Wszyscy kłamiąTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Wszyscy kłamią
Wszyscy kłamią
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 69,80  55,84 
Wszyscy kłamią
Audio
Wszyscy kłamią
Audiobook
Czyta Tomasz Sobczak
34,90  25,48 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Badania uczonych z Columbii i Microsoftu stanowią dobry przykład tego, jak rygorystyczna analiza danych i komputery mogą dać nam coś, czego nigdy byśmy nie zdobyli, polegając wyłącznie na intuicji. Zresztą w tym wypadku liczy się akurat także wielkość zbioru. A człowiekowi brakuje czasem odpowiedniego doświadczenia, by intuicja niewspomagana z zewnątrz mogła mu wystarczyć. Jest mało prawdopodobne, że ty, twoi bliscy znajomi albo krewni znacie na tyle dużo przypadków raka trzustki, by dostrzec jego zależność od niestrawności powiązanej z bólami brzucha i niezależność od samej niestrawności. Jest wręcz nieuniknione, że wraz z powiększaniem się zbioru danych z Binga uczeni zauważą w związku z tą i innymi chorobami znacznie więcej różnych subtelnych relacji symptomatycznych, które mogłyby ujść nawet uwagi lekarzy.

Co więcej, chociaż intuicja zwykle podsuwa nam stosunkowo prawdziwy obraz świata, często bywa mało precyzyjna. Potrzebujemy danych, żeby wyostrzyć obraz. Weźcie na przykład pod uwagę oddziaływanie pogody na nastroje. Sądzicie zapewne, że ludzie częściej czują się przygnębieni, kiedy na zewnątrz jest minus dziesięć stopni, nie plus dwadzieścia pięć. Bo rzeczywiście tak jest. Ale chyba nie zdajecie sobie sprawy, jak kolosalne znaczenie może mieć różnica temperatur. Szukałem kiedyś korelacji między wyszukiwaniami w Google’u treści dotyczących depresji a miejscem zamieszkania, uwzględniając szeroki wachlarz czynników, takich jak warunki ekonomiczne, poziom wykształcenia i religijność internautów. Zimny klimat pobił je wszystkie na głowę[3]. W okresie zimowym w ciepłych miejscach, takich jak Honolulu na Hawajach, odnotowujemy około czterdziestu procent mniej wpisów na temat depresji niż w chłodnych rejonach kraju, jak powiedzmy, Chicago w stanie Illinois. Na ile taka obserwacja jest istotna? Otóż całkiem optymistyczna ocena działania antydepresantów mówi, że najskuteczniejsze z nich zmniejszają ryzyko depresji najwyżej o dwadzieścia procent. Sądząc zatem po wynikach z Google’a, przeprowadzka z Chicago do Honolulu byłaby co najmniej dwa razy skuteczniejsza niż nawet najlepsze lekarstwo na zimowy blues[3*].

Czasami intuicja, jeśli nie stoi za nią staranna analiza komputerowa, myli się na całej linii, kiedy zaślepiają nas osobiste doświadczenia i przesądy. Wprawdzie babcia potrafi wykorzystać dziesięciolecia doświadczeń i udzielić mi dobrej rady co do odpowiedniej dla mnie partnerki, ale już jej poglądy na to, co zapewnia trwałość związkowi dwojga ludzi, wydają się wątpliwe – twierdziła na przykład bowiem wielokrotnie, że trzeba mieć wspólnych przyjaciół. Zdaniem babci był to kluczowy czynnik w sukcesie jej małżeństwa, bo większość ciepłych wieczorów spędzała ze swoim mężem, czyli moim dziadkiem, w małym ogródku na nowojorskim Queensie, siedząc na krzesełkach turystycznych i plotkując z grupką najbliższych sąsiadów.

Zabrzmi to pewnie tak, jak gdybym chciał teraz kopać dołki pod własną babcią, ale analiza danych pokazuje, że jej teoria nie jest prawdziwa. Zespół informatyków przeanalizował niedawno największą bazę danych, jaką kiedykolwiek zebrano na temat związków międzyludzkich – Facebooka[4]. Naukowcy przyjrzeli się dużej liczbie par, które w pewnym momencie swojego życia pozostawały ze sobą „w związku”. Niektóre go utrzymały, inne się rozeszły. Ustalono jednak, że jeśli para ma wielu wspólnych znajomych, to najprawdopodobniej w końcu się rozstanie. Być może wspólne spędzanie czasu co wieczór z partnerem czy partnerką i ciągle tą samą grupą osób wcale nie jest dobre, a odrębne kręgi towarzyskie pomagają wzmocnić bliskie więzi.

Jak widzimy, czysta intuicja, jeśli trzymać się z dala od komputera i iść za jej głosem, może niekiedy przynieść zdumiewające rezultaty, może też jednak błądzić. Moja babcia wpadła zapewne w pułapkę kognitywną, bo wszyscy mamy skłonności do wyolbrzymiania znaczenia osobistych doświadczeń. W żargonie analityków „ważymy” nasze dane, czyli przywiązujemy zdecydowanie zbyt dużą wagę do jednego z elementów zbioru – nas samych.

Babcia tak mocno skupiała się na wieczornych pogaduszkach z dziadkiem i przyjaciółmi, że nie myślała wystarczająco dużo o innych małżeństwach. Zapomniała wziąć pod uwagę swojego szwagra i jego żonę, którzy spotykali się prawie co wieczór na plotki w niewielkim, stale takim samym kręgu znajomych, lecz często się kłócili i w końcu rozwiedli. Zapomniała uwzględnić też moich rodziców, czyli swoją córkę i zięcia, którzy często spędzali czas osobno – tata chodził do klubu jazzowego albo na mecze z kolegami, a mama wybierała się do restauracji albo kina ze swoimi znajomymi: mimo to pozostają szczęśliwym małżeństwem do dziś.

Jeśli polegamy na intuicji, na manowce może nas zaprowadzić także głęboko ludzka fascynacja tym, co dramatyczne. Mamy skłonności do przeceniania znaczenia wszystkiego, co nam zapada w pamięć. Na przykład odpowiadając na pytania w ankietach, ludzie zawsze częściej wymieniają tornada jako powszechniejszą przyczynę śmierci niż astmę[5], chociaż w USA ta choroba przyczynia się do zgonów ponad siedemdziesiąt razy częściej niż huraganowy wiatr[6]. Po prostu śmierć z powodu astmy niczym się nie wyróżnia, nie trafia więc na pierwsze strony gazet, a śmierć spowodowana przez tornado – i owszem.

A zatem jeśli polegamy wyłącznie na tym, co słyszymy albo czego doświadczamy osobiście, to często się mylimy co do tego, jak naprawdę funkcjonuje świat. I chociaż rzetelna analiza danych nierzadko opiera się na intuicji, to jej wyniki równie często bywają kontrintuicyjne. Można by powiedzieć, że analiza jak gdyby nasyca sterydami naturalny, intuicyjny proces myślowy, polegający na znajdowaniu pewnych prawidłowości oraz ich sensów, i pokazuje nam, że świat jest urządzony zupełnie inaczej, niż sądziliśmy. Przekonałem się o tym na przykład, kiedy zacząłem szukać odpowiedzi na pytanie, jakie czynniki sprawiają, że jedni koszykarze osiągają sukcesy w swojej dyscyplinie sportu, a inni nie.

Gdy byłem dzieckiem, miałem jedno i tylko jedno marzenie. Chciałem zostać ekonomistą i analitykiem danych. No nie. Żartuję. Strasznie chciałem zostać zawodowym koszykarzem i pójść w ślady mojego idola, Patricka Ewinga[7], prawdziwego gwiazdora, centra New York Knicks.

Czasami wydaje mi się, że w każdym analityku siedzi dzieciak, który stara się odgadnąć, dlaczego nie spełniły się jego marzenia z młodości – a zatem nic dziwnego, że niedawno spróbowałem zbadać, jakie należy mieć cechy, by trafić do NBA. Wyniki okazały się zaskakujące. Prawdę mówiąc, pokazują one po raz kolejny, jak poprawna analiza danych może zmienić nasze poglądy na świat i jak przeciwintuicyjne mogą się okazać jej rezultaty.

Podstawowe pytanie, które sobie zadałem, brzmiało: czy masz większe szanse na karierę w NBA, jeśli wychowywałeś się w ubogiej rodzinie, czy raczej jeśli pochodzisz z klasy średniej?

Większość z nas wskazałaby chyba ubóstwo. Ludzie na ogół sądzą, że dorastanie w trudnych warunkach, powiedzmy w blokach komunalnych, bez ojca, tylko pod opieką samotnej nastoletniej matki, pomaga wyzwolić w człowieku energię, potrzebną, żeby osiągnąć szczyty w tym niełatwym sporcie, wymagającym wyjątkowego ducha rywalizacji.

Taką opinię wyraził na przykład licealny trener koszykówki z Filadelfii William Ellerbee w wywiadzie, jakiego udzielił pismu „Sports Illustrated”. „Dzieciaki z małych miasteczek i bogatych przedmieść grają na ogół dla zabawy – stwierdził. – A młodzież z dużych miast i dzielnic biedy traktuje koszykówkę jak sprawę życia i śmierci”[8]. Niestety, ja wychowałem się w tak zwanej pełnej rodzinie w małym miasteczku w New Jersey. Natomiast LeBron James, najlepszy gracz mojego pokolenia, przyszedł na świat w ubogim domu w Akron w stanie Ohio, kiedy jego matka miała szesnaście lat.

Co więcej, ankieta internetowa, jaką przeprowadziłem na ten temat[9], zdawała się wskazywać, że większość Amerykanów myśli tak samo jak Ellerbee i ja – że prawie wszyscy gracze w NBA wychowywali się w biedzie.

Tylko czy ta powszechna opinia jest prawdą?

Spójrzmy na dane. Nie istnieje żadna ich kompletna baza, przedstawiająca warunki społeczno-ekonomiczne, w których przyszło dorastać graczom NBA. Lecz jako detektywi informacyjni, używający danych z wielu różnych źródeł – na przykład z basketball-reference.com, ancestry.com, powszechnego spisu ludności Stanów Zjednoczonych i tak dalej – możemy się dowiedzieć, jakie środowisko rodzinne najbardziej sprzyja karierze koszykarskiej. Proszę zwrócić uwagę, że analiza ta korzysta z bardzo różnych źródeł danych, obszerniejszych i skromniejszych, online i offline. Nowe skarbnice cyfrowe oczywiście są ekscytujące, lecz dobry analityk nie zlekceważy źródeł staroświeckich, jeśli tylko mogą być pomocne. Najlepszy sposób uzyskania odpowiedzi na takie czy inne pytanie to odwołać się do wszystkich dostępnych danych.

Pierwsza ważna informacja dotyczy miejsca urodzenia gracza. Odnotowałem więc najpierw, ilu białych i czarnych mężczyzn przyszło na świat w latach osiemdziesiątych we wszystkich hrabstwach USA z osobna. Potem sprawdziłem, ilu z nich trafiło do NBA, i zestawiłem te liczby z przeciętnym wynagrodzeniem w danym hrabstwie. Sprawdzałem też demograficzne dane rasowe, ponieważ – i to jest temat na osobną książkę – czarnoskórzy mężczyźni mają czterdziestokrotnie większe szanse na karierę w NBA niż biali.

Dane mówią nam, że jeśli przyszedłeś na świat w hrabstwie zamożnym, to istnieje znacznie większe prawdopodobieństwo, że trafisz do zawodowej ligi koszykówki. I tak na przykład czarnoskóry chłopak urodzony w którymś z najbogatszych hrabstw w Stanach Zjednoczonych ma dwa razy większe szanse na sukces niż czarny z jednego z najuboższych hrabstw. A jeśli chodzi o białych, to szanse chłopaka z bogatego hrabstwa wynoszą o sześćdziesiąt procent więcej.

 

Sugerowałoby to, że wbrew powszechnej opinii sportowców z ubogich środowisk jest w NBA nieproporcjonalnie mało. Dane te nie są jednak zbyt dokładne, bo wiele zamożnych hrabstw, na przykład Nowy Jork (Manhattan), obejmuje też dzielnice ubogie, jak Harlem. A zatem wciąż jest możliwe, że trudne dzieciństwo sprzyja udanej karierze koszykarskiej. Potrzeba więcej wskazówek, więcej danych.

Dlatego zbadałem również sytuację rodzinną graczy z NBA. Informacje na ten temat czerpałem z prasy i mediów społecznościowych. Była to metoda nad wyraz czasochłonna, ograniczyłem więc swoją analizę do stu urodzonych w latach osiemdziesiątych zawodników afroamerykańskich, którzy zdobywali najwięcej punktów w lidze. W porównaniu ze średnią krajową okazało się o trzydzieści procent mniej prawdopodobne, że czarna supergwiazda koszykówki będzie dzieckiem samotnej lub nastoletniej matki. A w takim razie dobra sytuacja rodzinna najlepszych graczy NBA również wskazuje na to, że chodzi o ważny czynnik, pomagający im osiągnąć sukces.

Pamiętajmy jednak przy tym, że dane „urodzinowe” z poszczególnych hrabstw czy sytuacja rodzinna ograniczonego zbioru koszykarzy nie zapewniają przecież kompletnych informacji na temat dzieciństwa wszystkich zawodowców w NBA. Z tego powodu nadal nie byłem całkiem przekonany, że rodzice z klasy średniej dostarczają do NBA więcej gwiazd koszykarskich niż rodziny ubogie i niepełne. Im więcej danych zbierzemy, żeby wyklarować tę kwestię, tym lepiej.

Przypomniałem sobie, że jest jeszcze jeden czynnik, dzięki któremu mógłbym pozyskać ważne informacje o interesujących mnie sportowcach. Otóż pewien artykuł autorstwa dwóch ekonomistów, Rolanda Fryera i Stevena Levitta, sugerował, że w wypadku czarnoskórych obywateli USA na status społeczno-ekonomiczny wskazują ich imiona[10]. Fryer i Levitt przestudiowali świadectwa urodzenia w Kalifornii z lat osiemdziesiątych i zauważyli, że wśród Afroamerykanów ubogie, niewykształcone i samotne matki nadają swoim dzieciom wyraźnie inne imiona niż wykształceni rodzice z klasy średniej.

Dzieci z zamożniejszych domów dostają raczej miana pospolite, jak Kevin, Chris czy John, a dzieci z rodzin uboższych i bloków komunalnych stosunkowo rzadkie, jak Knowshon, Uneek czy Breionshay. Afroamerykańska młodzież z ubogich środowisk niemal dwukrotnie częściej nosi imiona oryginalne, wyjątkowe, których nie otrzymują inne dzieci z ich rocznika.

Jak w takim razie wygląda wykaz imion czarnoskórych graczy NBA? Wskazuje na klasę średnią czy raczej na pochodzenie z ubogich rodzin? Okazało się, że koszykarze urodzeni w Kalifornii otrzymują niecodzienne imiona o pięćdziesiąt procent rzadziej niż przeciętny czarny Amerykanin, co statystycznie jest różnicą znaczącą.

Znacie kogoś, kto sądzi, że NBA to liga dla chłopaków z dzielnic biedy? Jeśli tak, powiedzcie mu, żeby uważnie posłuchał najbliższej radiowej transmisji z meczu koszykarskiego. Poproście, żeby policzył, ile razy Russell mija Dwighta i unikając wyciągniętych ramion Josha, próbuje podać piłkę do czekającego na nią z otwartymi rękami Kevina. Gdyby NBA rzeczywiście była ligą zdominowaną przez graczy z ubogich czarnych rodzin, to ta relacja brzmiałaby całkiem inaczej. Bo słyszelibyśmy w niej o wiele więcej imion takich jak LeBron.

Mamy więc dane z trzech źródeł: wiemy, w jakim hrabstwie urodził się dany gracz, wiemy, czy matki najlepszych strzelców są samotne i ubogie, czy raczej zamężne i z klasy średniej, oraz znamy imiona interesujących nas koszykarzy. Żadne źródło nie jest doskonałe i nie zawiera wszystkiego. Tutaj jednak wszystkie trzy wskazują na jedno i to samo. Wyższy status społeczno-ekonomiczny oznacza większe szanse na grę w NBA. Inaczej mówiąc, powszechna opinia na ten temat jest mylna.

Około sześćdziesięciu procent Afroamerykanów urodzonych w latach osiemdziesiątych miało rodziców, którzy nie byli małżeństwem[11], lecz z moich obliczeń wynika, że rodzice ogromnej większości czarnych urodzonych w tej dekadzie i grających w NBA pozostawali jednak związani węzłem małżeńskim. Oznacza to, że nasza liga zawodowa nie składa się głównie z graczy mających za sobą taką przeszłość jak LeBron James. Większość z nich przypomina wychowanego w pełnej rodzinie Chrisa Bosha z Teksasu, który interesował się i nadal interesuje gadżetami elektronicznymi, albo Chrisa Paula[12], drugiego syna rodziców z klasy średniej z Lewisville w Karolinie Północnej; jego ojciec i matka wystąpili nawet razem z nim i innymi członkami rodziny w jednym z odcinków teleturnieju Family Feud [Familiada] w 2011 roku.

Celem analityka danych jest zrozumieć świat. Kiedy trafimy na jakiś kontrintuicyjny wynik, możemy kontynuować analizę danych, która pomogłaby nam wyjaśnić, dlaczego świat nie jest taki, jak nam się wydaje. Dlaczego na przykład mężczyźni z klasy średniej mają więcej szans na koszykarski sukces niż ci, którzy pochodzą z ubogich rodzin? Istnieją po temu co najmniej dwa wytłumaczenia.

Pierwsze mówi, że mężczyźni z uboższych domów są niżsi. Uczeni wiedzą od dawna, że dobra opieka zdrowotna w dzieciństwie i dobre odżywianie silnie wpływają na zdrowie w dorosłym życiu. Dlatego przeciętny mężczyzna z krajów dobrze rozwiniętych liczy sobie dzisiaj cztery cale wzrostu więcej niż sto pięćdziesiąt lat temu[13]. A dane wskazują na to, że Amerykanie z ubogich rodzin[14] są niżsi właśnie dlatego, że mają gorszą opiekę zdrowotną w dzieciństwie i wczesnej młodości i gorzej się odżywiają.

Dane mówią także, jaki wpływ na przebicie się do NBA ma wzrost. Na pewno intuicja podpowiada wam, że wysoki wzrost to atut dla początkującego koszykarza; wystarczy porównać przeciętnego zawodowca na parkiecie z kibicem na widowni – gracze NBA mierzą średnio sześć stóp i siedem cali, a statystyczny Amerykanin ma pięć stóp i dziewięć cali wzrostu[15].

A zatem jak istotne dla koszykarskiego sukcesu są warunki fizyczne? Gracze NBA czasami trochę fantazjują na swój temat, a nie ma kompletnych danych dotyczących rozkładu krzywej wzrostu amerykańskich mężczyzn. Posługując się jednak przybliżonym matematycznym modelem takiej krzywej oraz danymi z NBA, łatwo potwierdzić, że znaczenie warunków fizycznych jest olbrzymie – może nawet większe, niż przypuszczaliśmy. Z moich szacunków wynika, że każdy dodatkowy cal podwaja, z grubsza biorąc, szanse gracza na wejście do zawodowej ligi. I jest to twierdzenie prawdziwe dla wszystkich elementów zbioru. Mężczyzna o wzroście pięciu stóp i jedenastu cali ma dwa razy większe szanse na grę w NBA od mężczyzny o wzroście pięciu stóp i dziesięciu cali, a mężczyzna mierzący sześć stóp i jedenaście cali dwa razy większe niż liczący sześć stóp i dziesięć cali. Wydaje się, że spośród młodych ludzi poniżej sześciu stóp wzrostu do NBA trafia zaledwie jeden na dwa miliony, a spośród tych mierzących ponad siedem w zawodowej lidze koszykówki gra mniej więcej jeden na pięciu[16] – przynajmniej tak wynika z badań prowadzonych przeze mnie i innych analityków.

Proszę zwrócić uwagę, że dane te wyjaśniają, dlaczego moje marzenie o zostaniu gwiazdą koszykówki nigdy się nie spełniło. Wcale nie z tego powodu, że wychowałem się w małym miasteczku, tylko dlatego, że mierzę pięć stóp i dziewięć cali wzrostu i jestem biały, a także zbyt powolny i leniwy. I mało wytrzymały. Na dodatek rzucam bardzo niecelnie, a kiedy piłka trafia w moje ręce, zdarza mi się dostać ataku paniki.

Drugi powód, dla którego chłopcy z trudnych dzielnic mogą mieć problem z dostaniem się do NBA, jest taki, że czasami brakuje im pewnych umiejętności społecznych. Korzystając z danych dotyczących tysięcy uczniów szkolnych, ekonomiści stwierdzili, że rodzice z klasy średniej[17] na ogół lepiej radzą sobie z wychowaniem dzieci, które dzięki ich opiece są ufne, zdyscyplinowane, cierpliwe, skoncentrowane na osiągnięciu wyznaczonego celu i zorganizowane.

A w jaki sposób nieprzystosowanie społeczne przeszkadza w poza tym dobrze zapowiadającej się indywidualnej karierze koszykarskiej?

Przyjrzyjmy się historii Douga Wrenna, jednego z najlepiej rokujących graczy lat dziewięćdziesiątych. Jego trener uniwersytecki, Jim Calhoun z Uniwersytetu Connecticut, który pracował z wieloma przyszłymi gwiazdami NBA, twierdził, że był to najskoczniejszy koszykarz, jakiego w życiu trenował. Wrenn wychowywał się jednak w trudnych warunkach[18]. Opiekowała się nim samotna matka, a mieszkał na Blood Alley, w jednej z najbardziej niespokojnych dzielnic Seattle. W Connecticut nieustannie ścierał się z osobami ze swojego najbliższego otoczenia. Prowokował innych graczy, kwestionował decyzje trenerów i wbrew przepisom obowiązującym w drużynie nosił na parkiecie zbyt luźne spodenki i koszulki. Miał też kłopoty z prawem – wdawał się w pyskówki z policjantami, raz ukradł buty w sklepie. Cierpliwość Calhouna wreszcie się skończyła, wyrzucił go więc z drużyny.

Wrenn dostał drugą szansę na University of Washington, ale i tam przeszkadzała mu niezdolność do zgodnego współżycia z otoczeniem. Kłócił się z trenerem, ponieważ uważał, że za rzadko wpuszcza go na boisko, i też został w końcu skreślony ze składu. Nie otrzymał żadnej propozycji z NBA, kręcił się po niższych ligach, przeprowadził się z powrotem do matki, a w końcu trafił do więzienia za rozbój. „Moja kariera sportowa jest skończona – powiedział gazecie «Seattle Times» w 2009 roku. – To koniec moich marzeń i ambicji. Doug Wrenn umarł. Znaczy jako koszykarz; ten gościu już nie żyje[19]. To jego koniec”. A Wrenn miał dość talentu, by zostać nie tylko graczem NBA, ale wielkim, może nawet legendarnym zawodnikiem. Nie udało mu się jednak zapanować nad swoim temperamentem do tego stopnia, żeby utrzymać się choćby w drużynie uniwersyteckiej. Może gdyby miał normalne dzieciństwo, stałby się następnym Michaelem Jordanem.

Jordan oczywiście też był niezwykle skoczny. Odznaczał się przy tym niesłychaną ambicją i imponującym instynktem współzawodnictwa, ale charakterologicznie pod pewnymi względami przypominał Wrenna. Bo Michael Jordan też był trudnym dzieckiem[20]. Relegowano go ze szkoły w wieku dwunastu lat, gdyż często wdawał się w bójki. Od Wrenna różnił się natomiast na pewno pod jednym względem: miał spokojne dzieciństwo i pochodził z klasy średniej. Jego ojciec był kontrolerem jakości w General Electric, matka pracowała w sektorze bankowym[21]. Oboje pomogli mu pokierować karierą.

Życiorys Jordana obfituje w opowieści o tym, jak rodzice wskazywali synowi sposoby uniknięcia różnorodnych pułapek, czyhających na każdy wielki i ambitny talent sportowy[22]. Kiedy małego Michaela wyrzucono ze szkoły, matka zaczęła zabierać go ze sobą do pracy. Nie wolno mu było wychodzić z samochodu, musiał siedzieć na parkingu i czytać książki. Gdy trafił do drużyny Chicago Bulls, rodzice i rodzeństwo odwiedzali go tam na zmianę, żeby pilnować chłopaka i nie dopuścić do niego pokus przychodzących ze sławą i pieniędzmi.

Jego kariera nie skończyła się tak jak kariera Wrenna, czyli krótką wzmianką w „Seattle Times”, tylko przemówieniem, które wygłosił po przyjęciu go do Basketball Hall of Fame na oczach milionów telewidzów[23]. Powiedział, że starał się „skupić na tym, co w życiu dobre – jak ludzie cię odbierają, jak ich szanować... Na tym, jak jesteś odbierany publicznie. Jak się zatrzymywać i przez chwilę zastanowić nad tym, co się robi. Nauczyli mnie tego moi rodzice”[24].

Zbiory danych potwierdzają, że Jordan ma całkowitą rację, dziękując ojcu i matce (z klasy średniej), którym udało się stworzyć dobre małżeństwo. Analiza przekonuje bowiem, że w uboższych rodzinach i środowiskach też rodzą się talenty na miarę NBA, które ostatecznie tam jednak nie trafiają. Ci młodzi ludzie mają odpowiednie geny i ambicję, lecz nie udaje im się tak ukształtować swojej osobowości, by mogli zostać prawdziwymi gwiazdami koszykówki.

I bez względu na to, co nam podpowiada intuicja, życie w tak rozpaczliwych okolicznościach, że koszykówka wydaje się młodym chłopakom „kwestią życia i śmierci”, wcale nie pomaga w karierze sportowej. Przypadki takie jak Wrenna tylko to potwierdzają. Dane analityczne też.

W czerwcu 2013 roku LeBron James udzielił wywiadu telewizyjnego po zdobyciu swojego drugiego mistrzostwa NBA (potem zdobył jeszcze trzecie)[25]. „Jestem LeBron James – powiedział. – Pochodzę z Akron w Ohio. Z ubogiej dzielnicy miasta. I teoretycznie rzecz biorąc, właściwie w ogóle nie powinno mnie tu być”. Twitter oraz inne media społecznościowe eksplodowały krytyką. Jak ten niebywale utalentowany człowiek, który od śmiesznie wczesnego dzieciństwa uważany był za przyszłość koszykówki, może twierdzić, że miał mniejsze szanse od innych? A przecież prawda wygląda tak, że każdy, kto wywodzi się z trudnego środowiska, ma w życiu do pokonania znacznie więcej przeszkód. Z tego punktu widzenia osiągnięcia Jamesa są jeszcze bardziej wyjątkowe, niż mogą się wydawać na pierwszy rzut oka. Dane analityczne również to potwierdzają.