Australijskie ranczoTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Sharon Kendrick
Australijskie ranczo

Tłumaczenie:

Alina Patkowska

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Helikopter widoczny na bezchmurnym niebie z ogłuszającym łoskotem schodził do lądowania. Po piersiach zdenerwowanej Sophie spłynęła kropelka potu.

– Przyleciał – stwierdził Andy, gdy śmigła znieruchomiały. – Nie martw się tak, Sophie. Rafe Carter nie gryzie, tylko nie znosi głupoty. Pamiętaj o tym, a wszystko będzie w porządku, jasne?

– Jasne – powtórzyła grzecznie, ale gardło wciąż miała zaciśnięte ze zdenerwowania.

Andy zbiegł z werandy i poszedł w stronę helikoptera, z którego wysiadał potężnie zbudowany mężczyzna. Na chwilę zatrzymał się w drzwiach, spojrzał na horyzont, potrząsnął głową na widok blondynki z dużym biustem w niebieskim mundurze, która próbowała zwrócić na siebie jego uwagę, i zeskoczył na ziemię. W nienagannym garniturze wyglądał jak typowy mieszczuch; podobnie jak drogi helikopter, wydawał się zupełnie nie na miejscu w pylistym australijskim interiorze. Od razu było widać, że to multimilioner. Był właścicielem jednej z największych na świecie firm telekomunikacyjnych, a to wielkie ranczo kupił tylko dla rozrywki.

Rafe Carter. Nawet jego nazwisko brzmiało seksownie. Sophie wiedziała, co mówili o nim pracownicy. Nadstawiała ucha na wszystkie plotki, choć bardzo uważała, by się nie zdradzić z tą ciekawością, bo szybko się przekonała, że jeśli chce zachować swoją tożsamość w tajemnicy, powinna się jak najmniej odzywać, ubierać się absolutnie przeciętnie i pod każdym względem wtapiać się w tło. W żadnym razie nie mogła wypytywać o człowieka, który był właścicielem rancza rozciągającego się aż po horyzont. Wiedziała tylko, że jest bardzo bogaty, lubi samoloty, sztukę i piękne kobiety oraz że jest miłośnikiem australijskiej prowincji. Nie sądziła jednak, że okaże się aż tak hipnotyzujący.

Zamienił kilka słów z Andym i razem ruszyli w stronę domu. Helikopter znów wzbił się w niebo. Na werandzie było gorąco. Choć nie minęło jeszcze południe, brakowało już skali w termometrze. Odkąd nadeszło lato, Sophie nieustannie miała wrażenie, że mieszka w ogromnej saunie. Otarła spocone dłonie o bawełniane szorty, zastanawiając się, dlaczego przyjazd Rafe’a Cartera tak mocno wytrącił ją z równowagi, zupełnie jakby świat miał się zawalić. Czy chodziło o lęk, że Carter ją rozpozna, że domyśli się, kim Sophie jest naprawdę, i odkryje, do czego się posunęła, żeby uciec ze złotej klatki i nadać swojemu życiu jakiś sens? Nigdy dotychczas go nie spotkała, ale nie mogła wykluczyć, że widział jej zdjęcie w jakiejś gazecie.

Co by się stało, gdyby ją rozpoznał? Przez jej umysł przebiegła seria niepokojących scenariuszy. Z determinacją zacisnęła pięści. Nie, nie pozwoli, by którykolwiek z tych scenariuszy się urzeczywistnił. Nie może do tego dopuścić. Po raz pierwszy w życiu była zdana na własne siły i prowadziła proste, anonimowe życie. Nikt tu nie wiedział, kim jest, i nikogo to nie obchodziło. Nikt nie śledził każdego jej kroku. Takie życie wydawało jej się niezmiernie ekscytujące, ale wiedziała, że to już nie potrwa długo. Brat postawił jej ultimatum. Musiała wrócić na Isolaverde, najlepiej jeszcze przed Bożym Narodzeniem, a najpóźniej przed dziewiętnastymi urodzinami młodszej siostry, które przypadały w końcu lutego. Wiedziała, że gdy ta sielanka się skończy, będzie jej brakowało poczucia spokoju i wolności, jakiego zaznała w tym odległym od całego świata miejscu. Musiała wrócić tam, skąd uciekła, i stawić czoło własnej przyszłości, ale chciała to zrobić na swoich warunkach i wyjechać stąd tak, jak się pojawiła – bez fanfar i zamieszania.

Upał zalegał nad werandą jak ciężki koc. Uciekła do kuchni, gdzie działała klimatyzacja, ale niewiele to pomagało. Powachlowała twarz ręką i usłyszała ciężkie męskie kroki.

– Sophie! Chodź, poznasz szefa – zawołał głos z wyraźnym australijskim akcentem i w drzwiach kuchni stanął uśmiechnięty Andy, a nad jego ramieniem majaczyła surowa twarz Cartera. Sophie wiedziała, że niegrzecznie jest się gapić, ale nie była w stanie oderwać od niego wzroku. Z bliska wydawał się jeszcze atrakcyjniejszy. Jego twarz o wyraźnej strukturze kości była uderzająco piękna, Sophie dostrzegała w nim jednak coś mrocznego i niepokojącego i zastanawiała się, czy on zdaje sobie sprawę, jak działa na kobiety. Czy wiedział, że zaschło jej w ustach, a piersi nabrzmiały, jakby chciały się wyrwać spod taniej bielizny? Poza tym jakim cudem wyglądał tak świeżo w garniturze?

Jakby czytając w jej myślach, zsunął marynarkę z szerokich ramion i ukazał imponujący tors przysłonięty śnieżnobiałą jedwabną koszulą. Kolejna kropelka potu spłynęła po piersiach Sophie, gdy napotkała spojrzenie jego stalowoszarych oczu. Przymrużył je z namysłem, obrzucając ją wzrokiem od stóp do głów. Niepokój Sophie zmienił się w oburzenie. Nie przywykła, by mężczyźni gapili się na nią tak otwarcie.

Andy swobodnie machnął ręką w jej stronę.

– Rafe, to jest Sophie. Mówiłem ci o niej. Gotuje dla nas już od prawie sześciu miesięcy.

– Sophie?

To było pierwsze słowo, jakie wypowiedział. Głos miał jak ciemny jedwab. Spojrzał na nią pytająco. Sophie uśmiechnęła się ze zdenerwowaniem. Wiedziała, że nie powinna się wahać; wahanie było niebezpieczne.

– Doukas. Sophie Doukas. – Użyła nazwiska swojej greckiej babki. Mogła sobie na to pozwolić, bo nikt tutaj nie widział jej dokumentów. Udawało jej się skutecznie odwracać uwagę wszystkich, którzy chcieli je zobaczyć, tak długo, aż w końcu o tym zapominali.

Stalowe spojrzenie wyostrzyło się.

– To niezwykłe nazwisko – zauważył.

– Tak. – Musiała zmienić temat. Odchrząknęła i zdobyła się na uśmiech. – Na pewno chce się panu pić, panie Carter. Ma pan ochotę na herbatę?

– Już myślałem, że nigdy mi tego nie zaproponujesz – odrzekł przeciągle, z wyraźną przyganą. – Mów mi: Rafe.

– Rafe – powtórzyła, myśląc jednocześnie: weź się w garść. To twój szef, masz być miła i posłuszna. Zdobyła się na kolejny uśmiech. – Zaraz się tym zajmę. Andy, ty też się napijesz?

Menedżer potrząsnął głową.

– Nie, dziękuję. Poczekam na przerwę śniadaniową. Rafe, będę na zewnątrz. Oprowadzę cię, kiedy wypijesz herbatę.

Wyszedł, zostawiając ją samą z Rafe’em Carterem. Kuchnia naraz wydała jej się za ciasna. Jego oczy nie schodziły z niej nawet na chwilę, śledząc każdy jej ruch. Sophie miała wrażenie, że jego spojrzenie przeszywa ją jak laser. Czajnik, który trzymała w ręku, wydawał się niedorzecznie ciężki. Po co tu przyjechał? – zastanawiała się, zalewając imbryk wrzątkiem. Andy mówił, że ma się pojawić dopiero wiosną. Z pewnością nikt nie spodziewał się go przed Bożym Narodzeniem.

Wyjęła kubek z szafki. Łatwo było zapomnieć o Bożym Narodzeniu w tropikalnym klimacie Australii, wśród bujnej zieleni, ptaków i zwierząt, jakie wcześniej widywała tylko w filmach przyrodniczych. Ale ponieważ wszyscy się tego domagali, próbowała ozdobić dom papierowymi łańcuchami, plastikowymi gałązkami ostrokrzewu i tanią choinką z folii aluminiowej, którą kupiła w miejscowym sklepie. Wyglądało to tandetnie, ale zarazem tak niedorzecznie, że pomogło jej zapomnieć o wszystkich rzeczach związanych z Bożym Narodzeniem, do jakiego przywykła.

Teraz jednak znów wróciły do niej obrazy z poprzedniego życia. Boże Narodzenie na wyspie Isolaverde. Grzane wino, złote półmiski pełne słodyczy, pośrodku sali tronowej ogromna choinka ozdobiona prawdziwymi świecami, które zapalały legiony wiernej służby, a pod choinką wielka sterta prezentów, które obydwoje z bratem co roku rozdawali wszystkim dzieciom z miasta. Przypomniała sobie ich uradowane twarzyczki i naraz poczuła się bardzo samotna. Łatwo byłoby poddać się i wrócić do domu, ale nie chciała tego robić – jeszcze nie. Najpierw musiała się dowiedzieć, czego właściwie chce od życia.

Szybko zamieszała w imbryku. Miała nadzieję, że Rafe zabierze swoją herbatę na zewnątrz albo pójdzie do swojego mieszkania, które mieściło się w innej części ogromnego domostwa, on jednak stał oparty o parapet z takim wyrazem twarzy, jakby się nigdzie nie wybierał. Zdawało się również, że inaczej niż większości ludzi, nie przeszkadza mu milczenie. Sophie jednak czuła się coraz bardziej nieswojo. Powiedz coś, pomyślała.

– Przyleciałeś dzisiaj z Anglii? – zapytała, nalewając mleko do porcelanowego dzbanuszka.

Nie odpowiedział jej uśmiechem.

– Nie, podróżowałem po Dalekim Wschodzie i wczoraj przyleciałem do Brisbane. A skoro byłem tak blisko, to nie mogłem tu nie zajrzeć. – W szarych oczach pojawił się błysk. – A tak w ogóle to nie mieszkam w Anglii.

Napotkała jego spojrzenie.

– Myślałam, że…

– Że mówię z angielskim akcentem?

– No tak – uśmiechnęła się blado.

– Podobno nigdy nie traci się akcentu z miejsca urodzenia, ale nie mieszkam tam już od lat. – Zmarszczył brwi. – A skoro już mówimy o akcencie, nie potrafię określić twojego. Chyba jeszcze nigdy takiego nie słyszałem. Jesteś Greczynką?

Podsunęła mu pod nos dzbanuszek z mlekiem i zapytała lekko:

– Mleko, cukier?

– Nie, dziękuję. Piję bez dodatków.

Podała mu herbatę, starając się nie gapić na jego nogi w opiętych ciemnych spodniach. Wolałaby, żeby zmienił pozycję. Zwykle nie gapiła się tak na mężczyzn. Nie należała do drapieżnych kobiet. Od urodzenia pozostawała pod ostrzałem kamer i musiała się nauczyć opanowania. Ale nawet mężczyzna, z którym była zaręczona i którego powszechnie uważano za jedną z najseksowniejszych osób na świecie, nie wzbudzał w niej aż takiego zainteresowania i nie powodował szybszego bicia serca.

 

Strzepnęła ze stołu nieistniejące okruchy.

– Więc gdzie mieszkasz?

– Przeważnie w Nowym Jorku, chociaż kiedy kupiłem to ranczo, przez pewien czas mieszkałem tu na stałe. Właściwie mieszkam w różnych miastach. Wciąż jestem w drodze. Można mnie chyba nazwać miejskim cyganem. – Pił herbatę, przez cały czas patrząc na nią kpiąco znad brzegu kubka. – Nie odpowiedziałaś jeszcze na moje pytanie.

Spojrzała na niego z udawanym niezrozumieniem. Miała nadzieję, że zdążył już zapomnieć.

– Przepraszam, ale o co pytałeś?

– Pytałem, czy jesteś Greczynką.

Nie chciała kłamać, ale nie mogła powiedzieć mu prawdy, bo to byłby koniec jej anonimowego życia. Musiałaby odpowiedzieć na mnóstwo pytań, a nie miała pojęcia, co właściwie mogłaby powiedzieć. Jestem księżniczką, która nie chce już być księżniczką? Wychowałam się w pałacu, nigdy dotychczas nie prowadziłam normalnego życia i chciałam się przekonać, czy potrafię sobie poradzić bez barier ochronnych, które otaczały mnie przez wszystkie dotychczasowe lata?

Spojrzała w jego chłodne oczy.

– Moja babcia była Greczynką i grecki jest moim pierwszym językiem.

Jego spojrzenie stało się jeszcze uważniejsze.

– Mówisz jeszcze w jakimś innym języku?

– Oczywiście po angielsku.

– No tak. I to już wszystko?

Przesunęła językiem po ustach.

– Daję sobie radę z włoskim i z francuskim.

– Jesteś doskonale wykształcona jak na kogoś, kto przez ostatnie kilka miesięcy smażył steki i smarował chleb masłem dla robotników na ranczu.

– Panie Carter, nie zdawałam sobie sprawy, że znajomość języków jest przeszkodą w pracy kucharki na ranczu.

Ich spojrzenia się zderzyły. Uwagi Rafe’a nie umknął wyzywający wyraz jej oczu. Widział, że stara się unikać jego pytań, i nie rozumiał, dlaczego. Wielu rzeczy nie rozumiał. Na australijskiej prowincji pracowało mnóstwo młodych dziewcząt z innych krajów, ale jeszcze nigdy nie spotkał tu kogoś takiego jak Sophie Doukas. Nie mógł zrozumieć, co ona tu robi. Wydawała się zupełnie nie na miejscu, jak brylant w koszu ze śmieciami. Andy mówił, że gdy się pojawiła, była bardzo naiwna i bez żadnego doświadczenia, ale chętna do nauki. Rafe zastanawiał się wtedy, dlaczego ten szorstki Australijczyk zatrudnił kogoś, kto zupełnie nic nie umiał robić, ale teraz, gdy ją zobaczył, zrozumiał swojego menedżera.

Dziewczyna była piękna, naprawdę piękna, i jej uroda nie była wynikiem godzin spędzonych przed lustrem ani operacji plastycznych. Było jasne, że zawsze tak wygląda, nawet gdy się o to nie stara. Wysoko osadzone kości policzkowe, oczy niebieskie jak niebo nad Queensland, ciemne włosy zebrane w lśniący koński ogon. Nie nosiła makijażu, ale tak długich rzęs nie trzeba było malować, a od jednego spojrzenia na te usta ogarniały człowieka nieprzyzwoite myśli. W dodatku ta uroda nie ograniczała się do twarzy. Jej ciało nawet ubrane wyglądało fascynująco, a rozebrane zapewne jeszcze lepiej. Nawet tania biała koszulka i absolutnie przeciętne bawełniane szorty nie były w stanie ukryć długich nóg i krągłych pośladków. Poruszała się z naturalną gracją jak tancerka. Z całą pewnością była bardzo godną pożądania kobietą i Rafe potrafił sobie wyobrazić reakcję Andy’ego, gdy tamten zobaczył ją po raz pierwszy. Żaden mężczyzna nie mógłby się jej oprzeć.

Andy jednak mówił, że dziewczyna zachowuje dystans. Nie była jedną z turystek, które rzucają się z entuzjazmem na każde nowe doświadczenie, włącznie z seksualnymi. Podobno z nikim nie flirtowała ani w żaden sposób nie dawała do zrozumienia, że miałaby ochotę na nocne życie. Menedżer mówił, że wydaje się bardzo ostrożna i potrafi zachować dystans do tego stopnia, że nikt nawet nie próbował jej podrywać.

Rafe powoli pił herbatę, coraz bardziej zaintrygowany. Czuł, że dziewczyna próbuje stworzyć między nimi dystans. To było dla niego coś nowego. Zwykle kobiety starały się do niego zbliżyć. Zastanawiał się, dlaczego Sophie Doukas jest taka ostrożna i czy właśnie dlatego go pociąga.

– Nie – stwierdził sucho. – Twoja znajomość języków jest godna pochwały, nawet jeśli na tym odludziu nie miałaś wielu okazji, żeby z niej skorzystać. Zdaje się, że będziemy dzielić mieszkanie.

Poruszyła się niespokojnie.

– Nie musimy. Zamieszkałam w tej części domu zaraz po przyjeździe, bo Andy powiedział, że nie ma sensu, żeby stała pusta i że tam jest o wiele chłodniej, ale skoro wróciłeś…

Popatrzyła mu prosto w oczy. W tym spojrzeniu nie było nawet cienia flirtu.

– Mogę się przenieść do któregoś z mniejszych mieszkań. Nie chciałabym ci zawadzać – dodała sztywno.

Rafe powściągnął uśmiech. Z całą pewnością nie próbowała z nim flirtować.

– Nie musisz tego robić. To skrzydło jest wystarczająco duże dla dwóch osób. Bez problemu możemy sobie schodzić z drogi. A poza tym nie zostanę tu długo, najwyżej jedną noc. A właśnie. – Znów oparł się o parapet i popatrzył na nią badawczo. – Andy chyba mi nie wspomniał, jak długo ty zamierzasz tu zostać.

Zauważył jej narastające zdenerwowanie. Pochyliła głowę, zabrała ze stołu łyżeczkę i zaniosła do zlewu.

– Jeszcze dokładnie nie wiem – odrzekła, zwrócona do niego plecami. – Niedługo wyjadę. Pewnie wkrótce po Bożym Narodzeniu.

– Rodzina nie będzie za tobą tęsknić w święta? A może nie obchodzicie Bożego Narodzenia?

Znów stanęła twarzą do niego. Rafe zauważył, że pobladła, a jej niebieskie oczy pociemniały. Poczuł się dziwnie winny, jakby zrobił coś złego.

– Obchodzimy – powiedziała cicho. – Ale moi rodzice nie żyją.

– Przykro mi.

– Dziękuję. – Skinęła głową.

– Nie masz rodzeństwa?

Nie odpuszczał, a ona nie przywykła do takich przesłuchań. Zwykle nikt by się nie ośmielił zadawać jej tylu pytań. Ciekawa była, dlaczego tak go to interesuje. Patrzyła na imbryk, ale kształty zacierały jej się w oczach. Wątpiła jednak, by Rafe wiedział, kim ona jest naprawdę. Nie mógł tego wiedzieć.

Uświadomiła sobie, że on czeka na odpowiedź.

– Mam młodszą siostrę i brata.

– I nie będą oczekiwać, że przyjedziesz na święta?

Potrząsnęła głową. Po wyjeździe z Isolaverde zadzwoniła do Myrona, żeby mu powiedzieć, że jest cała i zdrowa i błagać, żeby nie rozpoczynał poszukiwań. Powiedziała mu, że musiała uciec od presji po tym, co się zdarzyło, a on uszanował jej życzenie. Kilka razy udało jej się wejść do internetu i sprawdzić wiadomości. Wiadomość o jej zniknięciu nie została upubliczniona. Młodsza siostra Mary Belle przejęła jej oficjalne obowiązki. Myron chyba zrozumiał, że po tym, jak na oczach wszystkich odrzucił ją człowiek, z którym była zaręczona, Sophie czuje się zraniona i potrzebuje zaszyć się gdzieś na jakiś czas, żeby lizać rany. A może Myron był zbyt zajęty zarządzaniem królestwem na wyspie, by się nad tym wszystkim zastanawiać. Traktował swoje stanowisko bardzo poważnie.

– Daję ci pół roku na ten mały bunt – powiedział jej wtedy przez trzeszczącą linię telefoniczną. – A jeśli nie wrócisz do domu do lutego, to zacznę oficjalne poszukiwania. Potraktuj to poważnie, Sophie.

Myron miał silną potrzebę kontroli. Zresztą Sophie przez całe życie czuła się kontrolowana przez innych. Odwróciła się teraz i spojrzała w oczy Rafe’a Cartera, myśląc, że nie może pozwolić, by on również zaczął to robić. Powinna zatem zapytać go o coś, co wytrąci go z równowagi.

– A jakie są twoje plany na Boże Narodzenie? Będziesz siedział przy choince z rodziną i śpiewał kolędy?

Jego twarz ściągnęła się, a w oczach mignęło coś, co przypominało cierpienie. Zamrugała ze zdziwienia. Musiało jej się tylko wydawać. Tak potężny mężczyzna nie mógł odczuwać żadnego cierpienia.

– Takie Boże Narodzenie istnieje tylko w bajkach – rzekł z nieoczekiwanym cynizmem. – A ja nigdy nie wierzyłem w bajki.

Odsunął się od okna i naraz znalazł się tuż przy niej, tak blisko, że dostrzegła ślady zarostu na jego twarzy.

– Ręce ci drżą – zauważył. – O co chodzi, Sophie? Masz jakiś problem?

Potrząsnęła głową, kryjąc zażenowanie.

– Właściwie tak – powiedziała po chwili. – Denerwuję się, gdy ktoś stoi za mną i patrzy mi na ręce, gdy pracuję, zwłaszcza gdy jest to szef. A teraz muszę się zająć śniadaniem dla pracowników. Wiesz chyba, jaki oni mają apetyt – uśmiechnęła się przelotnie. – Więc bardzo przepraszam, ale…

– Coś mi się wydaje, że chcesz mnie stąd odesłać – powiedział jedwabiście gładkim tonem. – Zdarza mi się to chyba po raz pierwszy w życiu, ale ponieważ zawsze ceniłem oddanych pracowników, to nie będę protestował.

Zatrzymał się jeszcze przy drzwiach. Naraz nie był już zaciekawionym mężczyzną, który zadawał jej pytania o pochodzenie. Znów stał się właścicielem rancza i lśniącego helikoptera. Patrzył teraz na nią tak, jakby była jego własnością.

– Nie mam nic przeciwko temu, żeby dzielić z tobą mieszkanie, o ile tylko zrozumiesz, że dobrze się czuję we własnym towarzystwie. Więc proszę, nie próbuj mnie wciągać w rozmowę, szczególnie gdy będę pracował. Nie mam ochoty wysłuchiwać twoich poglądów na pogodę ani pytań, jak zamierzam spędzić dzień, jasne?

Chyba jeszcze nigdy nie słyszała czegoś bardziej niegrzecznego. Ona miałaby wciągać go w rozmowę? Udało jej się jednak zachować kamienną twarz.

– Oczywiście – powiedziała, sztywno kiwając głową.

Ucieszyła się, gdy zamknął za sobą drzwi. Rafe Carter był jeszcze bardziej arogancki niż jej brat, musiała jednak przyznać, że jest również niezmiernie atrakcyjny. Na chwilę przymknęła oczy. W jego towarzystwie czuła dziwne napięcie i wszystko leciało jej z rąk. Musiała jakoś to przezwyciężyć. Był jej szefem, pojawił się tu tylko na chwilę i to wszystko.

A jednak podeszła do okna i patrzyła na niego, gdy szedł przez podwórze. Poranne słońce lśniło w jego czarnych włosach. Szedł szybkim, zdecydowanym krokiem. Sophie zacisnęła palce na parapecie.

Niestety, w tej samej chwili on się odwrócił i dostrzegł ją w oknie. Na jego twarz wypłynął leniwy, arogancki uśmiech.

ROZDZIAŁ DRUGI

Jego ciągła obecność była nieznośna. Widząc, że idzie w jej stronę przez podwórze, Sophie gwałtownie zamieszała ciasto w misce. To była tortura. Co on tu nadal robił, cztery dni po tym, jak jej powiedział, że wpadł tylko przejazdem? Szef wielkiej firmy nie powinien się zajmować naprawianiem płotów i przeganianiem krów w towarzystwie swoich pracowników, a potem stać z butelką piwa w blasku wieczornego słońca. Sophie przełknęła. I dlaczego, do diabła, musiał tak wyglądać?

Patrzyła na niego, gdy zbliżał się do domu. Drogi szary garnitur, który miał na sobie po przyjeździe, był już tylko wspomnieniem. Teraz Rafe ubrany był w spłowiałe dżinsy i obcisłą czarną koszulkę. Za każdym razem, kiedy pojawiał się w zasięgu wzroku, z jej ciałem zaczynały się dziać dziwne rzeczy. Próbowała go unikać, ale nic to nie pomagało, bo i tak nie potrafiła przestać o nim myśleć.

Otworzył drzwi i wszedł do klimatyzowanej kuchni. Na czoło opadały mu wilgotne kosmyki ciemnych włosów, czarna koszulka była wilgotna od potu. Sophie odstawiła miskę i podniosła na niego wzrok.

– Co mogę dla ciebie zrobić, Rafe?

– Możesz nie patrzeć na mnie takim strasznym wzrokiem.

– Mówiłam ci przecież, że nie lubię, kiedy ktoś patrzy mi na ręce przy pracy.

– Mówiłaś – potwierdził cicho. – No cóż, nie będziesz już długo musiała znosić mojej obecności. Wyjeżdżam jutro z samego rana.

– Och. – Sophie próbowała stłumić głupie rozczarowanie. – Naprawdę?

– Naprawdę. Będziesz mnie miała z głowy raz na zawsze. Ale przyszło mi do głowy, że może urządzimy dziś uroczystą kolację, coś w rodzaju wcześniejszego Bożego Narodzenia. Chciałbym podziękować wszystkim za rok ciężkiej pracy. Otworzymy jakieś dobre wino, a potem pojedziemy do Corksville na drinka. – Jego oczy błysnęły. – Sądzisz, Sophie, że sobie poradzisz?

Jakoś udało jej się skinąć głową.

– Oczywiście.

Gdy wyszedł, natychmiast zaczęła szukać przepisów w internecie, zastanawiając się jednocześnie, co ma na siebie włożyć. Choć była tylko kucharką, tanie sukienki i bezkształtne szorty nie wydawały się odpowiednie na uroczystą kolację, a poza tym mimo wszystko chciała ładnie wyglądać. Chciała, żeby Rafe Carter dla odmiany zobaczył w niej prawdziwą kobietę, a nie cień wtapiający się w tło.

Popatrzyła z namysłem na jedyną sukienkę, jaką przywiozła ze sobą z Isolaverde. Sukienka pochodziła od jej ulubionego projektanta i była zwodniczo prosta, z miękkiej bawełny w niebieskim kolorze, który podkreślał kolor jej oczu, z dopasowaną górą i krótką, szeroką spódnicą. Sophie założyła do niej sandałki, pomalowała rzęsy i pokryła usta błyszczykiem, a także po raz pierwszy od dawna rozpuściła włosy.

 

Godzinę przed kolacją uświadomiła sobie, że nie ma czekoladek na deser. Szybko wyskoczyła do pobliskiego Corksville. Eileen Donahue, która prowadziła sklep, popatrzyła na nią z zaciekawieniem.

– Słyszałam, że szef przyjechał – powiedziała, gdy Sophie postawiła na ladzie pudełko miętowych czekoladek.

Sophie skinęła głową.

– Tak, ale już jutro wyjeżdża.

– Szkoda. W tym mieście nie ma wielu przystojnych mężczyzn. – Eileen uśmiechnęła się znacząco. – A on naprawdę jest bardzo przystojny.

– Podobno – odrzekła Sophie obojętnym tonem.

– Znalazł już sobie jakąś kobietę?

– Nie mam pojęcia.

– Słyszałam, że lubi skakać z kwiatka na kwiatek. – Sprzedawczyni przymrużyła oczy. – Ładnie wyglądasz w tej sukience. Jakoś… inaczej.

Palce Sophie, trzymające portmonetkę, zesztywniały. Szybko zgarnęła czekoladki i wyszła ze sklepu. Wyjeżdżając z Corksville w tumanie kurzu, poczuła, że w ustach jej zaschło. Czy tylko jej się wydawało, czy też Eileen naprawdę patrzyła na nią podejrzliwie?

Kiedy kończyła nakrywać do stołu w jadalni, zauważyła, że Rafe stoi w drzwiach. Nie miała pojęcia, jak długo już tam stał i patrzył na nią. Ubrany był w ciemne spodnie i jedwabną koszulę rozpiętą przy szyi. Wyglądał, jakby przed chwilą wyszedł spod prysznica.

– No, no – gwizdnął, patrząc na nią uważnie. – Co za metamorfoza!

– Przepraszam, o czym ty mówisz? – zdziwiła się obłudnie.

– Ładna sukienka, rozpuszczone włosy, makijaż.

– Nie podoba ci się?

Jego uśmiech wydawał się drapieżny.

– Nie próbuj wymuszać komplementów, Sophie. Przecież sama wiesz, że wyglądasz pięknie, a ta sukienka jest… – wydawało się, że szuka odpowiedniego słowa – jest rzeczywiście niezła.

Odwróciła się i sięgnęła po następną serwetkę.

– Dziękuję.

Jej reakcja na zwykły komplement była bardzo dziwna, zupełnie jakby jeszcze żaden mężczyzna nie mówił jej, że jest piękna. Ale z drugiej strony wiele rzeczy w niej było dziwnych. Rafe nie potrafił jej rozszyfrować. Rozejrzał się, zauważył świece i kwiaty oraz wykrochmalony biały obrus. Nie miał pojęcia, skąd Sophie go wzięła. Pod sufitem wisiały papierowe łańcuchy, a na plastikowej choince migały światełka. Wyglądało to tandetnie, ale też domowo i przytulnie. Widać było kobiecą rękę. Serce Rafe’a drgnęło niespokojnie. Poonbarra z założenia miało być bardzo prostym miejscem. Chodziło o ciężką pracę i powrót do natury, a nie o wygodę i przytulność.

Został tu dłużej, niż zamierzał, bo próbował odwlec wyjazd do Anglii na chrzciny syna swojego przyrodniego brata. Rodzina już przywykła do tego, że Rafe nie pokazywał się na uroczystościach. Miał po temu bardzo bolesne osobiste powody i teraz nikt nie potrafił uwierzyć, że w ogóle zgodził się przyjechać. Prawdę mówiąc, on sam w to nie wierzył. Wiedział, że nie ucieknie przy tej okazji od mrocznych, gorzkich wspomnień, ale nie mógł wiecznie ich unikać. Może raz wreszcie lepiej było przejść przez ten ból. Może to prawda, że po to, by się uleczyć, najpierw trzeba stawić czoło swoim demonom.

Ale z jednego dnia zrobiły się dwa, a potem trzy. Rafe nie docenił Poonbarra i spokoju ducha, jaki zawsze go tu ogarniał. A teraz jeszcze dochodziła do tego obecność Sophie Doukas, kobiety, która nie próbowała z nim flirtować i która prawie przez cały czas starała się go unikać. To było dla niego nowe i frustrujące doświadczenie.

Czy właśnie dlatego nie mógł przestać o niej myśleć? Musiała zauważyć istniejące między nimi przyciąganie, ale nie próbowała tego wykorzystywać, nie chodziła po mieszkaniu owinięta tylko ręcznikiem ani nie przychodziła do jego sypialni późnym wieczorem pod pretekstem, że przyśnił jej się koszmar. Robiła wszystko, o co ją prosił, i starała się schodzić mu z drogi.

Przy kolacji zastanawiał się, czy ona naprawdę musi przez cały czas stać przy kuchence. Siedzący przy stole pracownicy jednogłośnie wychwalali pod niebiosa jej jedzenie, a za każdym razem, gdy Sophie zwracała się do któregoś z nich, ten wydawał się zapominać języka w gębie. Czyżby wszyscy skrycie się w niej podkochiwali?

Po kolacji, gdy wszyscy wstali od stołu, Andy spojrzał na nią.

– Sophie, idziesz z nami do pubu? Postawimy ci piwo w podziękowaniu za tę kolację.

Z uśmiechem potrząsnęła głową.

– Nie, dziękuję. Posprzątam tutaj i położę się wcześniej.

Wszyscy wyszli, w jadalni pozostał tylko Rafe. Zauważył błysk niepokoju na jej twarzy.

– A ty nie idziesz z nimi? – zapytała.

– Nie. Jutro czeka mnie długi dzień – uśmiechnął się blado. – Poza tym nie chciałbym ich krępować.

– No tak. Przepraszam, ja będę robić swoje. – Wyniosła do kuchni stertę talerzy.

Rafe rozprostował ramiona. Wiedział, że powinien się wcześnie położyć i zastanowić, jak, do diabła, ma przebrnąć przez chrzciny Olivera, zwłaszcza że Sharla również miała się tam pojawić. Ale dobrze się czuł, siedząc w jadalni i patrząc, jak Sophie sprząta talerze, omijając go wzrokiem. Zatrzymał spojrzenie na jej zgrabnych łydkach i pośladkach, wokół których kołysała się niebieska sukienka. Myśl o seksie z Sophie zaczynała się już stawać jego obsesją, unikał jednak przygód na jedną noc i nigdy nie sypiał z kobietami, które zatrudniał. Nawet jeśli mówiło się kobietom od samego początku, że ma to być tylko przygoda bez zobowiązań, i tak nigdy w to nie wierzyły i spodziewały się wielkiego brylantu na palcu.

– Masz ochotę na kawę, Rafe?

Poruszył się niespokojnie i napotkał jej pytające spojrzenie.

– Nie – powiedział ostrzej, niż zamierzał. – Chodź tu i usiądź. Pracujesz przez cały wieczór. Jadłaś coś w ogóle?

– Nie jestem głodna. Zjadłam coś przed kolacją.

– To zjedz czekoladkę. Chyba żadna kobieta na świecie nie potrafi się oprzeć czekoladce.

– Muszę jeszcze posprzątać.

– Już prawie skończyłaś. Sophie, to jest rozkaz. Na litość boską, rozluźnij się wreszcie.

Przycupnęła na skraju krzesła i serce znowu zaczęło jej bić mocniej. Miała się rozluźnić? Chyba żartował. Czuła się jak mysz w pułapce, choć przez całe życie spotykała się z obcymi i to jej zadaniem było sprawić, by czuli się swobodnie. Ale teraz to ona była spięta w towarzystwie mężczyzny, który nalewał jej wino.

– Proszę. – Podał jej kieliszek.

Pociągnęła łyk.

– Doskonałe.

– Oczywiście. Australijskie wina należą do najlepszych na świecie. – Jego oczy rozbłysły. – Mamy też piękną naturę. Tak piękną, że zapiera dech w piersiach.

Sophie obróciła kieliszek w ręku.

– Wydaje się, że bardzo kochasz ten kraj.

– Zawsze go kochałem. – Wzruszył ramionami.

Podniosła głowę i spojrzała mu w oczy.

– Czy dlatego kupiłeś ranczo tutaj, tak daleko od Anglii?

Nie odpowiedział od razu. To ranczo miało być miejscem ucieczki od tego, czego nie mógł znieść, ale stało się jego ulubionym miejscem. Zawsze podobały mu się surowe warunki australijskiego interioru. Ciężka praca pomagała uleczyć zranione serce i duszę. To było jedno z wielu miejsc, w których przebywał, i żadnego z nich nie uważał za dom. Ale w dzieciństwie nie miał prawdziwego domu, więc dlaczego w dorosłym życiu miałoby być inaczej? Uważał się za kogoś w rodzaju współczesnego cygana. Wiedział też, że taki wizerunek pociąga kobiety.

Czy pociągał również Sophie? W blasku świec wpatrywała się w niego niebieskimi oczami, lekko rozchylając usta, jakby chciała, żeby ją pocałował.

– Ale to chyba ja powinienem zadawać pytania tobie, a nie na odwrót – stwierdził chłodno.

– To ma być rozmowa o pracę? – zdziwiła się. – Zdawało mi się, że już tu pracuję.

Rafe oparł się wygodnie na krześle.

– Tak, pracujesz. Ale to ciekawe. Pytałem Andy’ego o ciebie, ale nic nie potrafił mi powiedzieć. Spędziłem z tobą kilka dni i ja też nic nie potrafię o tobie powiedzieć. Jesteś tajemnicza, Sophie.