Moda na miłość

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Sharon Kendrick
Moda na miłość

Tłumaczenie:

Piotr Art

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Luc ujrzał w oddali szyld z jej nazwiskiem. Siedział z tyłu limuzyny jak na rozżarzonych węglach. Wiedział, co powinien zrobić. Zignorować. Jechać dalej, nie oglądając się za siebie. Zapomnieć o przeszłości i zaakceptować los, jaki został mu wyznaczony. Ale ponieważ czasami ciekawość jest zbyt silna, stłumił głos rozsądku i pochylił się w stronę szofera.

‒ Zatrzymaj samochód – polecił.

Limuzyna podjechała pod krawężnik na cichej już o tej porze ulicy w londyńskiej Belgravii. Poza modnymi restauracjami było tu mnóstwo eleganckich sklepów. Ale uwagę Luca przykuł tylko jeden z nich. Co dziwne, bo nie był człowiekiem, który traktowałby zakupy jako hobby. Nie musiał.

Nawet kosztowne błyskotki, które wręczał kochankom jako prezenty pożegnalne, kupowali dyskretnie jego asystenci.

Ale już od całkiem dawna nie było powodu, by pocieszać kobiety, którym złamał serce. Blisko dwa lata temu złożył sobie obietnicę, że będzie żył w celibacie. Nie był zachwycony, ale wiedział, że musi to zrobić. I stanowczo trzymał się postanowienia. Całą energię poświęcał teraz obowiązkom i treningowi w siłowni. Odzyskał jasność umysłu i zdolność koncentracji. Które jednak utracił teraz w ułamku sekundy, kiedy dojrzał nazwisko na szyldzie sklepowym po drugiej stronie ulicy.

Lisa Bailey.

Nie mógł uwierzyć, że jego brzmienie znów wywołuje u niego pulsowanie w kroczu. Zupełnie jak wtedy, kiedy leżąc pod nim, szeptała mu do ucha czułe słówka. Lisa Bailey. Najwspanialsza kochanka, jaką kiedykolwiek miał. Utalentowana projektantka o kuszącym spojrzeniu i cudownej figurze.

I jedyna kobieta, która go rzuciła.

Luc zastygł w pozycji wyrażającej niezdecydowanie, doskonale wiedząc, że spotkanie z byłą kochanką zawsze wróży problemy. A on nie potrzebował teraz żadnych komplikacji. Powinien kazać szoferowi, by zawiózł go do ambasady. Załatwić tam ostatnie sprawy, a potem wrócić na rodzinną wyspę, na ceremonię zaślubin.

Pomyślał, co go czeka na Mardowii, i nagle zastygł. Ma obowiązki, które musi wypełnić. Brzemię, które musi dźwigać.

W tym momencie zauważył wewnątrz sklepu Lisę i serce zabiło mu mocniej. Stała bokiem, więc doskonale widział zarys jej cudownych piersi.

Lisa Bailey.

Luc zmrużył oczy. Dziwnie było patrzeć na nią tutaj, na jednej z najdroższych ulic Londynu, z dala od podrzędnej dzielnicy, gdzie spotykali się w maleńkiej kawalerce służącej Lisie za pracownię.

Powiedział sobie, że wcale go nie obchodzi, skąd się tutaj wzięła. Ale przecież to on sam kazał szoferowi pojechać tą trasą. A wszystko dlatego, że w jego obecności ktoś wymienił jej nazwisko. Dzięki temu dowiedział się, że Lisa Bailey robi karierę. Oblizał wysuszone wargi. Przecież nic się nie stanie, jeśli wejdzie na chwilę, by się przywitać. To nic zdrożnego w przypadku byłych kochanków. Przekona się wreszcie, że to już przeszłość.

‒ Zaparkuj nieco dalej i poczekaj na mnie – polecił szoferowi i wysiadł. Kilka metrów za nimi dyskretnie zatrzymał się samochód z ochroniarzami. Luc dał im dyskretny znak, by nie manifestowali swojej obecności.

Sierpniowe słońce paliło niemiłosiernie, a liście na drzewach ani drgnęły. Fala upałów trwała już dość długo. Media pokazywały ludzi smażących jajka na jezdniach lub odpoczywających na trawie w parkach. Luc marzył o tym, by znaleźć się w klimatyzowanych pomieszczeniach swojego pałacu na Mardowii. Przypomniał mu się widok białych gołębi w ogrodach i woń róż, tak bardzo odmienna od zapachu spalin, który teraz otaczał go zewsząd. Gdyby nie wesele Conalla Devlina, które miało odbyć się w weekend, poleciałby do domu już dziś.

I zacząłby się wdrażać w nowy etap życia, w który zamierzał wkroczyć z oddaniem.

Wszedł do sklepu. Lisa kucała właśnie przy wieszakach z sukniami, z igłą w ręku i miarą krawiecką zawieszoną wokół szyi.

‒ Cześć, Liso – powiedział.

Uniosła wzrok i zmrużyła oczy, nie poznając go w pierwszej chwili. Być może dlatego, że był ostatnią osobą, którą spodziewałaby się tu zobaczyć. Poczuła bolesny skurcz serca i falę gorąca w okolicach piersi. Wciąż nie mogła uwierzyć, że w jej sklepie znajduje się książę Luciano Gabriel Leonidas – głowa starej dynastii Sorrenzo i władca Księstwa Mardowii.

Jego arystokratyczny tytuł nigdy nie robił na Lisie wrażenia. Dla niej był Lukiem, mężczyzną, który kiedyś został jej kochankiem. Który pokazał jej rozkosz i udowodnił, że nie ma ona granic. Który sprawił, że znalazła w sobie uczucia, o które nigdy by się nie podejrzewała. A których nie chciała doświadczać, bo wiedziała, że pożądanie oznacza strach. Strach przed zranieniem. Strach przed odrzuceniem i zdradą. Luc nie krył, że nie szuka miłości. Pasowało jej to przez jakiś czas, ale potem zorientowała się, że jest w nim zakochana.

Próbowała zdusić w sobie świadomość tego, ale któregoś dnia zrozumiała, że nie może walczyć z uczuciem. Wtedy uciekła. Nie było to łatwe. Ale łatwiejsze niż życie ze złamanym sercem, więc nigdy nie żałowała podjętej decyzji. Mężczyźni tacy jak Luc są niebezpieczni. Mają to wpisane w DNA.

Lisa spojrzała na Luca i natychmiast zorientowała się, że nadal promieniuje wokół niego zmysłowa aura. Jego czarne włosy były krótsze niż dawniej, za to oczy tak samo błękitne. Takie, w których miało się ochotę zatopić.

Jak zawsze wyglądał nienagannie. Ręcznie szyty włoski garnitur był jak spod igły, a jedwabna koszula, rozpięta pod szyją, odsłaniała lśniącą, oliwkową skórę na torsie.

‒ Jesteś… jesteś ostatnią osobą, którą spodziewałabym się tutaj zobaczyć – wydusiła z siebie, przerażona, że Luc nadal działa na nią piorunująco. Mimo upływu dwóch lat.

‒ Doprawdy? – spytał aksamitnym, zmysłowym głosem.

Lisa przykazała sobie, że zachowa spokój. Jak gdyby rozmawiała z klientem. A może Luc przyszedł tutaj właśnie jako klient? Może chce kupić sukienkę dla jednej z kochanek? Tak właśnie się poznali, kiedy wszedł do jej pracowni, a ona nie miała pojęcia, kim jest nieznajomy. Jej kreacje stawały się wówczas popularne, głównie dzięki pewnej modelce, która wystąpiła w jednej z nich na premierze filmu. Wkrótce zaczęli pojawiać się u niej rozmaici klienci, więc nie była zaskoczona, gdy któregoś dnia stanął przed nią zabójczo przystojny brunet pod rękę z piękną blondynką.

Pamiętała, że modelka uparła się na jedną ze zdobionych haftem kremowych sukni, które klientki zakładały czasami do ślubu. Lisa zauważyła wtedy dziwny grymas na twarzy Luca. Zrozumiała, że nie pierwszy raz musi zmagać się z matrymonialnymi zamiarami kochanki. Ich spojrzenia nagle się spotkały, ale natychmiast opuściła wzrok, nieco zmieszana.

Jednak w tym ułamku sekundy coś zaszło. Coś, czego nigdy nie pojęła do końca. Luc wkrótce rzucił blondynkę i przypuścił atak na Lisę, by zaciągnąć ją do łóżka. Początkowo miała wrażenie, że śni. Szczególnie, kiedy odkryła, że ma do czynienia z autentycznym księciem. Ale nie śniła. Cudowne bukiety kwiatów, które codziennie trafiały do jej pracowni, świadczyły nie tylko o bogactwie Luca, ale i o jego zamiarach. Próbowała mu się opierać, wiedząc, że u jego boku nie ma dla niej miejsca. Wkrótce okazało się, że Luc pragnie ją mieć nie u swojego boku, lecz pod sobą, i w końcu skapitulowała. Któraż kobieta nie poddałaby się potężnemu urokowi tego śródziemnomorskiego księcia?

Spotykali się przez półtora miesiąca. Nie zabrał jej nigdy na żadne przyjęcie dla możnych tego świata, na które zaproszenia leżały stosami na marmurowym kominku w jego wytwornej willi. Lisa odwiedziła ją tylko raz, pod osłoną nocy. Większość czasu spędzali w łóżku. Nie miała nic przeciwko temu, ponieważ nauczył ją wszystkiego, co wiedział o seksie. A wiedział bardzo dużo. Lisa nie doświadczyła podobnych doznań z nikim innym, ani wcześniej, ani później.

Teraz dotarło do niej ponownie, że Luc stoi przed nią. Wciąż emanował męskim urokiem, który sprawiał, że miała ochotę podejść i zacząć się z nim całować.

‒ Przechodziłeś obok? – spytała uprzejmie i schyliła się, by podnieść igłę z podłogi.

‒ Niezupełnie – odparł. – Doszły mnie słuchy, że zmieniłaś lokalizację i byłem ciekaw, jak rozwija się firma. Jak widać, doskonale – powiedział rozglądając się po sklepie.

‒ Owszem – odpowiedziała Lisa i pokraśniała z dumy.

‒ Co sprawiło, że twoje niszowe projekty stały się obiektem westchnień bogatych kobiet?

Lisa postanowiła, że odpowie na to pytanie, bo chciała jak najszybciej pozbyć się Luca. Czuła się przy nim nieswojo.

‒ Sprzedawałam kreacje przez internet i w starym sklepie, ale znajdował się on zbyt daleko od centrum, żebym mogła zainteresować najbardziej pożądaną klientelę.

‒ I co dalej?

Lisa wzruszyła ramionami.

‒ Pojawiła się okazja wynajęcia tego lokalu, więc z niej skorzystałam – powiedziała. Nie dodała jednak, że nie była to dobra decyzja. Nie można się zgadzać na wysoki czynsz bez pewności, że się na niego zarobi. Ale wówczas Lisa była oszołomiona początkowym sukcesem, a oprócz tego potrzebowała czymś się zająć, by wypełnić pustkę w sercu po rozstaniu z Lukiem. Kiedy zaś siostra oznajmiła jej, że spodziewa się dziecka, podniesienie dochodów stało się przede wszystkim koniecznością, a nie kwestią zaspokojenia osobistych ambicji.

Luc rozejrzał się po sklepie.

‒ Dobrze sobie radzisz – zauważył.

‒ Owszem, nawet bardzo dobrze – skłamała bez mrugnięcia okiem. – Czyżbyś chciał kupić sukienkę?

‒ Nie, nie chcę kupić sukienki.

 

‒ W takim razie co cię sprowadza? – spytała niepewnie.

Przez chwilę przyglądał jej się w milczeniu. Cóż miał odpowiedzieć? Że chciał się przekonać ostatecznie, że nic dla niego już nie znaczy? Że była tylko kusicielką, która rozpaliła go do czerwoności, a potem wskazała mu drzwi?

Ale przecież wciąż go to boli. Nawet teraz. Że zapomniała o nim, choć był pewien, że wróci na kolanach, pełna skruchy z powodu tego, co uczyniła. Nikt nigdy nie zranił bardziej jego dumy. Czuł się jak dziecko, któremu odebrano deser w trakcie jedzenia.

Kiedy przyglądał się Lisie z zadumą, nagle uderzyło go coś w jej wyglądzie. Zawsze spotykał się z najpiękniejszymi kobietami świata, zazwyczaj bardzo wysokimi, długonogimi, co uwielbiał. Natomiast Lisa była drobna, choć miała duże, krągłe piersi, które przykuwały wzrok mężczyzn bez względu na to, jak bardzo starała się je ukryć pod ubraniem. Było w niej coś zniewalającego, ale nie potrafił tego nazwać.

Dziś miała na sobie prostą w kroju sukienkę z jedwabiu, własnego projektu. Jej seledynowy odcień podkreślał niezwykły, zielonozłocisty kolor oczu Lisy. Gęste, kręcone włosy o barwie karmelu miała spięte na bokach.

Ale Luc zauważył jeszcze coś – sińce pod oczami i ziemistą cerę. Sprawiała wrażenie kogoś, kto mało sypia i ma dużo zmartwień.

Ciekawe dlaczego?

‒ Często bywam w tych okolicach, więc nieuprzejmie byłoby nie wpaść i nie przywitać się – wyjaśnił Luc, przypominając sobie jedwabiście gładką skórę na jej udach oraz rumieniec, który zawsze pojawiał się na jej twarzy po orgazmie. Nie miał pojęcia, dlaczego torturuje się tymi wspomnieniami.

Zacisnął wargi. Wkrótce jego życie wkroczy na nowe, przewidywalne tory. Co jest nieuniknione dla każdego, kto urodził się w rodzinie monarszej. Niemniej tkwiąca w nim namiastka człowieka, którym nie miał już szansy zostać, poddawała się teraz pokusie syreniego śpiewu. A syrena miała na imię Lisa. Była kobietą, która zaspokajała go pod każdym względem. Która nigdy nie zmuszała go do niczego i niczego nie żądała, w odróżnieniu od niemal wszystkich innych kochanek. Czy dlatego tak doskonale było mu z nią w łóżku? Ponieważ sprawiała, że czuł się nieskończenie wolny?

Nagle uświadomił sobie, jak bardzo ciąży mu dwuletni celibat. Zaczął go opanowywać długo ignorowany popęd seksualny. A Luc uznał, że wcale nie ma ochoty z nim walczyć. Cóż może być złego w jednym, ostatnim, romantycznym spotkaniu, zanim wkroczy w nowe życie i wszelkie związane z nim obowiązki? Tym bardziej że pomoże mu to raz na zawsze zapomnieć o kobiecie, której wspomnienie nie daje mu spokoju.

‒ Właśnie przyleciałem ze Stanów i zostaję na weekend, bo przyjaciele biorą ślub. A w poniedziałek wylatuję do Mardowii – oznajmił.

‒ Bardzo interesujące, ale co to ma wspólnego ze mną? – spytała Lisa oschle.

Luc roześmiał się, bo nikt nigdy nie rozmawiał z nim tak otwarcie jak Lisa. To było coś, co go w niej pociągało. I zawsze była opanowana. Nie zdradzała emocji. Z wyjątkiem momentów, kiedy się kochali.

‒ Pomyślałem, że poproszę cię o przysługę – odparł.

‒ Mnie? – spytała z niedowierzaniem.

‒ Jesteśmy starymi znajomymi, prawda?

Luc był ciekaw, jak Lisa zareagowałaby, gdyby wyjawił, co naprawdę chodzi mu po głowie.

‒ A kogo można poprosić o przysługę, jeśli nie starych znajomych? – dodał.

‒ Cóż, chyba masz rację – odparła niepewnym tonem.

‒ Potrzebuję towarzystwa. Kogoś, kto pójdzie ze mną na wesele. Nie na ślub, bo tych unikam, ale na przyjęcie wieczorem.

Luc wreszcie doczekał się reakcji.

‒ Daj spokój, Luc – powiedziała Lisa. – Potrzebujesz towarzystwa? Ty? Aż trudno mi uwierzyć, że przychodzisz do byłej kochanki, kiedy na pewno otaczają cię tuziny kobiet, które tylko czekają, byś je zaprosił. Chyba że stało się coś mało prawdopodobnego i twoja osobowość uległa całkowitej odmianie.

Luc uśmiechnął się tajemniczo, zastanawiając się, co by powiedziała, gdyby znała prawdę.

‒ Nie przeczę, że jest wiele kobiet, które z chęcią by mi towarzyszyły. Ale żadna z nich nie pociąga mnie dostatecznie.

‒ W takim razie pójdź sam – zakpiła Lisa.

‒ Niestety, to nie takie proste. – Zerknął przez okno wystawowe na ulicę, gdzie majaczyły sylwetki jego ochroniarzy stojących przy limuzynie. – Jeśli pojawię się bez towarzyszki, postawi mnie to w dość niezręcznej sytuacji.

‒ Niezręcznej? Ciebie? – żachnęła się Lisa.

‒ Wiem z doświadczenia, że wesela stanowią dla kobiet teren łowiecki.

‒ Teren łowiecki? – powtórzyła Lisa, jakby się przesłyszała.

‒ Niestety, tak. – Luc wzruszył ramionami. – Przeciętna kobieta chciałaby się znaleźć na miejscu panny młodej, więc natychmiast szuka najodpowiedniejszego kandydata.

Lisa uniosła brwi.

‒ Rozumiem, że uważasz się za najodpowiedniejszego kandydata?

Luc miał ochotę przyciągnąć ją do siebie i przywrzeć do niej ustami.

Przestąpił z nogi na nogę.

‒ Obawiam się, że jako książę pasuję do tej kategorii. Szczególnie w oczach niektórych kobiet – powiedział.

‒ A uważasz, że będziesz bezpieczny w moim towarzystwie?

‒ Oczywiście. Przecież spotykaliśmy się dawno temu. A i wtedy oboje wiedzieliśmy, że nie ma dla nas przyszłości. Byłaś chyba jedyną kobietą, która naprawdę zdawała sobie z tego sprawę. Teraz będziesz mogła mnie bronić przed drapieżnikami – uśmiechnął się. – A poza tym miło by było spędzić z tobą wieczór. Znamy się dobrze, więc będziemy się czuć swobodnie w swoim towarzystwie.

Lisa spojrzała na niego z niedowierzaniem. Swobodnie? Chyba oszalał. Czyżby nie zdawał sobie sprawy, jak szybko bije jej serce od momentu, kiedy wszedł do sklepu?

‒ To nie najlepszy pomysł – odparła beznamiętnie. – Wręcz bardzo zły. Przepraszam cię, ale muszę zamknąć sklep.

Luc zaczął krążyć jak tygrys po klatce. Podszedł do jednej z wystawionych sukni i musnął ją palcem z zamyśloną miną. Po chwili odwrócił się i spojrzał na Lisę.

‒ Cicho u ciebie jak na popołudnie w środku tygodnia – zauważył.

‒ A co to ma do rzeczy? – spytała, usilnie próbując zachować obojętny ton.

‒ To, że udział w przyjęciu, na którym będzie sama śmietanka towarzyska, mógłby ci przysporzyć klientek. Będzie tam mnóstwo wpływowych osób. Mogłabyś założyć jedną z tych fantastycznych kreacji i olśnić gości. Czyż nie na tym to polega? Rozegraj dobrze tę kartę, a nie będzie ci brakowało nowych klientek.

Lisa odczuła przypływ zainteresowania. Faktycznie, po początkowych sukcesach w jej firmie zapanował zastój. Być może powodem był kryzys gospodarczy, a może to, że jej kreacje znudziły się klientkom. W kolorowych pismach widziała mnóstwo projektów niepokojąco podobnych do jej własnych, a za to tańszych. Wiedziała doskonale, że są uszyte z wiskozy, a nie z jedwabiu, ale zaczynała dochodzić do wniosku, że nawet bogatym klientkom nie sprawia to już różnicy.

Wmawiała sobie, że zastój ma charakter sezonowy, że kiedy przyjdzie jesień, jej nowa kolekcja będzie się sprzedawać jak ciepłe bułeczki. Przerażało ją to, jak szybko topnieją oszczędności, tym bardziej że ciążyła na niej wielka odpowiedzialność.

Pomyślała o ukochanej siostrze. Brittany zrezygnowała ze studiów na renomowanej uczelni i urodziła cudowną córeczkę, Tamsin. Niestety, żyła pod butem męża, Jasona, który nie tylko nie zapewniał rodzinie godnego bytu, ale i był kobieciarzem. Lisa pomagała jej finansowo jak mogła, ale wiedziała, że niedługo źródło może wyschnąć.

‒ Cieszę się, że poważnie zastanawiasz się nad moją propozycją – rzekł Luc ironicznym tonem, przerywając jej myśli. – Choć muszę powiedzieć, że kobiety zazwyczaj nie potrzebują aż tak dużo czasu, by odpowiedzieć na moje zaproszenie.

‒ Nie wątpię. – Lisa podniosła wzrok i spojrzała mu prosto w oczy. Intuicja jej podpowiadała, że powinna odmówić, natomiast zdrowy rozsądek mówił coś innego. W końcu na weselu będzie mnóstwo bajecznie majętnych kobiet, które stać na jej suknie. Takich, które w życiu nie założyłyby sztucznego jedwabiu. Nieskorzystanie z takiej okazji byłoby szaleństwem.

‒ Czyj to ślub? – spytała.

Luc nie potrafił opanować triumfalnego uśmiechu.

‒ Niejakiego Conalla Devlina.

‒ Tego irlandzkiego potentata budowlanego i marszanda?

‒ Słyszałaś o nim?

‒ Chyba każdy słyszał. Czytuję gazety – żachnęła się Lisa.

‒ Żeni się z Amber Carter.

Lisa pokiwała głową. Znała córkę przemysłowca ze zdjęć. Ktoś taki ma z pewnością mnóstwo koleżanek, które mogłyby zainteresować się sukniami z metką Lisa Bailey. A może będzie to również doskonała okazja, by przestać myśleć o Lucu? Przekonać się, że postąpiła właściwie, usuwając go ze swojego życia? Raz jeszcze doświadczyć jego niesłychanej arogancji i wrodzonej potrzeby rządzenia wszystkimi dookoła?

Uświadomiła sobie, że nawet kiedy ze sobą sypiali, nie wiedziała o nim nic. Trzymał dystans i nie dzielił się z nią żadnymi sekretami. Już na samym początku oznajmił, że ponieważ jest księciem, nie może wiązać się z kobietą innej narodowości i niższego pochodzenia. Że nie chodzi o romans, a tylko o seks. Lisa zgodziła się na taki układ, bo jej również odpowiadał, choć z innych przyczyn. W ten sposób przez krótki czas żyli cudowną teraźniejszością, wypełnioną czystą przyjemnością.

‒ Gdzie się odbędzie wesele? – spytała.

‒ W wiejskiej posiadłości Conalla w Crewhurst, w najbliższą sobotę. To nieco ponad godzinę jazdy z Londynu.

‒ Czyli nie będzie problemu, by wrócić tego samego wieczora?

‒ Oczywiście, że nie.

ROZDZIAŁ DRUGI

Po co w ogóle tutaj przyjechała? Siedząc w limuzynie u boku przystojnego księcia, Lisa zacisnęła dłoń na kopertówce. Podjechali właśnie przed okazały dwór przystrojony lampkami jak choinka.

Całą drogę myślała tylko o tym, jak przystojnie Luc wygląda w ciemnym garniturze, którego kolor doskonale podkreśla oliwkowy odcień jego skóry.

Niebo jeszcze było jasne, ale wzdłuż podjazdu płonęły liczne pochodnie. Na pobliskim polu Lisa zauważyła karuzelę i stoisko z popcornem. Oddzielał ich od niego idealnie przystrzyżony trawnik otoczony rabatami kwiatów.

Lisa pomyślała, że sceneria jest wręcz bajkowa. Taka, o jakiej marzyłaby każda kobieta. Ale nie ona. Wiedziała, czym się kończy małżeństwo. Była świadkiem, jak ojczym niszczył jej matkę. I jak Jason, choć nigdy nie wziął ślubu z jej siostrą, zmienił się z czarującego młodzieńca w bezwzględnego tyrana, kiedy tylko Brittany urodziła Tamsin.

Lisa zacisnęła usta. Jej z pewnością nie przydarzy się nic podobnego. Nigdy nie stanie się tresowanym zwierzątkiem dla jakiegoś mężczyzny.

Wysiadła z samochodu. Stanęła na żwirowej ścieżce i zachwiała się na szpilkach. Kiedy Luc chwycił ją, by nie upadła, poczuła nagłą falę pożądania. Dlaczego wciąż tak na niego reaguje? Dlaczego żaden mężczyzna nie działa na nią tak jak ten arystokrata? Spojrzała mu prosto w oczy i natychmiast spuściła głowę, zawstydzona, że może wyczytał zbyt wiele w jej wzroku.

‒ Spójrz, to panna młoda – powiedział Luc.

Lisa odwróciła głowę i zauważyła kobietę, która biegła w ich stronę. Miała na sobie białą suknię, a włosy przystrojone kwiatami.

‒ Wasza wysokość! – zawołała i pokłoniła się z gracją. – Tak się cieszę, że przyjechałeś!

‒ Nigdy w życiu nie przepuściłbym takiej okazji – odpowiedział Luc. – Znasz Lisę Bailey, projektantkę mody? Liso, poznaj nową panią Devlin.

‒ Nie, nie poznałyśmy się osobiście. – Panna młoda pokręciła głową i uśmiechnęła się życzliwie. – Ale słyszałam o tobie. Masz fantastyczną suknię.

‒ Ty też – odparła Lisa przyjaźnie.

Wkrótce przywitała się z mężem Amber, Conallem, wysokim i bardzo przystojnym Irlandczykiem, który nie odrywał wzroku od żony.

‒ Nie będzie formalnej kolacji – oznajmiła Amber, chwytając Conalla za rękę. Oboje spojrzeli na siebie w sposób sugerujący, że chcieliby jak najszybciej pozostać sami. – Uznaliśmy, że goście będą mieli więcej frajdy, bawiąc się ze sobą, rozmawiając, jeżdżąc na karuzeli i zajadając hot dogami. Zaraz przyniosę wam coś do picia.

Luc machnął niedbale ręką.

‒ Nie, nie kłopocz się. Zadbamy o siebie, a potem zatańczymy – powiedział i spojrzał na Lisę. – Jak myślisz, czy to dobry pomysł, chérie?

Lisa miała wrażenie, że spojrzenie jego szafirowych oczu przenika ją na wskroś, a francuskie czułe słówko przypomniało jej o tym, o czym chciała zapomnieć. Na przykład o tym, jak doprowadzał ją do szaleństwa, kiedy zrywał z niej bieliznę. Ale takie myśli były groźne. Bardzo groźne.

 

‒ Z radością pospaceruję po ogrodzie – powiedziała. – Brak dużego ogrodu to jedna z niedogodności mieszkania w Londynie, a wasz wygląda cudownie.

‒ Dziękuję. – Amber najwyraźniej była zachwycona tą pochwałą. – Luc, spróbuj znaleźć mojego brata Rafe’a, który wrócił właśnie z Australii. Mógłbyś porozmawiać z nim o złocie i diamentach.

‒ Z chęcią – odparł Luc, biorąc dwa kieliszki szampana z tacy mijającego ich właśnie kelnera. Podał jeden Lisie. Ledwie zauważył odejście nowożeńców, ponieważ tak bardzo był skupiony na osobie towarzyszki. W srebrzystej sukni wyglądała sensacyjnie. Niestety, była wyraźnie spięta i rozglądała się nerwowo, unikając jego spojrzenia.

Ogarnęło go pragnienie, by wziąć Lisę w ramiona, przytulić się do jej cudownego ciała. Wejść w nią i zatracić się w rozkoszy, tak jak dawniej. Cóż może być złego w tym, że zakończy romans wielkim finałem, zanim trafi w kierat obowiązków i małżeństwa?

Ruszyli przez trawnik skąpany w świetle zachodzącego słońca, mijając gości, którzy rozmawiali w grupkach. Niektórych Luc znał doskonale, ponieważ on i Conall obracali się w tych samych kręgach ludzi potężnych i ustosunkowanych. Był tam ambasador Irlandii i kilku znanych polityków, w tym jeden, o którym mawiano, że jest najpewniejszym kandydatem na następnego brytyjskiego premiera. Luc dostrzegł też rosyjskiego oligarchę i greckiego magnata z branży hotelarskiej. W pewnej chwili podeszła do nich Serena, asystentka Conalla, w towarzystwie Rafe’a Cartera, brata panny młodej. Kiedy witali się, Luc zauważył, że Lisa oddaliła się dyskretnie.

Wiedział dobrze, gdzie się podziała, jako że doskonale orientował się w regułach zachowania na przyjęciach. Chwycił kanapeczkę z tacy i włożył sobie do ust. Słony kawior przyjemnie pobudził jego kubki smakowe. Uznał, że znalazł się w bardzo nietypowej dla siebie sytuacji. To on szuka kobiety, a nie na odwrót. Tymczasem Lisa zupełnie nie zwracała na niego uwagi i gawędziła z kilkoma ślicznotkami z bogatych domów. Nagle zauważył, że do kobiet podszedł jakiś mężczyzna i zagadał do Lisy. Luc spiął się nerwowo. I nagle zapragnął znaleźć się z nią sam na sam. Nie miał ochoty na pogawędki, a tym bardziej na poważną dyskusję o sprawach jego kraju z kimś, kto akurat jest nimi bardzo zainteresowany. Nie chciał opowiadać o tym, że Mardowia właśnie trafiła do grona dziesięciu najbogatszych państw wyspiarskich, ani też o nowym traktacie handlowym ze Stanami Zjednoczonymi. A już z pewnością nie miał ochoty odpowiadać na pytanie jednej z gwiazdek hollywoodzkich, czy chce jej numer telefonu. Zresztą wcale nie zapytała. Po prostu wcisnęła mu wizytówkę, zalotnie trzepocząc rzęsami…

Luc nie chciał być niegrzeczny, dlatego wsunął wizytówkę do kieszeni, przeprosił uprzejmie i ruszył w stronę Lisy.

Widząc, że się zbliża, rozmówczynie Lisy zaczęły szeptać z podnieceniem, ale Luc dyskretnie uniknął powitania z nimi.

‒ Chodź, pokręcimy się – powiedział do Lisy stanowczym tonem, wyjął jej kieliszek szampana z dłoni i odstawił go na pobliski stolik. – Mam ochotę z tobą zatańczyć.

Lisa poczuła się nieco urażona, gdy zabrał jej kieliszek. Dlaczego propozycje Luca zawsze brzmią jak rozkaz? Ponieważ jest księciem i całe życie rozkazuje innym. Nie tylko przerwał rozmowę o jej kreacjach, lecz również zmusza ją, by zatańczyła. Wiedziała, że powinna odmówić, ale nie wiedziała jak.

Co najgorsze, wszyscy na nią patrzyli, a kobiety, z którymi rozmawiała jeszcze przed chwilą, nawet nie próbowały ukryć zazdrości. A może po prostu nie dowierzały, że tak pożądany mężczyzna może chcieć zatańczyć z dość niską brunetką o zbyt dużym biuście. Lisa miała ochotę uciec w stronę pobliskich drzew i schować się wśród nich. Ale zamiast tego skryła się za maską spokoju, którą tak doskonale umiała przybierać. Ćwiczyła ją od chwili, kiedy matka wyszła ponownie za mąż, a ich dotychczasowy świat w ciągu jednego dnia legł w gruzach. Odkąd nauczyła się, by nigdy nie wyjawiać przed innymi, co myśli. To była pierwsza lekcja przetrwania. Jeśli udajesz słabeusza, ludzie biorą cię za niego, a jeśli udajesz osobę silną, to tak będą cię postrzegać.

‒ Czemu nie… ‒ zgodziła się beznamiętnie.

‒ Podziwiam twój entuzjazm – mruknął pod nosem Luc. – Doznajesz jakiejś perwersyjnej frajdy, gdy każesz mi czekać?

Lisa zrobiła wielkie oczy.

‒ Czyżbym miała odpowiadać natychmiast, gdy książę do mnie przemówi? – spytała kpiąco.

Luc uśmiechnął się zawadiacko.

‒ Coś w tym rodzaju – odparł.

‒ A może powinieneś cieszyć się nowym doznaniem?

‒ Staram się.

‒ Postaraj się bardziej – burknęła Lisa pod nosem.

Luc roześmiał się serdecznie. Weszli po marmurowych schodach na taras, a z niego do sali balowej, z której dobiegały dźwięki muzyki jazzowej. Kiedy Luc chwycił ją za dłoń i przyciągnął do siebie na parkiecie, Lisa zesztywniała. Czuła żar bijący od jego muskularnego ciała i subtelną woń bergamoty na jego rozgrzanej skórze.

Była przytłoczona jego bliskością i nie potrafiła obronić się przed tym, jak bliskość Luca działa na jej zmysły. Zdała sobie sprawę, że już dawno nie tańczyła z mężczyzną, a z Lukiem nigdy. Nagle zrozumiała, dlaczego ani razu nie zatańczył z nią w miejscu publicznym. Tu, na przyjęciu, ochroniarze Conalla byli wszechobecni. Gdziekolwiek indziej obfotografowano by ich ze wszystkich stron.

Ale mimo oporów taniec sprawiał jej radość, przynajmniej do momentu, kiedy niespodziewanie zaczęła oddychać szybciej. Czyżby Luc przytulił ją mocniej?

‒ Wydajesz się spięta – zauważył Luc.

Wzruszyła niezręcznie ramionami.

‒ Jesteś zaskoczony? – spytała.

‒ Nie lubisz tańczyć? Czy też czujesz się niezręcznie w mojej obecności?

Lisa odchyliła głowę, by spojrzeć mu w oczy.

‒ Odrobinę – powiedziała.

‒ Ja też – przyznał Luc.

Zacisnęła wargi, próbując zapanować nad zbyt szybkim pulsem.

‒ Przecież często tańczysz z kobietami – zauważyła.

‒ Nie słynę z zamiłowania do tańca – odparł z namysłem. – A przy żadnej kobiecie, z którą tańczyłem, nie czułem się tak jak przy tobie.

‒ Świetny wyuczony tekst – zaśmiała się Lisa. – Wypowiedziany świadomie z lekkim niedowierzaniem. Założę się, że działa za każdym razem.

‒ To nie wyuczony tekst. – Luc zmarszczył brwi. – Skąd w tobie tyle cynizmu?

‒ Raczej zdrowa dawka realizmu, bardzo dla mnie typowa. Dawniej nigdy ci nie przeszkadzała.

Luc pogładził palcem skórę na jej ramieniu.

‒ Może byłem zbyt zajęty ściąganiem z ciebie ubrania.

‒ Posłuchaj uważnie…

‒ Mówię prawdę. I proszę, nie rzucaj mi takich spojrzeń i nie wzdychaj tak ciężko, chyba że chcesz, bym zaciągnął cię do najbliższego ciemnego kąta.

‒ Jeszcze chwila i odejdę!

‒ Dobrze – powiedział Luc i opuścił dłonie na jej biodra. – Pozostańmy na formalnej stopie. Opowiedz mi, co dzieje się w twoim życiu.

‒ Chodzi ci o sklep?

Luc zmarszczył brwi, jakby w ogóle nie o to mu chodziło.

‒ Jasne. Opowiedz mi o sklepie.

Lisa spuściła wzrok na drobne guziki jego koszuli. Czy powinna mu powiedzieć, jak bardzo cierpiała po ich rozstaniu i jak rzuciła się w wir pracy, by o nim zapomnieć?

‒ Wszyscy mi mówili, że powinnam się rozwijać, więc znalazłam kogoś, kto we mnie wierzył i kto był gotów sfinansować przeprowadzkę sklepu do prestiżowej części miasta.

‒ Kogo? – spytał Luc niespodziewanie szorstko.

‒ Czy to ważne?

‒ Zależy – powiedział i zamilkł na chwilę. – To twój kochanek?

Lisa wydęła wargi.

‒ Sugerujesz, że wdałabym się w romans z inwestorem? – spytała.

‒ A może było na odwrót? Zmiana wydaje się… diametralna – zauważył Luc. – To by wiele wyjaśniało.

Lisa nie potrafiła uwierzyć, że to powiedział. Czyżby był zazdrosny? Przecież sam już na początku znajomości uprzedził, że nie powinna sobie robić żadnych nadziei. Czy tak właśnie postępują książęta? Zachowują się jak pies ogrodnika? Wcale nie miała ochoty opowiadać mu o relacjach z Martinem, który wspierał jej działania wyłącznie w zakresie biznesowym.

Zaśmiała się.

‒ Jak wiadomo, nie wolno mieszać interesów z przyjemnościami – powiedziała.