Krzyk wiatruTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Copyright © Jacek Wiśniewski, 2021

Projekt okładki

Michał Poniedzielski

Redaktor serii

Michał Nalewski

Redaktor prowadzący

Filip Świtaj

Korekta

Grażyna Nawrocka

Autorzy zdjęć

Kossakiana/East News

– Paweł Tkaczyk,

dzięki uprzejmości Dzień dobry TVN.

ISBN 978-83-8234-629-9

Warszawa 2021

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02–697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl



Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Najważniejsze recenzje

Lektura książki Szmaglewskiej budzi szczególne refleksje. Cała akcja tej prawie dwustustronicowej powieści zamyka się mniej więcej w dwóch godzinach. A więc wszystko, co działo się przed oczami Piotra (i czytelnika) – to zaledwie dwie godziny życia w obozie. Machinalnie mnoży się te godziny na dni, miesiące, lata. Ten rachunek potęguje grozę, obraz w ten sposób uzyskany niemalże przekracza granice możliwości ludzkiej wyobraźni. Konieczność spojrzenia na koszmar życia w obozie właśnie pod kątem przeżywanych tam godzin, z których każda stanowiła śmiertelne niebezpieczeństwo dla życia więźniów – do tego zmusza lektura tej książki i to pozostawia głębokie wrażenie.

Mimo dzielących nas od tamtego czasu dwudziestu lat i wiedzy, którą o nim zdobyliśmy, stwierdzamy, że ciągle jeszcze istnieją nowe źródła poznania. Do nich należy powieść Seweryny Szmaglewskiej. Wzbogaca i uzupełnia naszą wiedzę.

„Nowe Książki”, nr 24, 31.12.1965

[…] Szmaglewska wyodrębnia problem postaw ludzi wobec zamkniętej rzeczywistości obozu zagłady, przesuwając wyraźnie akcenty z opisu na psychologię i problematykę moralną, rezygnując z autentyzmu relacji na rzecz kompromisu z fikcją. […]

„Tygodnik Powszechny”, nr 2, 9.01.1966

[…] Nowa powieść Szmaglewskiej wyzwala obrazy obozowe, od których koszmaru nie sposób się uwolnić. Ale w przeciwieństwie do pierwszej jej książki o obozie, czas odarł wszystkie przeżycia z tamtej surowości dokumentarnej i przetworzył w całość artystyczną, w dzieło literackie.

„Żołnierz Polski”, nr 4, 23.01.1966

[…] W Krzyku wiatru Szmaglewska pokazała mało znany epizod obozowy: bunt więźniów jesienią 1944. Akcja powieści dzieje się na kilkanaście godzin przed tym rozpaczliwym zrywem, z którym bohaterowie tyle wiążą nadziei na nowe życie. I w tym tragicznym czasie, wśród obozowych baraków, w stanie nieustannego śmiertelnego zagrożenia rodzi się lirycznie opisane uczucie Piotra do Moniki, tak rychle zresztą przerwane. Kontrastowe bowiem zasady kompozycji panują w tej powieści, kontynuującej stare wątki w sposób nowy […].

„Poglądy”, nr 3, 15.02.1966

[…] Lekturę Krzyku wiatru zaczynałem z poczuciem nieufności i niepokoju. Czy powrót pisarki do tematyki obozowej będzie udany? Czy przeżycia odległe już o ponad 20 lat nie uległy w pamięci pisarki zatarciu, nie straciły okrutnej żywotności i autentyzmu? Czy w rezultacie nie otrzymamy książki-wspomnienia o czasie tragicznym, ale odległym, gdzie perspektywa już historyczna wszystko łagodzi, tonizuje? Jednak obawy te okazały się nieuzasadnione.

Otrzymaliśmy książkę tragicznie żywą, wypełnioną rytmem czasu zagłady i śmierci. Więźniowie często powtarzali, że jeśli uda im się przeżyć obóz, to przeżycia wyniesione stamtąd będą do końca życia ich przeżyciami najważniejszymi, żywymi w każdym momencie przyszłości. Przypuszczam, że fakt ten stanowi o tragicznej żywotności Krzyku wiatru i o tym, że książka wydaje się mówić o faktach z wczoraj, o ludziach, z którymi rozstaliśmy się przed godziną. Głęboki, autentyczny tragizm likwiduje tu perspektywę czasu. Próba zorganizowania ucieczki więźniów z obozu stanowi zasadniczy wątek powieści. Wątek, zarysowany zresztą mało dynamicznie, staje się pretekstem do opisania obozowej atmosfery, nakreślenia postaci reprezentujących różne postawy ludzkie w obliczu mechanizmu masowej zagłady. Szmaglewska ukazuje świat obozu inaczej niż Borowski, pokazuje tych, którzy przyjęli narzucone im przez sytuację w obozie reguły walki o przetrwanie,

zasymilowali się w zbrodni i starają się osiągnąć maksimum korzyści kosztem życia innych więźniów. Ale inaczej niż u Borowskiego, nie te postawy stanowią główny przedmiot zainteresowania pisarki. Borowski oskarżał system faszystowski, który stwarzał sytuacje, w których człowiek tracił poczucie moralności, godności ludzkiej i sprawiedliwości, aby tylko przetrwać, ocalić siebie. Szmaglewska ukazuje świat mniej może drapieżny, inaczej, bo konwencjonalnie tragiczny, żyjący nadzieją pomimo wszystko. Pokazuje postawy pełne wiary w życie do końca, niekonformistyczne, odrzucające nieludzkie reguły obozowej walki o życie, w nadziei na wolność lub nawet bez niej. […]

„Kultura”, nr 6, 6.03.1966


Szmaglewska pokazuje różne postawy, od krańcowego zezwierzęcenia do zachowania człowieczeństwa, brzmiącego dumnie nawet w obozowym błocie. Jest w książce kilka scen-symboli, które swoją sugestywnością po prostu się narzucają. Na przykład opowiadania o więźniu z Himmelkommando, który między trupami do krematorium znalazł swoją narzeczoną. Na przykład scena spotkania Polaka – profesora politechniki wiedeńskiej – z byłym słuchaczem w mundurze SS, scena, w której dawny student, bijąc profesora, wymyśla mu: „ty, profesorze wiedeńskiej politechniki”.

Szmaglewska w pewnym momencie wprowadza do powieści rozmowę więźniów, oczywiście o jedzeniu. Jednakże jeden z nich, właśnie ów profesor, marzy o czymś innym: „…miewam czasami dokuczliwą potrzebę przeczytania grubego tomu i nic nie da się z tym porównać. Umiem opanować ból głowy spowodowany ssaniem w żołądku… ale tamto męczy dniem i nocą. Czuję zapach książek w wielkiej sali biblioteki, odczytuję tytuły, dotykam kartek”. To właśnie marzenie o książkach w błocie Oświęcimia jest u Szmaglewskiej największym triumfem człowieczeństwa, niezniszczalnego, zwycięskiego pośród objawów zezwierzęcenia.

„Kamena”, nr 17, 15.04.1966

[…] Dymy nad Birkenau nosiły w jakimś sensie charakter relacji wspomnieniowo-reportażowej, pisanej z myślą o jak najszybszym zarejestrowaniu nagromadzonych w pamięci faktów i zdarzeń i przekazaniu ich – w możliwie wiernym kształcie – czytelnikom. W swej najnowszej książce pt. Krzyk wiatru Szmaglewska sięga głębiej – interesuje ją nie tyle opis, co wewnętrzna treść zdarzeń. Dokonuje próby uchwycenia całej prawdy o człowieku skazanym na przebywanie za drutami, oddania istoty oświęcimskiej sprawy, pokazania tego wszystkiego, co składało się na obraz tamtejszej rzeczywistości z jej skomplikowaną problematyką psychologiczną i moralną.

[…] Krzyk wiatru to przejmująca w swym wyrazie artystyczny dokument czasów pogardy, który dziś można odczytywać nie tylko jako akt oskarżenia, przeciw hitlerowskim zbrodniarzom, lecz protest przeciw obojętności świata usiłującego owe zbrodnie puścić w niepamięć.

„Życie Warszawy”, nr 116, 14.05.1966

[…] Krzyk wiatru nie jest kontynuacją poprzednich prac Szmaglewskiej o Oświęcimiu. Tym razem autorka poddała surowiec wspomnieniowy beletryzacji, wysunęła na pierwszy plan zagadnienia psychologiczne i moralne. Główny wątek stanowi przygotowywana przez więźniów próba powstania i ucieczki. Akcja trwa jednak niecały październikowy dzień 1944 roku. Czytelnik ogląda obóz kobiecy przez pryzmat obserwacji i uczuć głównego bohatera, młodego więźnia, który przybył tu, by przekazać gryps łączniczce z grupy konspiracyjnej. To wszystko staje się pretekstem do ukazania różnorodnych postaw ludzkich w obliczu mechanizmu masowej zagłady.

„Za Wolność i Lud”, nr 14, 31.07.1967

Piotr myśli z niedowierzaniem o słowach profesora: „Ta dziewczyna przyjdzie sama, rozpozna cię, powie hasło”. Było to zbyt nierealne, przynajmniej w sytuacji, w jakiej się znajdował; nie mógł opanować niepokoju – co zrobi, jeżeli wynikną komplikacje; nie dano mu w ogóle innych wskazówek. „Ona przyjdzie, możesz być o to spokojny” – zapewniał profesor, a teraz ogarnęły Piotra wątpliwości, więcej, ogarnęło go przeświadczenie, jakie czasami nachodzi człowieka podczas oczekiwania kogoś na dworcu kolejowym czy na ulicy, kiedy z irracjonalnych przesłanek, licho wie, z pogody czy z własnej apatii, zgaduje nagle, że wszystko na nic i że nikt się nie zjawi. Żeby chociaż podano rysopis tej dziewczyny, byłoby może łatwiej, a tak? Mogą przejść obok siebie, drobna przeszkoda może sprawić, że się nie spotkają.

Klął cicho i krążył przez dobre pół godziny, zanim znalazł pokrywę kanału, całkowicie zamaskowaną warstwą żółtego błota. Podważył zardzewiałą zasuwę, szarpnął, chwilę mocował się, aż pot zwilżył mu czoło, wreszcie pokrywa ustąpiła. Z kanału buchnął ohydny fetor, Piotr odwrócił głowę ze wstrętem. Cholera, nie mogli znaleźć innego miejsca, tylko to; dziewczyna ma przyjść nad kanał i powiedzieć hasło – musi z nią tu rozmawiać i równocześ­nie patrzeć, jak obrzydzenie wykrzywia jej usta. Chyba że będzie pozbawiona węchu – pomyślał i zszedł ostrożnie po klamrach, usiłując uniknąć zetknięcia z mokrą breją. To pierwsza dziewczyna, z którą ma rozmawiać, od kiedy tu przyjechał – myśl o tym nie przestawała go nurtować, chociaż tłumił podobne refleksje i usiłował zepchnąć je na daleki brzeg świadomości. Ustawił nogi możliwie wygodnie na metalowym pręcie, nie chciało mu się myśleć o niczym konkretnym, jeszcze tylko patrzenie miało jakiś sens; praca, którą powinien tu wykonać, służy wyłącznie upozorowaniu jego obecności w tym miejscu, nie warto chwilowo zawracać sobie głowy pomiarami – najważniejsze, żeby dziewczyna przyszła na pewno. Jak ona wygląda? Rozejrzał się, pomyślał, że ziemia widziana z dołu, z wysokości psich oczu jest zupełnie inną ziemią: wokoło rozgniecione, rozdeptane błoto pełne śladów stóp, które grzęzły i taplały się, zanim odeszły za bramę; żółtawa glina połyskująca bajorami wody odbija chłodne światło jesiennego dnia.

 

Ona powinna mieć w sobie ciepło i radość, powinna być inna niż to wszystko, chciałby, żeby się okazała dziewczyną, której obecność i wspomnienie napełni ogniem jego wycieńczony organizm.

Wieczorami dolatywała czasem z obozu kobiet pieśń i wówczas Piotr zbliżał się do drutów, żeby słuchać. Mrok okrywał wszystko, nie było widać kobiety nucącej hebrajską, grecką czy może włoską melodię – głos sięgał niebios i bił w nie pięściami, potem z wolna opadał między baraki, zamierał jękiem w gardle, gasł, cichł na długo, żeby znowu uderzyć forte, jako bunt, jak meteor idący z ziemi do gwiazd, oskarżenie, rozpacz, wzywanie pomocy; w niebie nikt nie zwrócił uwagi na wołanie z ziemi, niebo było czarne, milczące i obojętne. Czasami Piotr podchodził do drutów obozu kobiet, jak mógł najbliżej, ale mimo to dystans, jaki go od nich dzielił, był ogromny.

Śpiewała w pustce. Tędy, w górę, nad obóz, prowadziła jedyna ścieżka, którą mogła się wspiąć i wzywać ratunku. Jak ona wygląda? Pewno młoda, sztywny od brudu koc okrywa ją całą, tworząc zarys trójkąta. Ile bólu słyszał w jej śpiewie powtarzającym się każdego wieczoru po zapadnięciu mroku. Ona jeszcze nie wie, że wkrótce nastąpią niezwykłe zdarzenia. Ciekawe, czy będzie umiała wrócić z połowy drogi, z tej granicy między żywymi a gnijącymi pod ścianą krematorium? Piotr powinien wyjść z kanału i krzyczeć, głosić nowinę pomiędzy barakami – że trzeba być gotowym na wszelkie ewentualności, trwać w oczekiwaniu dzień i noc. Poruszył lewą nogą, zdrętwiałą w niewygodnej pozycji, poczuł ucisk złożonego w kilkoro grypsu. Jest. Jak przylepiony do pięty Achillesa listek, papier przylgnął mocno do skóry. Gryps – jedno z naczyń krwionośnych obozu… Za kilka godzin wszystko tu się zmieni – nazywane muzułmanami, zagłodzone stworzenia zrzucą swoje całuny, a dziewczyna zaśpiewa pełnym głosem w biały dzień i wobec wszystkich pieśń zwycięstwa. Druty będą przecięte… Niech tylko przyjdą po gryps, ukryty w bucie. Kobiety i mężczyźni dogorywający w barakach rewiru dowiedzą się, że cuchnące błoto nie będzie ich mogiłą i końcem egzystencji. Powstaną. Jak trudno doczekać tej godziny! Denerwuje nawet rozglądanie się za dziewczyną, która ma przyjść. Żadna ze snujących się między blokami postaci na pewno nie wchodzi w rachubę, to musi być kobieta zdecydowana na wszystko, zdrowa i mocna. Prędzej! Niech ona zjawi się tu natychmiast, żeby już ani jeden transport nie odszedł do komory gazowej. Decyzja powinna wszystko przeciąć.

Sława przywódcom! Od tej chwili wyraźniej i ostrzej niż kiedykolwiek narasta bunt w świadomości więźnia.

Trudno sobie wyobrazić jutrzejszy dzień – bo może już jutro będą wolni – parę kilometrów od obozu na ziemi leżą pewno zżółkłe liście, gruba warstwa liści pachnących w nocy szronem i gorzkim oddechem jesieni – może trzeba będzie biec przez jakiś las; a może wypadnie leżeć na ziemi z głową osypaną liśćmi, które spadają, wirują w słońcu, lecą z drzew przy lada podmuchu październikowego wiatru. Wszystko lepsze od pozostawania za drutami.

Pomyślał o planach uderzenia na załogę obozu i ogarnęło go zdumienie, że nie zrobili tego wcześniej. Chciałby żyć jeszcze potem z pół dnia, może pół godziny, zresztą nieważne ile, byleby tylko znowu dzielić powszedni chleb zdarzeń i pracy z ludźmi wolnymi. Na pewno nie będzie to życie pełne; Piotr myślał o przyszłości jako o czymś połowicznym, jakby całkowity powrót był wykluczony. Żyć przez pewien czas inaczej. Skonać po drugiej stronie drutów – byle nie tu pod blokiem albo w krematorium.

Odwrócił głowę, spostrzegł kątem oka jakiś ruch. Ona! Dziewczyna z innej rzeczywistości, młoda i zwinna, skacze nad błotem i kałużami, biegnie lekko ptasim poślizgiem i ledwo dotyka ziemi; tu nikt nie chodzi w ten sposób, nogi mężczyzn i kobiet są ciężkie, rozjeżdżają się niemrawo, toną w brei wessane głęboko, ludzie brną przez obozową glinę niezdarnie – chwieją się, stają w rozkroku, żeby utrzymać równowagę; ta dziewczyna jest samą energią, siłą i ruchem, leci nad ziemią lekko, jak ważka nad mokradłami.

Piotr ze zdumieniem obserwuje nogi śmigające na wysokości jego twarzy, są coraz bliżej, ale jeszcze daleko, smukłe, obciągnięte cienką tkaniną pończoch, a może tylko tak doskonale opalone. Łydki tkwią głęboko w butach, ale kolana! Każdy krok dziewczyny i każde uderzenie wiatru odgarnia fałdy spódnicy, wiruje mnóstwo kolorów, a pod nimi kolana i uda widoczne niemal bez przerwy. Zamknął oczy – widzi je, wyczuwa ich gładkość. Kobieta… Skąd się tu wzięła taka kobieta? Nie czuł już odoru kloaki bijącego z otworu, poddał się rozmarzeniu. Wieczorem opowie kolegom, jakie spotkał cudo; już teraz wyobraża sobie, co będzie mówił, ile szczegółów doda dla obudzenia zazdrości i jak oni zaczną błagać kapo Marchlika, żeby ich zabrał jutro na Frauenlager. Chętnie schodziliby do kanałów i staliby tu godzinami w oparach odchodów, jak on w tej chwili, na pewno bez odrazy wleźliby po kolana w łajno, żeby za tę cenę popatrzeć z bliska na to niecodzienne zjawisko.

Odwrócił głowę. Rozejrzał się dookoła. Zniknęła. Zasłoniły ją parszywe baraki, zaklęśnięte w rozkisłej glebie; zmuzułmaniałe kobiety budzą wstręt swoim otępieniem i rezygnacją; snują się chwiejnie, wlokąc za sobą ubłocone koce; nogi błyszczą od opuchliny, a nad nimi fałdy zarzuconej na głowę derki, przypominającej oklapłe płótno namiotu. Długonoga dziewczyna odeszła tak niespodzianie… Psiakrew, może to halucynacje? Nie zdrzemnął się chyba, stojąc na klamrach w kanale ściekowym, gdzie kapo Marchlik przed godziną wyznaczył mu pracę. Odchodząc, powiedział z lisim uśmiechem:

– Ruszaj się, bracie, pomału, jak najwolniej, jak najdłużej, Augenarbeit, rozumiesz, a ja tymczasem skoczę na chwilę tu, do baraku.

– Rozkaz, panie szefie. – Piotr akcentował tytuł kapo z dobrze ukrytą ironią.

– Słuchaj, tylko przypilnuj dobrze, dostaniesz później dwa dymy. Jakby kto szedł, od razu gwiżdż, a najlepiej wyskocz i zawołaj mnie.

– Zrobione, panie szefie. Który barak?

– Ten drewniany, pierwszy za rewirem, ale wrota od tyłu. Nie zagap się, wierszów sobie teraz we łbie nie układaj! Immer kucken. Immer kucken. Od ciebie zależy moja godzina szczęścia.

– Dobra.

– Profesorowi, jakby tu wrócił, nie potrzebujesz mówić, gdzie jestem.

– Oczywiście.

– No, to cześć!

Marchlik pomaszerował energicznie z miną wzorowego funkcyjnego, który swoim wyglądem – schludnym pasiakiem, przepaską na rękawie, sposobem noszenia czapki na odrastających już włosach – podkreśla fakt, że należy do szarży, nie do bezimiennej masy; głowę trzyma sztywno, jakby chciał poprawić swój wyjątkowo niski wzrost, utrudniający mu życie w obozie.

Kiedy zniknął w tylnych wrotach baraku, Piotr wydobył z kieszeni składany metr i wstrzymując oddech, żeby nie wciągać w płuca ohydnego fetoru, przystąpił do roboty. Powoli, niechętnie otworzył notes, mierzył i zapisywał, pokonując odrazę. Było mu zimno w ręce, chłód ciągnął również od nóg i z wolna zamieniał je w dwie obolałe bryły. Zmęczenie szybko wypełniało i obezwładniało jego mięśnie. Był po raz pierwszy w kobiecym obozie. Dziś rano zdawało mu się, że sprawa, którą miał załatwić, jest wyjątkowo prosta i łatwa, dopiero tu, na miejscu, zaczął się orientować w rozmiarach ryzyka. Widział przed sobą miasto. Zamknięte milczeniem, głodem, śmiercią, zaryglowane ze wszystkich stron, objęte jakąś atrofią, niedostępne dla niego. Ta niedostępność umarłych i umierających przerażała go. Jak zrealizuje to, co rano uważał za manewr ani trudny, ani ryzykowny?

Nieobecność Marchlika, jego zapowiedziana „godzina szczęścia” to na pewno jakaś szansa – może przynajmniej będzie czas do namysłu i obserwacji. Jak, u diabła, rozpozna go ta dziewczyna? Może powinien wyjść i szukać jej?

Z murowanych baraków, przycupniętych wzdłuż Lagerstrasse nisko i płasko nad ziemią, podobnych do rzędu chałup w nędznej wsi albo do dworskich czworaków dla służby, płynie mdlący wyziew odchodów, taki sam jak w kanale. Piotr mimo to pragnie podejść bliżej, kobiety zaprzątają jego wyobraźnię, ciekawy jest ich egzystencji, wyglądu, rozmów. Pomyślał o brudzie, w jakim kisną ciała młodych dziewcząt – jak one sobie radzą, kiedy przychodzi krew i poza wypoczynkiem trzeba waty, płótna, ciepłej wody? Jak w tych warunkach uchowało się to piękne zjawisko w barwnej, fałdowanej spódnicy, rozwiewającej się nad wysmukłymi nogami? Kto to mógł być? Może tylko złudzenie?

Ciągnęła go z nieprzepartą siłą pokryta liszajami ściana każdego bloku, za którą można było zobaczyć z bliska ich życie. Tam wszedł kapo. Gdzieś tu się kręci ta dziewczyna, z nią będzie mógł rozmawiać otwarcie. Czasu jest jeszcze potwornie dużo, za dużo jak na jego wytrzymałość.

Oparł się o ścianę kanału, myśli o niczym. Ze swojego dołu często spogląda w niebo, które wydało mu się niedospane, anemiczne, mgliste, zamazane domieszką rozwodnionego błota, brudne, jak powietrze w obozie. Chmury zniżają się nad obozem, śmierdzą gnijącą brukwią i klozetami. Ciekawe, jak Marchlikowi uda się godzina szczęścia. Trzeba by może podejść i zobaczyć przez jakąś szparę między deskami, bo inaczej stary blagier będzie znów opowiadał niestworzone historie o swoich erotycznych sukcesach, ale nie warto ruszać się z kanału, którego dno wypełniają fekalia. Pozycja robocza wyjątkowo korzystna, nikomu nie trzeba tłumaczyć, po co się tu weszło.

Błysnęła kolorami rozwiana spódnica, widać ją za najbliższym barakiem, a więc to nie złuda – Piotr wstrzymał oddech, podniecenie zaciska mu gardło. Przyjdź bliżej. Przyjdź tu bliżej. Ona będzie właśnie tą dziewczyną gotową na wszystko, jest w niej poezja i odwaga. Może to dziewczyna z orkiestry, podobno muzykalne żyją tu na prawach bardziej ludzkich. Piotr ulega wrażeniu, że tylko jej można by zaufać, ona jest zdrowa i silna, biega lekko, jakby nie czuła zmęczenia i obozowej martwoty, na pewno wykona bez ryzyka to, co dla pełzającej po błocie chorej byłoby zadaniem ponad siły.

Jednym susem przeskoczyła szeroki rów z rodzaju „Königsgraben” i zniknęła między barakami. Piotr nabrał pewności, mającej posmak pragnienia, że to łączniczka kluczy tak okrężną drogą, żeby wreszcie przyjść po gryps ukryty w jego skarpetce.

Coś zasłoniło baraki – drogą wlecze się niezmiernie wolno gromada kobiet zakrzepłych w martwą substancję, ich oczy zdają się nie widzieć, ich krew jakby przestała krążyć. Mgła rozmazuje kontury postaci, chwilami wchłania je zupełnie, potem ukazują się znowu. Coś dźwigają, wlokąc po rozdeptanym błocie.

Piotr energicznie mierzy, zapisuje, mierzy, znowu zapisuje, patrząc kątem oka na kondukt żywych. Ogarnia go niepokój; one już umarły – myśli nagle – wykończono je, zabito w nich zdrowie, a może ich wygląd to skutek zmniejszenia odporności fizycznej, załamania psychicznego. Idą trupy. Jak w mieście trupów będą mogli zrealizować swoje zadanie?

Człapanie pierwszej grupy staje się coraz głośniejsze. Przytłumiony głos powtarza urywane słowa monotonnie i cicho, co sprawia, że są ledwo dosłyszalne.

– Uciekaj! Uciekaj prędzej! Uciekaj, muzułmanie! Uciekaj!

Czy jest z nimi jakiś esesman? Czy wyskoczyć z kanału i gnać po Marchlika?

Kobiety niosą sienniki, trzymając brzegi sinymi garściami. Jedna z nich wymawia niemal bez ruchu warg ostrzeżenie, ten głos nie wyróżnia się z tła, staje się częścią dnia, jak skrzypienie zardzewiałych wrót albo gwizd przejeżdżających pociągów.

– Uciekaj! Czego stoisz? U-cie-kaj!

Piotr orientuje się w końcu, że nie mówią do niego, patrzą ponad nim w stronę baraków. Ostrzegają kogoś innego. Chciałby widzieć, co się tam dzieje, niechże prędzej usunie się sprzed oczu kolumna nieruchawych, opatulonych szmatami, lezących wolno środkiem błota kobiet.

– Uciekaj! Nie stój tak! Uciekaj prędzej!

Nic nie widać z dołu. Wydźwignął się na rękach, wyszedł z kanału, zaczął ustawiać teodolit lunetą w kierunku baraku. Spojrzał. Ona! Wysmukłe nogi pod roztańczonymi barwami spódnicy, buty zagrzęzłe głęboko w błocie. Na wprost pięknej dziewczyny, o krok, szarpie się omotana szmatami ludzka mumia z czerwoną miską przyciśniętą gestem obronnym do piersi. Podrywa głowę w tył. I znowu szarpnięcie głowy w tył.

 

– Uciekaj! – powtarza bezbarwnie głos tuż obok Piotra. – Głupia, czego stoisz? Uciekaj!

Ale one trwają nierozłączne, jakby skuwał je łańcuch. Ruch dłoni pięknej kobiety jest błyskawiczny, można by myśleć, że machając lekko raz lewą, raz prawą ręką, przepędza muchę sprzed własnej twarzy.

– Dlaczego stoi, zamiast uciekać?

Piotr ma doskonałe oczy, już dostrzegł, co jest przyczyną unieruchomienia mumii. Zdumiony, zrozumiał, na czym polega dziwna nierozłączność obu kobiet, obserwował każdy ich ruch, odległość między nimi, układ nóg, i chętniej uwierzyłby w swoją pomyłkę niż w to, co widział, ale sprawa była jasna.

– Dobrze wam radzić: „Uciekaj”. Zobaczcie, jaką ta swołocz ma technikę – odezwał się ktoś ochryple.

– Nie! To niemożliwe, to niemożliwe – słowa zaprzeczenia potwierdzały prawdę.

Piotr widzi: podana całym tułowiem w tył kobiecina usiłuje uniknąć każdego ciosu, ale nie cofa się mimo gęstych, ostrych uderzeń po twarzy. Zaczął pojmować, skąd ta napoleońska poza pięknej dziewczyny: nogi rozstawione efektownie, jak na paradzie, jej prawy but, wysunięty do przodu, przyciska zanurzoną w błocie bosą stopę nędzarki.

– Puść ją, do diabła! Będziesz wisiała, ty cholero – wołają głosy z odległego klozetu.

– Już niedługo twojego panowania.

– Wojna się kończy.

– Puść ją! Ona jest chora.

Coraz więcej obserwatorów przypatruje się, jak piękna funkcyjna policzkuje słaniającą się kobietę. Krzyki odnoszą skutek odwrotny, rytm ciosów spadających na twarz wzmógł się, nadchodzi znana tu wszystkim ekstaza bicia, rozkosz łączy się z okrucieństwem.

– Puść ją! Natychmiast puść!

Głos funkcyjnej dawno już zatracił ludzkie brzmienie, schrypł od ustawicznego rozkazywania na rozległej przestrzeni, we mgle, w deszczu, na mrozie, w potępieńczym zgiełku wewnątrz baraków. Odzywa się ryk zwierzęcia morzonego pragnieniem i głodem:

– Daj mi, Zula, spokój, do jasnej cholery! Dobrze?! Chce mi się rzygać, jak słyszę twoje stękanie, głupi tłumoku. Muszę ją stłuc, inaczej oni wykończą mnie. Rozumiecie?

Nie patrzy na nikogo, chwyta ramię maltretowanej kobiety, cofa but z jej stopy i teraz biegnie razem z nią do wielkiej kałuży. Pędzą przez środek brei w bryzgach błota, w żółtawych fontannach, potem ostry zwrot w miejscu i powrót. Spódnica funkcyjnej wionęła tęczową karuzelą. W tę i z powrotem, w tę i z powrotem, jak rozbrykane dzieci, kiedy wybiegają z domu po ulewnym deszczu. Oficerskie buty pięknej kobiety straciły swój połysk, a bose nogi tej drugiej stają się coraz bardziej amarantowe. Chusteczka zsunęła się z głowy chorej, odsłaniając ogoloną na zero bezwłosą, jakby małpią czaszkę. Brzydota, wstręt, odraza, wielka litość i spontaniczny gniew.

– Puść ją, błagam cię – wrzeszczy ktoś histerycznie. – Po co ja cię ratowałam w więzieniu przed głodową śmiercią. Puść tę babę!

– Jak będę chciała – biegnąc, odkrzykuje basem piękna. – A tobie radzę, zamknij pysk, oddawałaś mi nieraz ostatnią kromkę chleba, no to co, przez całe życie mam ci za to płacić? Zostałaś nachtwachą, masz co żreć, więc zamknij mordę. Lepiej nie wtrącaj się do moich spraw, bo i ciebie boso po błocie przegonię. Blokowa! Zabrać tę starą kretynkę, już ona z pewnością na drugi raz długo pomyśli, zanim się spróbuje dekować przed kopaniem rowów. Gorączka! Ja z gorączką muszę chodzić codziennie, od świtu do nocy, i dobrze. Głupie krowy! A ile razy ze snu mnie zrywają, jak przychodzi transport albo selekcja. Dzień i noc muszę być na nogach i jakoś jeszcze żyję.

* * *

Biegła na przełaj, skacząc przez rowy, nie omijała kałuż, spod jej nóg bryzgały strugi błota, była już blisko kanału ściekowego, w ostatniej chwili spostrzegła Piotra. Zwolniła kroku. Zatrzymała się, jej twarz wykrzywiona jeszcze wściek­łością złagodniała, wkrótce zjawił się pierwszy uśmiech. Pomyślał, że „włączyła wszystkie hamulce”. Przemiana nastąpiła błyskawicznie, można by przysiąc, że ktoś inny wlókł bosą kobietę przez bajora, bił i ryczał ochrypłym basem. Nie ona. Jej małe usta były samą słodyczą, łagodnością i przede wszystkim smętną tęsknotą. Oczy miała smutne, ale trochę i figlarne. Zmrużone powieki układały się w kształt półksiężyców zwróconych rożkami w dół ku bladym policzkom. Ciemne włosy, puszyste, dobrze umyte, wypielęgnowane, pozwijane w bujne pukle, wydawały się niezwykłym bogactwem natury; dotknąć takich lśniących, jedwabistych włosów byłoby cudownie… Wydobyła paczkę niemieckich papierosów, otworzyła błyskawicznym ruchem.

– Josma Zigaretten. Ma pan ogień?

Głos pokonujący jakieś przeszkody brzmiał teraz cicho i smutnie. Piotr odpowiedział przeczącym ruchem głowy, nie odwracając wzroku.

– Szkoda. Mężczyzna zawsze powinien być z ogniem.

To już niemal szept. Powieki spuszczone, żartobliwy uśmiech.

– W obozie palenie zabronione – wyjaśnił obojętnie.

Wzięła papierosa, wydobyła z kieszeni paczkę zapałek.

– Co pan tu robi? – zapytała na pozór służbowo, ze zmarszczką na czole, ale z chochlikiem w zmrużonych oczach.

– Mierzę…

– Czy nie ma pan nic lepszego do roboty w kobiecym obozie?

Roześmiała się zuchwale i spojrzała mu prosto w oczy.

Doznał uczucia, że dotknęła ręką jego nagiego ciała.

– Bardzo dobre zajęcie – powiedział i nie cofnął wzroku. – Dużo się widzi, mając oczy tuż przy ziemi.

– Zapali pan? Ja pozwalam, to zupełnie wystarczy. W mojej obecności może pan palić, rozmawiać z kobietą… Robić wszystko, co się panu podoba.

Więc to była słynna piękność obozu kobiecego, której imię już nieraz obiło mu się o uszy. Postać legendarna. Wiedział o niej wszystko, co mężczyźni mówili sobie w klozetach i blokach wieczorami, kiedy już esesmani opuszczali obóz. Przyglądał się jej ciekawie, przed chwilą jeszcze gotów uwierzyć, że słyszał same oszczerstwa i plotki. Fama o jej urodzie wcale nie była przesadzona. Podobno kobiety zachwycały się nią tak samo, chociaż na ogół zdawano sobie sprawę, skąd pochodzi taka fascynacja – niewątpliwie na wielkomiejskiej ulicy, wśród innych ubranych i uczesanych, a przede wszystkim czystych i niezagłodzonych, piękność obozowa zbladłaby trochę. Tu szanse były nierówne. Pomiędzy kobietami łysymi, wśród nędzarek odzianych w sztywne pasiaki, zabiedzonych, okrytych wrzodami, dźwigających na obrzękłych stopach drewniane trepy, ta mogła uchodzić i uchodziła za zjawisko niezwykłe, fenomen urody. Zaczarowana królewna… Dać by jej tak po twarzy, jak ona przed chwilą tej starej, co teraz ściera krew z warg, stojąc pod okapem baraku – pomyślał. – Ogolić głowę… Pognać z łopatą w pole…”

– Zapali pan? – powtórzyła, trzymając przed nim otwartą paczkę papierosów. Uśmiech jej był kuszący. Kobieta zdecydowana pełnić gorliwie funkcję, jaką sprawują psy esesmańskie, potrafi też być urocza. Zapytała znowu z niepokojem, a może tylko z ukrytą ironią:

– Chyba mi pan nie odmówi?

Przychodzący z obozu męskiego więźniowie podlegali tu wyłącznie swoim funkcyjnym, ona jednak miała prawo rozkazywać im, dopóki byli na jej terenie; wykazywała dość rozumu, żeby nie nadużywać wobec nich władzy, wolała oddziaływać wdziękiem i uprzejmością. Teraz też uśmiechała się, mrużąc powieki, co nadawało skośnym oczom przedziwny wyraz.

Wziął z jej rąk papierosa, palił w zadumie. Obserwowała go.

– Piękne ręce – powiedziała. – Kim pan jest z zawodu?

– Kanalreinigerem, jak pani widzi, nadzór, oczyszczanie, inwentaryzacja ścieków.

– Teraz. A przed aresztowaniem?

Nie odpowiedział.

– Przed wojną miał pan chyba jakiś zawód – niecierpliwiła się.

– Byłem nikim. Inteligentem bez pracy, jeżeli to panią interesuje.

– Ma pan wiadomości polityczne? Kiedy nareszcie skończy się ta wojna?

Milczał, zaciągając się głęboko, wdychał, wsysał dym. Ona mówiła dalej swoim ochrypłym, pełnym tęsknoty szeptem.

– Wie pan, ogromnie chciałabym stąd wyjść i żyć jak dawniej… Tu trzeba się narażać, udawać, żeby odwrócić uwagę Niemców… Ale co ja czuję w głębi serca!