Five Nights At Freddy's Odwiedziny królika

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

1  Odwie­dziny kró­lika

2  Do samego mięsa

3  Męż­czy­zna z sali 1280

4  O Auto­rach

5  …

Tytuł ory­gi­nału: FAZBEAR FRI­GHTS #4: BUNNY CALL

Prze­kład: Joanna Lipiń­ska

Opieka redak­cyjna: Maria Zalasa

Redak­cja: Anna Stro­żek, Maria Zalasa, Nata­lia Jóź­wiak

Korekta: Ali­cja Laskow­ska

Pro­jekt książki: Betsy Peter­sch­midt

Foto­gra­fia szumu tele­wi­zyj­nego: © Klikk/Dre­am­stime

Adap­ta­cja okładki na potrzeby pol­skiego wyda­nia: Nor­bert Młyń­czak

Copy­ri­ght © 2020 by Scott Caw­thon

All rights rese­rved. Publi­shed by arran­ge­ment with Scho­la­stic Inc., 557 Broad­way, New York, NY 10012, USA

Wszel­kie prawa zastrze­żone. Żadna część tej publi­ka­cji nie może być powie­lana ani roz­po­wszech­niana za pomocą urzą­dzeń elek­tro­nicz­nych, mecha­nicz­nych, kopiu­ją­cych, nagry­wa­ją­cych i innych bez uprzed­niego wyra­że­nia zgody przez wła­ści­ciela praw.

ISBN 978-83-8225-096-1

Wyda­nie I, Łódź 2021

JK Wydaw­nic­two

ul. Kro­ku­sowa 3

92-101 Łódź

tel. 42 676 49 69

www.wydaw­nic­two­fe­eria.pl

Wer­sję elek­tro­niczną przy­go­to­wano w sys­te­mie Zecer

Odwie­dziny kró­lika


Zza niskich chmur wychy­nęło słońce, które pra­wie ośle­piło Boba. Zmru­żył oczy, zmarsz­czył brwi i opu­ścił osłonę prze­ciw­sło­neczną, po czym zwol­nił, by poko­nać swoim ane­micz­nym mini­va­nem setny ostry zakręt na tej nie­koń­czą­cej się krę­tej dro­dze wspi­na­ją­cej się wśród gęsto poro­śnię­tych lasem gór.

Po pro­stu… super… – pomy­ślał Bob.

Jedyne, na co cie­szył się pod­czas tej wycieczki, to zapo­wia­dany deszcz. Jego rodzina była z tego powodu zroz­pa­czona, ale on w duszy aż pod­ska­ki­wał z rado­ści. Deszcz ozna­czał rezy­gna­cję z roz­licz­nych zajęć, dzięki czemu będzie mógł w spo­koju łowić ryby, uci­nać sobie drzemki i czy­tać.

– Skar­bie, spójrz na to! – zawo­łała jego żona Wanda. – Słońce!

– Och, doprawdy?

Wanda dała mu kuk­sańca.

– Podaj mi oku­lary prze­ciw­sło­neczne – powie­dział Bob.

Na chwilę ode­rwał wzrok od szosy i obser­wo­wał, jak Wanda pochyla się, by wycią­gnąć oku­lary ze skrytki. Podzi­wiał jej lśniące kasz­ta­nowe loki i deli­katną linię pro­filu. Wanda była malutka, blada i pie­go­wata, i miała drobne rysy. Nawet po dwu­na­stu latach mał­żeń­stwa i uro­dze­niu trójki dzieci wciąż była tą piękną, rado­sną czir­li­derką, w któ­rej się zako­chał, gdy byli w ostat­niej kla­sie liceum. Jedyną wyraźną róż­nicę sta­no­wiły tylko jej ubra­nia, porzu­ciła bowiem pom­pony i pli­so­wane spód­niczki na rzecz naj­now­szej mody. Teraz miała na sobie czarne szorty z wyso­kim sta­nem i czarną bok­serkę pod sia­tecz­ko­wym topem w kolo­rze lawendy. Top zsu­nął jej się z ramie­nia. Wyglą­dała nie­ziem­sko.

Bob nało­żył oku­lary i ponow­nie sku­pił się na pro­wa­dze­niu auta. A potem się przej­rzał we wstecz­nym lusterku. Wystar­czyła chwila, by uświa­do­mić sobie, że nie wygląda jak spor­to­wiec, któ­rym był w liceum. Znik­nęły gdzieś gęste, czarne włosy, ostra linia szczęki, szel­mow­ski błysk w ciem­no­brą­zo­wych oczach i sze­roki, bez­tro­ski uśmiech. Na ich miej­scu poja­wiły się prze­rze­dzone, siwie­jące krót­kie włosy, obwi­słe policzki, zmę­czone oczy i wargi wygięte w pod­kówkę. Więk­szość mię­śni znik­nęła razem z wło­sami. Nie miał czasu, by ćwi­czyć… i to było widać.

Bob szybko sku­pił się z powro­tem na jeź­dzie. Gdy droga znów zaczęła wspi­nać się w górę, a dwa pasy ruchu prze­szły w trzy, pozwa­la­jąc na wyprze­dza­nie, zje­chał na prawy. Zza samo­chodu Boba od razu wysko­czyły dwa spor­towe sedany i szybko go minęły.

Bob wes­tchnął.

Tęsk­nię za moim mustan­giem.

Wanda spoj­rzała na niego, ale nie zare­ago­wała. Ni­gdy tego nie robiła. Namó­wiła go, by sprze­dał swo­jego uko­cha­nego mustanga, gdy uro­dziło im się dru­gie dziecko. Do tej pory żało­wał tej decy­zji. Tęsk­nił za wszyst­kim, co się wią­zało z tam­tym samo­cho­dem, nawet za jego zapa­chem – cha­rak­te­ry­styczną mie­szanką oleju samo­cho­do­wego i skó­rza­nych sie­dzeń, które zawsze spra­wiały, że czuł się męsko… i młodo.

Bob potrzą­snął głową, pró­bu­jąc nie wdy­chać zapa­chów mini­vana – masła orze­cho­wego, brud­nych skar­pe­tek i soku z wino­gron.

– Słu­chaj­cie! – zawo­łała Wanda.

– Co? – zakrzyk­nęły chó­rem dzieci.

– Pro­gnoza pogody się zmie­niła! – Wanda zako­ły­sała się na sie­dze­niu, wpa­tru­jąc się w ekran tele­fonu.

Bob zdzi­wił się, że wciąż miała zasięg. Wyda­wało mu się, że są tysiące kilo­me­trów od jakiej­kol­wiek cywi­li­za­cji.

– Zamiast osiem­dzie­się­ciu pro­cent szans na deszcz – powie­działa jego żona – jest tylko dwa­dzie­ścia. Będziemy mieli słońce!

Wesołe sło­neczko, co świe­cisz na nie­bie – zaczęła fał­szo­wać trzy­let­nia córka Boba, Cindy.

Chodź bawić się z nami, tęsk­nimy do cie­bie – przy­łą­czyła się do córki Wanda.

Cindy zachi­cho­tała i fał­szo­wała dalej. Jej krę­cone kasz­ta­nowe wło­ski zebrane w dwa war­ko­czyki pod­ska­ki­wały, gdy podry­gi­wała w rytm pio­senki. Brak talentu nad­ra­biała uro­kiem i entu­zja­zmem. Piegi i sze­roki uśmiech zjed­ny­wały jej każ­dego.

– A teraz wszy­scy razem! – zawo­łała Wanda.

Sied­mio­letni Aaron sie­dział obok Cindy w fote­liku, z któ­rego bar­dzo chciał już wyro­snąć. Tak jak jego sio­stra miał piegi, kasz­ta­nowe włosy i nie­wy­czer­paną ener­gię, trudno więc się dzi­wić, że przy­łą­czył się do śpiewu. Tyler, chudy, ciem­no­włosy dzie­się­cio­la­tek o sze­ro­kich barach, które wska­zy­wały na to, że już nie­długo będzie bar­dzo atle­tycz­nej budowy, roz­siadł się na swoim fotelu w trze­cim rzę­dzie. Tyler lubił sia­dać oddziel­nie ze względu na swój sta­tus naj­star­szego dziecka, ale wciąż był na tyle mały, by uczest­ni­czyć w rodzin­nych zaba­wach. Uwiel­biał wie­czory z grami plan­szo­wymi i fil­mami, nie­dzielne pik­niki i kara­oke. A teraz doda­wał pod­kład dźwię­kowy, wybi­ja­jąc rytm.

Wesołe sło­neczko, co świe­cisz na nie­bie – zaśpie­wała rodzina Boba.

– No dalej, Bob – zachę­ciła go żona. – Zaśpie­waj z nami!

Bob prych­nął, a potem zaci­snął zęby, pod­czas gdy jego rodzina odśpie­wała pio­se­neczkę jesz­cze z pięć razy.

Daj­cie mi tu kla­sycz­nego rocka, a będę śpie­wał naj­gło­śniej ze wszyst­kich – pomy­ślał.

Na pewno nie zamie­rzał nucić o jakimś dur­nym sło­neczku. Dalej zaci­skał usta i sku­piał się na dro­dze, na któ­rej asfalt, wciąż mokry, zaczął lśnić w słońcu. Podwójna żółta linia była niczym łań­cuch nie­ubła­ga­nie cią­gnący samo­chód do celu. Cho­ciaż Bob pro­wa­dził, tak naprawdę nad niczym nie miał kon­troli.

Kiedy po raz ostatni coś kon­tro­lo­wał? Zanim uro­dził się Tyler? Kiedy wziął ślub z Wandą? Zanim się spo­tkali? Kiedy się poja­wił na świe­cie? Czy spra­wo­wa­nie kon­troli to ilu­zja?

W końcu rodzina prze­stała śpie­wać, a Aaron zadał odwieczne pyta­nie:

– Daleko jesz­cze?

– Daleko jesz­cze? Daleko jesz­cze? – powtó­rzyła Cindy.

– Ile kilo­me­trów? Daleko jesz­cze? – zapy­tała Wanda.

– Ty też prze­ciwko mnie? – wes­tchnął Bob.

Wanda się roze­śmiała. Spoj­rzała na roz­ło­żoną na kola­nach mapę i sama sobie odpo­wie­działa:

– Jesz­cze czter­dzie­ści pięć kilo­me­trów.

Bob uwa­żał, że to uro­cze, iż Wanda woli czy­tać mapę niż uży­wać GPS. Było to jedno z wielu dzi­wactw, które w niej uwiel­biał. Nato­miast wymy­śla­nie pio­se­nek – jak ta głu­pia o sło­neczku – było jed­nym z wielu dzi­wactw, któ­rymi wcale nie był zachwy­cony. A już jej upór w robie­niu wszyst­kiego całą rodziną był zupeł­nie nie do wytrzy­ma­nia.

Nie było jesz­cze tak źle, gdy Tyler był mały. Zabie­ra­nie syna na ryby czy mecze nie sta­no­wiło żad­nego pro­blemu. Nawet pie­sze wycieczki, które orga­ni­zo­wała Wanda, były przy­jemne. Kiedy uro­dził się Aaron, rodzinne sprawy stały się tro­chę bar­dziej skom­pli­ko­wane, ale wciąż dało się to jakoś ogar­nąć. Nato­miast poja­wie­nie się Cindy zwięk­szyło cha­otycz­ność wszyst­kiego dzie­się­cio­krot­nie. Mała co prawda nie była żad­nym nie­zno­śnym bacho­rem, tylko naprawdę słod­kim dziec­kiem. Ale dys­po­no­wała nie­sa­mo­witą ilo­ścią ener­gii i z jakichś dziw­nych przy­czyn zara­żała nią chłop­ców. Ostat­nimi czasy Bob miał wra­że­nie, że nie ma ani chwili spo­koju, nawet w nocy. Miał pew­ność, że każ­dej nocy w pew­nym momen­cie jedno z dzieci znaj­dzie się w jego i Wandy łóżku.

Kie­dyś Bob miał czas dla sie­bie, a teraz nale­żał on do wszyst­kich poza nim. Część zabie­rała mu praca. Część dzieci. Część Wanda. Kie­dyś na to nie narze­kał, bo Wanda chciała z nim robić fajne rze­czy. Ale teraz ocze­ki­wała od niego, by wypeł­niał swoje obo­wiązki rodzinne jako tre­ner, nauczy­ciel, towa­rzysz zabaw, kucharz, złota rączka, kie­rowca, dostawca, woźny i spon­sor.

 

Kilka mie­sięcy temu naj­lep­sza przy­ja­ciółka Wandy powie­działa jej o obo­zie Ete­nia.

– „Ete­nia” ozna­cza w języku rdzen­nych Ame­ry­ka­nów „bogac­two”. – Prze­czy­tała Wanda w gru­bej niczym cza­so­pi­smo ulotce opi­su­ją­cej to miej­sce. – Nazwa­li­śmy nasz rodzinny obóz Ete­nia, ponie­waż ten, kto ma rodzinę, jest bogaty. – Czy­tała dalej. – Czy to nie piękne, Bob?

– Yhm – przy­znał z roz­tar­gnie­niem.

Sądził, że żona czyta mu o tym miej­scu tak samo, jak czy­tała o Gren­lan­dii, Nor­we­gii czy Alba­nii. Chciała podró­żo­wać i uwiel­biała wyszu­ki­wać nowe miej­sca. Oka­zało się jed­nak, że o obo­zie Ete­nia mówiła serio.

– Może wyślemy na obóz tylko dzieci, a my zosta­niemy w domu i będziemy sobie odpo­czy­wać w hamaku? – zapy­tał Bob, gdy Wanda wciąż wra­cała do tematu obozu.

Przy­tu­lił ją i poca­ło­wał w szyję.

– We dwoje.

Wanda nie chciała o tym sły­szeć. Nie podo­bał jej się rów­nież pomysł, by poje­chali do jakie­goś ład­nego hotelu, zosta­wili dzieci przy base­nie i spę­dzili tro­chę czasu razem. W końcu Bob posta­wił wszystko na jedną kartę i zapro­po­no­wał drogi kurort, w któ­rym zapew­niano dzie­ciom roz­rywkę, by rodzice mogli się relak­so­wać pod wiel­kimi para­so­lami na bia­łych, piasz­czy­stych pla­żach. Chciał odpo­cząć. Wanda pra­gnęła jed­nak cze­goś innego.

I tak oto byli w dro­dze… do obozu Ete­nia.

Bob spoj­rzał we wsteczne lusterko, by usta­lić, czemu w samo­cho­dzie zro­biło się nagle tak gło­śno. Cała trójka jego dzieci zajęta była jakąś skom­pli­ko­waną grą zwią­zaną z kla­ska­niem.

Wanda nachy­liła się do Boba.

– Razem z Zoie uwiel­bia­ły­śmy obozy, gdy były­śmy małymi dziećmi – powie­działa mu po raz dzie­siąty. – Jedyne, co nam prze­szka­dzało, to brak rodzi­ców. Czy to nie piękne, że nie musimy na to nara­żać naszych dzieci? Przez cały tydzień będziemy razem.

– Cudow­nie.

Jeśli Wanda zauwa­żyła jego iro­nię, to tego nie sko­men­to­wała.

Przed samo­chód wysko­czył jeleń, a Bob gwał­tow­nie zaha­mo­wał. Na szczę­ście mini­van nie jechał zbyt szybko. Nie był w sta­nie. Nie miał mocy nie­zbęd­nej do pod­jaz­dów, szcze­gól­nie na wyso­ko­ściach. I cho­ciaż Bob bez trudu omi­nął jele­nia, ciśnie­nie mu pod­sko­czyło.

– Nie mogli­by­ście być tro­chę ciszej?! – wrza­snął do dzieci. – Ja tu pró­buję pro­wa­dzić.

Przez moment zro­biło się cicho.

– Tato, myślisz, że miesz­kają tu elfy? – zapy­tała Cindy.

Wyglą­dała przez okno na gęsty las na skraju drogi.

– Kto wie – odparł Bob.

Wanda wciąż mu powta­rzała, że Cindy jest wyjąt­kowo wraż­liwa. Nie wolno mu było jej roz­cza­ro­wać. Jeśli chciała wie­rzyć w elfy, musiał się na to zga­dzać.

Wanda zmie­niła temat.

– To co będziemy robić, jak już dotrzemy na miej­sce? – zapy­tała dzieci.

Bob jęk­nął. Tylko nie to.

Cała trójka natych­miast zaczęła się prze­krzy­ki­wać:

– Wiel­kie bańki, kon­kurs talen­tów, kara­oke, pod­chody, kukiełki, malo­wa­nie kamieni, tram­po­liny, tańce, hula-hoop, gim­na­styka! – zawo­łała Cindy.

– Tram­po­lina, strze­la­nie z łuku, jazda konna, kajaki, pły­wa­nie na opo­nie, rowery gór­skie, wycieczki! – wykrzyk­nął Aaron.

– Kajaki, nur­ko­wa­nie, pły­wa­nie, żaglówki, prze­cią­ga­nie liny, biegi, ping-pong, siat­kówka, skoki na bun­gee, tyrolka – wrza­snął Tyler.

Wanda rado­śnie się roze­śmiała. Zro­biła to spe­cjal­nie, by pod­krę­cić dzieci.

Bob miał ochotę zasło­nić uszy obiema rękami, ale oczy­wi­ście nie mógł tego zro­bić, pro­wa­dząc samo­chód.

A co z łowie­niem ryb? – pomy­ślał.

Bob uwiel­biał cho­dzić na ryby. Wanda tego nie­na­wi­dziła. Ale kiedy była taka potrzeba, sta­wała się dosko­nałą mani­pu­la­torką. Wyko­rzy­stała miłość Boba do łowie­nia ryb prze­ciw niemu, kiedy nama­wiała go na tę wycieczkę. A kiedy zro­biło się jasne, że Bob jedzie na obóz Ete­nia, czy tego chce, czy nie, pocie­szał się wizją tego, że zawsze może iść na ryby sam. I wtedy prawda wyszła na jaw.

– Cóż, nie będziesz cho­dził sam – powie­działa Wanda. – Mają tam zawody w łowie­niu, może namó­wisz chłop­ców, by wzięli w nich z tobą udział.

Dla­czego wszystko musiało być tak dokład­nie zor­ga­ni­zo­wane? Dzie­ciaki wciąż wymy­ślały kolejne warsz­taty. Bob doszedł do wnio­sku, że aby zre­ali­zo­wać ich wszyst­kie plany, musie­liby spę­dzić tu z pięć lat, a mieli tylko tydzień.

Tylko. No jasne.

Sie­dem dni to wiecz­ność.

– Sie­dem dni rado­ści i zabawy – powta­rzała wciąż Wanda, szy­ku­jąc wszyst­kich do wyjazdu.

W jej ustach brzmiało to tak, jakby to było coś przy­jem­nego. Jak Bob miał to prze­trwać?


Musiał jed­nak przy­znać, że obóz Ete­nia pre­zen­to­wał się wspa­niale. Albo pre­zen­to­wałby się, gdyby nie był pełen hała­su­ją­cych rodzin.

Poło­żony w wąskiej doli­nie pomię­dzy dwoma wyso­kimi, poro­śnię­tymi lasem pasmami gór o kamie­ni­stych szczy­tach, obóz znaj­do­wał się na brzegu potęż­nego, krę­tego jeziora Ama­dahy. Według bro­szury „Ama­dahy” ozna­czało w języku Czi­ro­ke­zów „leśną wodę”. Byłaby to cał­kiem dobra nazwa dla jeziora w lesie, gdyby nie to, że obóz nie znaj­do­wał się nawet w pobliżu tery­to­riów Czi­ro­ke­zów. Wanda wcale się nie prze­jęła, gdy Bob jej o tym napo­mknął.

Ostat­nie pięt­na­ście kilo­me­trów do celu trzeba było poko­nać polną drogą, odcho­dzącą od szosy u stóp ostrego wznie­sie­nia. Samego obozu nie dało się wypa­trzeć pra­wie do końca drogi. I nagle nie­po­zorny pospo­lity znak, led­wie wysta­jący zza klonu, infor­mo­wał zmę­czo­nych podróż­nych, że są w dobrym miej­scu: „Obóz Ete­nia – na wprost”.

Sam obóz był rów­nie malow­ni­czy co jego oto­cze­nie. Główny budy­nek sta­no­wiła olbrzy­mia chata z drew­nia­nych bali, z dwoma kamien­nymi komi­nami i dużą werandą, która ota­czała front i boczne ściany budynku. Dach pokryty był lśniącą, zie­loną bla­chą.

Trzy­dzie­ści pięć dom­ków kem­pin­go­wych nale­żą­cych do obozu wyglą­dało niczym dzieci głów­nej chaty. Małe cha­łupki z bali i kamie­nia roz­sy­pane były wokół głów­nego budynku niczym kaczuszki pły­wa­jące wokół mamy. Bob i jego rodzina mieli zająć domek numer sie­dem­na­ście, Nut­tah. Podobno „Nut­tah” ozna­czało w języku Algon­ki­nów „silny”. Syno­wie Boba uznali, że „Nut­tah” to komiczna nazwa.

– Będziemy w domku z nut – powie­dział wszyst­kim swoim kole­gom Tyler, gdy otrzy­mali przy­dział.

– Ale nuta – powta­rzał Aaron.

– Czy w środku będą nutki? – zapy­tała kilka razy Cindy.

Wanda odparła:

– Będziemy śpie­wać jak z nut!

Co Bob sko­men­to­wał:

– Zwa­riuję od tego nuce­nia.

Także uznał tę nazwę za idio­tyczną, ponie­waż Algon­ki­no­wie także nie żyli ni­gdzie w pobliżu. Wła­ści­ciele obozu Ete­nia naj­wy­raź­niej na chy­bił tra­fił wybrali kilka przy­pad­ko­wych nazw wywo­dzą­cych się z języ­ków rdzen­nych Ame­ry­ka­nów.

Par­king obozu znaj­do­wał się na zacie­nio­nym przez drzewa, wysy­pa­nym żwi­rem pro­sto­ką­cie za głów­nym budyn­kiem. Kiedy Bob zatrzy­mał tam samo­chód, przy­po­mniał sobie, że nie może pod­je­chać pod sam domek.

– To by popsuło atmos­ferę – powie­działa Wanda, gdy zaczął narze­kać.

– A łupiący ból w krzyżu od cią­ga­nia całego tego maj­danu ją poprawi? – zapy­tał.

Wanda się uśmiech­nęła i nało­żyła na usta świeżą war­stwę błysz­czyku.

No to chyba mam odpo­wiedź – pomy­ślał Bob.

Kiedy tak stał obok mini­vana wyła­do­wa­nego baga­żami i zabaw­kami, nie wspo­mi­na­jąc o bagaż­niku dacho­wym peł­nym tego samego, już na samą myśl o prze­no­sze­niu całego dobytku zaczęły go boleć plecy. No i oczy­wi­ście domek Nut­tah znaj­do­wał się naj­da­lej od par­kingu.

– Jeste­śmy na samym skraju lasu, Bob – zawo­łała Wanda, gdy przy­dzie­lono im domek.

– Cóż za radość – jęk­nął.

I oto byli. Dla kobiety raj, dla męż­czy­zny pie­kło.

Bob spoj­rzał na zdra­dziec­kie niebo, które odrzu­ciło chmury na rzecz bla­dego błę­kitu. Słońce stało pra­wie w zeni­cie i mocno świe­ciło. Musiało być co naj­mniej dwa­dzie­ścia sie­dem stopni, a powie­trze zro­biło się cięż­kie i parne.

Wanda z dziećmi wręcz tań­czyła obok samo­chodu. Cindy krę­ciła się w kółko, Aaron podry­gi­wał, a Tyler wybi­jał rytm na masce auta. Wanda witała się ze wszyst­kimi w zasięgu wzroku.

– Patrz, moty­lek! – pisnęła Cindy.

Bob popa­trzył za tłu­ściut­kim pal­cem wska­zu­ją­cym Cindy i zoba­czył motyla monar­chę zni­ka­ją­cego w krza­kach malin. Przed oczami sta­nęło mu wspo­mnie­nie z dzie­ciń­stwa, gdy tata zabie­rał go na kem­pingi, na któ­rych jako doda­tek do sma­żo­nych, świeżo zło­wio­nych pstrą­gów zbie­rali maliny.

– Chodź, tato – powie­dział Aaron. – Musimy się zapi­sać, żeby nie stra­cić naj­lep­szej zabawy.

– Bob, może ty się tym zaj­miesz? – Wanda podała mu cztery gęsto zapi­sane kartki.

Wie­dział, że to listy warsz­ta­tów, które wybrało sobie każde z jego dzieci, i te, które jego żona uznała za naj­lep­sze dla całej rodziny. Wes­tchnął. Zej­dzie mu na tym całe popo­łu­dnie.

– Pójdę z dziećmi rozej­rzeć się po oko­licy i poznać ludzi – powie­działa Wanda. – A ty, jak skoń­czysz z zapi­sami, przy­nieś do domku bagaże.

– Naprawdę mogę? Super – burk­nął Bob.

– Co mówi­łeś, kocha­nie?

– Nic.

Bob patrzył, jak jego rodzina odcho­dzi, ale ani drgnął. Miał ochotę wsiąść do samo­chodu i odje­chać. Spoj­rzał na sie­dze­nie kie­rowcy. Co by się stało, gdyby tak zro­bił?

Słodki zapach dzi­kich kwia­tów wal­czył z odo­rem spa­lin, ale wszystko to ble­dło przy sku­pia­ją­cym uwagę zapa­chu jałowca i sosny. Co przy­po­mniało Bobowi o jego ulu­bio­nym drinku – ginie z toni­kiem.

– To sma­kuje jak cho­inka – powie­działa Wanda, gdy po raz pierw­szy zro­bił jej szkla­neczkę. Od tam­tej pory zaczęli nazy­wać gin z toni­kiem „leśnym drin­kiem”, a z cza­sem stał się po pro­stu „cho­inką”.

– Zrób mi cho­inkę – mówiła cza­sem Wanda w piąt­kowy wie­czór, kiedy dzieci już zasnęły.

Przy­da­łaby mu się teraz „cho­inka”.

Nagle coś ude­rzyło go od tyłu.

– Prze­pra­szam – wrza­snął jakiś dzie­ciak, gdy Bob osu­nął się na bok samo­chodu.

Ści­ska­jąc otwarte drzwi do dru­giego rzędu sie­dzeń, zauwa­żył męż­czy­znę w śred­nim wieku i z nad­wagą, który siło­wał się z licz­nymi tor­bami podróż­nymi i waliz­kami. Popa­trzyli na sie­bie, a Bob posłał mu współ­czu­jące spoj­rze­nie. Potem zatrza­snął drzwi do mini­vana i rozej­rzał się wokół.

Natych­miast tego poża­ło­wał.

Już samo spo­glą­da­nie na obóz zza kie­row­nicy i obser­wo­wa­nie, jak jego rodzina wysy­puje się z mini­vana z nie­po­ha­mo­wa­nym entu­zja­zmem, było bole­sne. Ale obraz jego nie­szczę­ścia w peł­nej kra­sie był wręcz nie do znie­sie­nia.

Wszę­dzie bie­gały dzieci, jakby ktoś naszpry­co­wał je nar­ko­ty­kami pozba­wia­ją­cymi je świa­do­mo­ści, ale utrzy­mu­ją­cymi w cią­głym ruchu. Męż­czyźni zamie­niali się w zwie­rzęta pocią­gowe; spo­ceni tatu­sio­wie ugi­nali się pod cię­ża­rem bagaży. Mamy zapo­zna­wały się ze sobą i orga­ni­zo­wały rze­czy­wi­stość. W całym tym cha­osie obo­zowi opie­ku­no­wie dęli w gwizdki i wykrzy­ki­wali nie­zro­zu­miałe roz­kazy.

Bob pró­bo­wał zro­zu­mieć, co mówili, ale nie był w sta­nie. Zebrał się w sobie i pod­szedł do nie­bie­sko­okiej opie­kunki z blond wło­sami zwią­za­nymi w kucyk. Zagwiz­dała w chwili, gdy był led­wie metr od niej. Wysoki pisk wdarł mu się uszami do mózgu i odbi­jał się w nim przez chwilę, nim Bob zdo­łał coś z sie­bie wydu­sić.

– Prze­pra­szam – powie­dział. – Gdzie mogę się zgło­sić na warsz­taty?

Kobieta znów zagwiz­dała, ale na szczę­ście tym razem był to tylko krótki sygnał, po czym wska­zała niskie schodki z boku głów­nego budynku.

– Pro­szę wejść po tych scho­dach i skie­ro­wać się na fron­tową werandę, usta­wić tam w kolejce, a ta zapro­wa­dzi pana do sto­łów z zapi­sami w środku. – Kolejny raz zagwiz­dała.

Bob miał szczerą ochotę zerwać jej ten gwiz­dek z szyi, ale się poha­mo­wał.

– Dzię­kuję – powie­dział i posłał jej mor­der­czy uśmiech.

Wszedł po scho­dach i zna­lazł kolejkę na weran­dzie. Widział stąd, że jego rodzina już się urzą­dza. Cindy trzy­mała za rękę jakąś dziew­czynkę z czar­nymi war­ko­czy­kami i obie krę­ciły się w kółko na molo wycho­dzą­cym daleko w jezioro. O co cho­dziło z tymi małymi dziećmi i krę­ce­niem się w kółko? Nie­opo­dal córki Wanda roz­ma­wiała z jakąś kobietą, a syno­wie Boba z jesz­cze jed­nym chłop­cem na zmianę pusz­czali kaczki po jezio­rze.

 

Bob zaś stał w kolejce, żeby zająć się papier­kową robotą. Proza życia.

Nie wie­dział, jak długo już cze­kał. Nad głową krą­żyły mu muchy, a nos zaczy­nał się opa­lać na czer­wono. To go nauczy, by nie igno­ro­wać rad żony doty­czą­cych sma­ro­wa­nia się kre­mem z fil­trem.

– Będzie padać – powie­dział jej z prze­ko­na­niem.

– Ni­gdy nic nie wia­domo – odparła.

To zadzi­wia­jące, jak czę­sto wie­działa to, czego on nie wie­dział. Nie­opo­dal ktoś grał na gita­rze. A jesz­cze bli­żej ktoś jadł suszoną woło­winę. Bob zmarsz­czył nos. Ten zapach przy­pra­wiał go o skręt żołądka.

Inni rodzice roz­ma­wiali mię­dzy sobą, ale Bob nie pod­no­sił głowy. Po raz pierw­szy od kiedy wyru­szyli, był w sta­nie pomy­śleć o umo­wie, nad którą wolałby teraz pra­co­wać w domu. Nie miał czasu na tygo­dniowe waka­cje, a nawet gdyby, to na pewno nie miał ochoty wykań­czać się pod­czas jakichś zajęć z bandą obcych ludzi. Szcze­rze mówiąc, chciał być sam.

Ponow­nie spoj­rzał na swoją rodzinę. Cindy i jej nowa przy­ja­ciółka zaczęły grać w klasy pomię­dzy traw­ni­kiem a jezio­rem, a chłopcy cho­dzili po wbi­tych w brzeg jeziora palach, sta­ra­jąc się utrzy­mać rów­no­wagę. Bob był pewien, że za chwilę usły­szy plusk wody.

W końcu dotarł do drzwi budynku. Zadzi­wia­jące, ale wyglą­dało na to, że wresz­cie nadej­dzie jego kolej. Wbrew sobie zacie­ka­wiony, rozej­rzał się po wnę­trzu chaty. Była dokład­nie taka jak w bro­szu­rze – ściany z drew­nia­nych bali, mnó­stwo cięż­kich drew­nia­nych mebli wyło­żo­nych podusz­kami z ozdo­bio­nymi wzo­rami, które miały przy­wo­dzić na myśl rdzen­nych Ame­ry­ka­nów. Nad komin­kiem wisiała potężna głowa jele­nia, a zwi­sa­jące z drew­nia­nej więźby żyran­dole wyko­nane były z poroża. Nie naj­lep­sze miej­sce dla jeleni.

Bob po raz ostatni spoj­rzał w stronę rodziny, po czym wszedł do środka. Tak jak podej­rze­wał, chłopcy wpa­dli do jeziora. Cindy dalej bawiła się z kole­żanką. Wanda śmiała się z chłop­ców… tylko dla­tego, że oni też się śmiali. Gdyby ktoś spy­tał Boba, czy kocha swoją rodzinę, sta­now­czo odpo­wie­działby, że tak, ponie­waż tak wła­śnie było. Ale to nie zna­czyło, że cały czas ich lubi, a ostat­nio lubił ich coraz mniej. Zawsze cze­goś od niego chcieli.

„Tato, popatrz, jaki obra­zek nary­so­wa­łam” mówiła Cindy.

„Tato, rzu­cisz mi piłkę?” pytał Aaron.

„Tato, pomo­żesz mi z pracą domową?” bła­gał Tyler.

„Kocha­nie, te drzwi gara­żowe trzesz­czą, pro­szę, napraw to” naka­zy­wała mu Wanda. Tak, naka­zy­wała. Zawsze mówiła „pro­szę”, ale roz­kaz był rów­nie jasny jak wtedy, gdy jego szef mówił: „Zrób to na dzi­siaj, pro­szę”.

Bob był już zmę­czony tymi wszyst­kimi proś­bami i obo­wiąz­kami. Potrze­bo­wał ode­tchnąć.

– Twoja kolej, stary. – Ktoś klep­nął Boba w ramię.

Rozej­rzał się wokół.

Za nim stał młody ojciec, który naj­wy­raź­niej wciąż kochał być tatu­siem. Uśmiech­nął się sze­roko i wycią­gnął rękę nad ramie­niem Boba.

– Teraz ty.

Zza stołu przed Bobem pod­nio­sła na niego wzrok potężna, opa­lona kobieta o bar­dzo krót­kich wło­sach ciem­no­blond i z kurzymi łap­kami w kąci­kach oczu.

– Cześć, jestem Mar­jo­rie. – Sze­roko się do niego uśmiech­nęła, uka­zu­jąc gar­ni­tur bia­łych, rów­nych zębów i wska­zu­jąc białą tabliczkę z imie­niem, przy­piętą do zie­lo­nej koszulki obozu Ete­nia. – Witamy w obo­zie Ete­nia.

– Och, to tu się zna­la­złem? – spró­bo­wał iro­ni­zo­wać, ale jego żart naj­wy­raź­niej nie spo­tkał się ze zro­zu­mie­niem.

Z ust Mar­jo­rie znik­nął uśmiech. Skrzy­wiła się, po czym zapy­tała:

– Nazwi­sko?

– Mac­ken­zie.

Kobieta zastu­kała kla­wi­szami bez­prze­wo­do­wego lap­topa.

– Bob, Wanda, Cindy, Aaron i Tyler.

– Tak jest.

– Dobra, zapiszmy was. Czy przy­go­to­wał pan listę warsz­ta­tów?

Bob podał kobie­cie ele­ganc­kie listy Wandy. Obóz miał do wyboru sto dwa­na­ście róż­nych warsz­ta­tów i pro­szono, by przy­jeż­dża­jący przy­go­to­wali listy z co naj­mniej dwu­dziestką z nich, w kolej­no­ści zain­te­re­so­wa­nia. Na listach Wandy były razem sie­dem­dzie­siąt dwa warsz­taty. Bob zasta­na­wiał się, co też zrobi z tym Mar­jo­rie.

Ale ona w ogóle nie była zasko­czona.

– Dosko­nale – powie­działa i zaczęła wpi­sy­wać dane do kom­pu­tera.

Bob obser­wo­wał ją z zaci­śnię­tymi zębami. Jed­nym z zastrze­żeń, jakie miał do obozu Ete­nia – a raczej do wszel­kich obo­zów – był ich nie­wia­ry­godny rygor. Nie prze­szka­dzało mu prze­by­wa­nie na zewnątrz i robie­nie faj­nych rze­czy, ale robie­nie tego według har­mo­no­gramu i list… to dopro­wa­dzało go do szału. Ha! Może ten domek z nut, od któ­rego miał zwa­rio­wać, jakoś się w to wpi­sy­wał.

Tak na poważ­nie, to czy nie dość miał har­mo­no­gra­mów i list w pracy? A tam przy­naj­mniej mu pła­cono. Dla­czego musiał się do tego dosto­so­wy­wać rów­nież w cza­sie wol­nym?

Mar­jo­rie prze­rwała pisa­nie.

– Nie udało mi się zapi­sać was na wszyst­kie wymie­nione warsz­taty, ale zdo­ła­łam zare­zer­wo­wać pierw­szą dwu­dziestkę dla wszyst­kich dzieci i dla całej rodziny.

– W dechę. – Bob lubił uży­wać jed­nego z ulu­bio­nych powie­dzo­nek Tylera.

Tyler naprawdę tak myślał, gdy to mówił, ale dla Boba „W dechę” ozna­czało albo „Bez­na­dzieja”, albo „Mam to w głę­bo­kim powa­ża­niu”.

Mar­jo­rie oddała Bobowi listy, po czym rozej­rzała się wokół i nachy­liła do niego. A potem ode­zwała się led­wie sły­szal­nym szep­tem:

Bob usły­szał:

– Chciał­byś… – Ale reszta była nie­zro­zu­miała.

Nachy­lił się bli­żej.

– Słu­cham?

Mar­jo­rie rów­nież nachy­liła się bar­dziej. Jej oddech pach­niał cze­ko­ladą.

– Chciał­byś się zapi­sać na Odwie­dziny Kró­lika? – zapy­tała.

Musiał się prze­sły­szeć.

– A co to takiego? – zapy­tał.

Mar­jo­rie odwró­ciła się i wska­zała wyso­kiego kró­lika sto­ją­cego w odle­głym kącie olbrzy­miej sali, pod sta­ro­świec­kim kanoe zwi­sa­ją­cym z belek sufitu. Kró­lik o inten­syw­nie poma­rań­czo­wym futrze miał na sobie kami­zelkę w czarno-białą kratkę, żółtą muchę w białe gro­chy i czarny cylin­der, przez który wysta­wały mu okla­płe uszy. Zwie­rzak trzy­mał tale­rze mar­szowe, tak jak sta­ro­świec­kie nakrę­cane małpki. Bob zamru­gał. Jak mógł go prze­ga­pić, gdy wcze­śniej się roz­glą­dał? To jak nie zauwa­żyć ana­kondy w kojcu ze szcze­niacz­kami. Ten kró­lik tu nie paso­wał. Zupeł­nie.

Bob nie wie­dział, czy zwie­rzak jest czło­wie­kiem w dziw­nym stroju, czy też jest to jedno z tych upior­nych ani­ma­tro­nicz­nych stwo­rzeń, które widział w kilku restau­ra­cjach, jakie cza­sem odwie­dzał z rodziną w dzie­ciń­stwie. Ten stwór na pewno nie zachę­cał do przy­tu­la­nia. Miał tro­chę za duże oczy, by wyglą­dać przy­jaź­nie. Raczej spra­wiał wra­że­nie sza­lo­nego.

– Panie Mac­ken­zie? Bob?

Bob zamru­gał.

– Tak?

Mar­jo­rie uśmiech­nęła się do niego sze­roko i puściła oko.

– Jeśli zapi­sze się pan na Odwie­dziny Kró­lika, to ten kró­lik, który ma na imię Ral­pho, odwie­dzi pana domek.

Bob ponow­nie spoj­rzał na kró­lika Ral­pha.

– Wpad­nie do waszego domku, wrzesz­cząc, dzwo­niąc tale­rzami i krę­cąc głową. – Mar­jo­rie zachi­cho­tała. – To będzie naprawdę prze­ra­ża­jące!

Bob mógł to sobie wyobra­zić.

– Cał­kiem nie­zła pobudka – dodała Mar­jo­rie.

Bob nie zro­zu­miał.

– Pobudka?

– Och, zapo­mnia­łam powie­dzieć. Ral­pho krąży mię­dzy piątą i szó­stą rano. W tym cza­sie odwie­dza wszyst­kie domki, które zgło­szą się na Odwie­dziny Kró­lika. To taki tro­chę zło­śliwy dow­cip, jaki robimy dzie­ciom w pierw­szy dzień, ale więk­szość z nich jest zachwy­cona przy­pły­wem adre­na­liny, gdy wystra­szy się je z samego rana. – Mar­jo­rie znów zachi­cho­tała jak podły zło­czyńca. – Zain­te­re­so­wany?

Bob spoj­rzał na Ral­pha, a potem znów na Mar­jo­rie.

Pomy­ślał o swo­jej dener­wu­jąco szczę­śli­wej rodzi­nie i ich upo­rze, by spę­dzić jego jedyny wolny tydzień lata w tym słabo zaka­mu­flo­wa­nym obo­zie pracy dla prze­mę­czo­nych tatu­siów. Pomy­ślał o tym, jak długo stał w tej głu­piej kolejce, by zapi­sać ich na bez­sen­sowne atrak­cje. Pomy­ślał o całym bagażu, który musi jesz­cze prze­cią­gnąć do domku Nut­tah. A potem o tym, jak jego rodzina reaguje na gło­śne dźwięki o poranku. I ta myśl spra­wiła, że zaczął mu wra­cać dobry humor.

– Jasne! – Uśmiech­nął się od ucha do ucha.

Ale będzie ubaw!

– Wspa­niale – powie­działa Mar­jo­rie.

Znów postu­kała w kla­wi­sze.

– Gotowe. Wszystko zapi­sane. – Uśmiech­nęła się do niego, a on odpo­wie­dział tym samym.

To był jego, jak dotąd, jedyny szczery uśmiech tego dnia. Po raz pierw­szy, od kiedy zaczęli pla­no­wać tę wycieczkę, poczuł coś innego niż nie­za­do­wo­le­nie i złość. Ogar­nęła go wręcz radość.