Zachłanny mózgTekst

Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

1 Część I. W czarnej skrzynce naszego mózgu Utracone miejsca Nieoceniony mózg Dług ekologiczny Pięć sekretnych pobudek mózgu Wielkie żarcie Układ nagrody pociąga za sznurki Zaprogramowani na seks W kolejce na szczyt Pochwała bezczynności Przekleństwo poznawcze

2  Część II. Błąd systemu Mistrzowie sprzeczności Programowo nienasyceni Niewolnicy teraźniejszości

3  Część III. Antywirus Czy możemy odzyskać wpływ na swoje przeznaczenie? Mniej znaczy więcej: potęga świadomości Bibliografia

Tytuł oryginału: Le bug humain

Przekład: Łukasz Musiał

Redakcja: Katarzyna Nawrocka

Redakcja naukowa: dr hab. Marek Binder

Korekta: Ewa Różycka, Maria Zalasa, Natalia Jóźwiak

Projekt okładki i stron tytułowych: Design Partners s. c.

Copyright © Editions Robert Laffont, Paris, 2019 through arrangement with Renata de La Chapelle Agency

Copyright for the Polish edition and translation

© JK Wydawnictwo sp. z o.o. sp. k., 2020

Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część tej publikacji nie może być powielana ani rozpowszechniana za pomocą urządzeń elektronicznych, mechanicznych, kopiujących, nagrywających i innych bez uprzedniego wyrażenia zgody przez właściciela praw.

ISBN 978-83-66380-43-1

Wydanie I, Łódź 2020

JK Wydawnictwo sp. z o.o. s.k. ul. Krokusowa 3, 92-101 Łódź tel. 42 676 49 69 www.wydawnictwofeeria.pl

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

Część I. W czarnej skrzynce naszego mózgu

Część I

W CZARNEJ SKRZYNCE NASZEGO MÓZGU

Jesteśmy prawdopodobnie ostatnim pokoleniem, które zazna nieskrępowanej konsumpcji, dostatku i zdrowia. Za trzydzieści lat świat nie będzie miał nic wspólnego z otaczającą nas dzisiaj rzeczywistością. Rok po roku podnosi się słupek rtęci i poziom oceanów, tysiące hektarów lądu zmieniają się w pustynię, a miliony ludzi szykują się do opuszczenia swoich domów. Wszystko to z naszej winy.

Po raz pierwszy w swojej historii ludzkość będzie musiała stawić czoła samej sobie. Nie drapieżnikom, głodowi czy chorobom, ale właśnie sobie. Sęk w tym, że nie jest na to przygotowana. Ważą się losy świata, a jedyne, na co nas stać, to niekonsekwencja. Dowód? Bardzo proszę. Jaka jest przyczyna tego, że mimo iż uzbroiliśmy się w szalenie precyzyjne narzędzia, pozwalające dokładnie przewidzieć bieg wydarzeń za kilkadziesiąt lat, zachowujemy kompletną bezczynność? Dlaczego w obliczu katastrofy funkcjonujemy, jak gdyby nic się nie zmieniło? Co w nas nie działa tak, jak powinno?

Aby odpowiedzieć na to pytanie, przyjrzałem się bliżej najbardziej fundamentalnemu, a zarazem najmniej widocznemu tworowi definiującemu nasze człowieczeństwo. Temu wymykającemu się naszemu poznaniu, upchniętemu w czaszce, tajemniczemu i dyskretnemu, choć przecież sterującemu nami narządowi, jakim jest mózg.

To, co odkryłem, zmroziło mnie. Ów mózg, który przedstawia się nam jako twór o niesłychanej wprost złożoności, nad którym rozwodzą się specjaliści w mediach i w supersprzedażowych książkach, tak naprawdę jest narządem w dużej mierze dysfunkcyjnym, destrukcyjnym oraz żądnym władzy, kierującym się wyłącznie własnymi interesami, niezdolnym do wybiegania w przyszłość dalej niż na kilka dekad. Wpadliśmy w pułapkę nadmiernej konsumpcji, nadmiernej produkcji, nadmiernej eksploatacji, nadmiernego zadłużenia i nadmiernych temperatur za sprawą wyspecjalizowanej części kresomózgowia, której z braku narzędzi nie potrafimy powstrzymać.

Ale nie wszystko jest stracone – przecież niektóre struktury tego samego mózgu cechuje racjonalność. Ponieważ jednak jest ich mniej, nie znajdują posłuchu. Aby pomóc dojść do głosu tej milczącej mniejszości, trzeba najpierw poznać potęgę sterujących nami sił. Opiszę tu, jak działają pchające nas na krawędź przepaści podkorowe obwody neuronalne, tak aby wszyscy, którzy tak jak ja marzą o innej przyszłości, wiedzieli, z czym będą mieli do czynienia. Bo jak głosi pewna sentencja, żeby wygrać wojnę, trzeba najpierw poznać wroga. Rzecz w tym, że tutaj musimy poznać samych siebie.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Utracone miejsca

Utracone miejsca

Kiedy miałem siedemnaście lat, moi rodzice nabyli niewielki dom na wyspie Yeu, wydłużonym, dziesięciokilometrowym skrawku ziemi u wybrzeży Wandei. To był cichy, dziewiczy zakątek, którego mieszkańcy utrzymywali się z rybołówstwa, turystyki, drobnego rzemiosła i lokalnego budownictwa. Gdzieniegdzie wyrastały skupiska niemal identycznych domów, pobielonych wapnem, z niebieskimi, żółtymi lub czerwonymi okiennicami. W dzikiej części wyspy naprzeciw oceanu piętrzyły się wysokie klify. Z drugiej strony, gdzie panował ciepły, niemal śródziemnomorski klimat, rozciągały się długie, piaszczyste plaże, z których przy dobrej pogodzie można było dostrzec stały ląd. Z czasem, gdy wraz z rodzeństwem doczekaliśmy się własnych dzieci, chętnie je tam zabieraliśmy. Przyjeżdżaliśmy na wakacje lub na Wielkanoc, by w otoczeniu przyrody łapać chwile oddechu od wyczerpującego życia w wielkim mieście. Przez lata nic się nie zmieniało – te same dęby ostrolistne, pinie, mimozy, ta sama skalna zatoczka z piaszczystą plażą, gdzie łowiliśmy krewetki i kraby, które zjadaliśmy potem na obiad. Nieopodal plaży cumowały niewielkie biało-niebieskie łodzie, kołyszące się z ledwie słyszalnym chlupotem. Do portu wpływały dziesiątki kutrów zaopatrujących targ rybny. Rodziny rybaków zarabiały krocie na handlu tuńczykiem, dorszem czy sardynką.

Przypuszczalnie życie na wyspie przez stulecia wyglądało z grubsza podobnie, jeśli nie liczyć ogólnej poprawy warunków bytowych, postępu w oświacie i jakości usług medycznych, a także rozwoju turystyki. Zmiana dała się odczuć zaledwie jakieś dziesięć lat temu. Najpierw zauważyliśmy, że plaża zaczęła się cofać. Piaszczysta połać ziemi, która schodziła z wydm ku morzu, niegdyś porośnięta piaskownicą zwyczajną – trawą o smukłych, zaostrzonych źdźbłach – zniknęła w niecałe trzy lata. Podczas przypływu woda podchodziła bezpośrednio pod wydmy. Cypel zamykający plażę od północno-zachodniej strony, na którym postawiono malowniczą willę, zaczął się osuwać. Właściciel podjął decyzję o sprzedaży działki, ale było za późno. Każdy potencjalny nabywca widział, że jej dni są policzone, a nikt nie zamierzał inwestować w nieruchomość skazaną na zniszczenie.

W tym też czasie łodzie rybackie opuściły zatoczkę. Życie w porcie zamarło. Z około dwudziestu kutrów, które zazwyczaj cumowały przy nabrzeżu, pozostały dwa lub trzy. Działo się coś niepokojącego. Ale co?

Od klimatologów, których spotykałem w związku z wykonywaną pracą, dowiedziałem się wówczas czegoś, o czym wie dziś większość ludzi. Wzrost temperatur, spowodowany przemysłową emisją gazów cieplarnianych, prowadzi do globalnego podniesienia poziomu oceanów oraz zakwaszenia wód. Ten proces, w połączeniu z masowymi połowami, dziesiątkuje populacje ryb, co z kolei sprawia, że rybacy stopniowo przerzucają się na hodowlę.

Dom, do którego przyjeżdżaliśmy, znajduje się dzisiaj kilka centymetrów nad poziomem morza. Szacuje się, że pod koniec wieku wzrost poziomu oceanów wyniesie od 80 centymetrów do 6 metrów, w zależności od skali globalnego ocieplenia, które staramy się aktualnie ograniczyć do 2 stopni, wiedząc, że tego celu i tak nie uda się osiągnąć. Inaczej mówiąc, musimy przestać myśleć w kategoriach pokoleń. Logika moich rodziców, którzy, inwestując w atrakcyjną nieruchomość, mieli nadzieję przekazać ją swoim dzieciom, wkrótce nie będzie mieć już racji bytu. Moje dzieci częściowo wychowały się w tym miejscu, związały się z nim, tak jak kiedyś ja. Ale one prawdopodobnie nie będą mogły przekazać pałeczki swoim dzieciom. Musimy im to zacząć uświadamiać.

Utrata ukochanego miejsca z pewnością jest przykra, ale przecież chodzi tu tylko o domek letniskowy. Tymczasem dla milionów ludzi, których jedyne domy znajdują się w strefach zagrożonych zalaniem, rzecz jest o wiele poważniejsza. Weźmy choćby Holendrów – u schyłku tego stulecia wielu z nich będzie zmuszonych opuścić dotychczasowe miejsce zamieszkania, ponieważ duża część ich kraju leży poniżej poziomu morza. Wiadomo, że z podobnym problemem będą musiały zmierzyć się Azja Południowo-Wschodnia, Londyn, Nowy Jork czy Luizjana. Wysepka, o której wspomniałem, jest metaforą o wiele szerszego zjawiska. Przeszliśmy od świata, w którym dało się planować przyszłość swoją i kolejnych pokoleń, do nowej rzeczywistości, w której przyszłość jest nieprzewidywalna. Wzrost poziomu wód jest, raz jeszcze, tylko jednym z wielu niepokojących objawów. Niszczymy nasz świat. Gdy ty spokojnie czytasz te słowa, co dziewięć minut z powierzchni Ziemi znika jakiś gatunek1. Pustynnienie całych subkontynentów przełoży się wkrótce na wzrost presji migracyjnej. To bomba z opóźnionym zapłonem. Słyszałeś o tym niejeden raz. Wszyscy znamy fakty, i właśnie to stanowi istotę problemu.

 

Nieoceniony mózg

Nieoceniony mózg

Ziemia jest dzisiaj zamieszkana przez niemal osiem miliardów ludzkich istnień. Już sama ta liczba może wydawać się gigantyczna, ale to jej przyrost robi prawdziwe wrażenie. Zaledwie dwa wieki temu było nas na świecie nieco ponad miliard. Ostatnie pięćdziesiąt lat to największy skok demograficzny w dziejach ludzkości. Co roku nasze szeregi zasila około 90 milionów osób1. Gdyby ze swojej odległej planety obserwowali nas kosmici, uznaliby homo sapiens za niebywale utalentowany gatunek. Rośniemy w siłę, mnożymy się. Jesteśmy panami atomu, elektronu, informatyki, silnika tłokowego i inżynierii genetycznej. Potrafimy ratować ludzi przed śmiercią dzięki narzędziom reanimacyjnym i chirurgicznym, o których sto lat temu nikomu się nie śniło. Poza tym udało nam się skomunikować ze sobą miliardy osób, co dawniej uznano by za czystą magię.

Ten sukces zawdzięczamy rozwojowi niezwykłego narządu, cechującego się zdolnością myślenia abstrakcyjnego i planowania, potrafiącego projektować maszyny, porozumiewać się za pomocą mowy i pisma, dzięki czemu zespoły mężczyzn i kobiet mogą współpracować ze sobą w trakcie realizacji skomplikowanych projektów. Ten narząd – nasz mózg – składa się z około 100 miliardów komórek nerwowych (neuronów) i takiej samej liczby komórek glejowych, które otaczają te pierwsze, pełniąc funkcje odżywcze i ochronne. Kształtuje świadomość, czyli zdolność myślenia o sobie samym i refleksji nad sensem, jaki chcemy nadać życiu. Jest najbardziej niewiarygodnym cudem techniki, jaki kiedykolwiek powstał. Udoskonalał się przez tysiące lat za pomocą starannie dobieranego zestawu genów, umożliwiającego znalezienie odpowiedzi na coraz to nowe wyzwania środowiskowe. Zawdzięczamy mu wszystko. Jest naszą przepustką do życia, poskromił drapieżniki stokrotnie silniejsze od nas, pokonał potężniejszych jeszcze, bo mikroskopijnych wrogów, od niepamiętnych czasów atakujących nasz układ odpornościowy i dziesiątkujących populacje.

Ma on jednak także ciemną stronę. Pierwiastek destrukcji, który przez miliony lat pozwalał mu triumfować nad wrogimi siłami natury, dziś zagraża jemu samemu – i ośmiu miliardom jego pobratymców. Im śmielej mózg sobie poczyna, tym szybciej zbliża się do upadku. Już dawno zawarł pakt z diabłem. Ten pakt w pierwszej kolejności zapewnił mu siłę, władzę i panowanie nad przyrodą, w drugiej ściągnął nań zniszczenie i ruinę. Dzisiaj nadszedł czas wywiązania się z przyjętych zobowiązań.

Dług ekologiczny

Dług ekologiczny

Co roku media i ośrodki zajmujące się badaniem klimatu ogłaszają nam pewną datę. Dzień, w którym, według szacunków naukowców, ludzkość zużyła więcej zasobów, niż Ziemia potrafi wyprodukować w tym samym przedziale czasu. Wyliczenia są owocem pracy klimatologów, ekonomistów, agrotechników, leśników, mineralogów i geologów. Tworzą oni bilans poboru i zwrotu zasobów. Zwrot polega, na przykład, na fotosyntezie, która odnawia rezerwy amazońskiej biomasy, lub odtworzeniu populacji ryb oceanicznych. W ten sposób co roku określa się moment, w którym ludzkość przestaje zużywać tylko to, co planeta może na bieżąco wyprodukować. Od tego dnia, nazywanego po angielsku overshoot day, zaczynamy zaciągać tzw. dług ekologiczny. Aby w ekonomii panowała równowaga, dzień długu ekologicznego powinien wypadać najwcześniej 31 grudnia: jeżeli ostatniego dnia roku nie mamy zaległości, wszystko jest w porządku – zasoby odnawiają się w takim samym tempie, w jakim są wykorzystywane.

Po raz pierwszy usłyszałem o długu ekologicznym, gdy wraz z Mathieu Vidardem i innym dziennikarzem, debiutującym wówczas Axelem Villardem, przygotowywałem audycję dla radia France Inter. Axel zrobił materiał o stopniu wyczerpania zasobów naturalnych, w którym pojawiała się informacja, że dzień długu wypadał 21 sierpnia1. Dwa lata wcześniej był to 25 września. A jeśli cofnąć się jeszcze o dwadzieścia lat, do roku 1987, dług zaczynaliśmy zaciągać 19 grudnia. To był czas, gdy ludzkości, jeśli nie liczyć kilku dni, udawało się jeszcze spłacać zobowiązania. Od tamtej pory zadłuża się ona jednak z roku na rok tak konsekwentnie, że dzisiaj dzień długu ekologicznego wypada już niemal w połowie roku. Co to oznacza? To proste: przez pięć miesięcy wykorzystujemy rezerwy, których nie będziemy w stanie odnowić. Co zrobimy, gdy nie zostanie już nic?

Taką sytuację analizują specjaliści z zakresu dynamiki populacyjnej, odnosząc się do pojemności środowiskowej. Pojemność środowiskowa ekosystemu określa maksymalną ilość osobników, jaką może przyjąć dany ekosystem. Jeżeli wskutek zbyt szybkiego wzrostu demograficznego jest ich za dużo, zasoby się wyczerpują, zwiastując śmierć. Wówczas albo liczebność populacji spada do akceptowalnego poziomu i na nim się zatrzymuje, albo następuje zapaść2. To mi przypomina pewne doświadczenie, które przeprowadziłem jako młody badacz, gdy niechcący doprowadziłem do zapaści demograficznej.

Doświadczenie z bakteriami

Miałem wtedy nie więcej niż dwadzieścia pięć lat i przygotowywałem doktorat z neurobiologii w Instytucie Pasteura. Część mojej pracy polegała na namnażaniu bakterii Escherichia coli w celu stworzenia mutacji DNA potrzebnej do doświadczeń, które pozwalałyby zrozumieć funkcjonowanie komórek nerwowych mózgu. Moje zadanie sprowadzało się do umieszczenia kilku mikrogramów bakterii Escherichia coli w próbówce z płynem bogatym w cukier. Następnie przenosiłem probówkę do pomieszczenia, w którym panowało 37 stopni Celsjusza, i mocowałem na obracającej się tarczy. Mieszanie i stała temperatura zapewniały badanym przeze mnie mikroorganizmom idealne warunki do rozwoju. Po upływie dwunastu godzin próbówka zawierała nieprzejrzystą zawiesinę setek miliardów bakterii. Te jednokomórkowce dzielą się co dwadzieścia minut, a ich populacja rośnie bardzo szybko tak długo, jak długo jest jedzenie. Należy je więc wyjąć z próbówki, zanim skończą się zapasy pożywienia.

Jak niejednemu doktorantowi, rano zdarzało mi się pospać. Zjadałem nieśpiesznie śniadanie i przychodziłem do laboratorium około jedenastej. Tego dnia, gdy tylko otworzyłem drzwi dusznego pokoju, by zabrać swoją próbówkę z bakteriami, natychmiast zrozumiałem, że coś poszło nie tak, i to bardzo. Zawartość próbówki była mleczna, całkowicie mętna, a po otwarciu straszliwie cuchnęła. Rozprowadziwszy płyn na płytce laboratoryjnej, zauważyłem ciągnące się, kleiste włókna z wyglądu przypominające połączenie śluzu ślimaka i stopionego sera.

Wszystkie moje bakterie nie żyły. Wiedziałem, co się stało. Po przewidzianych dwunastu godzinach liczba bakterii sięgnęła 500 miliardów, przekraczając górną granicę zagęszczenia populacji w tej ograniczonej przestrzeni. Ja w tym czasie przy kuchennym stole przygotowywałem sobie spokojnie kawę. W chwili, gdy umywszy filiżankę, wychodziłem z domu, próbówka zawierała już nie 500, ale 1000 miliardów bakterii. Aby je wyżywić przez kolejne dwadzieścia minut, potrzebna byłaby druga próbówka. Dwadzieścia minut później moje bakterie próbowały jeszcze podwoić swoją liczbę, wyszarpując sobie ostatnie cząsteczki cukru, jakie pływały w tej śmiercionośnej zupie. Hekatomba zaczęła się, gdy jechałem metrem. Kiedy dotarłem do Instytutu Pasteura, w probówce był już tylko białawy bulion, cmentarzysko tysięcy miliardów bakterii, które wyczerpawszy dostępne zasoby, zmieniły się w gnijącą papkę.

Gdyby wielcy decydenci i ekonomiści zapisali się na kurs z kultur bakteryjnych, uświadomiliby sobie, co oznacza nadmierna eksploatacja zasobów na ograniczonym obszarze. Przyroda nie szczędzi nam wymownych przykładów, do czego prowadzi wyczerpywanie zapasów w ekosystemach. Weźmy choćby roztocza dobroczynka gruszowego. Ten mały stawonóg, bywalec sadów i winnic, żywi się głównie innym roztoczem, przędziorkiem owocowcem3. W okresach ekspansji populacji dobroczynka giną wielkie ilości przędziorków, dobroczynki zaś gwałtownie się rozmnażają.

Populacja przędziorka znika, przetrzebiona wskutek uczty. Ponieważ stół dobroczynków świeci pustkami, populacja tych bezkarnych obżartuchów także ulega zagładzie, zgodnie z bezlitosną logiką. Stawonóg nie ma dylematów: jeśli nadarza się okazja do jedzenia, wcina i nie zastanawia się nad tym, co będzie później. Jeżeli nie wykorzysta okazji, zrobią to jego ziomkowie, a wówczas nie zostaną mu nawet okruszki i umrze wcześniej niż inni.

Upadek Akadyjczyków

Można by sądzić, że ludzie mają nieco więcej oleju w głowie. Prawdą jest, że umiemy wybiegać myślą poza teraźniejszość, problemem pozostają jednak ramy czasowe. Posłużmy się przykładem starożytnej cywilizacji. Jakieś 4400 lat temu gospodarka znajdującego się w Mezopotamii Imperium Akadyjskiego zaczęła się spektakularnie rozwijać dzięki irygacji pól i uprawie zbóż koniecznych, by zaspokoić potrzeby rosnącej populacji. W reakcji na wzrost demograficzny inżynierowie imperium musieli zwiększyć eksploatację terenów. Mając na celu podniesienie produkcji rolnej, wykopali kilometry kanałów transportujących wodę z gór. Niestety, system napotkał na przeszkodę: woda wykorzystywana do nawadniania pól w trakcie transportu ulegała zasoleniu4. Z upływem stuleci na gruntach rolnych osadzały się coraz większe ilości soli, tworząc pokłady, które możemy obserwować do dzisiaj.

Archeolodzy twierdzą, że Akadyjczycy byli zmuszeni sięgnąć po odmiany zbóż odporne na wysokie zasolenie. Eksploatacja środowiska pociągnęła za sobą niepożądane skutki, które inżynierom udało się pokonać inną metodą. Jednak nie można opracowywać w nieskończoność coraz bardziej zaawansowanych technologii, aby łagodzić groźne następstwa tych dotychczasowych. Fizjologia roślin uprawnych ma swoje ograniczenia. Kiedy rolnictwo Akadyjczyków przekroczyło punkt krytyczny, ziemia eksploatowana do granic możliwości w ciągu kilku dekad wyjałowiała. Cywilizacja, która zawdzięczała rozkwit pomysłowości rządzących, zaczęła chylić się ku upadkowi. Aż w końcu nastąpił jej kres. Tak jak to się stało z populacją bakterii w próbówce. Oczywiście skala czasu jest nieporównywalna, ale przecież wszystko zależy od punktu odniesienia. Gdyby bowiem zdarzyło się tak, że z odległej planety obserwowaliby nas długowieczni kosmici, bylibyśmy dla nich jak bakterie dogorywające w próbówce.

Wśród cywilizacji upadłych wskutek nadmiernej eksploatacji środowiska zasadę przekroczenia pojemności środowiskowej ilustruje najlepiej cywilizacja Wyspy Wielkanocnej. Wyspę, skrawek ziemi zagubiony na środku Oceanu Spokojnego w odległości prawie 4 tysięcy kilometrów od najbliższego kontynentu, w XII wieku zamieszkiwało około 15 tysięcy osób. Antropolog Jared Diamond w książce Upadek5 opisał, w jaki sposób mieszkańcy wyspy doprowadzili do samozagłady. Polinezyjczycy z Wyspy Wielkanocnej stworzyli rozwiniętą cywilizację opartą na gospodarce leśnej, szkutnictwie i produkcji słynnych dziś posągów wotywnych, które później stały się symbolem tego wymarłego ludu.

Najbardziej pożądany zasób – drewno – występował oczywiście w ograniczonej ilości. Ale wyspiarze się tym nie przejmowali. Gdy zużyli wszystko, co się dało, populacja zaczęła się kurczyć, by spaść w XVIII wieku do marnej liczby 2 tysięcy mieszkańców. Jeśli zestawimy Wyspę Wielkanocną z probówką w laboratorium w Instytucie Pasteura albo mezopotamską megaprobówką sprzed czterech tysięcy lat, to można przyjąć, że mamy tu do czynienia z naczyniem laboratoryjnym średniej wielkości.

Oczywiście największym naczyniem, jakie mamy do dyspozycji, jest Ziemia. W lutym 2018 roku naukowcy z uniwersytetu w Leeds w Wielkiej Brytanii opublikowali wyniki zakrojonego na szeroką skalę badania na temat długu ekologicznego w różnych częściach świata, wskazujące, że większość krajów rozwiniętych regularnie przekracza próg odnawialności zasobów w co najmniej pięciu z siedmiu podstawowych kategorii, jakimi są zużycie wody, fosforu, azotu i gleb, ślad ekologiczny, zużycie zasobów materialnych oraz emisja dwutlenku węgla6. W zamian państwa te gwarantują swoim obywatelom pewne przywileje, przede wszystkim dostęp do wody i pożywienia, centralne ogrzewanie czy służbę zdrowia, ale również „usługi” nie pierwszej potrzeby, takie jak szybkobieżny transport, szerokopasmowy Internet czy ogólnodostępna telefonia. Badanie wskazuje na naszą niezdolność do odróżnienia życiowych potrzeb zaspokajanych w wyniku eksploatacji zasobów od wygodnictwa, będącego w dużej mierze przyczyną długu ekologicznego. Warto wspomnieć, że niektóre kraje rozwijające się przekraczają próg tolerancji, mimo że nie zaspokajają elementarnych potrzeb swoich mieszkańców.

 

Nadmierna eksploatacja prowadzi do wyczerpywania zasobów naturalnych, ale na tym problem się nie kończy. Pociąga ona też za sobą groźną w skutkach zmianę klimatu. Globalne ocieplenie jest kolejną daniną płaconą za postęp techniczny, który pozwolił milionom osób zaspokoić nie tylko potrzeby, ale również zachcianki, zapewniając komfort, dietę mięsną, nowe środki transportu, nowe rozrywki, nowe sprzęty AGD. Wraz z rewolucją przemysłową, która wybuchła w XIX wieku, ludzkość zaczęła masowo korzystać z paliw kopalnych – węgla i ropy – opierając na nich każdy aspekt gospodarki. Wspomniane tu węglowodory to nic innego jak tysiące pokoleń lasów przeobrażonych na przestrzeni milionów lat w podziemny magazyn zawierający miliardy ton węgla. Spalając je, gwałtownie wtłoczyliśmy cały ten węgiel w atmosferę. Podpaliliśmy ogień pod gigantycznym szybkowarem, w którym ciśnienie ciągle rośnie. Problem w tym, że wzrost produkcji dwutlenku węgla jest jeszcze szybszy niż wzrost populacji, ponieważ wskaźnik jego emisji liczony na mieszkańca także rośnie. Wszyscy znamy skutki tego procesu, ale nie robimy nic, by go powstrzymać. Po każdym szczycie klimatycznym zwiększa się produkcja CO2. Tak było po szczycie w Rio w 1992 roku, w Kioto w 1997, w Kopenhadze w 2009 i w Paryżu w roku 2015. Obecnie przemysł, transport, rolnictwo i sektor energetyczny – wielka czwórka głównych trucicieli – emitują do atmosfery osiem razy więcej szkodliwych substancji niż w 1950 roku7.

W 2017 roku emisja gazów cieplarnianych wzrosła o 2 procent, co stało w całkowitej sprzeczności z deklarowanymi celami paryskiego porozumienia8. Już dzisiaj widać, jak nasza bierność wpłynie na światową równowagę demograficzną i ekologiczną. Szacuje się, że około 2100 roku temperatury wzrosną o trzy, być może nawet o cztery stopnie. Obserwatorzy z CNRS (Centre National de la Recherche Scientifique, Krajowe Centrum ds. Badań Naukowych) oraz uniwersytetów w Nowym Jorku i Kalifornii9, a także z innych dużych ośrodków badawczych przeprowadzili symulacje, z których wynika, że poziom mórz podniesie się o kilka metrów. W 2018 roku na kole podbiegunowym odnotowano temperaturę 34 stopni Celsjusza10. Tak czy inaczej, pod wodą znajdą się setki kilometrów wybrzeży w Europie, Ameryce Północnej i Azji Południowo-Wschodniej, co będzie prowadziło do masowej migracji i sporów o ziemię. Przed koniecznością przymusowej przeprowadzki stanie 85 milionów Chińczyków, 32 miliony Wietnamczyków, 28 milionów Hindusów, 21 milionów Japończyków, 17 milionów Amerykanów i dwie trzecie Holendrów11. Jednocześnie na południe od nas, w Afryce, następuje najszybszy na świecie wzrost demograficzny, a skutki ocieplenia klimatycznego są tam najbardziej odczuwalne. Tysiące hektarów tamtejszych ziem uprawnych dotykają coraz dotkliwsze susze, zmuszając do emigracji lokalne populacje, które regularnie docierają do bram Europy i których szacunkowa liczba jest wciąż niepewna, choć niepokojąca, spekuluje się bowiem o maksymalnie miliardzie migrantów w okresie następnych czterdziestu lat12.

Mówimy głośno, że ludzka aktywność powoduje degradację ekosystemu, że tysiące gatunków zwierząt giną z powodu zakwaszenia oceanów, masowych połowów i wyrębu lasów, jednak to przede wszystkim nasz gatunek poniesie koszty tych zmian. W ciągu ostatnich dwóch dziesięcioleci klęski żywiołowe spowodowane ociepleniem klimatu (głównie powodzie i huragany) kosztowały nas trzy tysiące miliardów dolarów, czyli o 250 procent więcej niż w analogicznym okresie poprzedzającym13. To sygnały, które powinny być dla nas ostrzeżeniem. Człowiek w swej obecnej postaci stąpa po powierzchni Ziemi dopiero od kilkuset tysięcy lat. Jego pobyt tutaj może okazać się wyjątkowo krótkotrwały. Rekiny czy gąbki mają za sobą setki milionów lat ziemskiego życia. Nam, z naszymi supermózgami, rakietami i symfoniami fantastycznymi grozi coś na kształt przedwczesnego wytrysku. Skończymy, zanim na dobre się rozkręcimy po tym, jak zaczęliśmy kilka tysiącleci wcześniej.