Five Nights At Freddy's. AportTekst

Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

1 Aport

2  Samotny Freddy

3  Wyprzedane

4  O Autorach

5  …

Tytuł oryginału: FAZBEAR FRIGHTS #2: FETCH

Przekład: Joanna Lipińska

Opieka redakcyjna: Maria Zalasa

Redakcja: Anna Strożek

Korekta: Katarzyna Nawrocka

Projekt okładki: Betsy Peterschmidt

Fotografia szumu telewizyjnego: © Klikk/Dreamstime

Adaptacja okładki na potrzeby polskiego wydania: Norbert Młyńczak

Copyright © 2020 by Scott Cawthon. All rights reserved.

All rights reserved. Published by arrangement with Scholastic Inc.,

557 Broadway, New York, NY 10012, USA

Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część tej publikacji nie może być powielana ani rozpowszechniana za pomocą urządzeń elektronicznych, mechanicznych, kopiujących, nagrywających i innych bez uprzedniego wyrażenia zgody przez właściciela praw.

ISBN 978-83-8225-025-1

Wydanie I, Łódź 2020

JK Wydawnictwo Sp. z o.o. sp. k., ul. Krokusowa 3, 92-101 Łódź

tel. 42 676 49 69

www.wydawnictwofeeria.pl

Wersję elektroniczną przygotowano w systemie Zecer firmy Elibri

Aport


Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Morska piana, wiatr i deszcz walczyły ze sobą, uderzając o stary budynek z taką siłą, że Greg zaczął się zastanawiać, czy słabe mury wytrzymają taki napór. Kiedy za oknem zabitym deskami rozległ się kolejny potężny grzmot, Greg odskoczył do tyłu, wpadł na Cyryla i nadepnął mu na stopę.

– Aj! – Cyryl odepchnął Grega, wymachując niezdarnie latarką skierowaną na ścianę.

Snop światła przesunął się po odłażącej, niebieskiej, pasiastej tapecie i czymś, co wyglądało jak dwie czerwone litery „Fr”. Na tapecie były jakieś ciemne plamy. Sos do pizzy czy może coś innego?

Hadi roześmiał się, widząc szamotaninę przyjaciół.

– Chłopaki, to tylko wiatr. Weźcie się w garść.

W budynek uderzył kolejny podmuch. Ściany zadrżały, zagłuszając głos Hadiego. Deszcz jeszcze mocniej zabębnił w blaszany dach, a jednocześnie w środku, gdzieś nieopodal, coś metalicznego zadzwoniło tak głośno, że przebiło się przez hałasy z zewnątrz.

– Co to było? – Cyryl odwrócił się gwałtownie, dziko machając latarką. Chociaż dopiero co skończył trzynaście lat i był o rok młodszy od Grega i Hadiego, to razem z nimi chodził do tej samej niedawno utworzonej pierwszej klasy. Był niski i chudy, miał dziecinne rysy, cienkie brązowe włosy, a do tego, co gorsza, głos jak mysz z kreskówki. Nie przysparzało mu to wielu przyjaciół. – „Chodźmy zwiedzić starą pizzerię”. – Teraz Cyryl zaczął przedrzeźniać propozycję Grega. – Tak, cóż to był za doskonały pomysł.

Była chłodna jesienna noc. Nadmorskie miasteczko tonęło w ciemnościach, pozbawione prądu przez burzę. Greg i jego koledzy planowali spędzić sobotni wieczór, grając na komputerach i jedząc chipsy. Gdy tylko padł prąd, rodzice Hadiego próbowali ich namówić na gry planszowe – tradycję rodzinną kultywowaną właśnie wówczas, gdy brakło prądu – ale Hadi zdołał ich przekonać, by pozwolili mu pojechać z kolegami na rowerach do domu Grega, gdzie mogliby zagrać w jego nową grę strategiczną. Kiedy jednak tam dotarli, Greg namówił ich na zwiedzanie pizzerii.

Już od dawna czuł, że musi to zrobić. Czuł, że coś go do tego miejsca przyciąga.

A może wszystko pomylił. Może to szukanie wiatru w polu. Greg oświetlił latarką korytarz. Dopiero co skończyli badać wzrokiem kuchnię opuszczonej restauracji i z zaskoczeniem stwierdzili, że wciąż stały tam garnki, patelnie i naczynia. Kto zostawia takie rzeczy, zamykając pizzerię?

Po wyjściu z kuchni trafili na dużą scenę na końcu pomieszczenia, które kiedyś musiało być główną salą jadalną. Na tyłach sceny zwisała ciężka czarna kotara. Żaden z chłopców nie odważył się za nią zajrzeć… Żaden też nie wspomniał, że widział, jak coś się za nią ruszało, gdy przechodzili obok.

Hadi znów się roześmiał.

– To lepsze niż siedzenie z rodzi… Hej, co to jest?

– Co takiego? – Cyryl skierował światło latarki w stronę, w którą patrzył Hadi.

Greg poszedł w jego ślady, oświetlając odległy kąt dużej, zastawionej stolikami sali. Światło spoczęło na rzędzie niezgrabnych kształtów ustawionych na brudnym, szklanym kontuarze. Blask latarki odbijał się w rzędach lśniących oczu.

– Fajne! – zawołał Hadi, kopnął odłamaną nogę od stolika i ruszył w ich kierunku.

Możliwe, pomyślał Greg, marszcząc brwi na widok lśniących oczu.

Jedna para wbijała swój wzrok właśnie w niego. Mimo wcześniejszej pewności siebie zaczął się zastanawiać, co tu w ogóle robi.

Hadi jako pierwszy dotarł do kontuaru.

– Ale super! – krzyknął, po czym sięgnął po coś i kichnął, gdy z blatu uniósł się kurz.

Zanim wyszli z domu, Greg zaproponował, by wzięli ze sobą chusteczki do zasłonięcia ust i nosa, ale nie mogli żadnych znaleźć. Sądził, że w pustej restauracji zastaną kurz, pleśń, stęchliznę i tego typu rzeczy. Co ciekawe, mimo nadmorskiego klimatu w środku znaleźli tylko kurz – było go za to mnóstwo.

Greg przeszedł nad przewróconym metalowym krzesłem i minął Cyryla, który stał oparty plecami o brudny, obłażący z farby słup pośrodku sali. Poza tym, że jeden ze stołów był połamany, a dwa krzesła przewrócone, wyglądało na to, że wystarczyłoby porządne sprzątanie i znów można by tu przyjmować gości. To także wydawało się dziwne. Greg wiedział, że coś tu musiało zostać, ale nie spodziewał się, że w budynku wciąż będą naczynia, meble i… kto wie, co jeszcze?

Greg popatrzył na to, co Hadi trzymał w ręku, i aż mu zaparło dech. Czy to właśnie po to tu przyszedł? Czy to z tego powodu wzywało go to rozsypujące się miejsce?

– Co to? – zapytał Cyryl, nie podchodząc ani na krok bliżej.

– Myślę, że kot. – Hadi obrócił w rękach pękaty kształt pokryty szorstką sierścią. – A może fretka?

Dźgnął to palcem.

– Może to jest animatroniczny zwierzak? – Odłożył tajemniczy przedmiot i skierował światło na kolejne kształty. – Ale super. To nagrody. Widzicie? – Hadi podświetlił nieruchome zwierzątka.

To wyjaśniało, czym były klitki, które mijali w korytarzu prowadzącym do tej sali. W tych wnękach musiały stać automaty do gier.

– Nie wierzę, że wciąż tu są – powiedział Hadi.

– No. – Greg zmarszczył brwi, przyglądając się czemuś, co przypominało zesztywniałą wydrę morską i poskręcaną ośmiornicę. Czemu wciąż tu były?

Stara pizzeria była zabita dechami i atakowana przez nadmorskie sztormy od nie wiadomo jak dawna. Widać było, że jest opuszczona, i wyglądało na to, że zaraz się zawali. Panele ścienne były tak poszarzałe i zniszczone, że trudno nawet było powiedzieć, czym są, a nazwy pizzerii nie dało się odczytać już od dawna. Więc czemu w środku wszystko sprawiało tak dobre wrażenie? No, może niezupełnie dobre. Ale zdaniem Grega z wewnątrz budynek wyglądał tak solidnie, jakby mógł tu postać jeszcze ze sto lat.

Greg i jego rodzice wprowadzili się do tego miasteczka, gdy był w piątej klasie, dobrze więc znał to miejsce. Ale nie bardzo je rozumiał. Z jednej strony zawsze się dziwił, że w miejscowości uważanej za turystyczną stoi zamknięta pizzeria. Z drugiej strony nie był to specjalnie popularny kurort. Mama Grega nazywała go miszmaszem. Duże, eleganckie wille sąsiadowały z malutkimi, paskudnymi domkami letniskowymi, obwieszonymi bojami i otoczonymi stertami starego drewna i połamanych mebli ogrodowych. Na podwórku naprzeciwko domu Grega stał na cegłach wielki, kanciasty sedan z lat siedemdziesiątych. Mimo to Greg zastanawiał się, dlaczego pizzerii nie przerobiono na coś użytecznego, zamiast zostawiać stary, opuszczony budynek, który wręcz krzyczał do miejscowych dzieciaków: „Włamcie się tu!”.

Wyglądało jednak na to, że przed Gregiem, Cyrylem i Hadim nikt tego nie zrobił. Greg spodziewał się, że zastaną jakieś ślady stóp, śmieci, graffiti – dowody na to, że byli tu już przed nimi jacyś „poszukiwacze”. Nie znaleźli nic takiego. Zupełnie jakby to miejsce zostało opuszczone, zatopione w formaldehydzie i zachowane w niezmienionym stanie do czasu, gdy Greg poczuł nagłą potrzebę, by tu przyjść.

– Jestem pewien, że zostały, bo to naprawdę dobre nagrody – powiedział Hadi.

– Nikt nigdy nie wygrywa głównych nagród – dodał Cyryl.

Podszedł trochę bliżej, ale nadal trzymał się na dystans.

– Cyryl, tu nie ma żadnych klaunów.

Greg musiał zapewnić Cyryla, że w restauracji nie będzie klaunów, by chłopak zgodził się z nimi przyjść. Oczywiście Greg nie miał pojęcia, co tak naprawdę tu zastaną.

– A to co? – Cyryl wskazał zwierzaka z wielką głową i dużym nosem, który stał pod napisem: „Główna wygrana”.

Greg podniósł go, zanim zdążył po niego sięgnąć Hadi. Zwierzak był ciężki i miał zmatowiałe, szorstkie futro. Greg czuł, że coś do tego pluszaka ciągnęło, chociaż nie potrafił powiedzieć co. Spojrzał na spiczaste uszy, pochyłe czoło, długi pysk i przeszywające żółte oczy. Zauważył też niebieską obrożę na jego szyi. Zwisała z niej lśniąca plakietka. Czyżby z imieniem? Uniósł ją.

– Aport – przeczytał Gregowi przez ramię Hadi. – To pies, który wabi się Aport.

Chociaż Greg uwielbiał psy, miał nadzieję, że takiego nigdy nie spotka. Uniósł zwierzaka i przyjrzał mu się z obu stron.

Nawet agresywny stary pies, który mieszkał u sąsiadów, nie był tak paskudny. Aport wyglądał, jakby ktoś skrzyżował złego wilka z rekinem ze Szczęk. Miał (bo to musiał być on, prawda?) trójkątną głowę, zwężającą się ku górze i zdecydowanie zbyt wielką paszczę. W świetle latarek sierść Aporta wyglądała na szarobrązową, a miejscami wyzierał spod niej zardzewiały metal. Z wielkich uszu wystawało kilka kabelków, a w częściowo odsłoniętej wnęce w jego brzuchu widać było prostą płytkę obwodu drukowanego.

 

– Spójrzcie na to. – Cyryl nagle zainteresował się przedmiotami leżącymi na blacie i podniósł z niego zafoliowaną broszurę. – To chyba instrukcja.

– Pokaż. – Greg wyrwał Cyrylowi książeczkę.

– Hej! – pisnął Cyryl.

Greg zignorował go. To mogło być to.

Odstawił Aporta z powrotem na blat, wyciągnął z folii instrukcję i zaczął ją przeglądać. Hadi czytał mu przez ramię. Cyryl wepchnął się pomiędzy instrukcję a pierś Grega, zmuszając go do odsunięcia książeczki na tyle daleko, aby wszyscy mogli czytać naraz. Aport, jak głosiła instrukcja, był animatronicznym psem, zaprojektowanym tak, by synchronizował się z telefonem komórkowym i zdobywał dla właściciela informacje i przedmioty.

– Ale super – zawołał Hadi. – Myślisz, że jeszcze działa?

– Od jak dawna ta pizzeria jest zamknięta? – zapytał Greg. – Aport wygląda, jakby był starszy od mojego ojca, a przecież wtedy nie było jeszcze smartfonów.

Hadi wzruszył ramionami. Greg w końcu też to uznał, że to bez znaczenia i zaczął obmacywać zwierzaka w poszukiwaniu panelu sterowania. Hadi i Cyryl odsunęli się na bok.

– Nie zadziała. To starsza technologia. Nie będzie współpracować z naszymi telefonami – stwierdził Cyryl, kuląc się, gdy wiatr znów uderzył w budynek.

Grega przeszedł dreszcz. Nie był pewien, czy z powodu upiornego wiatru, czy czegoś innego. Skupił się na Aporcie. Chciał sprawdzić, czy zdoła uruchomić zwierzaka. Miał przeczucie, że właśnie on go tutaj wezwał.

Nie dziwiło go, że Cyryl podchodził do psa z dystansem Chłopak nie zauważyłby okazji, nawet gdyby się o nią potknął.

Natomiast Hadi był niepoprawnym optymistą. Był tak pozytywnie nastawiony, że dokonywał rzeczy, do których zdaniem Grega potrzebna była magia – na przykład kolegował się z popularnymi dzieciakami, mimo że większość czasu spędzał z Gregiem i Cyrylem, największymi nerdami w szkole.

Może chodziło o jego wygląd. Greg słyszał, jak dziewczyny rozmawiały o Hadim. Według nich był „fajny”, „słodki”, „niezły”, „pociągający” albo po prostu „mniam”, w zależności od tego, która go opisywała.

Hadi zaczął rozglądać się po sali, a Cyryl opadł na krzesło przy najbliższym stoliku.

– Powinniśmy już iść – stwierdził.

– Nie – prychnął Hadi. – Tu jest jeszcze mnóstwo miejsc do sprawdzenia.

Greg zignorował ich. Podniósł Aporta i znalazł na jego brzuchu panel sterowania. Żonglując instrukcją, latarką i psem, przygryzał wargę i starał się przyciskać odpowiednie guziki w odpowiedniej kolejności.

Wiatr i deszcz na moment zelżały, a w budynku zapadła złowroga cisza. Greg spojrzał na sufit. Zauważył nad głową dużą plamę. Czyżby od wody? Omiótł światłem latarki cały sufit. Żadnych innych plam. Właściwie dlaczego nie kapało w całym budynku? Kiedy po raz pierwszy ujrzał pizzerię, wydawało mu się, że na dachu brakowało kawałków blachy. Dlaczego nic nie przecieka? Wzruszył ramionami i znów skupił się na Aporcie. Teraz już przyciskał guziki na chybił trafił. Żadna z kombinacji podanych w instrukcji nie działała.

Wiatr i deszcz uderzyły równie nagle, jak wcześniej ucichły. I wtedy Aport drgnął.

Uniósł łeb, wydając przy tym terkoczące dźwięki. A potem otworzyła się jego wielka, pełna zębów paszcza. I warknął.

– Co u licha! – Greg upuścił psa na blat i odskoczył do tyłu.

W tym samym momencie Cyryl poderwał się z krzesła.

– Co? – Podbiegł do nich Hadi.

Greg wskazał Aporta, którego łeb był teraz w zupełnie innej pozycji, niż kiedy go znaleźli.

– To chore – jęknął Hadi.

Wpatrując się w psa, jak na zawołanie cofnęli się wszyscy o kilka kroków, na wypadek gdyby Aport zrobił coś jeszcze.

Czekali.

Aport także.

Hadi znudził się pierwszy. Skierował snop światła na scenę.

– Jak sądzicie, co jest za zasłoną?

– Nie chcę wiedzieć – odparł Cyryl.

Za nimi… wewnątrz budynku, rozległ się huk zatrzaskiwanych drzwi.

Chłopcy jak jeden mąż pognali przez salę do korytarza prowadzącego do składziku, przez który się włamali. I chociaż Cyryl był najmniejszy, to on dotarł tam pierwszy. Wydostał się na otwartą przestrzeń, nim pozostali chłopcy zdołali się przecisnąć przez szparę, którą udało im się zrobić w zamkniętych drzwiach dla personelu.

Na zewnątrz, atakowani przez siekący z ukosa deszcz, chwycili swoje rowery. Greg pomyślał, że wieje z prędkością osiemdziesięciu kilometrów na godzinę. Spojrzał na Hadiego, któremu kręcone włosy przykleiły się do głowy. Hadi roześmiał się, a Greg poszedł w jego ślady. Cyryl zawahał się chwilę, po czym także zaczął się śmiać.

– Chodźcie – zawołał Hadi, przekrzykując wichurę.

Nie oglądając się za siebie, chłopcy opuścili głowy i zaczęli pchać rowery pod wiatr.

Idąc obok przyjaciół, Greg zastanawiał się, dlaczego chciał, by przyszli do opuszczonej restauracji. Tylu miejsc nie zdążyli tam zobaczyć… Nie sprawdzili na przykład, co było za kurtyną. Greg martwił się, że nie udało mu się osiągnąć tego, co go tam przywiodło. A może zrobił to, co miał zrobić?


Greg był już blisko domu, gdy usłyszał głos kobiety:

– Wystarczająco mokro?

Zatrzymał się, otarł oczy i rozejrzał w deszczu.

– Dzień dobry, pani Peters – zawołał, gdy ujrzał starszą sąsiadkę stojącą na zadaszonym ganku.

– Uwielbiam te burze! – krzyknęła, unosząc ręce do góry.

Roześmiał się i jej pomachał.

– Miłej zabawy! – zawołał.

Odmachała mu, a on ruszył dalej. Zbliżając się do wysokiego, nowoczesnego domu z widokiem na ocean, który należał do jego rodziców, ze zdziwieniem spostrzegł, że w salonie pali się światło. Całe miasto wciąż było pogrążone w ciemnościach. Od chwili, kiedy pożegnał się z Cyrylem i Hadim, jedynymi światłami, jakie widział, były podskakujące niczym duszki światełka ich latarek, a w niektórych domach migocące światełka świec. Natomiast z jego okien biło jasne, równe światło.

Kiedy postawił rower obok pali o wysokości jednej kondygnacji, na których stał jego dom, odkrył, skąd pochodziło światło. Deszcz i wiatr hałasowały tak bardzo, że silnik usłyszał dopiero w chwili, gdy prawie wpadł na stojący pod domem piękny, nowy generator. Wzdłuż garażu przeznaczonego dla dwóch samochodów i po schodach prowadzących do drzwi wejściowych ciągnął się kabel. Wchodząc na górę, Greg zdjął z siebie ociekającą wodą kurtkę, a nim zdążył dotrzeć do drzwi wejściowych, te się otworzyły.

– Tu jesteś, młody! – Darrin, wuj Grega, uśmiechnął się do niego. Miał prawie dwa metry wzrostu, a jego potężna, barczysta sylwetka wypełniała całą futrynę. – Już miałem ruszyć na poszukiwania. Nie odbierałeś telefonu.

Greg wymienił z wujem ich tradycyjne powitanie – objęli się jednym ramieniem i przybili dwa razy żółwika.

– Przepraszam, Dare, nic nie słyszałem. – Greg wyciągnął z kieszeni komórkę i odblokował ją.

Rzeczywiście, Dare wysłał mu kilka SMS-ów i wielokrotnie dzwonił.

– Rany, przysięgam, że tego nie słyszałem.

– A kto by cokolwiek słyszał przy tym wietrze? Właź do środka.

– Skąd wziął się ten generator? – zapytał Greg.

Tak naprawdę nic go to nie obchodziło. Starał się po prostu nie myśleć o tym, że nie usłyszał telefonu w opuszczonej pizzerii.

W środku nie było aż tak głośno. Czy to możliwe, że…

– Kupiłem go w Olimpii. Twój tata od lat twierdzi, że go nie potrzebujecie, ale to bzdura. Mówiłem mu, że za takim zatęskni. Zapowiadano, że tej zimy będą znacznie ostrzejsze burze, i zobacz, przyszły w tym roku wcześniej! Pamiętasz tę ulewę w zeszłym tygodniu? – Dare potrząsnął głową. – Oczywiście twój tata nie chciał słuchać.

Greg nie przypominał sobie tej dyskusji. Z drugiej strony Dare i Greg tak często się kłócili, że trudno byłoby zapamiętać jakąś konkretną wymianę zdań.

Wujek Darrin był jedynym bratem matki Grega. Nie mieli innego rodzeństwa i byli ze sobą bardzo zżyci. Greg i Dare byli zżyci nawet bardziej. Ale tata Grega nienawidził Dare’a z tych samych przyczyn, z których Greg go uwielbiał – ponieważ Dare był ekstrawagancki i zabawny.

– Darrin musi dorosnąć – powtarzał w kółko tata Grega.

Wujek miał długie, pofarbowane na fioletowo włosy, które zaplatał w warkocz, i nosił kolorowe garnitury i krawaty do kontrastowych wzorzystych koszul, co sprawiało, że wszędzie się wyróżniał. A fakt, że był też bogatym, odnoszącym sukcesy producentem części samochodowych i doskonale inwestował pieniądze, był gwoździem do trumny, jeśli chodziło o ojca Grega.

– Ludzie tacy jak on nie zasługują na sukces – zrzędził.

Ojciec Grega był przedsiębiorcą budowlanym i pracował zdecydowanie więcej, niż by chciał, aby utrzymać ich duży dom i drogie samochody, które lubił. To, że Dare mieszkał na czterohektarowej działce i zarabiał majątek, „bawiąc się” w warsztacie, to było zdecydowanie „za dużo”.

Greg kochał Dare’a tak, jak chciałby kochać tatę. Dare bezkrytycznie przyjął Grega takiego, jaki był, już w momencie gdy jego mała spłaszczona główka wyjrzała na świat. I to mimo że Greg nie był słodkim bobaskiem ani nie wyrósł na urocze dziecko. Miał za długą twarz, oczy osadzone zbyt blisko siebie i za mały nos. Nadrabiał to długimi, falującymi blond włosami, „ślicznym uśmiechem” (a przynajmniej tak powiedziała pewna dziewczyna, gdy byli w ósmej klasie) i wzrostem oraz mięśniami na tyle wypracowanymi, że może po liceum nie będzie kompletnie stracony dla świata. Nigdy nie ciągnęło go do takich typowo chłopięcych spraw jak samochody czy sport, bez względu na to, jak bardzo ojciec starał się go do nich przekonać. A Dare okazał się sojusznikiem, który nigdy nie czepiał się tego, co Greg lubił czy czego nie lubił. Akceptował go takim, jakim był.

– Gdzie mama? – zapytał Dare’a chłopak.

– W klubie książki.

Greg nie pytał o tatę. Po pierwsze nic go to nie obchodziło. A po drugie wiedział, że ojciec gra w pokera z kolegami. W ten sposób spędzał wszystkie sobotnie wieczory, nawet jeśli musieli grać przy świetle świec.

– Gdzieście się włóczyli w tę pogodę? – zapytał Dare.

– Hm… a mogę to przemilczeć?

Dare przechylił głowę na bok i podrapał się po siwiejącej bródce.

– Jasne, ufam ci.

– Dzięki.

– Chcesz zagrać w tryktraka? – zapytał Dare.

– Może innym razem? Chciałem po prostu poczytać książkę.

– Jasne. Nie ma sprawy. Przyjechałem tylko uruchomić dla was generator. Gdy cię nie zastałem i nie mogłem się do ciebie dodzwonić, uznałem, że zaczekam, aż przepalą mi się z niepokoju obwody w mózgu, a następnie zadzwonię na policję.

Greg uśmiechnął się od ucha do ucha.

– Cieszę się, że zdążyłem wrócić, zanim zadzwoniłeś po gliny.

– Ja też.

Dare sięgnął po płaszcz przeciwdeszczowy w kolorze fuksji, zawahał się i pstryknął palcami.

– A przy okazji, słyszałem, że udało ci się wreszcie załatwić sobie tę pracę jako opiekun do dziecka. Cieszę się, że zdołałeś przekonać swojego staruszka.

– To twoja zasługa. Kiedy się włączyłeś, zrobiło się troje na jednego. W przyszłym tygodniu będę się opiekować dzieckiem McNallysów, chyba ma na imię Jake. Potrzebują kogoś, kto by się nim zajął w soboty.

– Serio? Jego mama i ja znaliśmy się w młodości. Może kiedyś zajrzę, przywiozę wam coś do przekąszenia… albo przywiozę mojego nowego szczeniaka. Poważnie myślę o wzięciu psa.

– Naprawdę? Świetnie!

– Tak, mam znajomego, którego shih tzu niedługo się oszczeni. Chyba już dość długo byłem bez psa. Tęsknię za zwierzakiem, do którego można by się przytulić.

Greg roześmiał się.

– Tylko upewnij się, że to miły shih tzu. Mam wrażenie, że bestia od sąsiadów też ma w sobie coś z shih tzu.

– Ten szczerzący się potwór? Mój pies na pewno nie będzie tak wyglądał. Pamiętaj – powiedział Dare, unosząc palec wskazujący prawej ręki, na którym nosił swój ulubiony złoty pierścień z onyksem – mam…

– …magiczny palec szczęścia – powiedzieli jednocześnie i roześmiali się.

„Magiczny palec szczęścia” był ich stałym dowcipem, od kiedy Greg miał cztery lata. Pewnego dnia chłopiec płakał, ponieważ marzył o pluszowej ośmiornicy z maszyny do wyławiania zwierzaków. Mama wrzuciła monetę do urządzenia, ale mechaniczne ramię nie zdołało wyciągnąć upragnionego pluszaka. Wtedy Dare zastukał w szybę maszyny palcem wskazującym prawej ręki i powiedział basem: „Mam magiczny palec szczęścia i zdobędę dla ciebie ośmiornicę”, po czym wyciągnął ją za pierwszą próbą.

 

Od tamtej pory Dare powoływał się na magiczny palec szczęścia, gdy chciał coś osiągnąć. Działało praktycznie za każdym razem.

Greg przestał się śmiać na myśl o psie sąsiadów.

– Do tej pory nie mogę uwierzyć, że to bydlę mnie użarło.

Sąsiedzi z domu obok wprowadzili się rok wcześniej i dwa dni później ich pies, nieduży, ale złośliwy mieszaniec o bardzo ostrych kłach i z jednym okiem, zaatakował Grega i ugryzł go w kostkę. Założono mu na nią aż dziesięć szwów.

– Dobra, to ja się zbieram, a ty zabieraj się do czytania – powiedział Dare. – Ale najpierw upewnijmy się jeszcze, że wszystko dobrze działa.

Kwadrans później Greg leżał na swoim szerokim łóżku i czytał przy świetle zwisającej z sufitu czerwonej lampki nocnej. Dare podpiął generator do skrzynki elektrycznej i wystarczyło kilka przełączników, a w całym domu był prąd.

– Załatwiłem taki system przesyłowy, żebyś mógł bez problemu grać na komputerze – powiedział Dare, po czym przytulił Grega jednym ramieniem, przybił chłopcu dwa żółwiki i wyszedł.

Greg bardzo chciał zabrać się do czytania, ale nim wsunął się pod wielki koc, który zrobił mu na drutach Dare, wykonał swoje wieczorne ćwiczenia jogi. To wujek nauczył ich Grega i chłopak je uwielbiał. Nie dość, że joga wyciszała go przed snem, to jeszcze dzięki niej był w formie. Choć „bycie w formie” niekoniecznie mu wystarczało.

Greg stanął przed lustrem i przyjrzał się swoim wąskim ramionom i szczupłej piersi. Miał co prawda mięśnie na rękach i nogach, ale tułów był zbyt chudy. A twarz…

Telefon Grega zapiszczał.

Chłopak sięgnął po komórkę i przeczytał wiadomość.

Doszedłeś do siebie?

Greg prychnął. Przecież nie przestraszył się tak, żeby musiał do siebie dochodzić.

Po czym?

Odpisał, udając, że nie wie, o co chodzi.

Nie ściemniaj.

Dobra. – odpisał Greg. – Tak. Jest OK. Chyba potrzeba więcej odwagi.

Potrzeba mózgu Briana Rhinehearta. On niczego się nie boi.

Greg roześmiał się. Słusznie. Brian Rhineheart był dawną gwiazdą futbolu.

Odpisał:

I jego nóg. Szybkich, do ucieczki.

LOL I może ramion Steve’a Thorntona?

Dość silnych, żeby przywalić potworom.

Greg znów się roześmiał. Ale Hadi miał niezłą myśl. Jeśli Greg zamierzał zrealizować swój plan, to czemu by nie wybrać tego, co by się sprawdziło?

Dobra – odpisał. – Ale chcę też klatę Dona Warringa.

Greg uśmiechnął się od ucha do ucha na myśl o stworzeniu swojego ciała z części ciał graczy futbolowych. Potrzebował jeszcze dobrej twarzy. Zwłaszcza jeśli chciał, żeby dziewczyny zaczęły na niego zwracać uwagę.

Chcę oczu Rona Fishera – napisał.

OK. Może nos Neala Manninga?

Greg uśmiechnął się i odpisał.

Jasne.

Usta?

Pomyślał chwilę i odpowiedział: Zacha.

CWU

Greg uśmiechnął się. Wyobrażał sobie „cholernie wielki uśmiech” Hadiego.

Włosy?

Lubię swoje – odpisał.

Duże ego?

Greg roześmiał się.

Jasne.

Odpisał: Nara.

Walnął się na łóżko.

Sięgnął po notes i książkę o polu punktu zerowego, w której musiał coś sprawdzić. Nim zabrał się do czytania, rzucił okiem na swoje rośliny. To one były kluczem, prawda? To dzięki nim rozmowa z Hadim przed chwilą nie była tylko głupią zabawą. Cóż, były przynajmniej katalizatorami. To nauka o eksperymentach Cleve’a Backstera sprowadziła go na tę drogę. Ale tego wieczora rośliny nie mogły mu pomóc. Musiał powtórzyć sobie to, co wiedział o generatorach zdarzeń losowych, czyli REG. Zaczął przeglądać książkę. Tak, znalazł. Maszyny i świadomość. Przyczyna i skutek. Odłożył książkę i spojrzał na ostatni wpis w pamiętniku.

Chyba nie pomylił się w interpretacji wyniku, prawda? Nie, raczej nie. Albo był na dobrej drodze, albo nie. A jeśli nie, to wolał nie wiedzieć, na jaką drogę trafił. To, jak go ciągnęło tamto miejsce, nie mogło być przypadkowe.

Deszcz utrzymywał się jeszcze przez kolejny dzień, ale w niedzielną noc ucichł. Znów pojawił się prąd. W poniedziałkowy poranek trzeba było normalnie iść do szkoły.

Greg z trudem przetrzymał pierwsze pół dnia i odetchnął z ulgą, gdy w końcu nadeszła trzynasta dziesięć i mógł iść na zaawansowane teorie naukowe. Były to zajęcia dodatkowe dla uczniów pierwszych klas, którzy w poprzednich dwóch latach zdobyli nagrody w konkursach naukowych. Prowadził je gościnnie pan Jacoby, który uczył też w szkole policealnej Grays Harbor.

Greg jak zawsze był w klasie jako pierwszy. Usiadł z przodu. Tylko Hadi siadał obok niego.

Gdy rozległ się dzwonek na lekcje, pan Jacoby w przedniej części sali praktycznie podskakiwał. Był wysoki i chudy, ale tak pełen energii, że przypominał Gregowi długą sprężynę. Pan Jacoby był bardzo entuzjastycznie nastawiony i nie zniechęcali go znudzeni uczniowie. Greg z kolei uwielbiał nauki ścisłe, nie tylko fizykę, a te zainteresowania sprawiły, że nazywano go pupilkiem nauczyciela.

Prowadząc lekcje, pan Jacoby nigdy nie mógł usiedzieć na miejscu, zupełnie jakby miał robaki. Czasami pisał coś na tablicy, ale częściej po prostu gadał. I to o ciekawych rzeczach. Niewielka klasa z wysokimi stolikami laboratoryjnymi i krzesłami przypominającymi stołki barowe była jednym z ulubionych miejsc Grega w całej szkole. Przepadał za układem okresowym pierwiastków i rozwieszonymi na ścianach plakatami przedstawiającymi gwiazdozbiory. Kochał zapach nawozu, którym podlewano hybrydowe rośliny na tyłach sali. To wszystko kojarzyło mu się z nauką i wiedzą.

Pan Jacoby przeczesał dłonią potargane rude włosy i zaczął:

– W mechanice kwantowej istnieje coś, co nazywamy polem punktu zerowego. Pole to jest naukowym dowodem na to, że nie ma czegoś takiego jak próżnia, jak nicość. Jeśli pozbawicie przestrzeń całej materii i energii, to nadal będzie tam jakaś aktywność w znaczeniu subatomowym. Ta ciągła aktywność to pole energii, które jest zawsze w ruchu. Materia subatomowa, która wchodzi w nieustanne interakcje z inną materią subatomową.

Pan Jacoby podrapał się po piegowatym nosie.

– Wszyscy nadążają?

Greg entuzjastycznie kiwnął głową. Hadi, który siedział obok niego przy trzyosobowym stole, dał mu kuksańca.

– To twój konik.

Greg go zignorował.

Pan Jacoby uśmiechnął się szeroko do Grega i uznał jego skinienie za przytaknięcie całej klasy, co nie było rozsądne, ale Greg nie miał nic przeciwko.

– Dobrze – mówił dalej pan Jacoby. – A więc ta energia nazywana jest polem punktu zerowego, ponieważ mimo temperatury zera absolutnego w polu tym wciąż następują fluktuacje. Zero absolutne to temperatura, w której uzyskuje się najniższą z możliwych energii, kiedy wszystko zostało usunięte i nie powinno być tam nic, co mogłoby wykonywać jakiś ruch. Jasne?

Greg znów skinął głową.

– Świetnie. A więc energia powinna wynosić zero, ale gdy ją mierzymy matematycznie, nigdy nie dochodzi do zera. Zawsze pozostaje jakaś wibracja spowodowana ciągłą wymianą cząstek. Wciąż nadążacie?

Greg znów entuzjastycznie kiwnął głową. Nie miał pojęcia, że pan Jacoby akurat o tym będzie mówił tego dnia. Jakie były na to szanse? Uśmiechnął się od ucha do ucha. To nie szanse. To pole. Był tak przejęty, że umknęło mu kilka kolejnych zdań wykładu, ale to nie miało znaczenia. I tak to wszystko wiedział.

Ponownie skupił się na wykładzie, gdy Kimberly Bergstrom podniosła rękę. No, powiedzmy, że się skupił. Usłyszał jednak jej pytanie.

– Czy to tylko teoria?

Słyszał też początek odpowiedzi pana Jacoby’ego.

– Niezupełnie. Uznajmy to za trend naukowy. Przed rewolucją naukową…

Tu znów się wyłączył. Zagapił się na Kimberly. Któż by tego nie zrobił? Długie, czarne jak smoła włosy. Cudownie zielone oczy. Była piękniejsza niż każda modelka, jaką kiedykolwiek widział Greg.

Poczuł, jak się rumieni, więc oderwał od niej wzrok, nim ktoś to zauważy. Za późno.

Hadi znów dał mu kuksańca, a gdy Greg na niego spojrzał, jego przyjaciel zrobił wielkie maślane oczy. Chłopak ponownie skupił się na nauczycielu.

Greg jak zwykle wyszedł z sali jako ostatni. Pan Jacoby uśmiechnął się do niego, gdy Greg zbierał swoje rzeczy. Wtedy chłopaka znów naszła myśl, by porozmawiać z nauczycielem. W tej samej chwili poczuł wibrowanie telefonu. Pomachał do pana Jacoby’ego i wychodząc na korytarz, sięgnął po komórkę. Spojrzał na ekran.

Cześć, Greg. Jak się masz?

Nie znał tego numeru. Rozejrzał się wokół. Kto do niego pisał? Odpowiedział:

Dobrze. Kto to?

Wpatrywał się w ekran.

Aport

– Bardzo śmieszne, Hadi – mruknął Greg i napisał te słowa.

Wiadomość, która przyszła, zaskoczyła go.

Mam pytanie.

Jakie? – odpisał Greg.

Czemu sobie poszedłeś?

Greg przewrócił oczami i odpisał:

Bardzo śmieszne.

Dzięki. Odpowiedz.

Ktoś klepnął Grega w ramię.

– Amigo, spóźnisz się na hiszpański – powiedział Hadi.

Greg odwrócił się gwałtownie. Hadi uniósł brew, a Cyryl, który stał obok, cofnął się o krok.

– Czemu do mnie piszesz, skoro stoisz tuż obok? – zapytał Hadiego Greg.

– Stary, odbiło ci? Czy ja wyglądam, jakbym coś pisał?