KołymaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Okładka i projekt graficzny

Fahrenheit 451

Sebastian Warlikowski

Korekta, redakcja, przypisy i słowniczki

Robert Jankowski, Barbara Manińska

Materiały archiwalne, teksty sybiraków, dokumenty i zdjęcia dzięki uprzejmości Zarządu Głównego Związku Sybiraków

Dyrektor projektów wydawniczych

Maciej Marchewicz

ISBN 9788366177611

© Copyright for Zona Zero Sp. z o.o., Warszawa 2019

Zona Zero Sp. z o.o.

ul. Łopuszańska 32

02-220 Warszawa

Tel. 22 836 54 44, 877 37 35

Faks 22 877 37 34

e-mail: wydawnictwo@zonazero.pl

Konwersja

Monika Lipiec

Mapa


Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Wstęp

Chociaż miliony ludzi wymierały w strasznych warunkach w tzw. obozach pracy, jednak Kołyma była miejscem prawdziwej eksterminacji. […] Ogólne określenie było krótkie: – Kołyma to śmierć. Może wytrzymasz rok, najwyżej dwa. Owszem, wytrzymasz więcej, jeżeli dostaniesz pracę w administracji obozu, ale tam dostają pracę prawie wyłącznie kryminaliści. Dla innych – mróz dochodzący do 70° C, szkorbut, przymieranie głodem, bagnet lub kula strażnika1.

Kołyma – synonim śmierci, powolnego umierania i innego świata, gdzie nie obowiązują żadne reguły, a człowiek to tylko nieistotny element większej machiny. Grupa obozów pracy przymusowej, znajdujących się w krainie niemal wiecznego mrozu, gdzie przez prawie 10 miesięcy trwała wycieńczająca zima, a skuty lodem i niedostępny port w Magadanie sprawiał, że Kołyma, choć będąca kontynentalną częścią Związku Sowieckiego, stawała się niedostępną wyspą. Trwający nieco ponad 2 miesiące okres letni był jedynym czasem, kiedy przybywali zesłańcy. Kierowani byli drogą morską przez port we Władywostoku lub w Buchta-Nachodka. Istniała także droga powietrzna, dostępna tylko w określonych, jednostkowych przypadkach.

Swoją nazwę – Kołyma – sowieckie łagry zawdzięczały najdłuższej rzece, która przepływała przez omawiany obszar i w dorzeczu której położone były wspomniane obozy. Występujące tam złoża naturalne: złoto, platyna, węgiel, ołów czy uran wydobywane były w prymitywny sposób, przy maksymalnym wykorzystaniu człowieka, zsyłanego tu jako przestępcę politycznego czy kryminalnego. Człowieka, którego życie nie było warte wiele, bo „wagony są pełne takich jak wy”.

Zaprezentowane w publikacji wspomnienia nie ukazują całego tragizmu losów zsyłanych na Kołymę, choć same w sobie są przejmujące i głęboko zapadają w pamięć. Mając jednak świadomość wysokiej śmiertelności, odmrożeń i amputacji, rodzą się pytania: Jak cierpieć musieli ci, którzy codziennie znajdowani byli nieżywi w kołymskich śniegach, na pryczach, zastygli gdzieś pod drzewem? Co czuli, gdy z dnia na dzień, wycieńczeni, coraz wolniej kierowali się do pracy, a wrogie twarze enkawudzistów nie znały słowa litość i pod fałszywym zarzutem sabotowania pracy „wymierzały sprawiedliwość” strzałem w głowę lub w najohydniej wyszukany sposób? Jaki potworny fizyczny i psychiczny ból przyniosła Kołyma tym, którzy odbierali sobie życie, nie widząc żadnej szansy na dotrwanie do końca wyroku? Nie dziwi więc, że w relacjach uratowanych Kołyma doczekała się wielu określeń, zawsze niezwykle wymownych: białe krematorium, białe Auschwitz, przeklęta Wyspa, przeklęta planeta. W obozach kołymskich „praca nie czyniła wolnym” – znany jest za to co najmniej jeden przykład, gdzie nad bramą obozu widoczne były słowa: „kto nie pracuje, ten nie je”.

Ale te relacje to także przykłady wyjątkowego „szczęścia w nieszczęściu”, Bożej Opatrzności, która czuwała nad tymi, którzy przeżyli. W prezentowanych wspomnieniach wiara w Boga i modlitwa pojawiają się często, stanowiąc razem z nadzieją na powrót do domu najsilniejsze powody walki o przetrwanie nie tylko z otaczającą rzeczywistością, ale także z samym sobą. Wyrazem gorącej wiary jest obraz Matki Boskiej Kołymskiej, nazwanej Opiekunką wszystkich więźniów i zesłańców w łagrach sowieckich, stworzony w obozowej rzeczywistości w 1949 roku przez jednego z Polaków.

Kołymskie obozy były różnorodne pod kątem narodowościowym. Choć ta mozaika zmieniała się na przestrzeni lat (pierwsi więźniowie pojawili się w 1932 roku), to pewne grupy przywoływane były przez naszych rodaków często: pełno w nich było Rosjan i Ukraińców, byli także Litwini, Łotysze, Estończycy, Żydzi, Niemcy, Czesi, Ormianie, Mongołowie, Japończycy, a we wspomnieniach pojawią się także m.in. Francuz, Hiszpan, Rumun, Węgier, a także Anglik i Amerykanin, uznawani za złapanych szpiegów2. Relacje o stosunkach panujących w obozach są różne, często niejednoznaczne – tym co dzieliło były stosunki narodowościowe, żywe wśród zesłanych krzywdy. Istotny był także podział na więźniów politycznych i kryminalnych, a trafiali tu skazani za najgorsze przestępstwa. Kryminalni często pracowali mniej, stanowiąc grupę współpracującą z administracją obozową, która przymykała oko na dokonywane kradzieże, zabójstwa, przestępstwa seksualne, a nawet... kanibalizm. Niemniej podziały ustępowały miejsca walce o przetrwanie, a przykłady niespodziewanej solidarności ocaleni uczciwie odnotowali w swoich wspomnieniach. Wrogi i nieludzki system, którego uosobieniem był twórca Józef Stalin i sytuacja, w której przyszło walczyć o życie, sprawiały, że wiele różnic zacierało się, schodziło na dalszy plan. Kołyma, jak każde nieludzkie miejsce, pokazała, kto w chwili próby miał odwagę być... człowiekiem.

Zaprezentowane w książce polskie historie zesłanych dotyczą dwóch okresów: początków deportacji w roku 1940 z polskich terenów zagarniętych przez Sowietów po agresji 17 września 1939 roku, oraz po ich ponownym wkroczeniu w 1944 roku. W pierwszym przypadku dla zesłanych zbawienny okazał się układ Sikorski-Majski z 30 lipca 1941 roku, będący następstwem ataku Niemiec na ZSRS, i wynikająca z układu zgoda na formowanie jednostek Wojska Polskiego na terenie Związku Sowieckiego. Dzięki tej umowie pierwsi polscy zesłańcy mogli uciec z Kołymy już w październiku 1941 roku i wraz z generałem Władysławem Andersem rozpoczęli wymarsz z nieludzkiej ziemi.

W drugim przypadku na wolność czekano dłużej – dopiero śmierć Józefa Stalina w 1953 roku zmieniła sytuację panującą w obozach Kołymy – po pewnym czasie skrócono wymiar odbywanej kary, możliwe było opuszczenie obozu i zamieszkanie w miastach regionu na zasadach niemalże takich samych jak reszta mieszkańców. Wolni zesłańcy bez zastanowienia rozpoczęli działania pozwalające na powrót do Polski, co po pewnym czasie udało się i po przebyciu drogi kilkunastu tysięcy kilometrów docierali do punktu etapowego w Żurawicy koło Przemyśla. Stamtąd kierowali się do miejsc zamieszkania. Warto dodać, że jednym ze sposobów opuszczenia Kołymy było zawarcie fikcyjnego cywilnego związku małżeńskiego z osobą, która otrzymała zgodę na wyjazd. Skorzystało z tego wiele osób – we wspomnieniach podawane są chlubne przypadki zwalnianych, którzy często w ogóle nie znając przyszłej żony godzili się na takie rozwiązanie, byleby ukrócić gehennę drugiej osoby.

Nieludzki system, określony nawet szatańskim wymysłem, który powstać mógł tylko w Rosji i w głowie Stalina, na zawsze zmienił tych, którym udało się przeżyć. Jak wspomniał jeden z zesłańców: […] około 2-letni pobyt w Rosji w zgotowanych nam tam opłakanych warunkach zatarł jakby świadomość, że istnieje jeszcze świat, gdzie ludzie żyją normalnie.

Sebastian Warlikowski

redaktor

1 Władysław Anders, Bez ostatniego rozdziału. Wspomnienia z lat 1939–1946, Lublin 1992, s. 104.

2 Obie postacie pojawiają się w relacjach z roku 1950–53, w czasie wojny koreańskiej.

Od Wydawcy

Wydawca przy opracowaniu tekstów zastosował następujące zasady:

- wszystkie objaśnienia w postaci przypisów do treści pochodzą od redakcji,

- wyrazy typowo rosyjskie, jak i słowa charakterystyczne dla języka, którym posługiwano się w łagrach, tworzące łagierniczy żargon, zapisane zostały drukiem pochyłym. Część z tych słów i wyrażeń w nawiasach półokrągłych objaśniali sami autorzy lub też osoby dokumentujące ich wspomnienia – wówczas zrezygnowano z komentarza redakcyjnego. Część natomiast autorzy i osoby dokumentujące pozostawili bez wyjaśnień – takie sformułowania opatrywane są przypisami, a do wielu z nich – jako powszechnie używanych przez więźniów i powtarzających się w wielu tekstach tego zbioru – objaśnienia można znaleźć w Słowniczku terminologii łagiernej i języka więziennego na końcu książki,

- określenia odbiegające od zasad poprawnej transkrypcji użyte przez autorów – o ile są zrozumiałe dla Czytelnika – zostały zachowane w oryginale,

- objaśnienia nazw geograficznych i in. można znaleźć w Wykazie miejscowości i nazw geograficznych na końcu książki, podobnie i objaśnienia skrótów zostały podane w Wykazie skrótów i skrótowców na końcu książki – w obu wypadkach informują o tym odpowiednie adnotacje w przypisach.

 

Prokliataja1 Kołyma

Adam Kądziołka

Łagierników wysyłano do pracy, pod zbrojną strażą z psami, nawet w pięćdziesięciostopniowe mrozy.Wolnym, którzy przyjeżdżali na Kołymę na trzyletni kontrakt, żyło się nieźle, sprowadzali rodziny, a nawet przedłużali umowy. Kołyma była przeklęta tylko dla nas, łagierników.

Zostałem aresztowany przez NKWD 2 sierpnia 1945 roku. Dnia tego nie zapomnę nigdy. Aresztowano mnie za przynależność do Armii Krajowej. Byłem mieszkańcem miasta Drohobycza (woj. lwowskie) i tamże w sądzie przebywałem w śledztwie prawie trzy miesiące.

[…]

Ciężkie to były czasy. Bicie w twarz, tłuczenie po plecach grubym kablem, siedzenie na nodze od taboretu, stanie z rękami w tyle parę centymetrów przed rozpalonym piecem kaflowym (specjalnie chyba po to rozpalonym, było przecież lato).

[…]

31 października 1945 roku ja i moi dwaj koledzy z AK, Józek i Mietek, stanęliśmy przed wojennym trybunałem. […] Ja, urodzony w województwie krakowskim, jako cudzoziemiec otrzymałem z paragrafu 58-2 dziesięć lat poprawczo-roboczych obozów2.

[…]

18 stycznia 1946 roku zostaliśmy wtłoczeni do wagonów bydlęcych i jechaliśmy, nikt nie wiedział dokąd, ale jedno było pewne – na wschód. […] W wagonie ponad stu ludzi, warunki ciężkie, chyba bydło przewożone w cywilizowanym kraju miało lepsze.

[…]

Wreszcie koniec tej cudownej jazdy, dojechaliśmy do miejsca przeznaczenia, byliśmy w Nowosybirsku. Ze Lwowa wyjechaliśmy 18 stycznia, podróż trwała do 22 lutego 1946 roku.

[…]

Praca była ciężka, wyładowywaliśmy deski z barek na rzece Ob, które trzeba było nosić na ramionach spory kawałek od barki.

[…]

Następnie pracowaliśmy na lotnisku może tydzień, może trochę dłużej, wreszcie nowa komisja etapowa i nowy etap, pogłoska szła, że do Komsomolska nad Amurem.

[…]

Był maj, ciepło, całymi godzinami przebywaliśmy pod gołym niebem, na noc do baraków i spanie na gołej podłodze. Wreszcie podstawiono wagony i wsadzono nas do nich, ale na pewno były lepsze warunki od tych na etapie Lwów–Nowosybirsk – było trochę słomy, miejsca było sporo, a najważniejsze było to, że już poznałem życie łagierne.

[…]

Po dwóch tygodniach podróży, na pewno nie tak koszmarnej jak pierwsza, dojechaliśmy do Komsomolska nad Amurem3.

[…]

Na OP4 pracowałem całe lato 1947. Nadeszła zima, było mi ciepło, głodny nie byłem, pracować ciężko nie musiałem, ale zdawałem sobie sprawę, że to wiecznie nie może trwać. Była jeszcze zima 1948 roku i chyba w lutym dr Leopold (Alter)5 powiedział do mnie: „Dłużej nie mogę cię trzymać na OP, władze szpitalne patrzą na to krzywo, postaram się, żeby cię przeniesiono do szpitalnej brygady roboczej”.

[…]

Pracowałem w brygadzie, bywało lepiej, bywało gorzej. Dr Leopold pomagał mi jak mógł i w czym mógł.

[…]

Zbliżał się koniec kwietnia, w dniu 28. pękła bomba6, co dla mnie nie wróżyło nic dobrego.

[…]

Tak też się stało, 7 czy 8 maja 1948 roku zostałem skierowany etapem na 105 kolonię roboczą. […] Musiałem pożegnać się ze szpitalem, gdzie było mi tak dobrze.

[…]

Na pożegnanie Komsomolska w kilku zdaniach opiszę, co słyszałem od Rosjan na temat tego miasta. Jak sama nazwa mówi, miasto to ma coś wspólnego z komsomolcami, oni mieli wybudować to miasto. W przyszłości, kiedy byłem w jednym z łagrów na Kołymie, pokazano nam film jak to komsomolcy budują to miasto. Widzieliśmy jak praca wre, kopano ziemię, wożono ją taczkami, murarze murowali… – jednym słowem młodzież pracowała i uwijała się jak w ukropie. Po filmie usłyszałem jednak, co Rosjanie mówili na temat tego filmu. Jeden powiadał: „eto wsio czepucha” (to wszystko bujda), drugi znów mówił: „eto wsio... (tu padło słowo niecenzuralne)” i dalej: „gorod Komsomolsk postroili łagierniki za czerpak bałandy7” (miasto Komsomolsk zbudowali łagiernicy za czerpak zupy)8.

[…]

Podróż na Kołymę9

[…] Gdzieś przy końcu sierpnia 1948 roku wielką grupę łagierników (o mnie nie zapomniano) załadowano do wagonów towarowych. Poszła pogłoska o Kołymie, której wszyscy tak się bali, mówiono bowiem o niej tyle niedobrych rzeczy. Nic pewnego jednak jeszcze nie było wiadomo. Promem przeprawiliśmy się przez Amur (mostu nie było). Podróż nie trwała długo i wkrótce znaleźliśmy się w Sowieckiej Hawani10 na peresyłce11. Teraz już było jasne, że przed nami sławna Kołyma.

[…]

Z końcem września albo na początku października załadowano, a właściwie wtłoczono nas pod pokład statku o nazwie „Nogin”, który był specjalnie przystosowany do przewożenia łagierników. Taką samą rolę spełniała druga jednostka o nazwie „Erywań”. […] Po siedmiu dniach dobiliśmy do portu w Magadanie12, stolicy Kołymy.

Z przekleństwami, krzykiem i nawoływaniami skarej, skarej13 wyprowadzono spod pokładu statku „białych murzynów”. Na Kołymie był początek zimy, ale tu nad morzem klimat łagodniejszy, powietrze morskie, niewiele śniegu. Całą piersią wdychałem świeże powietrze po tylu dniach zaduchu i smrodu.

Ubrania nasze były przesiąknięte wilgocią. Pogoniono nas, ustawiono w piątki, policzono i na komendę szagom marsz (krokiem marsz) ruszyliśmy na peresyłkę oddaloną o kilka kilometrów.

Jesteśmy zatem na magadańskiej peresyłce. Dużo baraków drewnianych, środkiem ulica i tysiące łagierników oczekujących na wysyłkę w głąb Kołymy. Za bramą ustawiono nas ciasno w szeregu, znów liczono i przeglądano. Typ o gębie łotra utrzymywał porządek za pomocą grubego kija, bardzo sprawnie się nim posługiwał. Był to starosta peresyłki (każdy łagier miał starostę), też łagiernik wysługujący się administracji. On ze swoimi pomocnikami to cała władza na peresyłce. Jeśli mu się kto nie podobał, za pomocą tego kija dawał o tym znać. Gęba mordercy, na sumieniu musiał mieć życie ludzkie. Wewnątrz peresyłki rzadko widywało się żołnierzy NKWD, ich zadaniem było pilnowanie na wyżkach (wieżyczkach) wybudowanych przy wysokich parkanach wokół peresyłki.

Prokliataja Kołyma

Jesteśmy już więc na Kołymie. Jak mówili Rosjanie: „prokliataja Kołyma”, ziemia łagierników, sopki14 kołymskie, tajga i pustkowia, łagier obok łagru, posiołek15 dla wolniaszków16 (wolnych). Czasem na przestrzeni kilkunastu kilometrów cztery–pięć łagrów, w każdym z nich około tysiąca ludzi, a nawet i więcej. Dlaczego mówiono „prokliataja Kołyma”? Ja myślę, że ta Kołyma sama w sobie nie była przeklęta, to ludzie dla ludzi zrobili ją przeklętą. Owszem, klimat surowy, zima długa i mroźna, śniegi, wieczna zmarzłość. Wiosna, lato czy jesień trwały około czterech miesięcy, ta ziemia nie rodzi, ale na niej można żyć. Kołyma jest bogata w minerały, takie jak złoto, ołów, węgiel, uran, i w wielkie obszary lasów. Tu łagiernik musiał pracować ciężko, niedożywiony, pozbawiony witamin, poganiany. Baraki słabo ogrzewane, brak wody pitnej, nie mówiąc o codziennym myciu się.

Do 50 stopni mrozu wysyłano ludzi do pracy, pod konwojem uzbrojonym w automaty i mającym do pomocy tresowane psy. A przecież wolni, którzy przyjechali na Kołymę na trzyletni kontrakt, żyli dobrze. Mieli co jeść, byli dobrze ubrani. Jednym słowem, powodziło im się nieźle, nawet sprowadzali rodziny, przedłużali kontrakty. Przeklęta Kołyma była więc tylko dla łagierników przeklęta. O Kołymie mówiono też: „Kołyma, czudiesnaja płaneta, dwienadcat miesiacew zimy, ostalnoje leto17.

Na magadańskiej peresyłce karmiono podobnie jak na innych: około dziesiątej rano zupa i 400 gramów chleba, późnym popołudniem zupa, śledź solony i 400 gramów chleba. Zupę piło się czerez bort18, to znaczy po prostu przechylało się miskę i wypijało się jej zawartość, łyżek nie było. Po południu szybko wypijało się zupę, chleb i śledzia pod pachę, i biegiem do baraku zająć miejsce na narach19 na noc. Dobrze było, jeśli się miało jednego albo dwóch kolegów – jeden drugiemu zajmował miejsce na narach. Jeżeli nie udało się zająć takiego miejsca, nie pozostawało nic innego, jak ulokować się na podłodze, gdzie też panowała ciasnota. Z wodą pitną również było ciężko, po śledziu chciało się pić. Na dworze leżała cienka warstwa śniegu, wycinało się nieduży plaster i chrupało. Jeśli brakowało śniegu na ziemi, sięgano na dach baraku, ale wkrótce i tam go brakowało. Miałem okazję pić wodę z beczki, w której wynoszono nieczystości. Smaczna była, bo chciało się pić, ale potem czułem w ustach nieprzyjemny zapach.

Pewnego razu stałem w kolejce za chlebem, starosta-bandzior stał z boku z kijem w ręce i obserwował. Zapewne upatrywał sobie ofiarę, no i upatrzył sobie mnie. Musiałem mu się strasznie podobać. Przystąpił do mnie i bez słowa puścił pałkę w ruch, bił, gdzie popadło. Co miałem robić? Uciekałem w kierunku swojego baraku. Potknąłem się o coś i upadłem, on potknął się o mnie i też upadł. Szybko się jednak podniósł i zdążył mi jeszcze przyłożyć kijem. Ja podniosłem się z ziemi i wpadłem między ludzi. Nie gonił mnie, uważał chyba, że dostatecznie dużo mi wlał. Skryłem się w jednym z baraków, w którym akurat była sanczast20. Zgłosiłem się do siostry i powiedziałem, co zaszło. Byłem słaby i czułem się źle. Dała mi jakieś lekarstwo i powiedziała: „niemnożko posidi”21. Posiedziałem, odpocząłem i udałem się do swojego baraku bez zupy, bez chleba i bez śledzia, głodny. Miejsce na narach było zajęte, musiałem położyć się spać na podłodze.

Tu na peresyłce nastąpiła reorganizacja. Wszystkich politycznych oddzielili od tak zwanych bytowików22 […] i umieszczeni mieliśmy być w „spec-łagrach” o nazwie Berłag23. Jak się później okazało, także między politycznymi było sporo błatnych24 i żulików.

Z peresyłki do łagru „Chołodnyj”

Przed opuszczeniem peresyłki musieliśmy przejść banię25 i golenie. Następnie otrzymaliśmy nowe umundurowanie, watowane spodnie, kufajkę, watowanki26, czapkę uszankę, bieliznę, onuce i rękawice. Do tego jeszcze buszłat27, który ubierało się [na] kufajkę. Tego samego dnia, przed wieczorem dużą grupę łagierników, w której byłem i ja, załadowano na samochody pod konwojem. Kierunek: łagier roboczy w głębi Kołymy. Oddalając się od Magadanu, gdzie, jak już pisałem, klimat był stosunkowo łagodniejszy, teraz zaczęliśmy odczuwać kołymską zimę. Był już koniec października 1948 roku, temperatura spadała, a siedzieliśmy w kucki nieruchomo na gołej podłodze. Oparty o szoferkę, w długim kożuchu stał uzbrojony żołnierz NKWD. On na pewno nie odczuwał tak zimna, jak my. Jechaliśmy całą noc, następnie był postój w baraku do tego przystosowanym. Nakarmiono nas zupą oraz chlebem i po ogrzaniu się ruszyliśmy dalej. Jechaliśmy do wieczora. Następny postój na ogrzanie się i znów jazda całą noc. Rano po nakarmieniu nas zupą i chlebem oraz ogrzaniu się znów jechaliśmy cały dzień. Wieczorem znowu postój na ogrzanie się w baraku i jechaliśmy dalej. Około północy samochody zatrzymały się pod bramą łagru o nazwie „Chołodnyj”28.

 

Wysadzono nas z samochodów. Ustawiono w piątki, dokonano szmonu29. Następnie oficer dyżurny, licząc nas, wpuszczał piątkami na teren łagru. Rozlokowano nas po barakach i tak już pełnych bytowików, których jeszcze nie zdążono przesiedlić do innego łagru. Ciasnota i tłok na narach, tam, gdzie normalnie powinno spać dwóch ludzi, my spaliśmy w trójkę albo w czworo. Buszłat zdjąłem i rozścieliłem na narach, czapkę umieściłem pod buszłatem, resztę odzieży zostawiłem na sobie. Byłem bardzo zmęczony i pomimo tego, że na narach spało nas czworo i było niewygodnie, zaraz usnąłem. Rano podjom (pobudka). Za chwilę spostrzegłem, że czapki pod buszłatem nie ma. Na pewno była to sprawka miejscowych żulików. Do dzisiaj zastanawiam się, jak oni ją potrafili wyciągnąć spod buszłatu, na którym ja przecież spałem. W stołówce otrzymaliśmy czerpak rzadkiej zupy, która raczej nadawała się do picia czerez bort (o łyżce nie było co marzyć) i 400 gramów chleba. Następnie rozdzielono nas po brygadach i po barakach. Jeden z Estończyków podarował mi zimową cywilną czapkę. Za ciepło w niej nie było, ale na razie musiała wystarczyć. Zresztą po kilku dniach wyfasowałem nową czapkę uszankę. Na obiad rzadka zupa, na kolację również czerpak rzadkiej zupy, czerpak rzadkiej kaszy, którą z miski wyjadało się za pomocą chleba, 400 gramów chleba i śledź. Następną noc spałem już w innym baraku, lecz nie na narach, a w ubraniu na podłodze.

Rano podjom i do stołówki na śniadanie. Potem zbiórka brygadami pod bramą, to się nazywało rozwod (wysyłanie do pracy). […] Dyżurny nadzeratel30 […] licząc, przepuszczał łagierników piątkami za bramę. Tu, znów licząc, przejmował ich naczelnik konwoju, liczba musiała się zgadzać. Przed wyjściem za bramę był jeszcze szmon. Kolumna ustawiona piątkami. Przed wymarszem naczelnik konwoju przestrzegał łagierników, że nie wolno się schylać, nie wolno rozmawiać, nie wolno się obracać. Na zakończenie ogłaszał: „Szach w prawo, szach w lewo, konwój bez uprieżdienia prinimajet oruzie” (Krok w prawo, krok w lewo, konwój bez uprzedzenia użyje broni). Następnie wszyscy brali się pod ręce i szagom marsz. Żołnierze uzbrojeni w automaty szli po bokach, z przodu i z tyłu, mając do pomocy tresowane psy. Jeżeli do pracy szła jedna brygada, konwojentów było dwóch. Nasza brygada zaopatrywała kotłownie w drzewo opałowe.