Zapowiada się piękny dzieńTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Zapowiada się piękny dzień
Zapowiada się piękny dzień
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 63,50  50,80 
Zapowiada się piękny dzień
Audio
Zapowiada się piękny dzień
Audiobook
Czyta Ewa Abart
29,90  22,13 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

III

Drogą ktoś biegnie od bramy. Woła w podnieceniu zmieniającym zupełnie głos:

– Wychodzić! Ustawiać się piątkami!

To Słowaczka, Beżi. Kobiety próbują czegoś się dowiedzieć. Ostre gwizdki zagłuszają słowa, świdrują w uszach.

– Dokąd idziemy, pani blokowa?

– Nie wiem. Nic nie wiem. Ustawcie się, prędzej.

– Chyba nie do komina, co?

– Do jakiego komina? Zapomniałaś, że krematoria rozebrane?! Nie róbcie paniki. Lagerälteste rozda chleb. Po całym bochenku na twarz. I puszkę konserw. A przedtem słodka zupa, ile kto może zjeść.

– A więc wojna się kończy i szkopy biorą w kuper. To jasne.

– Nie wiem. Pozwalają zabrać dwa koce albo kołdrę. Kto chce, może wziąć ze sobą pusty siennik. Co kto ma zorganizowanego, palta, swetry, niech bierze.

– Jeszcze żaden transport nie odchodził w ten sposób. Koce. Sienniki. Swetry.

– Po co taki bagaż? A czy nie kazali baraków z tyłu do ubrania przytroczyć?

– Niech cię głowa o nic nie boli! Najważniejsze, że krematoria wysłano wcześniej, na dobre kilka tygodni przed nami. Już je pewno zdołali zmontować. Od razu mogą zaprosić transport z Oświęcimia „do kąpieli i dezynfekcji”…

– Wychodzić na drogę, prędzej!

– Po pięć!

Jeszcze ciągle ciemno. Mróz i wiatr przylegają szczelnie do skóry, ledwo się wyjdzie z ukrycia. Obóz jest nasycony mgłą. Biała para jak w pralni wypełnia powietrze, jej słupy kłębią się pod lampami w pobliżu drutów, opasują teren, wyodrębniają go z okolicznych pól. Kobiety cicho wychodzą na drogę, stają w szeregach, milczą. Senność uciekła. Dreszcz wstrząsa czasem czyimiś plecami, wtłacza oddech do gardła, niepokoi.

Ciemność zmieniła się w szarość. Mróz stężał. Kobiety przytupują. Z nawyku, ze zdenerwowania. Poowijane kocami, obciążone plecakami, nie marzną dziś tak, jak marzły nieraz na apelu.

W obozie męskim ktoś przyszedł pod same druty i skanduje kiepską przeróbkę piosenki:

…Żegnaj, straszny Oświęcimiu, ty okrutne Birkenau…

Wicher uderzył od zachodu, zdławił gardło śpiewaka, wymiótł melodię, wyrzucił precz dalsze słowa, których już tylko można się domyślać, słysząc pojedyncze sylaby.

…Po barakach pustych w zimie wiatr ponuro będzie wiał…

Naderwany skrawek papy na dachu stuknął parę razy, potem leżał spokojnie, żeby po chwili znowu wszcząć nierytmiczne łopotanie.

– Robi się zimno. Już wkrótce świt – mówi Zachwiejowa, rozglądając się po niebie.

Czekanie w obozie jest rzeczą naturalną: przed każdym liczeniem, wyjściem do pracy, posiłkami. Cóż dziwnego, że dziś, przed ewakuacją, trzeba tak samo stać na drodze w kolumnie piątkowej i czekać.

Wiatr się wzmaga. Trzaska wrotami wyludnionych baraków, przegania tumany śniegu.

– Duszyczki się szarpią. Chciałyby iść z nami w transport. Nie zostawać tu – mówi Zachwiejowa poważnie.

– Kto wie – odpowiada jej Wikta – czy raczej my nie pójdziemy za nimi.

Gong podzwania teraz głośno, jak wówczas, gdy w obozie kwarantanny wzywano mężczyzn na apel.

– Ich bin wieder da… – szepcze Wikta.

Gong postukuje rytmicznie, a potem znowu nierytmicznym łoskotem. Wikta mówi zamyślona:

– Ich bin wieder da… Złapali kiedyś uciekiniera z obozu męskiego i przyprowadzili na plac apelowy. Młody chłopak… Przypominał mi syna… Przed egzekucją dali mu bębenek i kazali bić pałkami. Na plecach miał zawieszoną tablicę z napisem: „Ich bin wieder da”. Jego werbel słyszało się we wszystkich częściach obozu. Stukał szybko, nierówno, chwilami przerywał. Zalegała taka cisza, jakby tu było pusto. Bili go, więc zaczynał znowu. Posłuchajcie. Gong na wietrze dzwoni, jakby tam stał uciekinier i grał na werblu, dopóki mu stryczek nie zaciśnie gardła. Ich bin wieder da… Ich bin wieder da…

Wikta schyla głowę. Jej ostatnie słowa są zupełnie ciche.

Nikt nie odpowiada. Kobiety wiedzą, że jej syna rozstrzelano w Oświęcimiu na bloku jedenastym. Zawijają się szczelnie, naciągają kurtki pod szyję. Po co mówić, dzwoniąc zębami, kiedy można stłumić dreszcze i stać bez słowa.

Gong łomocze teraz nieustannie, podrzucany wichurą.

Nic się nie dzieje. Czas płynie.

Tychalska powiedziała szeptem:

– Żeby tylko Bóg dał wrócić. Najładniejsze kwiaty ze swojego straganu przywiozę tu co rok.

– Bóg? – odezwała się Karola. – Jakoś go dym z krematoriów nie szczypał w oczy. Wytrzymały jest.

Zapadła cisza. Niebo pozostało ciemne. Górą pędził wiatr, czasem opadał na ziemię, zakotłował w mgłach i znowu się unosił.

Od bramy przelatuje po szeregach wiadomość:

– Już ruszamy! Pociąg odchodzi za pół godziny.

– Pociąg odchodzi za pół godziny. Idziemy – powtarzają głosy od piątki do piątki, aż na koniec kolumny. Potem upływa godzina, półtorej i nic się nie dzieje.

Wreszcie przybiega esesman Engster i woła:

– Nach Gross-Rosen zu Fuss! Zwei hundert fünfzig Kilometer!

Sam najwyraźniej zaskoczony czy oburzony treścią rozkazu kieruje te słowa nie wiadomo do kogo. Nikt mu nie odpowiada. Więźniowie muszą milczeć.

Wzrok przyzwyczaił się do szarości, a tymczasem przyszedł świt. Ukazały się białe chusteczki Jugosłowianek, stojących bliżej bramy. Lampy na drutach palą się jeszcze, ale już przestały być potrzebne, ich pożółkłe światło ledwo jest widoczne.

Dziwne, jak dużo dziur znajduje sobie wiatr w dachach i ścianach. Wycie, gwizdanie, jęki, szelesty, pohukiwania, łoskoty wzmagają się i słabną, potęgują się albo są ledwo dosłyszalne jak szept.

– Odchodzimy stąd – mówi Anna. – Obóz ma zniknąć z powierzchni ziemi. Czego nie ma, tego ludzki rozum nie obejmuje. Nie wszyscy mają wyobraźnię.

– Wykończyli tu blisko pięć milionów ludzi – dodaje pani Ada. – Mówiła mi Wanda Maroszani z biura politycznego. Wiesz, ile to jest? Pięć razy przedwojenna Warszawa. Podobno zbliżyli się do tej liczby. Co to dla nich znaczy – pięćset tysięcy mniej albo więcej? Kto zdoła policzyć transporty zabite gazem, ale nierejestrowane w obozie?

Śląsk obudził się po nocnym wypoczynku. Słychać wysokie gwizdy syren, pisk lokomotywy, zgrzyt pił mechanicznych, odzywających się w pewnych odstępach czasu. Gwar obozu głuszył to wszystko. Dopiero teraz, kiedy baraki są puste, a ostatnie dwadzieścia tysięcy czeka swojego losu, można słyszeć mowę Śląska. Ziemia bliżej obozu wyludniona przez Niemców na dużej przestrzeni. Z daleka dolatują odgłosy życia. Tam są ludzie. Nie esesmani, nie więźniowie. Ludzie zwyczajni.

– Jak myślisz – mówi Anna – czy zobaczymy kogoś, kto sypia w swoim domu, chodzi do sklepu, pracuje…

Dziecinne policzki Zosi pokrywają się rumieńcem ostro zaznaczonym na zielonkawej skórze.

– W pociągu chyba nie. Na pewno będziemy izolowane… widziałaś, jak wywozili mężczyzn. Wagony towarowe, zabite na głucho… Ale gdyby pieszo, to ja wtedy… mam szansę zobaczyć ojca i matkę.

– Dmuchnęłabyś, co? Nie ma wątpliwości!

– To zależy, czy będą warunki…

– Dziewczyno! Byłabyś w domu…

– No, do domu tak od razu nie trafię. Ale do lasu… Tam jest mój ojciec. Dwaj bracia. I mój przyszły mąż.

– Co za szansa! Pomożemy ci!

– To bzdura. Transport nie pójdzie pieszo. Dwieście pięćdziesiąt kilometrów? Ile z nas doszłoby na miejsce?

Sztubowe niosą kotły pełne zupy. Rozdają bez awantur. Piątkami, kolejno. Szybko, żeby nie wystygła znakomita potrawa. Spóźniona hojność! Kobiety bez pośpiechu wyciągają miski, ręce drżą. Z zimna i z emocji. Z lęku przed wielką zmianą, która już nastąpiła, choć jeszcze ciągle stoi się za drutami, jak co rano. Ściśnięte gardła są nieruchome, nie mogą przełykać. Zupa stygnie w menażkach, krzepnie w nich i gęstnieje, głód ustąpił nerwowemu napięciu.

– Kto chce zupyyy? – woła Karolka.

– Kto chce duupy? – przedrzeźnia Rozalia.

– Wstydu nie masz! – upomina Rozalię zgorszona Wikta. – Dawajcie tę kaszę. Jeszcze zdołam odesłać chłopakom z powstania. Przecież oni tu wyginą bez naszej opieki…

Nad gwarem tłumu słychać nawoływanie Słowaczki, pełniącej w obozie funkcję gońca komendantki. Biegnie wzdłuż kolumny piątek, powtarzając kilka słów z cudzoziemskim akcentem. Wywołuje numer i dodaje:

– Pod bramę! Do Aufseherin Drechsler.

Od razu szeregi cichną. Pod bramę to znaczy wyrok śmierci, który wykonują zaraz, albo przesłuchanie, tortury, wieść o człowieku zaginie. Więc tylko szeptem pytają:

– Dlaczego? Co zrobiła Zosia?

– Woziła wczoraj z nami kartoteki, co je Perschel teraz likwiduje – mówi pani Ada, widziana i słyszana dokładnie dzięki swojemu wzrostowi. – Podobno chciała schować trochę danych. Ale nie wiem, czy jej się udało.

– Do bunkra! – wyjaśnia blokowa Beżi. – Lauferin odprowadzi ją do bunkra.

Kobiety w szeregach nieruchomieją. To jest jeszcze ciągle ten sam Oświęcim. Niewiele się zmieniło. Nie wyszły stąd za bramę. Nikt nie uciekł. Niemcy jeszcze nie ponieśli klęski. Wprawdzie załoga obozu jakby machnęła ręką na nieważną garstkę więźniów, ostatnie dwadzieścia tysięcy, wśród których przewagę stanowią kobiety, ciężko chorzy, dzieci… Wprawdzie bardziej niż kiedykolwiek zostawiono ludzi na łasce i niełasce funkcyjnych… Wprawdzie hitlerowcy z wież wartowniczych proponują w ostatnich dniach karabiny za wódkę, byle pić i nie myśleć… Ale to jest ciągle jeszcze ten sam Oświęcim.

Otwiera się brama. Pierwsze piątki wychodzą na drogę.

– Biegiem! Laufen! Laufen! – wołają funkcyjne.

Ich krzyk brzmi wyjątkowo donośnie. Musi dziś zastąpić bicie.

Wsparta o skrzydło bramy piękność i sława obozu, Lagerälteste Stenia Starostka, podaje kobietom chleb. Robi to zwinnie, wyciąga rękę do każdej z idących, jakby żegnała je uściskiem dłoni lub składała gratulacje. Przy niej dwie schylone kobiety w pasiakach dobywają z worka bochenki i trzymają w pogotowiu, żeby Stenia mogła chwytać i dawać. Lagerälteste nie polega na nikim. Sama wykona tę ostatnią pracę w obozie.

 

– Zgiń, przepadnij, upiorze – mówi szeptem Tychalska, zbliżając się do pięknej dziewczyny. – Żebyś już dziś zawisła na suchej gałęzi. Tfu!

Marsz nie ustaje. Linia piątek łamie się za bramą przy skręcie w prawo, ale w biegu prostuje się znowu. Rozgrzebane krematoria III i IV pozostają w tyle. Kolumna mija biegiem druty obozu B, z którego wyszła, i druty kwarantanny wstępnej A. Po lewej stronie zostaje pusty od dawna Meksyk i trzeci odcinek budowlany, gdzie miały dopiero stanąć nowe baraki dla następnych tysięcy ludzi, którym hitlerowcy rokowali zagładę.

– Naprzód! Naprzód! Pociąg nie będzie czekał. Rechts ran!

Od rogu znowu w prawo, bitą drogą przy drutach obozu A. Czoło kolumny minęło koszary i szpital esesmanów, dosięgło budynku wartowni, gdzie jeszcze tak niedawno wyła syrena zwiastująca alarmy lotnicze albo ucieczki więźniów. Stamtąd w lewo, na trakt wybiegający ukosem spomiędzy schematycznych linii obozu.

– Do Oświęcimia!

– Biegiem! Biegiem!

Nagle krzyk od pierwszych szeregów:

– Stać! Stać. Pozostać w piątkach.

I równocześnie z tyłu wrzask:

– Naprzód! Laufen! Laufen! Aufgehen! Biegiem!

Kij trzaska po głowach. Ale do przodu nie puszczają. Tu również kije poszły w ruch.

– Stać! Stehen bleiben!

– Biegiem! Naprzód!

– Ani kroku dalej!

Kobiety zatrzymują się. Zrzucają koce, plecaki. Pot oblewa czoła. Plecy mokre. Nogi drżą z wysiłku. Przebiegły zaledwie kilometr po śliskiej drodze, na której stopy to zapadały się w śnieg, to się rozjeżdżały, podcinając inne biegnące.

– Dobrze. Będzie można chwilę wypocząć.

– Spójrzcie. Ostatnie piątki jeszcze stoją między barakami! Nie zdążyły wyjść za bramę.

– Dokąd będziemy czekać? Pociąg odejdzie.

– Nasz los nie odejdzie. Czeka na tej drodze. Po co mu spieszyć naprzeciw?

Dzień wyiskrzył się światłem i mroźnym powietrzem. Słońca nie widać, ale jego blaski poprawiły widoczność, osiadły na obłokach. Jasia, góralka spod Beskidu, wyciąga głowę nad innymi kobietami, patrzy na południe.

– Pogoda… – mówi do Anny. – Szłoby się nieźle. Dodać gazu i na wieczór byłoby się daleko. Czy to się mieści w głowie? Trzydzieści kilometrów. A wydaje się, że tam jest inny świat.

Przygląda się górom, które przybliżyły się, przestały być granatowym konturem, odsłoniły swoje poręby, leśne polany, załomy skalne.

– Widzę ślady swoich butów na mchu. Jutrzejsze ślady. Tam, Aniu, na wprost naszej drogi… Możesz przyjść i sprawdzić.

Rozgląda się nerwowo.

– To już koniec, rozumiecie? Nie wrócimy pomiędzy baraki. Dziś wieczorem będziemy daleko stąd. A ja… chciałabym sobie przypomnieć sztukę podchodów i tropienia.

Wikta położyła jej rękę na ramieniu, zacisnęła palce.

– Ja żałuję, że stąd odchodzę. Tu zginął mój syn. W Oświęcimiu, pomiędzy drutami, w jednym z tych obozów. Może znalazłabym skrawki papieru z Perschelowego stosu, dotyczące mojego syna… Rozumiesz, mała? Ta droga mnie wcale nie ciągnie. Nie mam dla kogo żyć. Ale bałabym się mówić tak, jak ty. Nie wolno prowokować złego. Rzucasz rękawicę nie wiadomo jakim złośliwym potęgom.

Jasia roześmiała się pełnym głosem, serdecznie. Jakże dawno nie słyszało się tu wybuchów śmiechu, dwa metry od budki wartownika, między rampą i krematoriami. Nawet esesmani w ostatnich czasach stracili fantazję i chęć wesołości!

– Pani Wikto! Taką rękawicę – losowi? – zawołała góralka i podniosła wysoko dłoń ubraną w dwa niemrawo zszyte kawałki koca. – Ten gest wcale nie licuje z moją brudną i nędzną łopatką.

Znowu się roześmiała. Rumieniec powlókł jej policzki. Wyprostowała się. Nie przestawała patrzeć na południe, w stronę Beskidu.

Przez druty widać, jak środkiem obozu A ktoś brnie w głębokim śniegu. Baraki, w których mężczyźni odbywali kwarantannę wstępną, są już od dawna puste. Zostali tu już tylko trzej więźniowie: ojciec i syn, a prócz nich małomówny, niski człowiek. On właśnie człapie w stronę drutów, a za nim suwają się po śniegu płaskie sanki zbite z paru desek.

– Idziecie?

– Idziemy. Albo jedziemy.

– Zrobiłem sobie sanki. Dosyć ucierpiałem w drodze z Majdanka do Oświęcimia. Teraz będę wiózł graty.

Jasia wychodzi z szeregu, żeby się dokładnie przyjrzeć. Anna także biegnie na brzeg oświęcimskiego ukośnego rowu.

– Genialny pomysł. Powinien pan opatentować. Koniecznie. W ogóle powinno się opracować podręcznik dla przyszłych pokoleń: „Jak żyć w niemieckim obozie koncentracyjnym”. A drugi: „Jak się przygotować do marszu między jednym a drugim obozem koncentracyjnym w zależności od pory roku”.

Więzień przygląda się dziewczynom.

– Uszłyście niespełna kilometr, ale możecie już plunąć na Birkenau.

– Was też na pewno wyprowadzą. Chyba jeszcze dziś.

Więzień obejrzał się na baraki za sobą. Pomedytował.

– A niech tam! Zrobię drugie sanki. Za godzinkę będą gotowe. Te pójdą z wami. Na szczęście.

Schylił się. Ostrożnie, żeby nie dotknąć ręką drutu, wypchnął sanki z obozu. Jasia weszła głęboko w śnieg. Uśmiechała się. Kobiety niespokojnie ją obserwowały. Widziały, że w oknie wieży wartowniczej pojawiła się okolona futrem twarz esesmana.

– Nie zbliżaj się do drutów. On cię zastrzeli!

– Dziś tego nie zrobi. Chyba ma rozum…

Anna poszła za nią. Spokojnie przekroczyły rów. Dawniej widywały nieraz, jak strzelano do więźniów, jeżeli wkroczyli na trzymetrowy pas ziemi w pobliżu drutów, ale to już chyba nie obowiązywało w obliczu zakończenia wojny i ucieczki Niemców.

– On też ma rozum – powtórzyła Jasia zaczepnie, chociaż nie wiedziała, czy wartownik zna język polski.

Bez pośpiechu wymanewrowały sanki spod kolczastego drutu, wyszarpnęły sznur, który się zaczepił. Esesman obserwował je, póki nie wróciły na drogę.

– Ładujemy plecaki – powiedziała Jasia.

Zanim znalazły się między gromadką swoich, już otoczyły je kobiety nieznajome, prosząc o pomoc. Inne, zaradniejsze, błyskawicznie położyły plecaki na sankach, a dopiero później zaczęły molestować:

– Mam gorączkę… Durchfall… nie mogę dźwigać koca. Weź mój plecak…

– Wróciłam wczoraj z rewiru.

– Pomóż. Tyś młoda. Ledwo ciągnę nogi po śniegu.

– Serce mnie boli. Nie wiem, czy dojdę. Skonam gdzie pod płotem.

Fala proszących powiększa się groźnie i zarazem śmiesznie. Z dalszych szeregów przedzierają się kobiety, żądając miejsca dla swojego bagażu. Góra plecaków jest coraz wyższa.

– Cóż to – woła Wikta – chcecie tu zmieścić pinkle całego transportu? Wściekłe baby! Anna! Jasia! Kładźcie prędzej swoje plecaki. Dlaczego je ciągle dźwigacie? A mój razem z nimi. Więcej miejsca nie ma. Odczepcie się.

W tej chwili pochód rusza. Słychać wrzaski. Widać, jak piątki wychodzą coraz dalej na oświęcimską drogę. Jasia zakłada sznur na ramię. Szarpie. Szarpie po raz drugi. Sanki ruszają. Natychmiast jeden plecak zatacza się i ląduje na śniegu. Anna podnosi kij leżący przy drodze. Dogania pojazd i umieszcza koniec kija w szczelinie tylnej deski, żeby móc pchać. Idzie w następnej piątce za góralką. Sterta plecaków trzyma się początkowo dość chwiejnie, ale przyciśnięta czyjąś kołdrą nabiera stabilności. Wysiłek pobudza jeszcze bardziej energię Jasi. Dziewczyna stąpa zgrabnie, rytmicznie, na wszystko reaguje spokojem i humorem. Pochód zatrzymuje się co kilka kroków, a potem biegnie. Znowu staje i znów gna, skacząc po zaspach. Buty roztarły cienką warstwę śniegu, którą natychmiast ścina mróz. Na każdym postoju żelaz­e okucie płóz przywiera do drogi. Szarpnięte z miejsca sanki rozwalają bagaż albo zrywają się ze sznurka. Jasia cierpliwie zbiera plecaki, wiąże marny sznurek, dogania biegiem swoją piątkę.

Swoja piątka, swoja grupa stanowią klan, którego w tej sytuacji nie wolno zgubić, jeżeli się nie chce pozostać samotnie w obcym tłumie. Klany są szczelnie zamknięte. Nie przyjmą nikogo nowego podczas marszu.

Kolumna zatrzymała się znowu, tym razem stoi dłużej. Miasto Oświęcim i obóz Oświęcim I już blisko. Droga się tu wznosi, przejdzie wkrótce nad leżącymi w dole torami. Po obu stronach, na polu, kopce przykryte słomą i ziemią. Znajome miejsce. Często pracowali tu mężczyźni. Odchodząc do obozu, zostawiali niby przez nieuwagę trochę kartofli, brukwi czy marchwi dla kolumn wracających z pracy.

W porze wieczornego apelu tędy i wszystkimi innymi drogami wracali więźniowie. Ludzie w pasiakach tak zroś­li się z pejzażem Oświęcimia, że ich brak zadziwia. Nie pchają wagoników ze żwirem, a widzi się ich wyraźnie przy tej pracy; nie kopią rowów, a przecież wydaje się, że lada chwila nadejdą, by stukać łopatą i kilofem w zmarzniętą ziemię; nie wiozą na taczkach zwłok ludzi zamordowanych ani na ramionach ich nie dźwigają, lecz chyba lada chwila wyjdą zza horyzontu. Krwawy Alojz nie wlecze się na kulawych nogach, wykrzywiony paskudnym uśmiechem, który towarzyszył okrucieństwu tego słynnego kapo.

– Dlaczego ciągle stajemy? Sto razy można było dojść na stację.

– Jedzie lokomotywa. To pewno dla nas.

Gęsta i biała para buchnęła spod mostu. Gwizd parowozu jakby obudził esesmanów. Porwali się biegiem naprzód. Zaczęli bić i przeklinać. Anna chwyciła sznurek.

– Ja pociągnę teraz. Odpocznij, Jasiu.

Sekundy potrzebne na zamianę miejsca wystarczyły. Kobiety biegiem wymijały górę plecaków ułożonych na sankach. Młody jakiś esesman, zdenerwowany przeszkodą, ciął Jasię pejczem po głowie, po ramionach, raz za razem i nie przestawał jej gonić brzegiem drogi, szybciej niż cały transport. Anna pociągnęła sanki. Sznur pękł. Rozejrzała się. Piątka po piątce przelatywały obok niej kobiety, ale nie był to już jej blok. Nie znała ich. Obce, napięte wysiłkiem rysy. Maski, którym ból i przerażenie dawały wyraz okrucieństwa. Każdy krok transportu cofał Annę stojącą przy sankach, wyrzucał ją daleko poza zasięg przyjaznej, znajomej grupy. Chwyciła skórkowy pas, który miała przy kurtce. Błyskawicznie zdjęła go z siebie. Przyklękła, żeby go zapiąć wokół poprzecznej deski. Leciały dokoła nogi w butach, nogi w trepach, migały podeszwy podkute grudami zlepionego śniegu. Zawadzały o sanki, potrącały je, ślizgały się na wypolerowanym śniegu. Zrywał się wrzask:

– Co jest, u wielkiej Anielki?! Zjeżdżaj do cholery ze swoimi bebechami!

Palce drżą. Klamra wymyka się z rąk. Uciekają sekundy. Nieustanny stukot nóg. Fala biegnących otwiera się tuż przed sankami na moment jak woda rzeki przed sterczącym z dna pniem i natychmiast zamyka się znowu. Przekleństwa. Kopniaki. Anna zaciągnęła pasek, zerwała się. Biegła naprzód, a sanki, niepodtrzymywane z tyłu, zataczały półkola na wyślizganej drodze, nabierały szybkości, to znów zatrzymane znienacka podcinały jej nogi lub nogi innych kobiet. Leciały słowa plugawe, skierowane do Anny i jej pojazdu. Rosła niechęć. Daremnie próbowała wyprzedzać. Kobiety biegły z najwyższym wysiłkiem, do jakiego zmuszał je strach, myśl o dworcu kolejowym, na który trzeba zdążyć, chęć wyrwania się poza martwy teren Oświęcimia. Pierwsze piątki mogą już wsiadać i odjechać innym pociągiem, innym transportem, zanim reszta wpadnie na peron. Zostać między obcymi w tej sytuacji to znaczyłoby zagubić się. Daremnie próbowała zobaczyć, co się dzieje na początku. Szamotała się w tłoku, zaprzęgnięta do sanek, i właśnie rozmyślała, czy ma prawo je zostawić razem z cudzymi plecakami, chlebem, kocami, gdy zrównał się z nią konwojujący esesman.

– Du – zagadnął i przypatrzył jej się uważnie.

Szli teraz obok siebie, ramię w ramię. Trwało to dość długo. Niemiec niósł ręczny karabin maszynowy z okrągłym magazynkiem, a z potężnie wyładowanego plecaka zwisała mu niemal do ziemi brezentowa płachta w ochronnym kolorze.

– Du!

Milczał chwilę i patrzył nieufnie. Rozkazał po niemiecku:

– Weźmiesz ode mnie plandekę. Przymocujesz do sanek. Ale żeby nie zginęła. Pamiętaj! Musisz jej pilnować. Oddasz wieczorem. Aber aufpassen!

Znowu przypatrzył się numerowi na kurtce Anny, potem jej i jeszcze raz numerowi. Odczepił brezent, podał jej. Obserwował, jak uklękła i przytraczała jego własność, przewlekając sznurek przez umocnione blachą otwory i wiążąc we wszelkich możliwych miejscach.

Kiedy skończyła i zaczęła znowu ciągnąć sanki, pogroził jej.

– Uważaj! Aufpassen!

Z kolei Anna zaczęła mu się przyglądać, utrwalając w pamięci nieliczne cechy, jakimi się różnił od pozostałych esesmanów – jednakowych, identycznie wyekwipowanych. Bezbarwna, woskowa twarz. Wilcza chudość. Wilcze zapadnięcie policzków. Innych cech niepodobna się dopatrzyć. Esesman szedł blisko sanek i zerkał to na Annę, to na brezent. Sam pilnował, żeby nie zgubić z oczu swojego dobytku. Kiedy Anna spróbowała wyprzedzać piątki, które szły teraz nieco wolniej, zawołał ostro:

 

– Dokąd?

Pogroził jej. Zaczęła tłumaczyć, że tam na przedzie jest jej blok, z którym powinna się trzymać. Odpowiedział surowo:

– Scheisse! Nie wolno wymijać!

Droga wzniosła się na wiadukt i sanki stanęły. Zahamowała je goła ziemia. Pod nogami ani śladu śniegu. Anna szarpnęła mocniej, ale nie było mowy o dotrzymaniu kroku transportowi. Zaczęło się szamotanie. Płozy zgrzytały po piasku. Niepodobna uciągnąć. A tymczasem kolumna znowu biegnie. Ze wszystkich stron słychać krzyk eskorty:

– Los! Los! Los! Tempo!

Zgrzane, spocone, wytrzeszczonymi oczami pilnujące swojego miejsca, przejęte panicznym strachem, żeby się nie zgubić, kobiety biegną naprzód. Anna poczuła, że coś stuknęło ją twardo w plecy między łopatkami. Otrząsnęła się. Ucisk pozostał.

– Los! Los! – usłyszała nad uchem znajome słowo. – Schneller!

Esesman popychał ją lufą erkaemu. To skutkowało ze zmiennym rezultatem. Szarpała sanki po suchym, opornym gruncie, pot oblewał jej ciało, spływał po czole, szczypał w oczy. Rozpoczął się most. Anna podważa płozy od tyłu i wpycha je na pierwszą belkę. Pod nogami drewniane bierwiona leżące w poprzek drogi. Zupełnie suche, różowe jak w pogodny letni dzień. Anna z rozpaczą patrzy przed siebie. Musi przejść przez ten most i przeciągnąć ciężar, który poczuła dopiero teraz. Ilekroć zwalnia choć na chwilę, żeby głębiej odetchnąć, kolba mocniej wpycha się w jej plecy. Wyczuwa dokładnie przez kurtkę i skórę ucisk na kościach kręgosłupa.

– Los! Los! – wołają konwojenci ze wszystkich stron.

Anna odwraca się. Zaczyna iść tyłem. Patrzy w oczy esesmanowi.

Trzyma oburącz pasek i kieruje szarpnięciami w zależności od pozycji sanek. Erkaem sterczy teraz na wysokości jej pasa. Trzeba panować nad wzrokiem, żeby nie okazać Niemcowi swojej nienawiści. Jest wściekły. Mówi cicho, groźnie, z przerwą w środku słowa:

– Lo-os! Lo-os! Lo-os!

Goniec na rowerze dopędził konwojenta. Kazał mu wrócić do Birkenau, sam odjechał. Kroki dudnią po moście. Wieje mroźny wiatr pachnący dymem z lokomotywy. Anna zatrzymała się, żeby wciągnąć otwartymi ustami jak najwięcej powietrza. Już nie myśli o dogonieniu swojej gromadki. Nie myśli o niczym. Chce się tylko pozbyć dławienia w gardle. Nikt na nią nie zwraca uwagi, ona jest również obca biegnącemu tłumowi. Esesmani maszerują z obu stron drogi, pilnując każdy swojej dziesiątki kobiet, i nie troszczą się o nic więcej. Mają i tak dosyć kłopotu z utrzymaniem porządku w rozsypującej się kolumnie więźniów. Anna znów idzie tyłem, przeciąga sanki z belki na belkę aż do końca. Ledwo z uczuciem ulgi wytaszczyła ciężar na śliski, zamarznięty, roztarty śnieg i pojechała parę kroków lekko, bez wysiłku, gdy poczuła dodatkowe obciążenie. Ogląda się, nie przerywając marszu. Wychudła kobiecina władowała swój plecak na przód sanek i patrzy. Pytająco. Chytrze. Dwie brunatne plamy na kościstej twarzy, cienie wokół oczu. Wzrok znieruchomiał. Czeka na wyrok. Anna przez chwilę nie może się odezwać. Zaschło jej w gardle.

– Kobieto, zjeżdżaj ze swoim pinklem – woła w końcu – ja już i tego nie mogę udźwignąć.

– Nie wyganiaj, siostro… Pociągnę – woła tamta rozklekotanym i drżącym głosem, jakby się w nim zabłąkało echo.

Anna jest nieustępliwa:

– Spieszę się. Muszę wyminąć z pięćset piątek, żeby dogonić swój blok.

– Daj sznurek, siostro… Daj, pomogę. Co z tego, że ja chuda. Zobaczysz, jaka we mnie siła. Wcale nie muzułman…

Wyciąga patykowate ramię, przesuwa się sztywno na podobnych do szczudeł nogach.

– Babino, nie marudź. Przydałoby ci się usiąść na sankach, a nie ciągnąć – odpowiada jej Anna i usiłuje choć trochę wyprzedzić swoje sąsiadki.

Muzułmanka biegnie razem z nią, kuśtyka, jęczy.

– Weź jeszcze kołdrę… Chlebak udźwignę sama. Kołdry już dalej nie poniosę.

Znienacka rzuca w poprzek sań naleśnikowaty rulon, który zwisa po obu stronach i brzegami wlecze się po śniegu.

Anna przyjrzała się kobiecie.

– Dziś rano byłaś pod blokiem unterkunftu, co? Dałam ci tego lumpa, bo wróciłaś z rewiru, marzłaś. A teraz każesz mi dźwigać?

– Było ciemno. Nie widziałam, kto mi dawał kołdrę – mówi obojętnie chudzielec i brnie w śniegu suchym i brudnym jak otręby.

– Ludzie, nie mogę zabrać waszego całego bagażu na sanki. Zostawię razem ze swoim chlebem i pójdę.

– Zostaw – mówi ktoś ponuro. – My pociągniemy dalej.

– Chciałybyście! – woła muzułmanka, chwytając pasek. – Daj, siostro. Zobaczysz, jaka jestem silna.

Przełożyła sobie rzemień przez grzbiet, zaparła się stopami w śnieg, podając głowę naprzód. Bez rezultatu. Gromada biegnie, a sanki z człowiekiem zaprzęgniętym do nich stoją w miejscu tak nieruchomo, jakby jechały w tył. Już się widzi przerzedzone szeregi, coraz większy bałagan w pochodzie. Ostatni tupot kroków i teraz wszystko stało się jasne. Koniec. Esesmani z wymierzonymi do strzału erkaemami suną w kilku szeregach, idą szybko, marszowo, sprężyście.

Chudzielec rozkraczony potyka się, szarpie, próbuje ruszyć. Nie spostrzega Niemców. Anna pierwsza oceniła niebezpieczeństwo.

– Kobieto, daj mi pasek.

– Nie, nie… – broni się tamta.

Głos esesmana jest sygnałem.

– Los! Płęko – mówi niby żartobliwie, spokojnie gruby Niemiec i ledwo słychać niecierpliwą chęć zaatakowania.

Anna zdziera pętlę z chudej kobieciny. W tej chwili esesman zadaje cicho pytanie, jest rozbawiony, mówi na wpół ze śmiechem:

– Vielleicht ich werde euch helfen?

I bat świszcze w powietrzu; z trzaskiem uderza w cholewę buta. Śmiech esesmanów to nie najlepsza wróżba. Należy się go bać. Szydercza propozycja pomocy brzmi jak ostrzeżenie. Rozpaczliwym wysiłkiem Anna rwie naprzód. Olbrzymie kroki. Tym razem goni ją strach przed idącymi na końcu kolumny ludźmi. Każdy z nich dźwiga erkaem i chętnie strzela do celu.

– Prędzej, niedołęgo cholerna, chodź, nie potykaj się – szepcze Anna do plączącego się przy sankach widma z czarnymi oczodołami.

Esesman, tęgi, może dziewiętnastoletni chłopak, przyskoczył w tej chwili do sanek.

– Was hast du zu sagen, was?

Śmignął Annę pejczem przez plecy, aż kulka żelazna dosięgła ucha. Ból i wściekłość kazały jej się zatrzymać. Podniosła głowę i ramię. Tuż nad sobą miała mięsiste, czerwone policzki, wykrzywione gniewem. Zapomniała o strachu.

– Co za bezczelność – powiedziała. – Wojna się kończy, a wy…

– Was? Was? – wrzasnął esesman i rozejrzał się. Zdradził się tym, że nie zna polskiego. Czoło i policzki napłynęły mu purpurą. – Was hast du gesagt? Du sollst nicht sprechen, du sollst laufen!

Nie wytrzymała. Za blisko był oddech Niemca, jego podpuchnięte sadłem policzki drgały tuż nad nią, niebieskie oczy mrugały w otoku złotych rzęs. Krzyknęła, nie myśląc, nie wiedząc, co mówi:

– Milczeć i maszerować, tak jak wy? I mordować?

– Was?! Was mörden?! Was?

Anna zapomniała o wszystkim. Przestała być ostrożna, przestała cenić własne życie. Otworzyła usta, żeby do jeszcze większej pasji doprowadzić to schylające się nad nią krwiste zwierzę.

W tej chwili jej dłoń uchwyciły i ścisnęły bardzo mocno kościste palce muzułmanki.

– Zamilcz. On cię zabije – szeptała skulona za plecami Anny.

Młody esesman uniósł karabin, wymierzył w oczy Anny.

– Raus! Raus! Aber Tempo!

Anna szarpnęła się z miejsca. Pognała naprzód za transportem. Esesman biegł równolegle, nie spuszczając karabinu. Dławił się krzykiem. Jego wargi, pokryte śliną, wykrzywiają się, twarz z purpurowej staje się fioletowa, pełna żółtych plam.

– Weg! Weg! Und Maul halten!

Anna nie patrzy w jego stronę. Migają pod nogami przestrzenie śniegu, czernieje błoto zmieszane z końskim nawozem. Czasem stopa wpada głęboko w kałużę. Bieg. Wysiłek. Zmęczenie. Wirują w oczach kręgi. Błyskają cholewy butów esesmana. Słychać bełkot jego słów rzucanych w podnieceniu i równocześnie fragmenty słów muzułmanki: