Dziewczyna z Sycylii

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Sharon Kendrick

Dziewczyna z Sycylii

Tłumaczenie: Karol Nowosielski

HarperCollins Polska sp. z o.o.

Warszawa 2021

Tytuł oryginału: Cinderella in the Sicilian’s World

Pierwsze wydanie: Harlequin Mills & Boon Limited, 2020

Redaktor serii: Marzena Cieśla

Opracowanie redakcyjne: Marzena Cieśla

© 2020 by Sharon Kendrick

© for the Polish edition by HarperCollins Polska sp. z o.o., Warszawa 2021

Wydanie niniejsze zostało opublikowane na licencji Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie.

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych i umarłych – jest całkowicie przypadkowe.

Harlequin i Harlequin Światowe Życie są zastrzeżonymi znakami należącymi do Harlequin Enterprises Limited i zostały użyte na jego licencji.

HarperCollins Polska jest zastrzeżonym znakiem należącym do HarperCollins Publishers, LLC. Nazwa i znak nie mogą być wykorzystane bez zgody właściciela.

Ilustracja na okładce wykorzystana za zgodą Harlequin Books S.A. Wszystkie prawa zastrzeżone.

HarperCollins Polska sp. z o.o.

02-672 Warszawa, ul. Domaniewska 34A

www.harpercollins.pl

ISBN 978-83-276-6764-9

Konwersja do formatu EPUB, MOBI: Katarzyna Rek / Woblink

PROLOG

Salvatore di Luca obserwował jasny błękit Morza Sycylijskiego. Jego serce przepełniały uczucia, które wypierał z siebie od lat. Miał gorzkie przeświadczenie, że nigdy nie kochał tej wyspy tak mocno, jak powinien. Z każdego jej zakątka wyłaniały się przykre wspomnienia, od których starał się uciec. Bez skutku.

To tutaj poznał biedę i prawdziwy głód. Biegał boso po uliczkach, strzępiąc ubranie do poziomu łachmanów.

Od tamtych dni upłynęło dużo czasu. Teraz miał wszystko, a jego nieruchomości rozsiane były po całym świecie: dom w San Francisco, winnica w Toskanii, zamek w Hiszpanii, mieszkanie w Paryżu…

Posiadał samochody, samoloty, a nawet prywatną rzekę na Islandii.

Gdy jego działalność zaczęła przynosić znaczne dochody, założył fundację dobroczynną, która wspierała dzieci na całym świecie. Biedne, niekochane, takie jak kiedyś on.

Umawiał się z prawniczkami i finansistkami, dziedziczkami fortun i absolwentkami elitarnych uczelni. Był jedną z najbardziej pożądanych partii – bogaty, utalentowany, wspaniały kochanek.

Jednej rzeczy nie mógł zapewnić swoim partnerkom. Miłości. Uczucie to wymazał ze swojego serca dawno temu, a kobiety, z którymi się spotykał, musiały zdawać sobie z tego sprawę. Lecz pomimo tego, żądne czegoś więcej, odchodziły wreszcie z jego życia, a jemu to odpowiadało.

Prowadził wygodne, wręcz idealne życie, którego zazdrościli mu zarówno jego przyjaciele, jak i wrogowie. Niekiedy jednak, gdzieś głęboko czuł bolesną pustkę. Zasnuwała cały horyzont, okrywając go mrokiem. Z czasem doszedł do wniosku, że to uczucie będzie mu towarzyszyło już do końca. Przyzwyczaił się do niego i uznał, że w ten sposób jest nawet lepiej. Był świadomy, że powodowały je określone wspomnienia. W kwestii emocji stał się chłodny i zamknięty w sobie.

Odwrócił głowę od zniewalającego widoku morza i uniósł dłoń, wzywając kelnera. Pogrzeb dobiegł końca, a wraz z nim wewnętrzna zaduma, która towarzyszy zwykle takim wydarzeniom. Zaczynał się nowy etap i trzeba było iść do przodu.

ROZDZIAŁ PIERWSZY

– Co ty, u licha, wyprawiasz, Nicolino?

Głos matki był ostry i nieprzyjemny. Lina wsunęła na siebie cieniutką, bawełnianą bluzkę, przeklinając nawyk mamy, która zawsze wchodziła do jej pokoju bez pukania.

– Wybieram się na przejażdżkę – odparła, związując gumką włosy. Część niesfornych, czarnych loków nie podporządkowała się i swobodnie opadała na jej ramiona.

– W takim stroju?

Nutka złośliwości w tonie matki zbiła Linę z tropu. Znała jej przewrażliwienie na punkcie przyzwoitości, jednak dosłownie nic w ubiorze Liny nie mogło wywołać takiego zgorszenia w głosie.

– W takim, czyli w jakim? – zapytała zupełnie zaskoczona.

Krytyczny wzrok matki otaksował skromną koszulę i dżinsowe kuloty, które własnoręcznie uszyła na swojej starej maszynie, wykorzystując znalezione w pracowni resztki materiału. Krój zaczerpnęła z jednego z internetowych magazynów o modzie. Co prawda ich nogawki powinny być krótsze o co najmniej siedem centymetrów, lecz Lina nie chciała, by odsłaniały zbyt wiele. To narażałoby ją na fale nieustannego krytycyzmu ze strony matki, a na to nie miała już najmniejszej ochoty.

– Powinnaś być w żałobie!

Lina nigdy nawet nie poznała zmarłego starszego mężczyzny. Uczestniczenie w jego pogrzebie było po prostu tradycyjnym zwyczajem w ich małej sycylijskiej wiosce. Powstrzymała się jednak od protestu, nie chcąc prowokować kłótni. Czuła się zbyt odsłonięta i przygnębiona, a nie zamierzała analizować przyczyny swojego stanu.

– Już po pogrzebie, mamo – odparła cicho. – Nawet głównego żałobnika już nie ma.

Salvatore di Luca, chrześniak zmarłego, wyjechał nad ranem. Lina obserwowała ponuro, jak jego lśniąca limuzyna zjeżdżała ze zbocza wzniesienia. Wiedziała, że już nigdy go nie zobaczy. To ją martwiło, choć zupełnie nie powinno.

Pod wpływem jego błękitnego spojrzenia ożywała i miękła zarazem. Gdy przyjeżdżał do wioski, a robił to dość rzadko, było to dla niej prawdziwe święto. Jak Boże Narodzenie albo urodziny.

– Salvatore di Luca! – Pełen dezaprobaty głos matki wdarł się do jej świadomości. – Kiedyś zostałby przez co najmniej tydzień, by wyrazić szacunek. Ale, widać, sława i bogactwo są ważniejsze od sycylijskich korzeni. Liczy się nowe, amerykańskie życie!

Lina nie zgadzała się z matką, lecz nie było sensu się spierać. Ta była zawsze święcie przekonana o swojej racji. Gdy owdowiała, stała się osobą zarówno na wskroś moralną, jak i zgorzkniałą. Z niezmordowanym wyszukaniem budowała w swojej jedynej córce poczucie winy za swoje cierpienie i niedolę. Nie akceptowała żadnych romansów, żadnych miłosnych awantur.

Lina chwyciła kask i uśmiechnęła się, przechodząc obok niej. Matka nie odpowiedziała uśmiechem.

– Dużo się wydarzyło, mamo. Ja… muszę odpocząć.

– Chciałabym mieć tyle lat co ty. Wtedy nigdy nie skarżyłam się na zmęczenie. Byłam zbyt zajęta prowadzeniem interesu. Prawie nikt mi nie pomagał, a ja nawet nie myślałam o odpoczynku. Czeka tu na ciebie całe mnóstwo pracy – naciskała matka.

Lina doskonale zdawała sobie z tego sprawę. Pracowała w ich małym, rodzinnym zakładzie krawieckim od rana do nocy. Szyła tanie sukienki, sprzedawane następnie w jednym z marketów znajdujących się na wyspie. Nie słyszała przy tym nigdy słowa wdzięczności ze strony kobiety, która wydała ją na świat. Szczerze mówiąc, nawet na to nie liczyła. Wpojono w nią posłuszeństwo, jeszcze na długo, zanim jej ojciec umarł, zostawiając ją samą na pastwę rozgniewanej i rozżalonej matki.

Lina zaakceptowała swój los. Dziewczyny z jej wioski pracowały ciężko, słuchały rodziców, były porządne. Następnie wychodziły za mąż, wydawały na świat dzieci i cały cykl zaczynał się od nowa.

Ona sama nie wyszła za mąż. Mało tego, wywołała poruszenie i konsternację we wsi, odrzucając zaloty dwóch kandydatów, którzy ze zmarniałymi bukietami kwiatów i wzrokiem błądzącym po jej bujnym, wypychającym bluzkę biuście, szukali u niej swojej szansy. Postanowiła wówczas, że woli zostać sama, niż dzielić życie i łóżko z kimś takim. W ten sposób naraziła na szwank swoją reputację w społeczności, dla której wydawanie na świat wnuków było najważniejszym celem życia.

Nigdy nie żałowała swojej decyzji. Czasem jednak z przerażeniem myślała, że zmarnowała swoją szansę i że zostanie tam już na zawsze.

Matka wyszła z pokoju, zatrzaskując za sobą drzwi. Linę naszła refleksja, że choć od wczorajszego pogrzebu w jej życiu nic się nie zmieniło, w niej samej zaszła jednak pewna zmiana. Ostatni czas był bardzo pracowity, zwłaszcza dla kobiet, które przygotowywały stypę. Paolo Cardinelli został pochowany z pełnymi honorami i szacunkiem, który Sycylijczycy zwykli byli oddawać zmarłym. Teraz życie musiało toczyć się dalej, a Lina uświadomiła sobie, że stała w miejscu. Jej ciało zostało uwięzione w okowach nieustannych żądań i oczekiwań matki.

Musiała uciec.

Jej najlepsza przyjaciółka mieszkała w sąsiedniej wiosce i często spotykały się na kawę, jednak ich przyjaźń nieco podupadła po tym, jak Rosa wyszła za mąż i wyprowadziła się do eleganckiego, nadmorskiego kurortu.

Przez chwilę Lina manipulowała deską od szafy, za którą ukrywała swoje skromne oszczędności. Poczuła chęć przeżycia czegoś nowego. Potrzebowała zmiany.

Wpakowała do plecaka kostium kąpielowy i wyprowadziła swój mały skuter. Jechała wyschniętą od palącego słońca drogą, wzniecając za sobą kłębiaste chmury kurzu. Gdy minęła ostatnie, zabłąkane wśród wzgórz domy, nachyliła się nad kierownicą i dodała gazu. Opanowało ją nagłe i niespodziewane uczucie wolności. Miała wrażenie, że jej dusza stała się lekka. Przyspieszyła jeszcze bardziej, kierując się w stronę wybrzeża.

Poczuła zapach morza, jeszcze zanim je ujrzała. Błękitno-kobaltowa wstęga wody migotała w popołudniowym słońcu i cudownie pachniała. To była piękna plaża, na której bogaci ludzie sączyli drinki, leżąc pod parasolami. Zazwyczaj Lina opuściłaby takie miejsce, uważając, że jest dla niej zbyt eleganckie, ale dzisiaj czuła się inaczej.

 

Z bijącym sercem zaparkowała skuter przed barem. Była przerażona myślą, jak bardzo różni się od bogatych turystów w najmodniejszych strojach plażowych i w złotej biżuterii.

Postanowiła jednak dziś nie zwracać na to uwagi. Pomyślała, że usiądzie przy barze i zamówi lodową granitę. Potem pojedzie do swojej ulubionej, ustronnej zatoczki, gdzie będzie mogła w spokoju popływać.

Zdjęła kask i zawiesiła go na ramieniu. Potrząsając włosami, ruszyła do baru po pokrytej piaskiem, drewnianej podłodze.

I wtedy go ujrzała. Kolana ugięły się pod nią i silne mrowienie przebiegło jej po brzuchu.

To był on.

Siedzący przy barze w cieniu markizy Salvatore di Luca wpatrywał się w telefon, zupełnie ignorując fakt, że przyciągał wzrok wszystkich obecnych tam ludzi. Lina pomyślała, że musiał być do tego przyzwyczajony. Gdy wysiadał ze swojej limuzyny wprost na zakurzoną, główną ulicę Caltariny, by uczestniczyć w pogrzebie swojego ojca chrzestnego, oczy wszystkich mieszkańców utkwione były właśnie w nim. Kobiety bezwiednie poprawiały fryzury, prostowały ramiona i wypinały piersi, by choć na chwilę skusić jego spojrzenie.

Lina była jedną z nich. Zamierała na widok jego imponującej postaci, ciemnych włosów i jasnoniebieskich oczu.

Wciąż miał na sobie doskonale skrojony czarny garnitur z pogrzebu, pod którym wyraźnie zaznaczała się muskularna sylwetka. Mimo tego, że zdjął marynarkę, krawat i odpiął dwa guzików koszuli, na tle beztroskiej i kolorowej grupy turystów prezentował się jak burzowa chmura.

Zawahała się i spuściła wzrok na swoje znoszone, oblepione piaskiem tenisówki. Nie była pewna, czy powinna podejść, przedstawić się i wyrazić swoje współczucie, czego wymagałyby towarzyszące okoliczności. Bała się, że nawet jej nie zauważy, podobnie jak to miało miejsce w Caltarinie.

Była pewna, że nawet nie znał jej imienia. Widywali się z daleka, lecz nigdy nie zamienili ze sobą słowa. Lina, podobnie jak reszta mieszkańców, po prostu gapiła się wtedy na niego jak na gwiazdę, która spadła z nieba.

Zdecydowała, że najlepszym rozwiązaniem jest wymknięcie się z baru, lecz w tej samej chwili Salvatore di Luca postanowił schować telefon do kieszeni i podniósł głowę. Jego oczy zwęziły się i zaczęły wpatrywać.

W nią.

Zwalczyła chęć obejrzenia się, czy za nią nie stoi ktoś inny. Oczy Salvatorego przykuły ją do siebie jak więźnia. Ich kolor, którego źródeł doszukiwano się w greckich wojownikach, którzy przed wiekami podbili Sycylię, był komentowany przez kobiety jeszcze na pogrzebie, tuż po opuszczeniu trumny. Lina nie dziwiła im się ani trochę.

A teraz…

Władczym gestem palca zapraszał Linę do siebie. Stanęła niezdecydowana, niepewna, czy nie zaszło właśnie jakieś nieporozumienie. Mógł ją pomylić z kimś innym. Po chwili jednak zapragnęła móc się do niego dosiąść, zapomnieć, że jest Liną Vitale, która biernie obserwuje, jak życie przecieka jej między palcami.

Salvatore przyglądał się pięknej dziewczynie z rozwianymi przez wiatr czarnymi włosami. Jej widok stanowił bardzo miłą odmianę od niepokojących myśli, które kłębiły mu się w głowie. Od razu ją rozpoznał. Na pogrzebie było bardzo wiele ubranych na czarno kobiet, lecz ta wyposażona została przez matkę naturę w kształty, które od razu zapadały w pamięci. Podobnie jak usta, które wyglądały, jakby były najbardziej miękkimi ustami na świecie.

Zastanawiał się, czy nie przyjechała tu za nim. Takie sytuacje się zdarzały i to całkiem często. Bywał nagabywany, jednak nie wykorzystywał tego. Salvatore di Luca był myśliwym, nie zwierzyną.

Stojąca po drugiej stronie baru Sycylijka była przeciwieństwem kobiet, z którymi się spotykał. Pomimo tego, i może właśnie dlatego spojrzał na nią z zainteresowaniem. Jej pospolity strój i zawieszony na ramieniu zakurzony kask nie pasowały do tego eleganckiego baru. Lecz jej czarne, opadające na plecy loki pięknie błyszczały, dżinsowe kuloty podkreślały fascynujące i kształtne biodra, a biust dopełniał swoją kuszącą wypukłością jej naturalną kobiecość.

Zainteresowała go. Kobieca sylwetka Liny była w pewien uroczy sposób staroświecka. Ostatnio rzadko widywał takie kobiety. Był otoczony przez nad wyraz szczupłe celebrytki, których jedynym celem życia zdawało się być utrzymanie nienaturalnie niskiej wagi.

Postanowił zaproponować dziewczynie drinka, uznając, że zignorowanie jej obecności byłoby wyrazem braku kultury. Pojawiła się przecież na pogrzebie, okazując szacunek wobec jego zmarłego ojca chrzestnego. Przywołał ją do siebie gestem. Po chwili zawahania, które trochę go zaskoczyło, podeszła do niego. Gdy wstał z krzesła, by ją przywitać, na wyraźnie zarysowanych kościach policzkowych ujrzał lekki rumieniec.

– Signor di Luca – odezwała się, gdy już przed nim stanęła. – Nie chciałam panu przeszkadzać. Ja… widziałam pana na pogrzebie.

Musiał pochylić głowę, by ją dobrze usłyszeć. Miała miękki i melodyjny głos, a kondolencje zabrzmiały tak szczerze i autentycznie, że poczuł niespodziewany przypływ emocji. Po śmierci Paola kilka razy już go to spotkało, jednak nie rozumiał dokładnie tego, co się wówczas działo. Nie był mężczyzną, który ulegał emocjom, i był z tego dumny. Powtarzał sobie, że staruszek doznał wreszcie szczęśliwego ukojenia od wszystkich ziemskich trosk.

Był mu głęboko wdzięczny za wielką hojność. Dzięki niemu mógł rozwinąć skrzydła i opuścić rodzinną ziemię, która nigdy go nie kochała. Podobnie jak matka, która bezlitośnie się go wyrzekła i odrzuciła.

Gdy patrzył na spokojne, chłodne ciało Paola, łzy same cisnęły mu się do oczu, a w sercu odczuł przenikliwy ból. Wiedział, że właśnie coś się skończyło.

– Jest mi niezwykle przykro z powodu twojej straty. – Lina nerwowo przygryzła dolną wargę.

Grazie. Zazna wreszcie spokoju po długim okresie choroby i cierpienia. To duża ulga.

Wciąż przygryzała wargi. Salvatore zorientował się, że popadł w jakąś obsesję na ich punkcie. Nie mógł oderwać od nich oczu.

– Spotykasz się tu z kimś?

Potrząsnęła głową.

– Nie. Jestem sama. To taka moja zachcianka.

– Więc może przyłączysz się do mnie na drinka? – Wskazał głową wolne krzesło obok swojego. – A może nie pochwalasz tego, że siedzę tu w słońcu, słuchając szumu morza, kiedy mój ojciec chrzestny został pochowany zaledwie przedwczoraj?

Ponownie potrząsnęła przecząco, a jej czarne loki zamigotały, owiane lekką morską bryzą.

– Nie uważam tak.

Odłożyła kask na blat baru i usiadła na krzesełku, które jej przytrzymał

– Wiesz, że ludziom w wiosce usta się nie zamykają, nawet podczas niesienia trumny – kontynuowała. – Tak już jest. Życie toczy się dalej.

Zabrzmiało to, jakby powtarzała mądrość starej kobiety. Salvatore zastanowił się, ile ta seksowna brunetka może mieć lat. Trochę odwróciło to jego uwagę od ponętnych pośladków, które zajmowały sąsiednie krzesło barowe. Uznał, że była przed trzydziestką.

– Pod wieloma względami jego śmierć przyniosła ulgę – powiedział, wpatrując się głęboko w otoczone ciemnymi rzęsami oczy o kolorze burbona. – Wiedziałaś, że przez ostatnie dziesięć lat pogrążony był w śpiączce? Nie widział, nie mówił i prawdopodobnie nie słyszał niczego.

– Tak. Mój znajomy był jednym z opiekunów, których zatrudniłeś. Uznaliśmy, że to cudowne, że nie zabrałeś go z wioski do jakiegoś wielkiego ośrodka w mieście. Wszyscy wiedzieli też, że odwiedzałeś go tak często, jak mogłeś. To było bardzo miłe.

Salvatore stężał. Te słowa go zaskoczyły. Słyszał oczywiście pochwały, ale głównie ze strony kobiet po upojnych, miłosnych przygodach lub wynikające z jego dużych zdolności biznesowych. Prowadził także działalność dobroczynną na szeroką skalę, ale raczej nie był nazywany z tego powodu „miłym”.

Poczuł przykre ukłucie czegoś, co do tej pory odrzucał. Przeświadczenia, że teraz już naprawdę został na tym świecie sam. Paolo, nawet pozbawiony świadomości, stanowił ostatni łącznik Salvatorego z przeszłością.

Potrząsnął głową, chcąc odpędzić ciemne myśli. Siedząca przy nim miejscowa piękność była doskonałym pretekstem. Chciał, by została. W myślach zastanowił się nad swoimi pobudkami. Nie zamierzał jej uwodzić. Nie była w jego typie i na pewno miała braci oraz wujków, którzy zażądaliby, by się z nią ożenił, gdyby jej tylko tknął.

Pomimo tego z przyjemnością myślał o luźnej pogawędce. Wydała mu się nieco przytłoczona, jakby podtrzymywała na swoich barkach cały ciężar świata. Poczuł przypływ współczucia i niemal błyskawicznie wypalił:

– Bardzo się spieszysz?

Przez chwilę myślała, że się przesłyszała. Salvatore czekał na odpowiedź, a ona wiedziała, że powinna mu podziękować oraz grzecznie i stanowczo odmówić. W końcu niemal nic ich ze sobą nie łączyło. Mało tego, jakiś głęboko skryty głos ostrzegał ją przed nim jak przed niebezpieczeństwem. Lecz drugi, silniejszy mówił wprost przeciwnie. Przypominał jej, że wyjechała z wioski właśnie po to, by doświadczyć czegoś innego.

To była najlepsza okazja.

Bliskość Salvatorego napełniała ciało Liny niespodziewaną przyjemnością. W jej żyłach powoli rozlewał się coraz silniejszy żar. Z wyschniętymi ustami zrozumiała, że właśnie przeżywa coś, o czym jej koleżanki stale rozmawiały, a co ją dotąd omijało.

Pożądanie.

– Nie – odparła. – Nie tak bardzo.

– Więc może napijesz się wina? – W niebieskich oczach zamigotał błysk humoru. – Jesteś pełnoletnia?

Pochlebiał jej, wiedziała to. Potrząsnęła jednak głową. Musiała zachować chłodny umysł.

– Nie, dziękuję. Jest zbyt gorąco. Poproszę o granitę.

– Granitę – powtórzył z zamyśleniem. – Nie piłem jej od lat.

Zamówił dwie. Podano je w małych pucharkach, na których osadziły się zimne krople. W milczeniu napili się. Salvatore odwrócił się do Liny.

– Wiesz, że masz nade mną przewagę? Wiesz dokładnie, kim jestem, a ja nawet nie znam twojego imienia.

Pociągnęła kolejny łyk. Słodki i mroźny smak cytryny cudownie schłodził jej usta. Zdziwiło ją, jak zaczęła odbierać otoczenie. Granita jeszcze nigdy nie smakowała równie dobrze, a morska woda nie była bardziej błękitna niż w tej chwili.

– Nicolina Vitale. Ale przyjaciele mówią na mnie Lina.

– A jak ja mam się do ciebie zwracać? – Było to zaproszenie do flirtu, którego Lina nigdy nie uprawiała. Teraz jednak uśmiechnęła się swobodnie, jakby spotkania z przystojnymi milionerami stanowiły dla niej chleb powszedni.

– Możesz mówić Lina – powiedziała z lekką chrypką.

Przez ułamek sekundy jego wzrok stwardniał. Trwało to tak krótko, że prawie nie zdążyła tego zauważyć.

– Więc zamierzasz chwilę tu zostać – stwierdził. – Zaryzykujesz zjedzenie ze mną lunchu?

Lina poczuła gorąco na policzkach. Pomyślała o tym, jak Rosa niejednokrotnie wyrzucała jej, że jest „zimna jak ryba”.

– Czemu nie? – westchnęła nieśmiało i uśmiechnęła się prawie bez tchu.