Gołąb i wąż

Tekst
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

CHASSEUR

Lou

– Zamieniam się w słuch.

Siedząc w zatłoczonej cukierni, Bas uniósł do ust łyżkę chocolat chaud, uważając, żeby nie uronić ani kropli na koronkowy fular. Stłumiłam chęć ochlapania go swoją porcją. Aby zrealizować nasze plany, musiał być w dobrym humorze.

Nikt nie był w stanie tak oszwabić arystokraty jak Bas.

– Chodzi o to – powiedziałam, celując w niego łyżeczką – że możesz zabrać sobie, co zechcesz z domu Tremblaya, ale pierścionek jest nasz.

Pochylił się i wbił spojrzenie ciemnych oczu w moje usta. Kiedy z irytacją otarłam chocolat z wąsów, uśmiechnął się.

– Ach, tak. Magiczny pierścień. Muszę przyznać, że jestem zaskoczony twoim zainteresowaniem podobnym przedmiotem. Myślałem, że porzuciłaś magię?

– Ten pierścień jest inny.

Ponownie spojrzał na moje usta.

– Oczywiście, że jest.

– Bas. – Pstryknęłam palcami przed jego twarzą. – Skup się, proszę. To ważne.

Swojego czasu, gdy przybyłam do Cesarine, sądziłam, że Bas jest dość przystojny. Na tyle, by mieć go na uwadze. Na pewno na tyle, by dać się pocałować. Siedząc naprzeciw niego przy małym stoliku, widziałam ciemną linię jego szczęki. Wciąż była tam mała blizna – tuż pod jego uchem, zakryta zarostem – gdzie ugryzłam go podczas jednej z naszych bardziej namiętnych nocy.

Westchnęłam smutno na to wspomnienie. Miał najpiękniejszy bursztynowy odcień skóry. I taki jędrny tyłeczek.

Zachichotał, jakby czytał mi w myślach.

– Dobrze, Louey. Spróbuję się skupić, pod warunkiem, że ty zrobisz to samo. – Mieszając swoją chocolat, rozparł się na krześle z ironicznym uśmieszkiem. – Więc… chcesz obrabować arystokratę i oczywiście przyszłaś do mistrza po radę.

Prychnęłam, ale ugryzłam się w język. Jako trzeci kuzyn barona w drugiej linii, Bas miał szczególną pozycję, będąc częścią arystokracji, a jednocześnie nie będąc nią. Dzięki majątkowi krewnych mógł nosić najmodniejsze ubrania i brać udział w najwykwintniejszych przyjęciach, ale arystokraci nawet nie pamiętali jego imienia. Co nie było takie złe, jako że zwykle pojawiał się tam, żeby pozbawić ich kilku kosztowności.

– Mądra decyzja – ciągnął – ponieważ durnie tacy jak Tremblay bardzo polegają na ochronie, czyli bramach, zamkach, strażach i odźwiernych, że wymienię tylko kilka. Zapewne nawet bardziej po tym, co stało się z jego córką. Czarownice uprowadziły ją w środku nocy, prawda? Na pewno dodatkowo wzmocnił ochronę.

Filippa coraz bardziej mnie wkurzała.

Spojrzałam na witrynę cukierni spode łba. Pyszniły się tam różne rodzaje ciast: lukrowane torty, głowy cukru, czekoladowe tartaletki, a także makaroniki i owocowe ciastka w każdym kolorze. Wystawę wieńczyły malinowe eklery i jabłkowe tarte tatin.

Przy całej tej dekadencji mnie najbardziej leciała ślinka na widok wielkich, lepkich bułek z cynamonem i bitą śmietaną.

Jakby na zawołanie, Coco usiadła na pustym miejscu obok nas i pchnęła ku mnie talerz bułeczek.

– Masz.

Mogłabym ją ucałować.

– Jesteś boginią. Wiesz o tym?

– Naturalnie. Nie licz jednak, że będę trzymała ci włosy, gdy będziesz po tym rzygać. I wisisz mi jedną couronne.

– Chyba śnisz. To też moje pieniądze…

– Tak, ale gdybyś chciała, mogłabyś naciągnąć Pana na bułeczkę. Ta couronne należy mi się za obsługę.

Zerknęłam przez ramię na niskiego, pulchnego mężczyznę za ladą: Johannes Pan, mistrz cukierniczy i półgłówek. Jednak, co istotne, był bliskim przyjacielem i zausznikiem Mademoiselle Lucidy Bretton.

To ja byłam Mademoiselle Lucidą Bretton. Z blond peruką.

Czasami nie chciało mi się nosić męskiego stroju i szybko odkryłam, że Pan miał słabość do kobiet. Zazwyczaj wystarczyło, żebym zatrzepotała rzęsami. Innymi razy musiałam być… bardziej kreatywna. Zerknęłam na Basa. Nie miał pojęcia, że w ostatnich dwóch latach dopuścił się wszelkiego rodzaju haniebnych czynów w stosunku do Mademoiselle Bretton.

Pan nie radził sobie z kobiecymi łzami.

– Dzisiaj jestem przebrana za faceta. – Wbiłam zęby w pierwszą bułeczkę, od razu pochłaniając połowę – …ozatym on foli – przełknęłam z trudem, aż w oczach pojawiły mi się łzy – blondynki.

Bas patrzył na mnie pożądliwie.

– Wobec tego ma kiepski gust.

– Oj, przestań. – Coco przewróciła oczami. – Daj spokój, dobra? Nie pasuje do ciebie takie smęcenie.

– A tobie nie pasuje ten strój…

Pozwoliłam im się przekomarzać i znowu zajęłam się bułeczkami. Chociaż Coco ukradła ich tyle, że starczyłoby dla pięciu osób, przyjęłam wyzwanie. Po trzech jednak uznałam, że nie dam rady zjeść więcej. Odepchnęłam talerz.

– Nie mamy za dużo czasu, Bas – przerwałam im, gdy Coco już prawie przeskakiwała przez stół. – Pierścień zniknie rano, mamy więc tylko tę noc. Pomożesz nam?

Zmarszczył czoło, słysząc mój ton.

– Nie rozumiem, o co tyle zamieszania. Nie potrzebujecie pierścienia niewidzialności dla zachowania bezpieczeństwa. Wiecie, że mogę was chronić.

Pff. Puste obietnice. Być może dlatego właśnie przestałam go kochać.

Bas miał wiele zalet – był czarujący, przebiegły, bezwzględny – ale nie był typem obrońcy. Nie, za bardzo przejmował się ważniejszymi sprawami, takimi jak ratowanie własnej skóry, gdy tylko zaczynało robić się gorąco. Nie miałam mu tego za złe. W końcu był mężczyzną, a jego pocałunki nadrabiały wszelkie braki.

Coco popatrzyła na niego ze złością.

– Mówiłyśmy ci już kilka razy, że daje więcej niż tylko niewidzialność.

– Ach, mon amie, muszę przyznać, że nie słuchałem.

Kiedy się uśmiechnął, posyłając jej pocałunek przez stół, jej dłonie się zacisnęły.

– Bordel! Przysięgam, że pewnego dnia…

Interweniowałam, zanim rozpłatała mu gardło.

– Sprawia, że ten, kto go używa, jest odporny na magię. Podobnie jak balisardy chasseurów. – Zerknęłam na Basa. – Z pewnością rozumiesz, jakie to może być dla mnie przydatne.

Jego uśmiech zniknął. Powoli uniósł dłoń, by dotknąć mojego fularu, palcami próbował wyczuć bliznę, którą ukrywałam. Poczułam dreszcze na plecach.

– Ale cię nie znalazła. Jesteś bezpieczna.

– Na razie.

Patrzył na mnie przez dłuższą chwilę, wciąż z dłonią przy mojej szyi. W końcu westchnął.

– Zrobisz wszystko, co będzie konieczne, żeby zdobyć ten pierścień?

– Tak.

– Posuniesz się do… czarów?

Przełknęłam ślinę, splotłam palce z jego palcami i potaknęłam. Opuścił nasze złączone dłonie na blat stołu.

– W porządku. Wobec tego wam pomogę. – Wyjrzał przez okno, więc i ja tam spojrzałam. Coraz więcej osób gromadziło się, żeby obejrzeć paradę. Chociaż większość z nich śmiała się i paplała, nie kryjąc ekscytacji, tuż pod powierzchnią dało się wyczuć niepokój: w napięciu ich ust, w szybkich, gwałtownych ruchach ich oczu. – Dziś wieczorem – ciągnął – król wydaje bal na powitanie syna przybyłego z Amandine. Zaproszono całą arystokrację, w tym pana Tremblaya.

– Doskonale – mruknęła Coco.

Wszyscy się spięliśmy, słysząc odgłosy zamieszania na ulicy, i utkwiliśmy wzrok w mężczyznach, którzy wynurzyli się z tłumu. Ubrani w ciemnoniebieskie płaszcze, maszerowali w rzędach po trzech, w równym rytmie wystukując rytm kroków tup, tup, tup i trzymając na sercach srebrne sztylety. Po obu stronach stali posterunkowi, którzy krzycząc, odsuwali pieszych na chodniki.

Chasseurzy.

Zaprzysiężeni Kościołowi jako łowcy, chasseurzy chronili Belterrę przed okultyzmem – czyli przed Dames Blanches, inaczej śmiertelnie niebezpiecznymi czarownicami, które podsycały uprzedzenia wśród małostkowych mieszkańców królestwa. W moich żyłach tętniła złość, gdy patrzyłam na zbliżających się łowców. Jakbyśmy były intruzami. Jakby ta ziemia kiedyś nie należała do nas.

To nie twoja walka. Uniosłam głowę i przywołałam się do porządku. Dawne waśnie pomiędzy Kościołem a czarownicami już mnie nie dotyczyły – przynajmniej od chwili, gdy zostawiłam za sobą świat magii.

– Nie powinnaś tu być, Lou. – Coco patrzyła na chasseurów, którzy zajęli pozycje wzdłuż ulicy, żeby stanąć na drodze każdemu, kto chciałby zbliżyć się do rodziny królewskiej. Niedługo zacznie się parada. – Powinnyśmy wrócić do teatru. Tak wielki tłum jest niebezpieczny. Przyciąga kłopoty.

– Jestem w przebraniu – powiedziałam, obracając w ustach kawałek bułeczki. – Nikt mnie nie rozpozna – dodałam, przełknąwszy ten kęs.

– Andre i Grue rozpoznali.

– Tylko dlatego, że usłyszeli mój głos.

– Nigdzie się nie ruszam do zakończenia parady. – Bas puścił moją dłoń, wstał i poklepał się po kamizelce, uśmiechając się lubieżnie. – Taki tłum jest wspaniałym źródłem pieniędzy, a ja zamierzam w nim zanurkować. Proszę wybaczyć.

Dotknął kapelusza i oddalił się, wymijając zygzakiem stoliki. Coco zerwała się na nogi.

– Ten drań złamie dane słowo, jak tylko zniknie nam z oczu. Zapewne wyda nas policji albo, co gorsza, łowcom. Nie wiem, dlaczego mu ufasz.

Mimo naszej przyjaźni cały czas sprzeczałyśmy się o to, że wyjawiłam Basowi prawdziwą tożsamość. Moje prawdziwe imię. Nie miało znaczenia, że stało się to po wieczorze suto zakrapianym whiskey i pocałunkami. Skubiąc ostatnią bułeczkę tylko po to, żeby uniknąć wzroku Coco, starałam się nie żałować swojej decyzji.

Żal niczego nie zmieni. Nie miałam innego wyboru, musiałam mu zaufać. Zostaliśmy nieodwracalnie złączeni.

Westchnęła z rezygnacją.

– Pójdę za nim. A ty się stąd wydostań. Spotkajmy się za godzinę w teatrze.

– Zgoda.

Wyszłam z cukierni kilka minut po Coco i Basie. Chociaż na zewnątrz stało mnóstwo dziewczyn, które niemal wpadły w histerię na myśl o zobaczeniu księcia, wyjście musiał blokować akurat jakiś mężczyzna.

 

Był ogromny, górował nade mną o ponad głowę, jego szerokie plecy i silne ramiona napinały się pod brązową wełną płaszcza. On również patrzył na ulicę, ale raczej nie interesowała go parada. Był spięty, jakby szykował się do walki.

Odchrząknęłam i postukałam go palcem w plecy. Ani drgnął. Stuknęłam go ponownie. Lekko się przesunął, ale nie na tyle, bym mogła się przecisnąć.

No dobrze. Przewracając oczami, przełożyłam jedną rękę przez szparę i próbowałam przecisnąć się pomiędzy nim a futryną drzwi. Chyba wreszcie coś poczuł, bo odwrócił się i… zdzielił mnie łokciem w nos.

– Cholera! – Złapałam się za nos i cofnęłam tak gwałtownie, że po raz drugi tego dnia wylądowałam na tyłku. Moje oczy wypełniły się zdradzieckimi łzami. – O co ci, do cholery, chodzi?

Wyciągnął rękę.

– Przepraszam, monsieur. Nie zauważyłem pana.

– Najwidoczniej. – Zignorowałam jego dłoń i wstałam. Otrzepałam spodnie i próbowałam przejść obok niego, ale znowu zablokował mi drogę. Gdy się ruszył, jego obskurny płaszcz załopotał i zauważyłam pas przewieszony przez klatkę piersiową. Bandolier przytrzymywał noże różnego kształtu i rozmiaru, ale o mało co nie stanęło mi serce na widok tego, który miał zatknięty przy sercu. Błyszczał złotem, a jego rękojeść była wysadzana dużymi szafirami.

Chasseur.

Spuściłam głowę. Cholera.

Głęboko oddychając, starałam się zachować spokój. W tym przebraniu nic mi nie groziło z jego strony. Nie zrobiłam nic złego. Pachniałam cynamonem, a nie magią. Poza tym czyż nie jest tak, że wszystkich mężczyzn łączy jakaś nieuchwytna więź? Wzajemne zrozumienie poczucia własnej ważności?

– Jest pan ranny, monsieur?

Dobrze. Jako mężczyzna jakoś dam sobie radę.

Zmusiłam się do podniesienia wzroku.

Oprócz jego nieprzyzwoitego wzrostu, pierwszym, co zauważyłam, były mosiężne guziki na płaszczu – pasowały do jego miedziano-złotych włosów, które lśniły w słońcu jak latarnia morska. Z prostym nosem i pełnymi ustami, był niespodziewanie przystojny jak na chasseura. Irytująco przystojny. Nie mogłam przestać się gapić. Gęste rzęsy otaczały oczy w kolorze morza.

Oczy, które właśnie patrzyły na mnie z nieskrywanym zdziwieniem.

Cholera. Uniosłam rękę do wąsów, które zwisały mi smętnie z twarzy.

Cóż, to był próżny wysiłek. Podczas gdy mężczyźni są dumni, kobiety wiedzą, kiedy zrejterować, gdy sytuacja robi się poważna.

– Nic mi nie jest. – Szybko opuściłam głowę i próbowałam go wyminąć, teraz pragnąc zachować między nami jak największy dystans. Chociaż wciąż jeszcze nie zrobiłam niczego złego, nie było sensu prowokować losu. Bo czasem oddawał. – Następnym razem patrz, jak idziesz.

Nie drgnął.

– Jesteś kobietą.

– Słuszna uwaga. – Ponownie próbowałam się przecisnąć obok niego, tym razem z większą determinacją, ale złapał mnie za łokieć.

– Dlaczego przebrałaś się za mężczyznę?

– Nosiłeś kiedyś gorset? – Odwróciłam się i stanęłam z nim twarzą w twarz, przyklejając wąsy z największą godnością, na jaką było mnie teraz stać. – Wątpię, żebyś zadał takie pytanie, gdybyś nosił. Spodnie są o wiele wygodniejsze.

Patrzył na mnie, jakby z czoła wyrosła mi ręka. Odwzajemniłam jego spojrzenie, a on lekko potrząsnął głową, jakby chcąc pozbyć się jakiejś myśli.

– Ja… przepraszam, mademoiselle.

Ludzie zaczęli na nas patrzeć. Bezskutecznie pociągnęłam go za rękę, bo w brzuchu czułam już narastającą panikę.

– Przepuść mnie…

Ale on tylko ścisnął mnie mocniej.

– Czy obraziłem panią?

Tracąc cierpliwość, szarpnęłam się, próbując się wyrwać.

– Złamałeś mi kość w dupie!

Być może zszokowała go ta wulgarność, bo puścił mnie, jakbym go ugryzła, i patrzył na mnie z niesmakiem graniczącym z odrazą.

– W życiu nie słyszałem, żeby jakaś dama tak się wyrażała.

Ach. Chasseurzy byli święci. Pewnie wziął mnie za diabła.

Nie mylił się tak bardzo.

Uśmiechnęłam się do niego jak kotka i odsunęłam, trzepocząc rzęsami niczym wcielenie Babette. Kiedy nie zrobił nic, żeby mnie zatrzymać, napięcie w mojej piersi zelżało.

– Obraca się pan w towarzystwie niewłaściwych dam, Chass.

– Jesteś kurtyzaną?

Chybabym się oburzyła, gdybym nie znała kilku godnych szacunku kurtyzan – nie zaliczyłabym do nich Babette. Przeklęta szantażystka. Westchnęłam głośno.

– Niestety nie, w całej Cesarinie mężczyznom pękają serca z tego powodu.

Zacisnął zęby.

– Jak masz na imię?

Wiwatujący tłum oszczędził mi odpowiedzi. Rodzina królewska wreszcie skręciła w naszą ulicę. Chasseur odwrócił się na sekundę, ale tyle mi wystarczyło. Schowałam się za grupą wyjątkowo rozentuzjazmowanych dziewczyn – nawoływały króla tak piskliwie, że chyba tylko psy mogły je usłyszeć – i zniknęłam, zanim znowu się odwrócił.

Ze wszystkich stron potrącały mnie łokcie i szybko zdałam sobie sprawę, że jestem zbyt niska, zbyt wątła, żeby przedrzeć się przez tłum. Zwłaszcza że nie chciałam nikogo dźgać nożem. Sama zdzieliłam kilka osób z łokcia i szukałam jakiegoś podwyższenia, na którym mogłabym przeczekać paradę. Gdzieś, gdzie nie będę na widoku.

Tam.

Podskoczyłam i złapałam parapet starego, kamiennego budynku, podciągnęłam się na rynnie i weszłam na dach. Oparłam łokcie o balustradę i patrzyłam na ulicę w dole. W każdych drzwiach powiewała złota flaga z herbem rodziny królewskiej, na każdym rogu rozłożyli się sprzedawcy z jedzeniem. Mimo apetycznych zapachów ich frites, kiełbas, serowych rogali, w mieście cuchnęło rybą. Rybą i dymem. Zmarszczyłam nos. Jedna z przyjemności mieszkania na ponurym, szarym półwyspie.

Cesarine ucieleśniała szarość. Obskurne, szare domy stały ciasno obok siebie jak sardynki w puszce, a popadające w ruinę ulice wiły się obok szarych ryneczków oraz jeszcze bardziej szarych portów. Wszystko skąpane było w nieprzemijającej chmurze dymu z kominów.

Szarość dusiła. Wysączała życie. Otumaniała.

Ale w życiu są straszniejsze rzeczy niż otumanienie. I gorsze rodzaje dymu niż ten z komina.

Krzyki zrobiły się najgłośniejsze, gdy rodzina Lyonów mijała mój budynek.

Król August machał ze złoconego powozu, jego złote loki rozwiewał późnojesienny wiatr. Jego syn, Beauregard, siedział tuż obok. Nie mogli się bardziej od siebie różnić. Ten pierwszy miał jasne spojrzenie i cerę, ten drugi oczy ukryte pod ciężkimi powiekami, śniadą skórę i czarne włosy po matce. Ale ich uśmiechy były niemal równie czarujące.

Zbyt czarujące jak na mój gust. Arogancja promieniowała z każdego poru ich skóry.

Żona Augusta siedziała za nimi z niezadowoloną miną. Nie winię jej. Ja też bym się dąsała, gdyby mój mąż miał więcej kochanek niż palców u rąk i stóp – nie żebym planowała go w ogóle mieć. Chybabym upadła na głowę, gdybym chciała się z kimś związać małżeństwem.

Odwróciłam się, bo znudził mnie już ten widok, gdy kątem oka dostrzegłam ruch na ulicy. Nieznaczną różnicę, jakby wiatr zmienił kierunek. Niemal niezauważalny dla ucha szum odbijał się do bruku, a każdy dźwięk wydawany przez tłum – a także każdy zapach, smak i dotyk – ulatniały się w eterze. Świat się zatrzymał. Odsunęłam się od krawędzi dachu, zjeżyły mi się włosy na karku. Wiedziałam, co będzie dalej. Rozpoznałam lekkie muśnięcie energii na skórze, znajome dudnienie w uszach.

Magia.

A potem usłyszałam krzyki.

NIEGODZIWOŚĆ KOBIET

Reid

Za czarownicami zawsze snuł się ten zapach. Słodki i ziołowy, ale ostry – zbyt ostry. Jak kadzidło, które arcybiskup palił podczas mszy, lecz bardziej gryzący. Chociaż minęły lata, odkąd odebrałem święcenia, nigdy do tego nie przywykłem. Nawet teraz, gdy wiatr przywiał zaledwie zapowiedź tego zapachu, poczułem ją aż w gardle. Dusiła mnie. Szydziła ze mnie.

Nienawidziłem zapachu magii.

Wysuwając balisardę z miejsca na sercu, obserwowałem zgromadzonych. Jean Luc posłał mi zaniepokojone spojrzenie.

– Jakieś kłopoty?

– Nie czujesz? – odpowiedziałem cicho. – Zapach jest subtelny, ale tu jest. Już zaczęły.

Wyjął swoją balisardę z pochwy na biodrze. Rozszerzyły mu się nozdrza.

– Ostrzegę pozostałych.

Nie mówiąc nic więcej, wmieszał się w tłum. Chociaż nie miał munduru, ludzie rozstępowali się przed nim jak Morze Czerwone przed Mojżeszem. Zapewne przez szafiry na rękojeści sztyletu. Po jego przejściu podniosły się szepty, a co bardziej rozgarnięci zerknęli też na mnie. Byli zaskoczeni, gdy uświadomili sobie, kogo widzą.

Chasseurzy.

Spodziewaliśmy się tego ataku. Z każdym mijającym dniem czarownice robiły się coraz bardziej niespokojne, dlatego więc połowa moich braci stała wzdłuż ulicy w mundurach, a druga połowa – ubrana jak ja – kryła się przed wzrokiem zebranych. Czekała. Obserwowała.

Polowała.

Mężczyzna w średnim wieku zrobił krok w moją stronę. Trzymał dziewczynkę za rękę. Mieli taki sam kolor oczu. Podobną budowę ciała. Córka.

– Proszę pana, czy grozi nam tu niebezpieczeństwo? – Kilka osób odwróciło się, słysząc to pytanie. Marszczyli brwi. Mieli rozbiegane spojrzenia. Dziewczynka skrzywiła się, zmarszczyła nos i upuściła chorągiewkę. Na chwilę zawisła w pół drogi, po czym opadła na ziemię.

– Boli mnie głowa, tato – wyszeptała mała.

– Cicho, dziecko. – Zerknął na nóż w mojej ręce i nieco się odprężył. – Ten pan jest chasseurem. Zapewni nam bezpieczeństwo. Prawda, proszę pana?

W przeciwieństwie do córki nie wyczuł jeszcze magii. Ale wyczuje. Już za chwilę.

– Musicie natychmiast opuścić to miejsce – powiedziałem ostrzej, niż zamierzałem. Dziecko znowu się skrzywiło, ojciec je objął. W głowie rozbrzmiewały mi słowa arcybiskupa. Uspokój ich, Reid. Musisz emanować spokojem i pewnością siebie oraz zapewniać im ochronę. Pokręciłem głową i zacząłem jeszcze raz: – Proszę wrócić do domu. Posolić drzwi i okna. I nie wychodzić, dopóki…

Moje słowa zagłuszył przenikliwy pisk.

Wszyscy zamarli.

– IDŹCIE! – Wepchnąłem mężczyznę i jego córkę do cukierni za nami. Ledwie przekroczył próg, inni ruszyli za nim, nie zważając na to, kto stoi im na drodze. Ciała zderzały się ze sobą wszędzie naokoło. Krzyki nasiliły się, a nienaturalny śmiech odbijał się echem z każdej strony. Trzymałem nóż blisko siebie i ruszyłem przez spanikowanych gapiów, potykając się o staruszkę.

– Uważaj – zazgrzytałem zębami, łapiąc ją za wątłe ramiona, zanim zdążyła upaść na ziemię, gdzie zostałaby zadeptana. Zerknęła na mnie wyblakłymi oczami, a na jej przywiędłych ustach pojawił się leniwy, osobliwy uśmiech.

– Niech Bóg ma cię w swojej opiece, młody człowieku – wychrypiała. A potem odwróciła się z zaskakującym wdziękiem i zniknęła w tłumie. Dopiero po kilku sekundach zarejestrowałem mdląco słodki swąd spalenizny, jaki się za nią snuł. Omal nie stanęło mi serce.

– Reid! – Jean Luc stał w powozie rodziny królewskiej. Otaczały go dziesiątki współbraci, w słońcu lśniły szafiry, gdy odpychali gapiów. Ruszyłem przed siebie, a gdy motłoch przede mną się rozproszył, w końcu je ujrzałem.

Czarownice.

Sunęły przez ulicę z błogimi uśmiechami na ustach i rozwianymi włosami, chociaż nie było wiatru. Były we trzy. Śmiały się, gdy ciała padały na ziemię przy najlżejszym dotyku ich palców.

Chociaż ich ofiary nie były martwe, zastanawiałem się, czy śmierć nie byłaby dla nich łaskawsza. Ci mający większego pecha budzili się i nie pamiętali o swoim drugim dziecku albo mieli nienasycony apetyt na ludzkie mięso. W zeszłym miesiącu znaleziono dziecko bez oczu. Jakiś mężczyzna utracił zdolność spania. A inny spędził resztę życia, usychając z tęsknoty za kobietą, której nikt nie potrafił dostrzec.

Każdy przypadek był inny. Każdy jeszcze bardziej niepokojący od poprzedniego.

– REID! – Jean Luc machał rękami, ale go zignorowałem. Przyglądałem się, jak czarownice zbliżają się do rodziny królewskiej, i wzbierał we mnie niepokój. Szły powoli, swobodnie, pomimo oddziału chasseurów pędzących w ich stronę. Ciała poddanych unosiły się jak kukły, tworząc ludzką tarczę wokół wiedźm. Patrzyłem z przerażeniem, jak jakiś człowiek poleciał do przodu i nadział się na balisardę jednego z moich braci. Czarownice zarechotały i nadal wyginały palce pod nienaturalnymi kątami. Z każdym ich drgnieniem unosiło się kolejne bezwolne ciało. Władczynie marionetek.

 

To nie miało sensu. Przecież czarownice działały w tajemnicy. Atakowały z cienia. Takie otwarte działanie – taki pokaz – był głupi. Chyba że…

Chyba że straciliśmy z oczu szerszy kontekst.

Zaszarżowałem w stronę kamiennego budynku po prawej, żeby spojrzeć na tłum z góry. Drżącymi palcami chwyciłem mur i zacząłem się wspinać. Każdy kolejny ciosany kamień prowadził wyżej – widziałem jak przez mgłę. Kręciło mi się w głowie. Czułem ucisk w piersi. Krew dudniła mi w uszach. Nie patrz w dół. Patrz do góry…

Znad krawędzi dachu wyjrzała znajoma twarz z wąsami. Zielono-niebieskie oczy. Piegowaty nos. Dziewczyna z cukierni.

– Cholera – powiedziała. Po czym gdzieś się ukryła.

Skupiłem uwagę na miejscu, w którym zniknęła. Moje ciało poczuło nową motywację. W ciągu kilku sekund podciągnąłem się na samą górę, ale dziewczyna przeskakiwała już na drugi dach. Jedną ręką trzymała kapelusz, drugą pokazywała mi środkowy palec. Spojrzałem na nią gniewnie. Ta mała poganka nie była moim zmartwieniem, mimo że bezczelnie okazała mi brak szacunku.

Odwróciłem się, żeby popatrzeć w dół, chwyciłem się balustrady, bo świat kołysał się i kręcił.

Ludzie wchodzili do sklepów ciągnących się wzdłuż ulic. Było ich zbyt wielu. Obsługa próbowała zachować porządek, ale i tak tratowano tych stojących najbliżej drzwi. Właścicielowi piekarni udało się zabarykadować wejście. Ci, którzy pozostali na zewnątrz, wrzeszczeli i walili w okna, ponieważ czarownice były coraz bliżej.

Przyglądałem się tłumowi, by mieć pewność, że niczego nie przeoczyliśmy. Nad czarownicami wirowało więcej niż dwudziestu nieszczęśników – niektórzy nieprzytomni, opadły im głowy, inni byli wciąż świadomi. Jeden mężczyzna wisiał z rozłożonymi rękami, jakby był przybity do niewidzialnego krzyża. Włosy i ubrania którejś kobiety unosiły się tak, jakby była pod wodą. Do jej płuc nie dochodziło powietrze. Zrobiła się sina na twarzy. Tonęła.

Z każdym nowym horrorem zbliżało się coraz więcej chasseurów.

Nawet z tej odległości widziałem na ich twarzach zaciekłość i determinację, by bronić ludzi. Ale gdy spieszyli na pomoc bezsilnym, zapominali o naszej prawdziwej misji: ochronie rodziny królewskiej. Przy powozie stało już tylko czterech mężczyzn: dwóch chasseurów i dwóch strażników rodziny królewskiej. Jean Luc trzymał dłoń królowej, a król wykrzykiwał rozkazy skierowane do nas, swojej straży i każdego, kto mógłby go posłuchać, ale wrzask rozszalałego tłumu zagłuszał każde jego słowo.

Od tyłu zbliżała się do nich niepozorna wiedźma.

Gdy dotarła do mnie powaga sytuacji, straciłem dech. Czarownice, czary – to tylko przedstawienie. Dywersja.

Nie zastanawiając się nawet przez chwilę, by nie przypominać sobie o przerażającej odległości do ziemi, chwyciłem rynnę i przerzuciłem nogi przez krawędź dachu. Metal zaskrzypiał i ugiął się pod moim ciężarem. W połowie drogi w dół rynna do reszty odczepiła się od kamienia. Odskoczyłem z sercem w gardle i przygotowałem się na upadek. Gdy zderzyłem się z ziemią, poczułem silny ból promieniujący w górę nóg, ale to mnie nie powstrzymało.

– Jean Luc! Za tobą!

Odwrócił się, żeby na mnie spojrzeć, i zauważył wiedźmę. Zrozumiał, o co chodzi.

– Na ziemię! – Rzucił króla na podłogę powozu. Pozostali chasseurzy do razu ich otoczyli.

Garbata czarownica zerknęła przez ramię i znowu posłała mi osobliwy uśmiech. Zakręciła nadgarstkiem i słodki zapach przybrał na sile. Z jej palców wystrzelił podmuch powietrza, ale jej magia nie mogła nam zaszkodzić. Nie wtedy, gdy mieliśmy przy sobie balisardy. W metal każdego sztyletu wtopiono kroplę relikwii Świętego Konstantyna, dzięki czemu byliśmy odporni na działanie czarów. Poczułem przepływające obok mdląco słodkie powietrze, ale nie zrobiło mi żadnej krzywdy. Nic nie stało się także moim braciom.

Strażnicy i obywatele nie mieli jednak tyle szczęścia. Odrzuciło ich, z impetem uderzyli w powóz i ściany sklepów. Oczy wiedźmy rozbłysły triumfem, kiedy jeden z chasseurów rzucił się im na pomoc. Nienaturalnie raźno podeszła do drzwi powozu, w których ukazała się pełna niedowierzania twarz księcia Beauregarda. Wykrzywiła się w uśmiechu na jego widok. Rzuciłem nią o ziemię, zanim udało jej się unieść ręce.

Walczyła z siłą kobiety o połowę od niej młodszej – lub o połowę młodszego mężczyzny – kopała, gryzła i biła w każdy fragment mojego ciała, którego dosięgła. Ale byłem zbyt ciężki. Przygniotłem ją, unieruchomiłem jej ręce nad głową, nie zważając na to, że wyrywam je z barków. Przycisnąłem nóż do jej gardła.

Znieruchomiała, gdy pochyliłem się nad jej uchem. Ostrze naparło mocniej.

– Niech Bóg zlituje się nad twą duszą.

Roześmiała się – głośno, rubasznie, aż wstrząsnęła całym moim ciałem. Zmarszczyłem brwi, odsunąłem się i znieruchomiałem. Kobieta pode mną nie była już starą wiedźmą. Z przerażeniem patrzyłem, jak jej pomarszczona twarz zmienia się w gładką, porcelanową buzię. Jej rzadkie włosy gęstnieją, robią się kruczoczarne i spływają poniżej ramion.

Patrzyła na mnie spod przymkniętych powiek, rozchyliła usta i zbliżyła je do moich. Nie byłem w stanie myśleć, nie mogłem się ruszyć, nie wiedziałem, jak to zrobić, nawet gdybym chciał, ale jakoś udało mi się uchylić, zanim mnie dotknęła.

I wtedy to poczułem.

Twardy, zaokrąglony kształt jej brzucha wciśnięty w mój tors.

O Boże.

Z mojej głowy odpłynęły wszystkie myśli. Odskoczyłem – od niej, od tej rzeczy – i stanąłem na nogi. W oddali cichły krzyki. Ciała leżące na ziemi drżały. Kobieta powoli wstała.

Ubrana była teraz w głęboką, krwawą czerwień. Położyła dłoń na wypukłym brzuchu i się uśmiechnęła.

Jej szmaragdowe oczy zerknęły na rodzinę królewską, która kuliła się przy podłodze powozu, blada i przerażona. Obserwująca.

– Odzyskamy nasze ziemie, Wasze Wysokości – zaskrzeczała wiedźma. – Raz po raz was ostrzegałyśmy, ale nie słuchaliście. Niedługo zatańczymy na waszych prochach, podobnie jak wy tańczyliście na prochach naszych przodków. – Spojrzała mi w oczy. Porcelanowa skóra ponownie zwiotczała, czarne włosy zmieniły się w rzadkie, srebrne strąki. Nie była już piękną, ciężarną kobietą, znowu stała przede mną stara baba. Puściła do mnie oko. Zmroziło mi krew w żyłach. – Musimy to wkrótce powtórzyć, przystojniaku.

Odebrało mi mowę. Nigdy wcześniej nie widziałem takiej czarnej magii – takiej profanacji ludzkiego ciała. Ale czarownice nie były ludźmi. Były żmijami. Wcieleniem demona. A ja prawie…

Bezzębny uśmiech zrobił się jeszcze szerszy, jakby potrafiła czytać w moich myślach. Zanim zdołałem zrobić użytek z noża i posłać ją z powrotem do piekła, skąd przyszła, odwróciła się na pięcie i zniknęła w chmurze dymu.

Ale wcześniej posłała mi buziaka.

Gruby zielony dywan tłumił moje kroki, kiedy kilka godzin później szedłem po nim w gabinecie arcybiskupa. Pozbawione okien ściany pomieszczenia pokrywały zdobione boazerie. Ogień z kominka rzucał migoczące światło na papiery rozrzucone na biurku. Siedząc, arcybiskup pokazał mi gestem, że mam zająć miejsce na jednym z drewnianych krzeseł naprzeciwko.

Usiadłem. Zmusiłem się do spojrzenia mu w oczy. Stłumiłem gorzkie poniżenie, które paliło mnie w gardle.

Chociaż król i jego rodzina wyszli z parady bez szwanku, wielu innym się to nie udało. Dwie osoby zginęły – jedna dziewczynka z ręki swojego brata, ktoś inny popełnił samobójstwo. Dziesiątki kolejnych nie miały żadnych widocznych urazów, ale obecnie przebywały dwa piętra wyżej, gdzie przywiązano ich do łóżek. Krzyczeli. Mówili od rzeczy. Patrzyli w sufit, nie mrugając oczami. Nieobecni. Księża zrobili dla nich, co mogli, ale większość w ciągu dwóch tygodni zostanie odwieziona do przytułku dla obłąkanych. Tylko tyle medycyna może zrobić dla dotkniętych magią.

Arcybiskup patrzył na mnie ponad złożonymi dłońmi. Stalowe oczy. Ściągnięte usta. Srebrne kosmyki na jego skroniach.

– Świetnie sobie dzisiaj poradziłeś, Reid.

Zmarszczyłem brwi i poruszyłem się na krześle.

– Słucham?

Uśmiechnął się bez radości i pochylił nad biurkiem.

– Gdyby nie ty, byłoby o wiele więcej ofiar. Król August jest twoim dłużnikiem. Nie może się ciebie nachwalić. – Wskazał elegancką kopertę leżącą na blacie. – Zamierza wydać bal na twoją cześć.

Inne książki tego autora