciłam się do niego z wyzwiskami na końcu języka.

Ty bezużyteczny tchórzu. To chyba jasne, że nie mogłam się w tobie zakochać.

Ty już się zakochałeś w sobie.

I jesteś okropny w łóżku.

Z każdym słowem sznurek pomiędzy nim a zamkiem pulsował jaśniejszym blaskiem. Ale… nie. Poruszyłam się, zanim naszły mnie wątpliwości, i szybko zgięłam palec. Ból przeszył mi dłoń. Zacisnęłam zęby, zauważyłam, jak sznurek znika na powrót w ziemi w chmurze złotego pyłu. Poczułam dziką satysfakcję, gdy usłyszałam kliknięcie otwierającego się zamka.

Zrobiłam to.

Pierwszy etap mojej pracy dobiegł końca.

Nie miałam czasu świętować. Zamiast tego szybko uchyliłam bramę, uważając, by nie urazić palca wskazującego, który sterczał teraz pod dziwnym kątem, i weszłam na teren posiadłości. Coco przemknęła obok, kierując się do drzwi frontowych, Bas trzymał się tuż za nią.

Wcześniej ustaliliśmy, że Tremblay zatrudniał sześciu strażników do patrolowania domu. Trzech będzie w środku, ale nimi zajmie się Bas. Nieźle wywijał nożem. Wzdrygnęłam się i wkroczyłam na trawnik. Moje cele na zewnątrz spotka łaskawszy los. Miejmy nadzieję.

Nie minęła nawet chwila, gdy zza rogu wyszedł pierwszy strażnik. Nie zawracałam sobie głowy chowaniem się, tylko zdjęłam kaptur i rzuciłam mu wyzywające spojrzenie. Najpierw dostrzegł jednak otwartą bramę i natychmiast sięgnął po miecz. Z mieszaniną podejrzliwości i paniki rozglądał się w poszukiwaniu czegoś, co przeoczył. Wtedy mnie zauważył. Odmówiłam w duchu szybką modlitwę i się uśmiechnęłam.

– Witaj – w moim głosie pobrzmiewał tuzin innych, więc to słowo zabrzmiało słodko i dziwnie, wzmocnione obecnością moich przodków. Ich prochy, dawno wchłonięte przez ziemię, aż same stały się glebą, powietrzem, drzewami i wodą, wibrowały pode mną. We mnie. Moje oczy lśniły jaśniej niż zwykle. Moja skóra błyszczała w świetle księżyca.

Strażnik zrobił rozmarzoną minę, jego ręka poluzowała chwyt na mieczu. Skinęłam na znak, by podszedł. Posłuchał, zbliżał się jak w transie. Stanął w odległości kilku kroków, cały czas nie spuszczając mnie z oczu.

– Poczekasz tu ze mną? – zapytałam tym samym dziwnym głosem. Potaknął. Lekko rozchylił usta, czułam, jak puls mu przyspiesza, śpiewa dla mnie, dodaje mi sił. Patrzyliśmy na siebie, dopóki nie pojawił się kolejny strażnik. Zerknęłam na niego i powtórzyłam cały proces. Zanim zjawił się trzeci, moja skóra lśniła jaśniej od księżyca. – Byliście tacy mili. – Wyciągnęłam do nich ręce. Patrzyli na mnie chciwie. – Przepraszam za to, co teraz zrobię.

 

Zamknęłam oczy, skupiłam się, pod moimi powiekami złoto eksplodowało w niekończącą się, misterną sieć. Złapałam jeden jej koniec i podążyłam za nitką do wspomnienia twarzy Basa – jego blizny, pamiątki po wspólnej nocy. Wymiana. Zacisnęłam dłonie w pięści, wspomnienie zniknęło, gdy świat pod powiekami się zakołysał. Nieprzytomne ciała strażników osunęły się na ziemię.

Zdezorientowana powoli otworzyłam oczy. Sieć się zerwała. Mój żołądek fiknął koziołka i zwymiotowałam na krzak róż.

Stałabym tam przez całą noc – spocona i rzygająca po ponownym spotkaniu z moją stłumioną magią – gdybym nie usłyszała miękkiego zawodzenia owczarków Tremblaya. Coco musiała je znaleźć. Otarłam usta o rękaw, przywołałam się do porządku i podeszłam do drzwi frontowych. Dzisiaj nie było czasu na delikatność.

W środku panowała cisza. Nie słyszałam Coco ani Basa. Zrobiłam kilka kroków i rozejrzałam się: ciemne ściany, drogie meble, niezliczone ozdóbki. Duże dywany w krzykliwe wzory leżały na mahoniowych podłogach, każda powierzchnia była zawalona kryształowymi misami, poduszkami z frędzlami, aksamitnymi pufami. Wszystko to strasznie nudne, moim zdaniem. Chaotyczne. Miałam ochotę zedrzeć zasłony i wpuścić srebrne światło księżyca.

– Lou! – Z klatki schodowej dobiegł mnie syk Basa i prawie wyskoczyłam ze skóry. Przypomniałam sobie ostrzeżenie Coco: Coś czeka na ciebie u Tremblaya. – Przestań śnić na jawie i chodź tutaj.

– Przecież jest noc, pora na sny. – Podbiegłam do niego, bo po plecach przeszedł mi dreszcz.

Ku mojemu zaskoczeniu i zachwytowi Bas znalazł dźwignię na ramie dużego portretu w gabinecie Tremblaya: przedstawiał młodą kobietę z przeszywającymi, zielonymi oczami i kruczoczarnymi włosami. Pogładziłam ją po twarzy.

– Filippa. Jakie to przewidywalne.

– W istocie. – Bas poruszył dźwignią, a portret odskoczył, odsłaniając sejf. – Głupota jest często brana za sentymentalizm. To jest pierwsze miejsce, które sprawdziłem. – Wskazał zamek. – Dasz radę go otworzyć?

Westchnęłam, zerkając na złamany palec.

– A ty nie możesz?

– Zrób to – powiedział niecierpliwie – szybko. Straże mogą się zaraz ocknąć.

Racja. Posłałam niechętne spojrzenie złotemu sznurkowi rozpiętemu pomiędzy mną a zamkiem i zabrałam się do roboty. Tym razem pojawił się szybciej, jakby na mnie czekał. Chociaż przygryzłam usta tak mocno, że pociekła z nich krew, i tak jęknęłam, gdy złamałam kolejny palec. Zamek kliknął i Bas otworzył sejf.

Tremblay schował w środku mnóstwo nudnych rzeczy. Odsunąwszy jego pieczęć, dokumenty urzędowe, listy i spisy, Bas zauważył stos biżuterii i spojrzał na niego łakomie. Były tam przede wszystkim rubiny i granaty, ale też wyjątkowo piękny diamentowy naszyjnik. Cała szkatułka lśniła, wyłożona złotymi couronnes.

Niecierpliwie ją odsunęłam, nie zważając na protesty Basa. Jeśli Tremblay kłamał, jeśli nie miał pierścienia…

W głębi sejfu leżał mały, skórzany album. Otworzyłam go, szkice w środku przedstawiały jakieś dziewczyny, które musiały być Filippą i jej siostrą. Spomiędzy kartek wypadł złoty pierścień. Upadł na dywan, który stłumił hałas. Niczym się nie wyróżniał oprócz tego, że prawie niezauważalnie migotał, a jego pulsowanie szarpało mnie za serce.

Oddech uwiązł mi w gardle, kucnęłam, żeby go podnieść. Był ciepły. Prawdziwy. Oczy wypełniły mi się łzami, bałam się, że zaraz wybuchnę płaczem. Teraz nigdy mnie nie znajdzie. Byłam… bezpieczna. Tak bezpieczna, jak to możliwe.

– Znalazłaś go? – Bas wkładał ostatnie błyskotki i couronnes do swojej torby. Spojrzał wyczekująco na pierścień. – Nie za bardzo jest na czym zawiesić oko, co?

Z dołu dobiegły nas trzy głośne uderzenia. Ostrzeżenie. Bas zmrużył oczy i ostrożnie podszedł do okna. Włożyłam pierścień na palec, gdy był odwrócony tyłem do mnie. Wydawało mi się, że przedmiot lekko westchnął, gdy zetknął się z moim ciałem.

– Cholera! – Bas się odwrócił, miał panikę w oczach, więc porzuciłam myśli o pierścieniu. – Mamy towarzystwo.

Podbiegłam do okna. Na trawniku roiło się od policjantów, którzy zbliżali się do posiadłości. Ale to nie oni napawali mnie lękiem, lecz towarzyszące im niebieskie płaszcze.

Chasseurzy.

Cholera. Cholera, cholera, cholera.

Po co oni tu przyszli?

Tremblay, jego żona i córka pochylali się nad pozbawionymi przytomności strażnikami. Przeklęłam się w duchu, że gdzieś ich nie ukryłam. Głupi błąd, ale byłam zdezorientowana przez czary. Wyszłam z wprawy.

Ku mojemu przerażeniu jeden ze strażników zaczął się wybudzać. Nie wątpiłam, co powie chasseurom, gdy w pełni odzyska świadomość.

Bas już działał, zatrzasnął sejf i umieścił portret na swoim miejscu.

– Dasz radę nas stąd wyciągnąć? – Z jego oczu wyzierały desperacja i strach. Oboje słyszeliśmy policjantów i chasseurów, którzy otaczali posiadłość. Za chwilę wszystkie wyjścia zostaną zablokowane.

Zerknęłam na swoje dłonie. Drżały, ale nie tylko z powodu połamanych palców. Byłam słaba, zbyt słaba, dzisiejszy wieczór mnie wyczerpał. Jak mogłam się do tego stopnia zapuścić? No tak, przypomniałam sobie, nie chciałam ryzykować, że mnie nakryją. Ryzyko było zbyt duże…

– Lou! – Bas chwycił mnie za ramiona i lekko potrząsnął. – Wyciągniesz nas?

Moje oczy wypełniły się łzami.

– Nie – wyszeptałam. – Nie dam rady.

Zamrugał, jego pierś unosiła się i opadała w szybkim rytmie. Chasseurzy coś krzyczeli na dole, ale to nie miało już znaczenia. Liczyła się tylko decyzja, jaką dostrzegłam w oczach Basa, gdy na siebie patrzyliśmy.

– No dobrze. – Uścisnął moje ramiona. – Powodzenia.

A potem odwrócił się i wybiegł z pomieszczenia.

Inne książki tego autora