Nocne życie w Londynie

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

‒ Sprawy wyglądają kiepsko. Nie mogę się skontaktować z ojcem, karty kredytowe są zablokowane i… nie mam nawet co jeść.

‒ Ale wciąż możesz palić?

Zmrużyła groźnie oczy…

‒ Nie zaprzeczaj. Czuję ten zapach, który przyprawia mnie o mdłości. To obrzydliwy nałóg. Musisz z tym skończyć – ostrzegł.

Poczuła, jak podskakuje jej ciśnienie, ale zachowała spokój. Niech wierzy w to, w co chce wierzyć.

‒ Rzucę palenie, jeśli mi pan pomoże – odparła potulnie.

‒ Poważnie?

Przygryzła wargę.

‒ Oczywiście.

Skinął głową.

‒ Nie wiem, czy ci ufać, ale jeśli mnie zwodzisz, to możesz równie dobrze stąd wyjść. Jeśli jednak naprawdę chcesz się zmienić, to ci pomogę. Zależy ci na tym, Amber?

‒ Tak mi się zdaje – zapewniła, choć przyszło jej to z trudem.

‒ Świetnie. Wobec tego chodź ze mną na górę do mojego gabinetu. Zdecydujemy, co z tobą zrobić. – Spojrzał na blondynkę, a Amber była niemal pewna, że do niej mrugnął. – Nie łącz mnie chwilowo z nikim, dobrze, Sereno?

ROZDZIAŁ TRZECI

Gabinet Conalla Devlina też przeczył jej wcześniejszym wyobrażeniom. Spodziewała się czegoś tandetnego, co pasowałoby do jego obcesowości, tymczasem odebrało jej mowę na widok wspaniale urządzonego pokoju, którego okna wychodziły na ulicę i piękny ogród.

Szare ściany stanowiły doskonałe tło dla licznych obrazów. Amber miała wrażenie, że znajduje się w galerii. Conall z pewnością pasjonował się sztuką nowoczesną i odznaczał doskonałym okiem. Samo biurko przypominało dzieło sztuki, a w kącie stała rzeźba przedstawiająca nagą kobietę. W jej pozie i dłoniach obejmujących piersi było coś tak niepokojąco zmysłowego, że Amber bezwiednie odwróciła wzrok.

Zauważyła, że Conall się jej przygląda; po chwili wskazał jej krzesło przed swoim biurkiem, była jednak zbyt podminowana, żeby siedzieć przed nim nieruchomo. Jego lekko kpiące spojrzenie byłoby nie do zniesienia.

Bądź słodka, nakazała sobie w myślach. Spraw, by zechciał ci pomóc. Był dostatecznie bogaty, by uchronić ją przed egzekucją długów, zanim ojciec wróci z tej pustelni. Podeszła do okna i spojrzała w stronę ulicy; dostrzegła dwie roześmiane nastolatki; ogarnął ją smutek na widok tego beztroskiego życia i poczucia swobody, które zawsze jej umykało.

‒ Nie mam całego dnia – uprzedził. – Przejdźmy więc do rzeczy. Zanim zaczniesz trzepotać tymi długimi rzęsami i odstawiać skromną uczennicę ze szkółki niedzielnej, pozwól, że wyjaśnię parę rzeczy. Nie dam ci pieniędzy, nie dostając od ciebie czegoś w zamian, nie zamierzam też udostępniać ci mieszkania o wiele za dużego dla ciebie. Jeśli więc jedynym celem tej niezapowiedzianej wizyty jest odwoływanie się do mojej litości i prośba o wsparcie finansowe, to tracisz czas.

Przez chwilę Amber nie mogła wydusić z siebie słowa, bo nikt nigdy tak do niej nie mówił. Do czwartego roku życia była księżniczką mieszkającą w pałacu, a potem, gdy rodzice się rozstali, zaczął się nagle koszmar, który trwał przez następne dziesięć lat. A kiedy powróciła po wypadku matki do domu ojca – znacznie komplikując jego życie z żoną numer nie wiadomo który – wszyscy chodzili wokół niej na palcach.

Nikt nie wiedział, jak sobie radzić z rozpaczającą i gniewną nastolatką, podobnie jak ona sama. Straciła całkowicie pewność i poczucie własnej wartości. Jej zachowania i nastroje stały się nieprzewidywalne, a ona uświadomiła sobie szybko, że może manipulować ludźmi. Wystarczyło, że zadrżała jej warga, a oni zaczynali wokół niej skakać.

Wiedziała jednak, że Conall Devlin przejrzy ją od razu na wylot i że nie da się na nic złapać. Jego bystre i inteligentne oczy wpatrywały się w nią teraz i przez jedną chwilę odnosiła wrażenie, że ten mężczyzna naprawdę potrafi czytać w jej myślach, które z pewnością by mu się nie spodobały.

‒ Więc jak mam przetrwać? – spytała, podnosząc rękę i pokazując diamentowy zegarek. – Chce pan, żebym zaczęła zastawiać tych kilka cennych rzeczy, jakie jeszcze mi pozostały?

Położył duże dłonie na biurku, a potem popatrzył na nią posępnie.

‒ Może oszczędzisz mi łzawej historyjki, Amber, i zechcesz to wyjaśnić? – Wziął nagle do ręki dużą kopertę i rozłożył jej zawartość na biurku.

Amber spojrzała z trwogą na kolekcję zdjęć i wycinków z magazynów.

‒ Skąd pan to ma?

‒ Od twojego ojca.

Wiedziała, że jest bohaterką kronik towarzyskich i magazynów zalegających półki przy kasach supermarketów. Przypominało to historię jej życia w obrazkach. Niezliczone zdjęcia, na których wychodziła z nocnych klubów albo uczestniczyła w otwarciu nowej galerii czy restauracji. Za każdym razem miała na sobie zbyt krótką sukienkę, a oczy spoglądały dzikim wzrokiem. Błysk fleszy był czymś, co kochała i czego jednocześnie nienawidziła. Czyż nie była głupio zadowolona, że ktoś chce ją uwiecznić, przekonać, że nie jest niewidzialna? A mimo to zawsze czuła się jak motyl, który przez pomyłkę wleciał do pokoju kolekcjonera owadów i został przyszpilony do kawałka kartonu.

Podniosła wzrok znad zdjęć i popatrzyła mu w oczy, dostrzegając w ich ciemnych głębiach potępienie.

Nie pozwól, by dojrzał twój słaby punkt, nakazała sobie zdecydowanie. Nie daj mu tej przewagi.

‒ Całkiem niezłe, co? – spytała niedbale, siadając w końcu przed nim.

Conall miał ochotę walnąć pięścią w biurko, bo była bezwstydna. Gorsza, niż sobie wyobrażał. Uważała, że jest głupi? Czy ten jej strój zakonnicy miał sprawić, żeby jadł jej z ręki?

Ale najbardziej obłędne wydawało mu się to, że ten jej wygląd na niego działa. Bez względu na to, co mówiła, nie potrafił oderwać od niej oczu. Przy zaczesanych do tyłu włosach widział doskonały owal jej twarzy i te szmaragdowe oczy. Czy była świadoma tego, że mężczyźni byliby gotowi walczyć o nią? Oczywiście, że tak. I wykorzystywała swoje piękno, by nimi manipulować, prawdopodobnie od chwili, gdy osiągnęła dojrzałość.

Przypomniał sobie własną reakcję, gdy Ambrose poprosił go o pomoc, a potem pokazał mu zdjęcia. Conall popatrzył na nie i doznał nagłego i przemożnego pożądania. To było jak cios w brzuch. Na jednej z tych fotografii miała na sobie zwiewną białą sukienkę; wyglądała niewinnie i jednocześnie wyjątkowo prowokacyjnie. Doznał poczucia winy, patrząc na jej ojca i kręcąc głową.

„Niech ktoś inny się tym zajmie” – powiedział wtedy szorstko.

„Nie przychodzi mi do głowy nikt, kto dałby sobie z nią radę – odparł szczerze Ambrose. – Nikt, komu ufam tak bardzo jak tobie”.

I czy nie było to najgorsze? Że starszy mężczyzna pokładał w nim zaufanie, jeśli chodzi o córkę? Więc Conall się zgodził, co więcej, honor nakazywał mu postąpić przyzwoicie wobec człowieka, który ocalił go przed przestępczym życiem.

Byłoby znacznie łatwiej, gdyby wypisał jej po prostu czek i powiedział, żeby wzięła się za siebie, Ambrose upierał się jednak, że dziewczynę trzeba poskromić.

„Musi się dowiedzieć, jak żyć właściwie i nie wykorzystywać innych ludzi – powiedział. – A ty jej w tym pomożesz, Conall”.

Jak miał to zrobić, skoro myślał tylko o tym, żeby rozpuścić jej włosy i całować do utraty tchu? Żeby chwycić te biodra i wejść w nią, aż oboje zaczną krzyczeć z rozkoszy.

Patrzył jej w oczy, nie mogąc uciec przed świadomością, że jej opór podnieca go jeszcze bardziej, ponieważ kobiety rzadko mu się sprzeciwiały. Co miał więc zrobić – zrezygnować czy ciągnąć to? Pytanie było czysto akademickie, bo rezygnacja nigdy nie wchodziła w rachubę. Może udałoby mu się przemienić to w ćwiczenie woli. Chyba że tak bardzo obniżył poprzeczkę, że godził się na intymny związek z kimś, kto uosabiał wszystko, czym gardził.

Powrócił myślą do jej pytania, a jego spojrzenie prześliznęło się po zdjęciach.

‒ Są dobre, jeśli chcesz się przedstawiać jako osoba o ptasim móżdżku. Coś takiego nie wygląda dobrze w CV.

‒ A pańskie jest nieskazitelne, jak przypuszczam? – spytała cierpko.

Przez chwilę Conall wpatrywał się w nią pytającym wzrokiem. Czy Ambrose powiedział jej o mrocznych sprawach jego życia? Uświadomiłaby sobie, że wie, o czym jej mówi. On też miał swoje demony. Nie odezwała się jednak – patrzyła tylko wyzywająco, przyprawiając jego krew o wrzenie.

‒ Tu chodzi o ciebie, nie o mnie.

‒ Zatem zamieniam się w słuch.

‒ To zapewne pierwsza mądra rzecz, jaką dziś powiedziałaś. A moja propozycja jest taka, Amber. Potrzebujesz pracy, żeby płacić czynsz za mieszkanie, ale, jak sama się już zorientowałaś, brak kwalifikacji uniemożliwia ci zatrudnienie. Pracuj więc dla mnie. Po prostu.

Zamrugała ze zdziwienia, czując pierwsze drgnienie nadziei. Rozejrzała się po tym doskonale urządzonym pokoju, którego okna wychodziły na znaną londyńską ulicę. Drzewa były obsypane kwieciem, na jego biurku też stały kwiaty. Zastanawiała się, kto przysłał mu tę pocztówkę z widokiem Tadż Mahal czy mały szklany półmisek w kształcie ust.

Nagle doznała uczucia, jakie nawiedzało ją w szkole, kiedy była zapraszana na weekend do domu przyjaciół, a ich rodzice wciąż byli razem. Że patrzy z zewnątrz na doskonale zorganizowany świat, gdzie wszystko działa prawidłowo. Dlatego że Conall Devlin oferował jej – chwilowo – miejsce w takim właśnie świecie?

‒ Nie bardzo wiem, czym się pan zajmuje.

Spodziewał się bez wątpienia takiego pytania i teraz popatrzył na nią spod tych długich rzęs.

‒ Nieruchomościami. Sprzedaję domy i mieszkania w całym Londynie, mam też biura w Paryżu i Nowym Jorku. Ale prawdziwą miłością darzę sztukę, jak się już pewnie zorientowałaś.

‒ Tak – odparła grzecznie, ale z nutą zdziwienia, co bezbłędnie wychwycił.

‒ Wydajesz się zaskoczona, Amber.

‒ Chyba tak.

 

‒ Bo nie pasuję do stereotypu? Bo nie mam prążkowanego garnituru i nie noszę żadnego tytułu?

‒ Ostrożnie, panie Devlin… Sprawia pan wrażenie bardzo przewrażliwionego na swoim punkcie.

Wybuchnął śmiechem, a ona była zła na siebie za to uczucie przyjemności, które ją ogarnęło. Bo wzbudziła wesołość w tym władczym Irlandczyku?

‒ Zajmuję się wyłącznie sztuką dwudziestowieczną i kupuję głównie dla własnej przyjemności. Ale czasem działam jako pośrednik w imieniu przyjaciół albo klientów.

‒ Dlaczego potrzebują pośrednika?

‒ Bo nabywanie dzieł sztuki to nie tylko negocjacje… to także sfinalizowanie negocjacji. Jestem w tym dobry. Czasem bogaci ludzie chcą pozostać anonimowi, by nie paść ofiarą zdzierców. A czasem ludzie chcą sprzedawać anonimowo i proszą, bym pomógł uzyskać im jak najwyższą cenę.

Amber starała się nie reagować na jego uśmiech. Ten mężczyzna wydawał jej się dziwnie fascynujący. Jakby możni tego świata chcieli robić interesy tylko z nim.

Jak trudno byłoby dla niego pracować? Dostrzegała jeden minus – musiałaby mieć z nim do czynienia, ale poza tym wszystko wydawało się proste. Wystarczyło pokazać potencjalnemu nabywcy nieruchomość, powiedzieć, że niedaleko wprowadziła się właśnie słynna aktorka, a cena poszybowałaby natychmiast.

‒ Mogę się tym zajmować.

‒ Czym?

‒ Sprzedażą domów. Czegokolwiek.

‒ Ot, tak sobie?

‒ Jasne. A co w tym trudnego?

‒ Myślisz, że pozwolę komuś takiemu jak ty działać na własną rękę w biznesie, który budowałem przez piętnaście lat? Że powierzę sprzedaż najdroższych nieruchomości osobie, która większość dorosłego życia spędziła w nocnych klubach?

Amber zjeżyła się na tę lekceważącą ocenę jej osoby. Miała ochotę chwycić dzbanek z wodą stojący na biurku i wylać jego zawartość na ciemne włosy tego mężczyzny, a potem wyjść z gabinetu, trzasnąć drzwiami i nigdy więcej nie oglądać jego przystojnej twarzy. Ale przecież pragnęła, by uwierzył, że potrafi się opanować i zachowywać spokojnie. Chciała mu się pokazać od jak najlepszej strony.

‒ Zawsze się mogę nauczyć. Ale jeśli uważasz, że bardziej się nadaję do przesuwania obrazów, to z przyjemnością spróbuję. Lubię… sztukę.

Z jego krtani dobył się pomruk, a ona zorientowała się, że Conall traci nad sobą panowanie – zaczął bębnić nerwowo palcami po biurku.

Ale gdy znów na nią spojrzał, dostrzegła w jego ciemnoniebieskich oczach coś, co przyprawiło ją o niepokój. Wyczekiwanie czy figlarność?

‒ Przekonasz się, że handlowanie dziełami sztuki wymaga czegoś więcej niż tylko „przesuwania kilku obrazów” – oznajmił sucho. – Zresztą mam inne plany dotyczące twojej osoby. – Popatrzył na kartkę, która leżała przed nim na biurku. – O ile wiem, władasz kilkoma językami.

‒ Teraz to pan jest zaskoczony, panie Devlin.

Wzruszył ramionami.

‒ Chyba tak. Nie uważałem cię za poliglotkę, zwłaszcza że wymaga to wielu godzin nauki.

‒ Języków można się uczyć na różne sposoby. Moja biegłość nie wynika ze ślęczenia nad podręcznikami, tylko z faktu, że matka miała słabość do mężczyzn z kręgu śródziemnomorskiego. Jako dziecko często musiałam mieszkać w rodzimym kraju jej ostatniego wybranka. – Roześmiała się gorzko. – Siłą rzeczy uczyłam się miejscowego języka. Kwestia przetrwania.

Popatrzył na nią z uwagą.

‒ To musiało być… trudne.

Amber skinęła odruchowo głową. Współczucie sprawiało, że czuła się nieswojo. Bo przypominała sobie mężczyzn takich jak Marco, Stavros czy Pierre, którzy łamali serce matki, a córka musiała radzić sobie z tym, co po sobie pozostawili. I pragnąć niemożliwego – czyli zwyczajnego życia, bez matki, dla której rozwiązaniem wszystkich problemów była „miłość”.

‒ Nie ma o czym mówić – odparła znudzonym tonem, który zdążyła przez lata przećwiczyć. – Wiem, jak powiedzieć po włosku, grecku i francusku „mój kochany”. A także „ty skończony draniu”.

Czy jej lekceważący ton go zaszokował? Czy dlatego w jego głosie pojawił się cień dezaprobaty?

‒ No cóż, nie będziesz musiała wyrażać tego rodzaju opinii. – Znowu spojrzał na kartkę. – Ale zanim cokolwiek ci zaproponuję, oczekuję od ciebie pewnych gwarancji.

‒ Jakich?

‒ Mam do czynienia z ludźmi, z którymi należy postępować ostrożnie, pragnę więc zyskać pewność, że wykażesz się właściwym sądem i taktem, zanim przedstawię ci swoją propozycję. Bo szczerze mówiąc, trudno mi sobie wyobrazić, żebyś nie sprawiała wyłącznie kłopotów.

Jego słowa bolały. Jakby nie bardzo wierzył w istnienie osoby, jaką była. Jakby ktoś taki jak ona w ogóle nie miał prawa istnieć. A wszystko komplikował fakt, że wyglądał tak niesamowicie w tym czarnym swetrze opinającym wspaniałe ciało i z tymi zmysłowymi ustami. Jej ciało reagowało na niego w sposób, do którego nie była przyzwyczajona i którego nie potrafiła kontrolować. Czuła się coraz bardziej niepewnie pod spojrzeniem jego szafirowych oczu – a przecież go nawet nie lubiła.

Jawił jej się jako strażnik więzienny. Chodził dumnie po tej swojej posiadłości w Kensington, a jego faworytki w minispódniczkach patrzyły na nią jak na półtora nieszczęścia. Mogła jednak winić tylko siebie. Pozwoliła mu się osaczyć. Przywlokła się tutaj, by prosić go o pomoc, a on nagadał jej do słuchu. Próbowała sobie wyobrazić, czym byłaby praca dla takiego człowieka jak Conall Devlin.

Poczuła, jak narasta w niej bunt. Dlaczego nie pokazać mu – i wszystkim innym – że potrafi dać sobie radę sama? Nie była przecież głupia. Czy trudno byłoby znaleźć sobie kąt i pracę? Wykazać się wytrzymałością, jak wtedy, gdy matka ciągnęła ją z miasta do miasta?

Wstała i wzięła torebkę, świadoma jego wzroku, który zdawał się przenikać ją na wylot. I czy to spojrzenie nie podniecało jej i nie przerażało jednocześnie?

‒ Może brakuje mi kwalifikacji, ale nie jestem zdesperowana. Mogę znaleźć sobie zatrudnienie, które nie będzie oznaczać pracy dla człowieka o przesadnym poczuciu własnej wartości.

Parsknął śmiechem.

‒ Więc twoja odpowiedź brzmi „nie”?

‒ Raczej: „nigdy” – odparła ostro. – Stać mnie na samodzielność.

‒ Och, Amber, jesteś wspaniała. Gdyby nie ten odór dymu papierosowego i przekonanie, że świat jest ci coś winien, byłabyś naprawdę pociągająca.

Przez chwilę była zmieszana. Obrażał ją czy prawił jej komplementy? Popatrzyła na niego gniewnie, a potem wyszła z gabinetu i zatrzasnęła za sobą drzwi, słysząc jego śmiech. Było to głupie, ale czuła się jak ktoś, kto wyskoczył z samolotu bez spadochronu, a ziemia zbliża się z oszałamiającą prędkością.

Pokażę im, powiedziała sobie z zawziętością. Pokażę im wszystkim.

ROZDZIAŁ CZWARTY

‒ Tak mi przykro! – Amber czym prędzej starła rozlany szampan ze stolika, podczas gdy gość spojrzał na nią świńskimi oczkami, które śledziły każdy jej ruch. – Zaraz podam nowy kieliszek.

‒ A może posiedzi pani ze mną? – Uśmiechnął się lubieżnie. – Zapomnimy o tym incydencie.

Starała się stłumić obrzydzenie.

‒ Nie wolno mi zawierać znajomości z gośćmi – odparła, chwyciła tacę i ruszyła na niepewnych nogach w stronę baru. Czerwone buty na koturnie nie ułatwiały chodzenia, podobnie jak „strój firmowy”, tak obcisły, że niemal utrudniał oddychanie. Nie wspominając już o tym, że od głośnej muzyki łupało jej w głowie.

Zorientowała się po minie szefowej, że zauważyła jej wpadkę z szampanem. Zacisnęła zęby, zastanawiając się, czy przypadkiem nie zwariowała, wypadając jak burza z gabinetu Conalla i odrzucając jego ofertę. Naprawdę sądziła, że będzie miała cały świat u swych stóp? Przekonała się szybko, że ze swoimi kwalifikacjami może znaleźć pracę tylko w takich miejscach jak to – w hotelowym klubie nocnym, gdzie nikt nie wyglądał na szczęśliwego.

‒ To już trzeci drink, który rozlałaś w tym tygodniu. – Głos szefowej drżał z oburzenia. – Gdzie się nauczyłaś być taka nieporadna?

‒ Ruszałam się zbyt szybko. Myślałam, że chce mnie uszczypnąć w tyłek – wybełkotała.

‒ I co z tego? – Popatrzyła na nią złym wzrokiem. – Czy nie jest to miłe, kiedy mężczyzna docenia atrakcyjną kobietę? Jak myślisz, po co was tak ubieramy? Potrącę ci z pensji, Amber. A teraz podaj mu następnego drinka i okaż trochę więcej sympatii.

Barman podał jej kieliszek z musującym trunkiem naśladującym szampana, a ona ruszyła w stronę gościa o świńskich oczkach. Postaw ostrożnie kieliszek, a potem odejdź, powiedziała sobie w myślach, ale gdy pochyliła się nad stolikiem, poczuła, jak mężczyzna zaciska palce na jej udzie, i znieruchomiała.

‒ Co… pan robi?

‒ Och, daj spokój. – Znowu uśmiechnął lubieżnie. – To zbrodnia nie dotykać takich nóg. Przydałby ci się porządny posiłek. Może przyjdziesz do mojego pokoju, jak już skończysz swoją zmianę? Zamówimy coś…

‒ Zabierz tę swoją brudną łapę, zanim ci zdrowo dołożę – dobiegł zza jej pleców wściekły głos, który Amber od razu rozpoznała.

Tłusta dłoń puściła ją bezzwłocznie; Amber odwróciła się i ujrzała Conalla, na którego twarzy malowała się furia. Nigdy jeszcze nie czuła takiej radości na czyjś widok. Wyglądał na niebywale silnego. Wszyscy obecni w lokalu mężczyźni wydawali się przy nim słabi.

‒ Conall – wyszeptała. – Co ty tu robisz?

‒ Nie wpadłem tu na drinka. Weź swój płaszcz, Amber. Wychodzimy.

‒ Nie mogę. Pracuję.

‒ Już nie. Nie ma o czym dyskutować. Albo wyjdziesz dobrowolnie, albo cię wyniosę. Wybór należy do ciebie.

Amber zastanawiała się, czy jest z nią coś nie tak, bo dlaczego myśl o tym Irlandczyku przerzucającym ją przez ramię przyprawiała ją o żywsze bicie serca? Widziała, że szefowa mówi coś do tęgiego mężczyzny przy barze; obawiała się jakiejś koszmarnej sceny. A gdyby Conall wdał się w bójkę?

‒ Wezmę płaszcz – powiedziała.

‒ Pospiesz się. Mam dość tej speluny.

Poszła do szatni, gdzie z ulgą zdjęła z siebie satynową minisukienkę, a z obolałych stóp szkarłatne buty. Spryskała twarz zimną wodą i włożyła z powrotem dżinsy i sweter. Powróciła do klubu i zobaczyła z ulgą, że Conall wciąż tam jest. Szefowa wręczała mu właśnie plik banknotów.

‒ Chodźmy – powiedział, kiedy podeszła bliżej.

‒ Conall…

‒ Nie teraz, Amber – warknął. – Nie chcę tu rozmawiać.

Zauważyła, że jest zdeterminowany, mogła więc tylko ruszyć za nim krętymi korytarzami hotelu do windy.

Wyszli na rześkość wiosennej nocy i Amber odetchnęła czystym powietrzem; do krawężnika podjechał wóz prowadzony przez szofera.

‒ Wsiadaj – nakazał Conall.

Czy zawsze rzucał takie rozkazy?

Posłuchała jednak i gdy usadowiła się z tyłu, otoczył ją znajomy luksus. Zażywała go, dopóki Conall i ojciec nie zmówili się, by pozbawić ją tej przyjemności. Zerknęła na twardy profil mężczyzny, kiedy zajmował miejsce obok niej, i jej chwilowa wdzięczność przemieniła się w niechęć.

‒ Jak mnie znalazłeś?

Popatrzył na nią z gniewnym błyskiem w oku.

‒ Poleciłem jednemu ze swoich ludzi mieć cię na oku.

‒ Dlaczego?

‒ A jak myślisz? Miałem nadzieję, że powiem twojemu ojcu, jak świetnie sobie radzisz po tym dramatycznym wyjściu z mojego biura. – Parsknął śmiechem. – Płonna nadzieja. Mogłem się domyślić, że od razu pobiegniesz do najbardziej zapuszczonego lokalu w mieście w poszukiwaniu łatwych pieniędzy.

‒ Więc po co po mnie przyszedłeś, skoro skreśliłeś mnie już na dobre?

Nie odpowiedział od razu, bo jego własne motywy budziły w nim niepokój. Owszem, nie był pewien, czy Amber zdoła zaakceptować twarde reguły świata bez ochronnej poduszki bogactwa. Owszem, nasłuchał się o tym klubie, w którym pracowała. Ale chodziło o coś jeszcze – trudno było to nawet określić – co nie miało nic wspólnego z moralnym długiem wobec jej ojca. Czy nie podziwiał w duchu tego, jak wypadła z jego biura, pomijając przyjemność, jaką sprawił mu widok jej zgrabnego tyłeczka? Błysk buntowniczości w jej szmaragdowych oczach kazał mu się domyślać dumy ukrytej pod tą samowolnością.

Mylił się, oczywiście. Poszła na łatwiznę. Wykorzystała pierwszą z brzegu okazję, wcisnęła swe niesamowite ciało w skąpy kostium i zaczęła pracować w miejscu przyciągającym męty. Próbował wyrzucić z pamięci wspomnienie tych wspaniałych piersi wyciekających z obcisłej satynowej sukienki, ale nie było to łatwe, o czym świadczyła bolesna twardość, którą odczuwał w kroczu.

‒ Poczuwałem się do odpowiedzialności za ciebie.

‒ Z powodu mojego ojca?

‒ Oczywiście.

‒ Kolejny potakiwacz taty.

 

‒ Nie jestem niczyim potakiwaczem, Amber. Zapamiętaj to sobie – oznajmił twardo. – I zadaj sobie pytanie, co by się stało, gdybym się nie pojawił. Ale może się mylę? Może ci się podobało, że ten typ obmacywał twoje udo?

‒ Oczywiście, że nie!

Pokręcił głową.

‒ To dlaczego nie mogłaś znaleźć sobie normalnej pracy? W sklepie? W restauracji?

‒ Bo nie zapewnia to zakwaterowania! A w klubie powiedzieli, że jeśli przejdę miesięczny okres próbny, to dostanę w hotelu jeden z pokoi dla personelu. Bardzo korzystne w sytuacji, gdy wyrzucono mnie z mieszkania. I nie rozumiem powodów twojej troski, skoro to twoja wina, że jestem bezdomna.

‒ Nie mogę uwierzyć w twoją naiwność. Wiesz chyba, na czym polega praca w takich miejscach.

‒ Odwiedzałam nocne kluby częściej niż ty!

‒ Nie wątpię, ale bywałaś w nich jako bogata klientka, nie pracownica. Nie znasz powiedzenia: nic za darmo?

Przygryzła wargę, a on pomyślał, że nie jest tak przebiegła, jak sugerowałby to jej wygląd, albo że bywała zawsze w bardziej ekskluzywnych lokalach. Jakby wbrew sobie zaczął się jej przyglądać. Czarne włosy opadały na ramiona, zielone oczy były mocno umalowane. Kolor szminki pasował do tych zabójczych szpilek, które miała na nogach, gdy poruszała się w klubie posuwistym krokiem, prowokując go do erotycznych myśli – obrazu tych cudownych kostek oplatających jego szyję.

Postukał palcami w swoje naprężone udo. Byłoby znacznie łatwiej powiedzieć jej ojcu, że sprawa jest przegrana i że powinien pozwolić córce na uprzywilejowane życie.

Gdy jednak mijali latarnię, po raz pierwszy dostrzegł mroczne cienie pod jej oczami o długich rzęsach. Jakby od dawna nie wyspała się porządnie i straciła na wadze. Kości policzkowe odznaczały się wyraziście, a płaszcz podkreślał szczupłość talii. Nagle zaczęło jej burczeć w brzuchu; zmarszczył czoło.

‒ Kiedy ostatnio jadłaś?

‒ Przejmujesz się?

‒ Przestań być taka uparta i odpowiedz na pytanie, Amber – warknął.

‒ W klubie radzili nie jeść przynajmniej przez cztery godziny przed zmianą. Poniekąd słusznie, bo trzeba było nosić sukienkę co najmniej o numer za małą.

‒ Masz w mieszkaniu coś do jedzenia?

‒ Niewiele – przyznała.

‒ Wszystko wydałaś na papierosy? – spytał i postukał w szybę, która oddzielała ich od szofera. – Zawieź nas do mojego klubu.

‒ Conall, jestem zmęczona… i chcę jechać do domu.

‒ Trudno, potem się wyśpisz. Najpierw musisz coś zjeść.

Nie odezwał się, dopóki nie podjechali pod tonący w blasku światła klasyczny budynek niedaleko Piccadilly Circus. Portier w uniformie otworzył im drzwi wozu, a Conall poczuł coś dziwnego, kiedy zaczęła wchodzić po marmurowych schodach tym swoim rozkołysanym krokiem. Gdy zdjęła płaszcz, wydało mu się, że zadrżała, zdjął więc swój kaszmirowy szalik i owinął nim jej szyję.

‒ Lepiej to załóż – poradził, nie tyle ze względu na staroświeckie wymogi stroju obowiązujące w klubie, ile po to, by nie patrzeć na jej sutki odznaczające się pod materiałem swetra i nie wyobrażać sobie, jak by to było zaciskać na nich usta.

Było późno, ale zaprowadzono ich do długiego pokoju zwanego Biblioteką Północną, gdzie szybko nakryto do stołu. Conall zamówił zupę i kanapki dla Amber, a dla siebie brandy. Potem patrzył w milczeniu, jak pochłania jedzenie ze skupieniem typowym dla głodnej osoby, i po raz pierwszy tego wieczoru zaczął się odprężać.

Popijał swojego drinka; widział za oknami nieprzerwany strumień ludzi powracających do domu, podczas gdy tu panowały porządek i spokój. Jak zawsze. Dlatego został członkiem tego klubu, którego atmosferę niezmienności bardzo sobie cenił.

Było to miejsce wyłącznie dla ludzi wpływowych. Nieliczni mogli się tu dostać. On sam został zaprotegowany przez ministra i poparty przez członka Izby Lordów. Uśmiechał się, przypominając to sobie. Kto by pomyślał, że chłopiec, który w dniu swych narodzin miał tak niewiele, zajdzie tak wysoko?

Poprosił o rozpalenie w kominku, podczas gdy Amber ocierała chusteczką usta. Teraz, kiedy już zaspokoiła głód, znów zagłębiła się w fotelu i zaczęła się rozglądać niczym kociak przyniesiony z zimna do ciepłego pomieszczenia. Zastanawiał się, co myśli kelner, skoro zwykle nie przyprowadzał tu kobiet – do tej męskiej enklawy, gdzie zawierano umowy i gdzie wykuwały się sojusze. Nieliczne dziewczyny, z którymi tu przychodził, nie nosiły obcisłych dżinsów i swetra, jak Amber Carter, tylko subtelne jedwabne sukienki i torebki pod kolor. I były dyskretnie umalowane.

A jednak żadna z nich nie wzbudzała w nim nawet odrobiny takiego pożądania, które teraz pulsowało mu we krwi i doprowadzało do bolesnej erekcji.

‒ No dobrze – powiedział, odstawiając kieliszek i siląc się na surową minę. – Udowodniłaś chyba skutecznie, że niezależność nie wchodzi w rachubę. Pytanie, czy jesteś gotowa zakasać rękawy i posłuchać głosu rozsądku.

Amber nie odpowiedziała od razu. Czuła się znacznie lepiej po posiłku, lecz teraz, gdy jeden głód został zaspokojony, pojawił się inny, a ona nie bardzo wiedziała, jak sobie z nim poradzić.

Nie chodziło o to, że zobaczyła Conalla Devlina w jego słynnym londyńskim klubie – choć było to ostatnie miejsce, w którym spodziewała się ujrzeć kogoś takiego jak on. Ani też o to, że w tej chwili przypominał ludzki odpowiednik dzikiego kota, niebezpiecznego drapieżnika, który chwilowo przycupnął w pięknym skórzanym fotelu. Nie, chodziło o coś więcej. O jego wszechobecny zapach atakujący jej nozdrza i płynący z miękkiego szalika, którym owinął jej szyję. I czy nie poczuła nieznacznej przyjemności, kiedy musnął palcami jej skórę, choć sam dotyk był niewinny? Czy nie zapragnęła więcej, choć doświadczenie ją nauczyło, by zamieniać się w bryłę lodu, ilekroć zbliżał się do niej jakiś mężczyzna?

‒ Głos rozsądku… Chcesz powiedzieć, że powinnam robić, co mi każesz?

‒ Mogłabyś spróbować – odparł sucho. – Widzieliśmy, co się dzieje, kiedy upierasz się przy swoim.

‒ Nie wiem jednak, co mi właściwie proponujesz, Conall.

Zesztywniał. Czyżby wyobraził sobie tylko ten prowokacyjny błysk w jej oczach, czy było to tylko z jego strony pobożne życzenie? Czy uświadamiała sobie, że gdy tak na niego patrzyła, odczuwał głód, który mógł zaspokoić tylko w jeden sposób? Na pewno. Kobiety takie jak ona załatwiały mężczyzn takich jak on bez mrugnięcia okiem.

Uznał, że musi wziąć się w garść, zanim Amber zorientuje się w jego pragnieniach i zacznie nim manipulować.

‒ Proponuję ci funkcję tłumaczki.

‒ Nie jestem zainteresowana – odparła z miejsca. – Nie zamierzam siedzieć w ciasnej kabinie ze słuchawkami na uszach i przekładać jakieś brednie o kwotach zbóż w Unii Europejskiej.

Conall nie potrafił zapanować nad uśmiechem.

‒ Chyba uznasz moją ofertę za nieco bardziej prestiżową.

‒ Och?

Od razu się ożywiła. Oczywiście. Prestiż miała we krwi.

‒ Wydaję przyjęcie – powiedział.

‒ Jakie?

‒ Z okazji ukończenia mojego domu na wsi. Będzie muzyka, tańce… ale chcę też skorzystać z okazji i sprzedać pewien obraz w imieniu kogoś, kto bardzo potrzebuje pieniędzy.

‒ Uznałeś chyba wcześniej, że przy moim braku doświadczenia nie nadaję się do sprzedawania obrazów.

‒ Nie oczekuję, że będziesz je sprzedawać. Chcę, żebyś pełniła rolę lingwistycznej towarzyszki.

‒ Co masz na myśli?

Zastanawiał się, czy jej ojciec zaaprobowałby to, co zamierzał jej zaproponować. Rozsądniej byłoby załatwić jej jakąś poślednią posadę w swojej firmie, jak najdalej od niego. Tyle że Amber Carter nie była kobietą pośledniego rodzaju. Więc dlaczego nie wykorzystać jej atutów?

‒ Ten obraz to część dyptyku – wyjaśnił. – Dwa studia tej samej kobiety, autorstwa Kristjana Wheelera, artysty współczesnego Pablowi Picasso. Wartość jego dzieł w ostatnich dziesięciu latach znacznie wzrosła. Oba obrazy zaginęły w połowie ubiegłego wieku i tylko jeden odnaleziono. Ten, który próbuję sprzedać w imieniu swojego klienta i…

‒ I?

‒ Sądzę, że człowiek, który chce go nabyć, jest w posiadaniu tego zaginionego. To oznacza, że obraz, który sprzedaję, jest częścią dyptyku, co czyni go znacznie cenniejszym.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?