Zapowiada się piękny dzieńTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Zapowiada się piękny dzień
Zapowiada się piękny dzień
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 63,50  50,80 
Zapowiada się piękny dzień
Audio
Zapowiada się piękny dzień
Audiobook
Czyta Ewa Abart
29,90  22,13 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Nic nie mów. Nic nie mów. On cię zabije.

Spod nóg ucieka droga coraz bardziej przetarta. Gołe kamienie pod resztkami śniegu. Zamiast rowów z obu stron cementowe płyty. I domy. Bez podnoszenia głowy Anna dostrzega fragmenty ścian obielonych wapnem na twarogowy kolor. Ale nie może się zastanawiać, czy to już miasto Oświęcim, czy jeszcze jedna filia obozu. Gniew dławi esesmana, wyraża się wrzaskiem i wymachiwaniem pięści, w której błyska pistolet.

Jednak to baraki. Coraz więcej kobiet w obozowych pasiakach wybiega na drogę, żeby zobaczyć ewakuację tych z Birkenau. Nagle czyjś dyszkant ostro świdruje w uszach, bierze górę nad zmieszanym gwarem transportu:

– Du lieber Gott! Karl? Was machts du denn da?

Esesman wrósł w ziemię. Nie mógł zrobić nic innego, bo Niemka rozkrzyżowała ramiona i natychmiast objęła go.

– Karl! Karl! O! Liebling… – piszczała przeraźliwie, tuląc się do niego.

Konwojent poddał się.

– Ach, Trude, meine Liebe – jęknął i pozwolił się zakrzyczeć gromadzie Niemek.

Anna podwoiła wysiłki. Gnała naprzód. O kilkanaście metrów przed nią ostatnie piątki transportu. Kobiety idą może nieco wolniej, albo raczej ona biegnie tak szybko. Już się z nimi zrównała. Wymija. Muzułmanka charczy i ziaje tuż blisko, za plecami.

– On zaraz tu będzie, dogoni nas.

– Pryskaj na drugą stronę drogi – woła Anna. – Naprzód! Uciekaj!

Sama ciągnie z taką siłą, jakiej od dawna nie czuła. Nawierzchnia jest lepsza, zamarzła gładko i równo, sanki lecą, nie stawiając oporu.

Wymija piątkę za piątką. Gromada szła w rozsypce, nikt już nie kwestionował szybkiego biegu Anny pomiędzy kobietami. Każdy krok oddalał niebezpieczeństwo. Coraz głębiej w tłumie. Tłum okazał się przedsiębiorczy, ludność widocznie pomogła, namnożyło się sanek w pochodzie. Tu furtka ogrodowa, przewiązana sznurkiem, wiezie bagaż po wyślizganej drodze, tam szuflada, okute sanki turystyczne. Wystarczyło, że transport przebiegł ulicami…

Teraz, myśli Anna, może nie rozpozna mnie ten wieprz. Zresztą miejmy nadzieję, że schöne Trude zatrzymała swojego szkopa na miłą rozmowę.

Jeden głęboki wdech. Powietrze ostro, rzeźwiąco, mroźnie wdziera się do płuc. Od razu lżej! To już nie strach jest siłą napędową, lecz satysfakcja, że przypadek pomógł dać nura w anonimowy tłum. Za plecami Anna słyszy bełkot chudej kobiety. Nie zamierza zwalniać ani odwracać głowy. Wołałaby nie rozmawiać. Ale tamta nie rezygnuje. Powtarza znacznie głośniej:

– Uratowałaś mnie. Wrócę do moich dzieci. Będziemy się za ciebie modlić…

– Zamknij gębę, do diabła! – krzyczy Anna brutalnie. – Ruszaj nogami. Jęzor oszczędź na lepsze czasy.

Od czoła pochodu słychać krzyki:

– Halt! Halt!

– Łączyć! Łączyć! – wołają funkcyjne.

Chcą zachować, a przynajmniej okazywać, do końca władzę. Chciały przypomnieć więźniom i esesmanom o swoich dotychczasowych prawach, z których nie zamierzają zrezygnować w czasie przenosin obozu. Nie biją. Rubasznie biorą za ramię, popychaniem, kuksańcami pod żebro usiłują wykazać, że umieją się zachować przyjaźnie. Napotykają rysy nieruchome, spojrzenia tak obojętne, jakby nie dostrzegano dawnych kapo i blokowych, którym jeszcze wczoraj oddawano smakowite kąski, usługiwano, mówiono komplementy.

Anna i muzułmanka idą prędko między rozsypanymi piątkami, znajdują luki, wyjeżdżone w śniegu koleiny, spieszą do przodu.

O kilometr czy dwa stąd, w perspektywie drzew rosnących między polami, widać początek transportu. Szara masa kobiet w pasiakach zatrzymuje się na wzgórzu, gdzie brzeg ośnieżonej ziemi dotyka zimowego błękitu. Następne piątki stopniowo dołączają. Ich złamania i ruchy widać dokładnie na tle rozległych, białych pól, tym bardziej że słońce wyjrzało i przyświeca jaskrawo, dając ostre kontrasty.

Stanąwszy na wzgórzu i obejrzawszy się, można objąć wzrokiem rozmiary kolumny. Koniec jest równie daleko jak początek, schodzi dopiero ze wzniesienia, pełznie olbrzymią ławicą identycznych bezbarwnych piątek. Znika za horyzontem. Więc jednak nie na kolej… Oświęcim został w tyle. Transport idzie piechotą. Czy to dobrze dla nas? Czy źle?

IV

Od kilku godzin kobiety brną w głębokim, sypkim śniegu. Minęły po prawej stronie Rajsko, małą filię Oświęcimia, plantację koksagizu, rośliny, z której Niemcy próbują wyprodukować kauczuk, gumę i inne sztuczne tworzywa niezbędne na frontach. Ogrodniczki wybiegają na progi baraków, żegnają pochód machaniem rąk, okrzykami: „My też idziemy wkrótce!”. Powiewają białe obozowe chusteczki. Pasiaki na tle śniegu mają siny odcień.

Transport idzie dalej. Droga prowadzi na zachód. Słońce wyszło wysoko, przygrzewa i dodaje barwy ziemi. Szybki, zbyt szybki marsz nie tylko wyczerpuje, ale zaczyna przeprowadzać eliminacje. Konwojenci powtarzają trzy słowa:

– Schneller! Laufen! Aufgehen! Prędzej! Biegiem! Naprzód!

Oddech jest przyspieszony i płytki. Nie ma czasu na wytchnienie z płuc żaru i na zaczerpnięcie dostatecznej ilości powietrza, żeby doszło do dna, zasiliło tlenem serce. Niedawne podniecenie zniknęło bez śladu. Rozmowy zgasły. Rzuty nóg i zamachy ramion. Wyciągnięte szyje, schylone głowy. Milczenie. Świst oddechów.

Schneller… aufgehen… laufer… Schneller!! Trzaskają pod nogami płytki lodu. Skrzypi śnieg. Są to niemal jedyne dźwięki wokół idącego w ciszy transportu. Czasami seria z erkaemu. Echo łoskotem odzywa się w lasach, rozłamuje się, jakby wojsko ukryte między drzewami dawało raz za razem ognia. Nie są to strzały na postrach. Anna obserwuje brzeg drogi.

Skulony trup mężczyzny w oświęcimskim pasiaku zsunął się do rowu, twarzą w dół, krew rudą plamą wsiąka w śnieg. A więc mężczyzn wyprowadzili z Oświęcimia wcześniej, a teraz przyśpieszają tempo marszu skuteczną, wypróbowaną metodą.

W obozie widywało się więcej zabitych niż na przestrzeni całego życia. Spojrzenie z bliska na ciało człowieka przed chwilą jeszcze pełnego sił, świadomego, mającego prawo do wielu, może kilkudziesięciu lat biologicznej egzystencji, zamordowanego, pozbawionego życia jak balonik powietrza, zamienionego w bryłę materii nieożywionej – to zawsze wywoływało wstrząs. Ale człowiek zastrzelony tu, w zacisznej kotlinie pomiędzy lasami, przy drodze, po której Niemcy już najwyraźniej uciekają przed wymiarem kary…

Całkowita niemożność stwierdzenia, kim jest zmarły… W marszu nie można dostrzec jego numeru.

Znowu salwa. I znowu człowiek w pasiaku leży przy drodze, na brzegu lasu. Widocznie przeskoczył rów i uszedł kilka kroków. Czy chciał uciekać? Może pędzono ich w nocy. Nie wolno stanąć przy zmarłych ani się przyglądać. Konwojenci już z daleka rzucają kobietom krótkie, ostrzegawcze warknięcia: „Los!”. Jak wilki, które zaczynają wyć, gdy czują w pobliżu krew.

Anna mocniej obejmuje palcami ramię Jasi. Nad jej głową porozumiewa się oczyma z Wiktą.

– Dreptaj, dreptaj – mówi – to nic groźnego… Na postoju chwycę cię mocno za pedał, pociągnę… Będziesz mogła tańczyć!

Jasia skacze na jednej nodze. Kiedy czubkiem drugiej zawadza o bryły lodu, jęczy cicho.

Wikta próbuje bagatelizować sprawę:

– Pośliznęłaś się, upadłaś. Noga ma prawo boleć, ale nic ci nie będzie. Poboli – przestanie.

Potem zwraca głowę do Anny i mruży powieki w szczególny sposób.

Anna powtarza szeptem:

– Na postoju zobaczymy. Podrę prześcieradło, zabandażuję…

– Do wesela się zgoi – pociesza Wikta.

– Kiedy będzie ten postój?

– Pewnie już teraz. O, właśnie stajemy… Oprzyj się na nas wygodnie. Odpocznij.

– Usiądę. Pomóżcie mi usiąść…

Brzegiem drogi spieszy młody gestapowiec. Idzie w kierunku przeciwnym niż oświęcimski transport, wzrok jego skacze między szeregami, tropi, świdruje, bada. Znowu przypominają się hitlerowskie psy tresowane w zagryzaniu ludzi. Szeregi cichną. Pochód sztywnieje. Człowiek w czapce hitlerowskiej zbliża się. Słychać, jak pod jego butami zgrzyta śnieg i trzaskają cienkie szyby lodu w małych kałużach. Nagle staje. Końcem pejcza dotyka ramienia Jasi, potem obu podtrzymujących ją kobiet. Mówi po niemiecku z marzycielskim akcentem:

– Chodź tu… No, chodźże!

Wskazuje miejsce obok siebie, nad rowem.

– No, chodź prędzej…

Góralka razem z dwiema kobietami kuśtyka na brzeg drogi. Posłuszeństwem usiłują ułagodzić esesmana. Teraz już wiadomo, że coś się stanie.

– Te dwie z powrotem. Do szeregu. A ty, mała, chodź bliżej… – dodaje miękko.

– Ona nie może – mówi Maryna i natychmiast otrzymuje cios w twarz, po którym kuli głowę i ramiona.

Anna stoi między esesmanem i Jasią. Mówi spokojnie:

– Herr Unterscharführer… Naszej koleżance wpadło coś do buta… kamyk… może bryłka lodu…

Niemiec jakby nie słyszał. Jednym zamachem nogi wtrącił Wiktę na jej dawne miejsce w szeregu. Potem uśmiechnięty mówi z niezwykłą delikatnością do Jasi:

– Ty jesteś chora, kochanie! Musisz iść na koniec kolumny. Więc idź!

Anna wyciąga ręce. Pejcz pod oczy. Ucisk czoła trzonkiem, póki nie wróciła na swoje dawne miejsce w kolumnie. Potem esesman odwraca się do Jasi. Zbliża się do niej o krok, uśmiecha się ciągle i powtarza tonem perswazji:

– Maszeruj na koniec!

Popycha ją lekko. Dziewczyna traci równowagę, chwieje się. Robi wysiłek, idzie dwa kroki, potem od razu poślizg i pada na kolano chorej nogi. Słychać tylko syknięcie. Podpiera się dłońmi, chce wstać, ale zostaje na ziemi. Nikt nie ma prawa przyjść jej z pomocą.

Wsparta na rękach patrzy na gestapowca. W jej oczach widać nienawiść. Każdy nerw jej drgającej twarzy zdaje się być połączony z postacią Niemca. Ten cofa się krok za krokiem, idzie tyłem, stąpa wolno, nie odrywając ani na chwilę wzroku od klęczącej. Jest jakby zahipnotyzowany, patrzy prosto w jej rozszerzone źrenice. Jego ręce tymczasem przesuwają się bez pośpiechu na biodro, prawa dłoń pełznie do kabury i wysuwa powoli rewolwer.

 

– Idź, mała, na koniec – mówi cicho, jakby to była tajemnica przeznaczona tylko dla niej.

Dziewczyna zrywa się. Na jednej nodze, byle w tył. Podskakuje żałośnie i niezdarnie. Droga jest śliska. But umyka po oblodzonym kamieniu, jedzie w bok. Góralka traci równowagę.

– Jezus, Maria! – woła, padając na ręce.

Esesman przygląda jej się z ubolewaniem. Tonem perswazji, bez cienia nacisku powtarza znowu:

– No, dziecko, idź na koniec kolumny… Wstań, kochanie, idź…

Jego dłoń podrzuca do góry i chwyta w locie niewielki przedmiot z czarnego metalu. Niedawno wyciągnął go z kabury, a teraz bawi się nim jak pudełkiem zapałek.

– Więc naprawdę nie chcesz iść? – pyta nadąsany i odbezpiecza rewolwer. – Dlaczego jesteś taka leniwa? Nie lubię leniwych dziewcząt – mówią wargi skrzywione smutnym uśmiechem, a wskazujący palec naciska metalową część, zwaną cynglem. Huk. Ramiona góralki zwiędły. Głowa stuknęła o śnieg. Pasemko krwi wypływa szybko i wsiąka.

– I dalej maszerujemy, dzieci, dalej maszerujemy… – z uśmiechem, uprzejmie zachęca gestapowiec. Jego wzrok ostro przenika szeregi, nabrał odcieni łagodności i zadumy. Kobiety wolą go nie widzieć, ale on ciągle tu jest i nawołuje:

– Ciągle naprzód! Ciągle naprzód! Immer weiter!

Głuche milczenie zapadło nad drogą, słychać tylko radosny głos esesmana i coraz wyraźniejszy rytm kroków.

– Links, links, links und links – komenderuje i wielkimi krokami odchodzi do przodu. Nawet wtedy nikt nie przerywa ciszy. Transport idzie. Zwłoki Jasi leżą przy drodze, z czołem opartym na ziemi.

Wydają się coraz mniejsze, obrysowane śniegiem, słońcem i cieniami.

Ten strzał spełnił rolę hasła. Po nim odezwały się następne. Bliżej i dalej, na czele i na końcu pochodu.

Kolumna szła teraz w morderczym tempie. Przywrócono jakimiś argumentami siły pierwszym piątkom, a pozostałe musiały chwilami biec, żeby nadążyć.

Anna wytężyła wolę, żeby iść prosto i nie myśleć o bólu nogi. Ciągle widziała zgiętego trupa góralki, chociaż nie oglądała się. Idąc pod górę, zdawała sobie sprawę, że Jasia jest coraz dalej, w dolinie, jakby na przełęczy między dwoma wzgórzami. Dopiero teraz przypomniała sobie, że dziś rano, stojąc w kolumnie przed blokiem, Jasia opowiadała, jakie sny nękały ją w ostatnich miesiącach. Śniła jej się najczęściej inauguracja roku w wiejskiej szkole, gdzie zaczynała uczyć małe dzieci. Czasem było to jakieś obce gimnazjum, nowi nauczyciele i ciekawość intelektualna połączona z niepokojem. Kiedy indziej czeka w internacie wśród nowych koleżanek, pełna ciekawości, jak to będzie jutro, kiedy się rozpoczną wykłady. Sny tego typu zjawiały się podobno w setkach odmian. Aula uniwersytetu. Biblioteka Jagiellońska, chłód i spokój audytoriów, czekanie na pierwszy wykład. Napięta niecierpliwość umysłu wygłodzonego w obozie. Teraz odcięto Jasię od jej tęsknot. Odcięto ją od słonecznego ciepła, które wokół niej roztapia śnieg, od niezwykłej pogody, jaka zamienia styczniowy dzień w urocze zjawisko. Po dwu stronach śląskiej drogi nad kolumną piątek tryskają w górę wierzby otulone szronem. Przesiane promieniami lśnią biało na tle lazuru. Mogłyby być najczystszą radością, gdyby spomiędzy nich odeszli mordercy. Sypie się śnieżny puch, opadają kawałki sopli, załamując w swoich pryzmatach światło słoneczne i błyskając kolorami.

– Immer weiter! Immer weiter! – leci nad kolumną krzyk esesmanów.

Przyroda jest obojętna. Śnieg utarty, powietrze orzeźwia, dodaje sił. Rytm kroków brzmi równo. Nie słychać nic innego. Kiedy się mija topole, można uchwycić szum wiatru w gałęziach. I tylko skrzypienie butów na śniegu. Potem huk. I znowu huk. Daleko. Chyba na końcu albo na czele pochodu. Echo powtarza ten odgłos, niesie go po lasach, bije nim o drzewa. Na lewo, przy grupie świerków, leży mężczyzna w pasiaku. Twarz uniesiona do góry, usta rozwarte, ręce rozrzucił szeroko.

Milczenie staje się dławiące, trudno maszerować i oddychać swobodnie, milcząc w ten sposób.

– Spójrz. Znowu.

Tym razem po prawej stronie, nad rowem. Twarz bezkrwista, sinawy zarost, wargi skrzywione i przy nich na śniegu czerwona plama, jakby człowiek ten w ostatniej chwili życia wyzionął barwny oddech. Długie milczenie towarzyszy idącym. Anna przysuwa się do ramienia Magdaleny.

– Urywamy się?

– Myślisz o tym, Kalesończyk?

– Tak. Na drodze wszędzie śmierć.

– A w ucieczce?

– To samo. Dlatego się nie boję. Chcesz iść ze mną?

– Nie. Mój mąż jest w Gusen. Może go spotkam. I tobie też radzę nie prowokować własnego losu…

– Co tam! Wielkie słowa! Na pedale wzbiera mi wrzód jak cytryna. Muszę się urwać, bo inaczej wykończą… Więc – nie?

– Z tobą jak najchętniej… Ale może trafię do Gusen i zobaczę Adama.

O pół kilometra stąd na brzegu lasu kobieta z dziećmi zbiera drzewo. Pojedyncze sylwetki widać dokładnie, ale nie można rozpoznać szczegółów. Anna przygląda im się z napiętą ciekawością. To nie tylko sprawa dwu lat przeżytych z dala od normalnie zorganizowanych gromad ludzkich. To sprawa przejścia przez odrealnioną rzeczywistość obozu, z którego powrót jest większym wstrząsem i bardziej nie mieści się w głowie niż akt narodzin. To nie ciekawość, ale biologiczna, instynktowna chęć zbliżenia się do ludzi, którzy snują się pomiędzy drzewami, zginają plecy i podnoszą z ziemi chrust na opał. Obciążeni wiązkami gałęzi, przerastającymi rozmiar człowieka, poczłapią z wolna w drogę powrotną, będą się wyplątywać spomiędzy krzaków i omijać drzewa. Wrócą do domu. Wyjmą skobel z drzwi, otworzą. Rozpalą ogień z wilgotnych gałęzi. Dym będzie pachniał lasem, swobodą, ale też zacisznością i ciepłem. Co oni mogą tam teraz gotować, w szóstym roku wojny? Są pewno biedni. To chyba Polacy. Jak żyją? Jacy są?

– Gdybym się znalazła na brzegu lasu i szła obok nich, żaden esesman temu by się nie dziwił.

– Ale spróbuj uciec!

Ucieczka jest problemem abstrakcyjnym, a zwłaszcza odwaga jest abstrakcją, którą należy przemyśleć w nowych warunkach.

Obóz otaczały betonowe słupy zagięte ku środkowi, z gęstą linią kolczastych drutów pod wysokim napięciem. Dalej głębokie rowy, podwójna linia wież wartowniczych i esesmani z bronią gotową do strzału. Za tym otwierała się pustka na przestrzeni wielu kilometrów. „Komin w Oświęcimiu dymi” – mówili koledzy z konspiracji, gdy Anna była jeszcze wolna. Groza działała zarówno na ludność, jak i na więźniów. Myśl o przekroczeniu kręgu miała wszelkie cechy pojęć metafizycznych. Uciec z obozu… Powstać z grobu… To drugie miejsce chwilami wydawało się pozbawione grozy, sielskie w porównaniu z obozem i jego trupią rzeczywistością. Teraz krąg stał się znacznie cieńszy. Tworzą go psy, karabiny esesmanów i ich oczy. Przekroczenie tego kręgu byłoby prostsze.

Transport staje. Natychmiast jednak rozlegają się krzyki eskorty: Laufen! Laufen! Looos!!! Laufen! Piątki znowu ruszają z miejsca. Kto usiadł albo zabrał się do jedzenia, kto zaczął się załatwiać, popychany teraz i bity musi biec dalej. Od razu najszybsze tempo.

– Bezmyślne jakieś baby idą w pierwszych szeregach – gniewa się pani Ada – przez ich głupotę musimy teraz galopować.

– Ponosi je. Spieszą się na wolność.

Rozwleczony między wzgórzami transport biegnie. Potem zwalnia. Staje niespodzianie. Natychmiast rusza, posuwając się bardzo wolno, żeby przejść stopniowo w odmierzony marsz i znowu w bieg.

Po kilku godzinach arytmia pochodu zrywa mięśnie, wykańcza serce. Droga miejscami śliska, gdzie indziej rozjeżdżona w głębokie koleiny, zasłana przemielonym śniegiem. Anna coraz bardziej kuleje. Szorstka pończocha ociera miejsce na nodze, które znowu nabrzmiało i najwyraźniej nie przestało być wrzodem. Na postoju trzeba powtórzyć zabieg.

Przy drodze tablica. BRZESZCZE. Już widać kominy fabryczne, dachy, płoty. Nareszcie miasto! Nareszcie ludzie cywilni!

Ścieżką przy drodze nadchodzi mężczyzna. Pod jego nogi stacza się do rowu miękki pled.

– Niech pan weźmie – woła cicho jakaś kobieta. – Mnie za ciężko dźwigać.

– Ja też pracuję w Oświęcimiu… jako cywil – odpowiada Ślązak i przeskakuje rów, żeby być jak najdalej od transportu. Idzie, nie patrząc na drogę, oddzielony przestrzenią dwu metrów.

Miasto jest coraz bliżej. Pierwsze zabudowania otoczone częstokołem o charakterystycznym zarysie. Wizja lat wojennych powtarzana z uporem i wytrwałością owadów. Betonowe słupy, wierzchem zagięte, połączone kolczastym drutem. W oknach identycznych bloków stoją identyczni mężczyźni. Pasiaki, pasiaste czapki na ogolonych głowach, czerwony trójkąt i numer na lewej piersi. Pełno ich między barakami, na dziedzińcu, przy drutach.

– Gdzie jesteśmy? – wołają kobiety.

– Brzeszcze! Lager w Brzeszczu.

– Lagry, lagry, lagry – szepce pani Ada. – Całą ludzkość wpędziliby między naelektryzowane druty.

– Dostałaś wczoraj od Jugosłowianek z eseslazaretu gazetę niemiecką, prawda? Deutschland ist wie ein Gross­konzentrationslager. Oni wierzą, że ojczyzna ich jest niezwyciężona, ponieważ uczynili ją wielkim obozem koncentracyjnym.

– Gorzej nie umieli zasrać tej swojej ojczyzny!

Ludzie z obozu Brzeszcze skupili się przy drodze zaciekawieni, z wyciągniętymi szyjami, ze zmarszczką na czole. Jakże wydają się podobni do zwierząt oglądających przez druty nową grupę publiczności. Człowieka niesłychanie łatwo pozbawić indywidualności, upodobnić do małpy, zniszczyć środkami bardzo prostymi, legalnymi na pozór i niemającymi wiele wspólnego z przestępstwem.

Anna przygląda się gromadzie pasiastych mężczyzn. Kiwają rękami, dają znaki, widać z ruchów ich otwartych ust, że próbują wołać, ale niewiele się słyszy w hałasie pochodu.

– Z Oświęcimia? Dokąd idziecie? My też pewno pójdziemy za wami!

Kobiety rzucają pytania:

– Która godzina? Jakie wiadomości?

– Koło pierwszej. Koniec przerwy obiadowej.

W obozie Brzeszcze słychać już gwizdki, mężczyźni biegną, formują kolumny, pójdą za chwilę do pracy. Tu jeszcze toczy się normalny dzień obozowy, jak przed miesiącem albo przed rokiem.

Nieco dalej przy drodze widać kilka małych domków, równie sczerniałych i zmiętych jak ich mieszkańcy, którzy przystają nad rynsztokiem, żeby nieśmiało zerknąć na idący transport, a potem odwracają się i uciekają z tego miejsca.

– Więc tu mieszkała Zosia – mówi Maryna i szuka sposobności, żeby zapytać o rodzinę koleżanki.

Ale miasto jest małe i dziwnie puste. Ludzie zniknęli. Może poprowadzono transport brzegiem osiedla, bo już po chwili ukazują się znowu pola zagubione w śniegu, zasypane razem z rowami na równo, gdzie tylko topole wytyczają drogę.

– A postój? Czy myślą tak nas gonić bez przerwy?

– Sami też chyba muszą coś zjeść.

– Spójrz na nich…

Konwój esesmański pożywia się w marszu. Wydobywają z plecaków owinięte papierem kanapki, odczepiają manierki, przykładają szyjki do rozchylonych warg. Idą i jedzą. Młody Niemiec przystanął na chwilę, żeby się spokojnie napić, manierkę wycelował dnem do nieba, grdyka na jego szyi chodzi w górę, w dół, w górę, w dół. Kapo Halina zatrzymała się obok esesmana, wypięła piersi, obciągnęła sweter i czeka z wyrazem spokojnej pewności. Jest wyprostowana, stoi w swoich węgierskich, teatralnych butach na wysokich obcasach, z ozdobnie wyciętymi cholewkami. Na jej ramieniu czerwieni się opaska władzy obozowej. Atuty zostały wyłożone, gestapowiec jednak okazał się nieczuły. Wytarł dłonią usta, zakręcił manierkę i ruszył naprzód. Halina zatrzepotała rzęsami. Nie reaguje. Przymila się z uśmiechem:

– Ach! Ich habe Durst! Ein Schluck bitte… Wody.

Niemiec namyśla się. Idąc, przytyka do jej ust szyjkę manierki. Sam też pociąga zdrowo. Po tym przepiciu do siebie czują się znacznie swobodniej.

– Dobha wódka! – chwali Niemiec.

Kapo rozpromieniona przytakuje. Stąpa bokiem, odwraca się plecami do kobiet, przodem do gestapowca. Nie zapomina kołysać się w biodrach i kokieteryjnie napinać biustu.

Tychalska odsuwa swoje sąsiadki, zamienia się z nimi na miejsce. Chce iść tuż obok Haliny.

– Pani kapo – mówi tonem pochlebstwa – miły ten chłopaczek, cooo?

Maryna oburza się na starą kobietę:

– Czego Tychalska się mizdrzy?

Kwiaciarka robi oko. Spryt, chytrość, uśmiech rozjaśniają pomarszczone rysy.

– Dobrze mieć stryjka w piekle. Przekonacie się – szepcze do kobiet, a potem znowu zagaduje Halinę:

 

– Pani kapo? Mówi on co?

– Do ciebie na pewno nie!

– Ale do pani kapo… Do takiej śliczniutkiej!

– No?

– Długo tak będziemy szli?

– Aż do Pszczyny. Tam zanocujemy.

– Mówiłam, że pani Halinka może wszystko wiedzieć! A daleko też ta Pszczyna?

Kapo tego nie wie, zamiast odpowiedzi wzrusza więc ramionami. Potem usiłuje wyciągnąć z esesmana informację, jak długo jeszcze trzeba iść. Podobno z Oświęcimia do Pszczyny trzydzieści kilometrów. Od Rybnika transport ma jechać koleją.

Zmierzch zapada wcześnie po południu. Wiatr tnie ostro z prawej strony, z zachodu. Nad lasem rozlała się czerwona łuna i nie znika w miarę upływu godzin, przeciwnie, nabiera jaskrawych odcieni. Czasem błyskawica drga na ciemnym niebie i wtedy można wyczuć odległą detonację.

Pod wieczór esesman, właściciel celty, przebiega drogę, zagląda do wszystkich sanek, szuka swojej własności; poznaje wreszcie.

– Guuuut! In Ordnung! – woła zadowolony i śmieje się ze stanu technicznego sanek. Pas od dawna popękał, zamiast niego przywiązano sukienkę Maryny. Niemiec przez chwilę idzie blisko swojej celty, potem zostaje. Po zapadnięciu zmroku niepokój kobiet wzrasta. Suchy szelest kroków po zamarzniętym śniegu, ciemność, mgła. Nie widzą się wzajemnie. Nie widzą drogi. Nie widzą celu. Wicher ostro gwiżdże w gałęziach, kiedy się mija drzewa. Między lasami jest cieplej i zaciszniej, a w otwartym polu czują chłód i lęk. Oglądają się. Już nic nie widać. Pozostaje tylko głos.

– Pani Ado! Pani Ado!

Daremnie wypatrują wysokiej sylwetki. Zniknęła.

– Pani Ado…

Głos pani Ady słychać nisko, tuż nad ziemią.

– Nie przejmujcie się mną, dzieci – szepcze zgięta wpół, idąc w pozycji ciężko chorych na serce. – Brak mi sił. Już nie mogę.

Mówi spokojnie, bez akcentów tragizmu. Jakby przepraszała za swój organizm.

– Nie wolno zostawać, pani Ado! Trzymać się blisko sanek – woła rozkazująco Maryna.

Odpowiedź brzmi słabo, dobiega z pewnej odległości:

– Dobrze, moje drogie. Dziękuję wam… Idę… Idę… trochę wolniej.

Maryna przysuwa się do Tychalskiej.

– Powinnam zostać z panią Adą, bo inaczej…

– Bzika masz? Ona i tak odpadnie. Zresztą kto z nas przetrzyma to wszystko? Posłuchaj, co się dzieje.

– Może na postrach?

– Na postrach? A w rowy patrzeć nie masz odwagi?

Mrok zgęstniał. Na parę kroków przed sobą widzi się już tylko ciemną zasłonę mgły.

– Zabili Weronkę – podaje ktoś wiadomość. – Odeszła kilka kroków za rów i tam ją esesman zastrzelił.

– Ale Zosia Burłacz uciekła. Zarzuciła na siebie szary koc i wolno poszła w zagajnik. Nikt nie zauważył.

– Mieszka na Śląsku. Prędko dojdzie.

Coraz gęściej sypią się strzały. Pojedyncze zwiastują samotną śmierć, ale słychać także serie, szczekanie, pomnożone echem. Ciała zabitych, rannych, zemdlonych leżą rozciągnięte nad rowami, przy drzewach, przy kamieniach drogowych. Jest zimno. Mgła nasyca wszystko wilgocią. Pszczyna jeszcze ciągle daleko. W Pszczynie zakończą się wszystkie trudy pierwszego dnia wędrówki. Może załadują na pociąg? A w każdym razie tam będzie się można zwalić na ziemię, nie przebierając dłużej odparzonymi, pokaleczonymi nogami. Leżeć i nie myśleć.

Pszczyńskie lasy szumią. Wicher przelatuje po wierzchołkach, ostro targa czuby drzew, aż trzaskają konary. Droga zostaje zaciszna. W górze przewalają się obłoki. Niekiedy błyska gwiazda. Czasem przez łoskot wichury przedziera się detonacja. Bardzo jeszcze odległa, podobna do pomruku nieba.

– Spójrzcie. Tam jest Wrocław.

– Tak. To Wrocław. Idziemy w stronę Wrocławia.

Czerwień wyznaczająca to miejsce sięga zenitu, zabarwia Gwiazdę Polarną. Powietrze jęczy głucho i stęka. Rozwarty kocioł ognia i huku jest celem wędrówki ludzi prowadzonych z Oświęcimia. Kotłem tym są całe Niemcy. Okrążone. Pod naporem armii rosyjskiej, amerykańskiej, angielskiej, atakujących z kilku stron, kocioł będzie się kurczył. A w nim nastąpi potworne, makabryczne przepełnienie. Oprócz tych, którzy tam spędzili wojnę, musi sobie znaleźć miejsce wracająca z podboju świata niemiecka armia; wrócą z Węgier, Polski, Francji, Rosji ci, którzy próbowali nowego Lebens­raumu. Już to spowoduje głód i trudności na każdym kroku. Jeżeli do tego dodać ataki lotnicze, łatwo zgadnąć, że w Niemczech zacznie się zbiorowy obłęd. Gdzie tam jeszcze miejsce dla więźniów ewakuowanych z Oświęcimia i innych obozów? Jakie mogą być dla nich ostatnie dni wojny? Dla wielu, może dla wszystkich, będzie to koniec. Należy więc uciekać. I to już. Dzisiejszej nocy, póki się nie przekroczy granicy polsko-niemieckiej albo póki nie załadują transportu na kolej, bo wtedy znacznie trudniejsza sprawa. Ciało przenika dreszcz. Nie powoduje go zimno ani strach. Tylko podniecenie przed ostatecznymi rozstrzygnięciami. Tam, skąd idą detonacje i czerwone światło, decydujące rozstrzygnięcia już się rozpoczęły. Małe i błahe są teraz osobiste motywy. Nieważna jest każda pojedyncza śmierć.

Zwłaszcza śmierć więźnia zabitego przy drodze nie przynosi nic, nie przyspiesza o pół sekundy zakończenia wojny.

Chciałoby się jeszcze raz popatrzeć w oczy Piotra, chciałoby się jeszcze żyć po wojnie. Pewno, pewno. Chociaż jeden dzień. Ale są to marzenia komara tańczącego na gorącej pokrywie kotła. Cóż one znaczą? Podpalono świat. Jeszcze niejeden człowiek padnie dziś przy wielkim trakcie.

Noc i noc. A może nie ma nawet szóstej po południu. Drogą wyciętą w środku puszczy sunie ponuro transport. Kto mógł, otulił się cały kocem i podobny do upiornego mnicha ucieka z tych miejsc zasłanych trupami.

Upłynęły jakieś godziny, widać to po niebie, które się wypogodziło. Gwiazdy zmieniły położenie. Jest widniej. Zmęczenie i senność przerzedzają szeregi pędzonych naprzód kobiet.

– Usiąść i nie myśleć; takie proste wyjście – mówi Anna, obserwując zwiniętą w kłębek postać, która przytuliła się do kamienia milowego i już mocno śpi. – To nie wymaga silnej woli. Przeciwnie, wystarczy zwykła, ludzka, słaba wola…

Słowa Anny brzmią rozwlekle, jakby i ona zaczęła drzemać. Myśli stają się leniwe. Coraz to ktoś zwalnia, traci tempo, daje się wymijać. Usypia, maszerując. Ktoś opiera się ramieniem o ramię Anny. Kamila. Posuwają się razem sztywnymi szurnięciami nóg. Anna nie jest pewna, czy jej się śni na jawie, czy Kamila rzeczywiście mówi te dziwne, niewytłumaczone słowa:

– Dziś urodziny Jureczka… Ciekawe, co robi w tej chwili… W jakiej kawiarni… z którą kobietą spędzi ten wieczór?

Potem Kamila przysuwa twarz. Jest blada. Patrzy zwężonymi oczyma krótkowidza na profil Anny.

– Wiesz, Jureczek to mój mąż…

Na końcu pochodu strzelają gęsto. Po każdej salwie słychać przestrogi kobiet:

– Nie śpijcie, baby! Uważajcie!

Anna potrząsa ramieniem Kamili.

– Patrz pod nogi. Musisz oszczędzać energię.

– Daj mi spokój. Chciałabym tylko wiedzieć, z którą kobietą jest teraz mój mąż…

Walczy się z najbliższymi, zresztą słabo. Wszystkim brakuje sił, wyczerpał się całkiem instynkt samozachowawczy, cóż dopiero mówić o chęci ratowania drugiego człowieka. Kto się odbił od swojej gromady, kto zwalnia i zostaje, tego się po prostu wymija i dalej wlecze się nogi po grząskiej, śnieżnej mące. Na końcu transportu huk. Znów ktoś odpadł. Szeregi z wolna się przerzedzają. To ułatwi pracę konwoju na jutro i dni następne.

Droga jest ciemna i pusta. Jakaś wieś w śniegach. Okna bez świateł, nikt się nie pokazuje, choć psy ujadają zawzięcie. Cały transport przechodzi między chatami, ale nie wiadomo, czy choć jeden człowiek widział, że pędzono tędy kobiety z Oświęcimia.

Tychalska robi przez kapo wywiad z esesmanem. Okazuje się, że do Pszczyny jeszcze siedem kilometrów. Więcej niż godzina przy dobrym tempie. Ale marsz od dawna zmienił się w półsenne powłóczenie nogami i minęło znowu dużo czasu, zanim na przeciwległym krańcu horyzontu zapełgały światła semaforów.

Wytrzymałość ludzka przewyższa wszystko. Człowiek jest naczyniem doskonałym, nie garnkiem, z którego można wybrać jego zawartość. Łyżka zgrzytnie o ścianę, koniec. Z człowiekiem zupełnie inaczej. Kiedy można sądzić, że nie zdobędzie się już na nic, wystarczy jakiś dodatkowy bodziec i patrzcie: siły wstępują na nowo. Niewyczerpane, ogromne są źródła energii. Tym bardziej nieprzyjemnie po wyrwaniu wszelkich zapasów i rezerw poczuć w sobie zgrzytnięcia. Granica woli. Nie mam siły pragnąć dalszego życia.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?