Five Nights At Freddy's. 1:35 w nocy

Tekst
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

1 1:35 w nocy

2  Miejsce na jeszcze jedną

3  Nowy uczeń

4  O Autorach

5  …

Tytuł oryginału: FAZBEAR FRIGHTS #3: 1:35 A.M.

Przekład: Joanna Lipińska

Opieka redakcyjna: Maria Zalasa

Redakcja: Natalia Jóźwiak

Korekta: Katarzyna Nawrocka

Projekt okładki: Betsy Peterschmidt

Fotografia szumu telewizyjnego: © Klikk/Dreamstime Adaptacja okładki na potrzeby polskiego wydania: Norbert Młyńczak

Copyright © 2020 by Scott Cawthon. All rights reserved.

All rights reserved. Published by arrangement with Scholastic Inc., 557 Broadway, New York, NY 10012, USA

Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część tej publikacji nie może być powielana ani rozpowszechniana za pomocą urządzeń elektronicznych, mechanicznych, kopiujących, nagrywających i innych bez uprzedniego wyrażenia zgody przez właściciela praw.

ISBN 978-83-8225-057-2

Wydanie I, Łódź 2021

JK Wydawnictwo Sp. z o.o. sp. k.

ul. Krokusowa 3, 92-101 Łódź tel. 42 676 49 69

www.wydawnictwofeeria.pl

Wersję elektroniczną przygotowano w systemie Zecer firmy Elibri

1:35 w nocy


Hurra, hurra! Bzzz, bzzz, bzzz – zaśpiewał głośno brzękliwy głosik.

Niedorzeczna piosenka przecięła jak bosak przyjemny sen Delili i wyrwała ją z tego cudownego stanu nieświadomości.

– Co do…? – wymamrotała Delilah, siadając wśród pogniecionej flanelowej pościeli, i zamrugała, porażona światłem słońca przesączającym się przez żaluzje.

– To dzięki tobie mam tyle energii – śpiewał dalej niezrażony głosik.

Delilah rzuciła poduszką w cienką ścianę oddzielającą jej pokój od mieszkania sąsiadki. Poduszka walnęła w oprawiony plakat, na którym widniał spokojny nadmorski pejzaż. Delilah spojrzała nań tęsknie. Taki właśnie widok chciałaby mieć.

Niestety okna Delili nie wychodziły na ocean, lecz na kosze na śmieci i paskudne zaplecze czynnej dwadzieścia cztery godziny na dobę knajpy, w której pracowała. Nie miała też spokoju, tylko denerwującą sąsiadkę o imieniu Mary, która wciąż śpiewała na całe gardło: „Dziękuję, dziękuję, że zaczynasz mój dzień.”

– Kto śpiewa o budzikach? – warknęła Delilah, jęcząc i pocierając oczy.

Już samo posiadanie śpiewającej sąsiadki było złe, a sto razy gorsze było to, że sąsiadka sama wymyślała głupie piosenki i zawsze rozpoczynała dzień od tej o budziku. Tak jakby budziki same w sobie nie były dość okropne.

O wilku mowa. Delilah spojrzała na swój zegarek.

– Co? – jęknęła i wyskoczyła z łóżka jak oparzona.

Chwyciła nieduży elektroniczny budzik na baterie i zagapiła się na wyświetlacz, na którym widniała 6:25.

– Co z ciebie za pożytek… – zawołała i rzuciła zegar na jasnoniebieską kołdrę.

Delilah z całego serca nienawidziła budzików. Było to pokłosie dziesięciu miesięcy, które spędziła u ostatniej rodziny zastępczej pięć lat temu. W prawdziwym świecie trzeba było także niestety korzystać z budzików, a dziewczyna jeszcze się z tym nie pogodziła. Teraz odkryła jednak, że jest coś, czego nienawidzi jeszcze bardziej niż budzików – budzików, które nie działają!

Zadzwonił jej telefon. Kiedy odebrała, nie musiała nawet czekać, aż jej rozmówca się odezwie. Przekrzykując stukot naczyń i szum głosów, powiedziała:

– Wiem, Nate. Zaspałam. Dotrę za pół godziny.

– Już zadzwoniłem do Rianne, żeby cię zastąpiła. Możesz wziąć jej zmianę o czternastej.

Delilah westchnęła. Nienawidziła tej zmiany. Było na niej mnóstwo pracy.

Właściwie to nienawidziła wszystkich zmian. Po prostu nienawidziła ich i już.

Jako kierowniczka zmiany w knajpie miała obowiązek pracować wtedy, kiedy wymagał tego ogólny grafik. Jej dni pracy mogły więc trwać od szóstej do czternastej, od czternastej do dwudziestej drugiej albo od dwudziestej drugiej do szóstej. Jej zegar biologiczny kompletnie zwariował i w praktyce spała, gdy była na nogach, i nie była w stanie usnąć, gdy miała spać. Żyła w stanie ciągłego wyczerpania. Była wiecznie nieprzytomna, jakby do jej mózgu uszami wlewała się mgła. Nie dość, że utrudniało jej to myślenie, to jeszcze nie pozwalało mózgowi współgrać ze zmysłami. Zupełnie jakby jej wzrok, słuch i smak były wciąż przytłumione.

– Delilah? Mogę liczyć, że dotrzesz na czternastą? – zawołał Nate.

– Jasne. Tak, będę.

Nate chrząknął i się rozłączył.

– Też cię kocham – odezwała się do słuchawki Delilah, po czym ją odłożyła.

Spojrzała na swoje wielkie łóżko. Gruby materac i jej ukochana poduszka z pianki z pamięcią kształtu przyciągały ją niczym rozespany kochanek, zachęcający, by wróciła do ciepłej pościeli. Delilah tak bardzo chciała to zrobić. Kochała spać. Uwielbiała przebywać w łóżku. Było niczym kokon, dorosła wersja baz z koców, które budowała, gdy była mała. Gdyby mogła, spędzałaby cały dzień w łóżku. Marzyła o znalezieniu pracy, którą mogłaby wykonywać z domu, z łóżka, w piżamie. Nie byłoby to najlepsze rozwiązanie dla jej pracodawcy, bo wolałaby się wylegiwać i spać, ale na pewno dobrze by wpłynęło na jej zdrowie. Gdyby pracowała dla siebie, sama ustalałaby sobie godziny pracy.

Ale poszukiwania takiego zajęcia spełzły na niczym. Trafiała na same oszustwa. Po rozstaniu z Richardem ta restauracja była jedynym miejscem, gdzie chcieli ją zatrudnić. A wszystko przez to, że miała kartotekę z poprawczaka i wywalili ją z liceum za coś, czego już prawie nie pamiętała. Życie było do bani.

Delilah spojrzała na bezużyteczny budzik. Nie. Nie mogła ryzykować. Nie mogła znów zasnąć.

Ale jak to zrobić?

Za ścianą Mary śpiewała swoją głupią piosenkę o wstawaniu co najmniej trzeci raz. Delilah wiedziała, że walenie w ścianę czy proszenie sąsiadki, by śpiewała ciszej, nie ma sensu. Mary miała trochę nierówno pod sufitem. Delilah nie była pewna, co jest z tą kobietą nie tak. Wiedziała tylko, że jej poprzednie skargi rozpływały się w pustce, która zdawała się kryć pod gęstymi, siwymi włosami Mary.

Delilah nie miała ochoty siedzieć w domu i słuchać Mary. W gruncie rzeczy mogła zabrać się za coś użytecznego.

Podreptała do malutkiej, wykładanej różowymi kafelkami łazienki, wyszorowała zęby i założyła szare spodnie od dresu i czerwoną koszulkę. Uznała, że równie dobrze może pobiegać. Nie ćwiczyła już co najmniej od trzech dni. Może stąd ta mgła mózgowa.

Nie. Wiedziała, że to nieprawda. Sprawdzała, czy ćwiczenia pomogą jej na ciągłe zmęczenie. Wyglądało na to, że nie ma znaczenia, ile ćwiczy. Jej ciało po prostu nie lubiło nieustannych zmian w harmonogramie dnia.

– To przez zimę – mówiła jej najlepsza przyjaciółka, Harper. – Kiedy nadejdzie wiosna, to obudzisz się zupełnie jak kwiat.

Delilah miała co do tego wątpliwości, i to uzasadnione. Wiosna nadeszła. Wszystko budziło się do życia… poza energią Delili.

Nie myśląc już o tym, czy ćwiczenia coś jej dadzą, Delilah założyła adidasy, wrzuciła klucze, komórkę, trochę pieniędzy, prawo jazdy i kartę kredytową do saszetki do biegania i zawiesiła ją na szyi. Wyszła z pełnego hałasu mieszkanka – Mary wciąż śpiewała – na wyłożony wykładziną korytarz, śmierdzący bekonem, kawą i klejem. O co chodzi z tym klejem?

Delilah prychnęła, zbiegając trzy kondygnacje po wąskich, nierównych stopniach. Pewnie klej służy do naprawy ścian czy czegoś. W końcu to nie żaden elegancki budynek.

W holu na dole Delilah natknęła się na dwójkę ponurych, zgarbionych nastolatków. Zmierzyli ją wzrokiem. Zignorowała ich i wyszła przez szare, obdrapane metalowe drzwi w chwili, gdy słońce schowało się za puchatą białą chmurą.

To był jeden z tych słonecznych, wietrznych wiosennych dni, które uwielbiała Harper i których nienawidziła Delilah. Może gdyby mieszkała na wybrzeżu lub w lesie, cieszyłoby ją to wesołe słoneczko i dziarski wiaterek. W otoczeniu przyrody i kwitnących kwiatów taki dzień by jej pasował. Ale tutaj?

W tym miejskim zlepku pasaży handlowych, warsztatów, dilerów aut, pustych działek i budynków z mieszkaniami socjalnymi „słońce i wiatr” nie były miłe, tylko irytujące. Pasowały jak kwiatek do kożucha.

Delilah starała się nie zwracać uwagi na smród rozkładającej się sałaty, spalin i starego oleju do smażenia. Oparła stopę o brzeg pustego kwietnika stojącego przed jej szarym, kwadratowym blokiem. Może łatwiej byłoby poczuć wiosnę, gdyby w kwietnikach rosły kwiaty, a nie kamienie. Delilah przeciągnęła się i potrząsnęła głową na te ponure myśli.

– Nie powinnaś tak robić – skarciła się.

Ruszyła truchtem na północ, w stronę najbliższego osiedla, by pobiegać wśród domów i drzew, a nie upadających biznesów i samochodów.

Musiała się wydostać z tej ponurej matni, w której się znalazła. Jako nastolatka wystarczająco dużo czasu spędziła na terapii, by wiedzieć, że ma „osobowość obsesyjną” – kiedy raz się skupiła na jakieś wizji, nie mogła się od niej oderwać. Teraz myślała tylko o tym, że jej życie jest do bani. I wyglądało na to, że tak pozostanie, jeśli nie wpadnie na jakąś inną myśl.

Teraz biegła po nierównym chodniku i próbowała myśleć o miłych sprawach, by rozproszyć mgłę w swojej głowie.

– Codziennie jestem coraz lepsza – nuciła.

Po dziesięciu powtórzeniach tej afirmacji podśpiewywanie zaczęło ją wkurzać, więc skupiła się na wizji życia, jakiego pragnęła. To sprawiło, że zaczęła myśleć o życiu, które wiodła z Richardem, co tylko jeszcze bardziej pogorszyło jej samopoczucie.

 

Kiedy Richard postanowił zastąpić swoją ciemnooką i ciemnowłosą panią Richardową nową, niebieskooką blond żonką, Delilah nie miała specjalnego wyboru. Przed ślubem z Richardem podpisała intercyzę. Wychodząc za niego, nie wnosiła nic do ich małżeństwa, więc nic nie dostała przy rozwodzie. No nie, to nie była prawda. Dzięki ugodzie stać było ją na mieszkanie, trochę używanych mebli i niewielki, piętnastoletni jasnobrązowy samochód. Zorganizowała sobie to wszystko dopiero, gdy znalazła pracę w jedynym miejscu, które zgodziło się ją zatrudnić i wyszkolić. Biorąc pod uwagę jej cudowny życiorys – „ukończenie pierwszego semestru klasy maturalnej”, „opieka nad dziećmi” i „praca w fast foodzie” – miała szczęście, że tak jej się trafiło. I pomijając okropne godziny pracy, wcale nie było jej tu tak źle. Nate wysłał ją na kurs zarządzania i w ciągu kilku miesięcy awansowała z kelnerki na kierowniczkę zmiany. Miała dwadzieścia trzy lata i była najmłodszą kierowniczką zmiany w restauracji.

– Widzisz? – wydyszała Delilah. – Jest coraz lepiej.

Trzymała się tej w miarę pozytywnej myśli, biegnąc przez zaniedbane, stare osiedle, za którym rozciągała się strefa przemysłowa. Wydawało się zbyt podupadłe, by można było je nazwać ładnym, ale rosły tu przepiękne stare klony i wysokie, gibkie topole, które delikatnie kołysały się na wietrze. Na wszystkich drzewach widać było młode jasnozielone listki, które napełniały Delilę nadzieją, choćby na parę minut.

Dziewczyna zaczęła się zastanawiać, czy okoliczni mieszkańcy zwracają czasem uwagę na drzewa. Rozejrzała się wokół z powątpiewaniem. Kilkoro apatycznych dzieci czekało na żółte szkolne autobusy, które, warkocząc i plując spalinami diesla, nadjechały w ślad za Delilą. Starszy mężczyzna o lśniącej łysinie kosił zarośnięty zielskiem ogródek, a kobieta, która wydawała się jeszcze bardziej ponura niż Delilah, stała na ganku i patrzyła ze złością na swój kubek z kawą.

Delilah uznała, że ma już dość tego miejsca, podobnie jak biegania. Zawróciła przy nieczynnym sklepie z częściami samochodowymi i skierowała się w stronę domu.

Dom.

Gdyby rzeczywiście nim był. Ale jej mieszkanie nie było prawdziwym domem. Przez całe życie miała tylko dwa. W pierwszym żyła z rodzicami aż do ich śmierci, gdy miała jedenaście lat. Domy rodzin zastępczych, u których później mieszkała, były dla niej tylko miejscami do przeczekania. Drugi dom stworzyła z Richardem. Teraz miała tylko miejsce do spania, a tego snu nigdy nie było dość.

Ostatnio odnosiła wrażenie, że życie to tylko kolejne irytujące przerwy we śnie, tak jakby świat był budzikiem, włączającym się wciąż i wyrywającym ją ze snu, jedynego miejsca, w którym naprawdę była w stanie natrafić na jakąś szczęśliwą myśl.


Kiedy wróciła do mieszkania, starała się za wszelką cenę nie zwracać uwagi na prawie puste bladozielone ściany – od kiedy się wprowadziła, nie wykrzesała z siebie dość energii, by je przemalować. Zdjęła buty i ustawiła je starannie przy drzwiach wejściowych. Podeszła do niedużej, wytartej beżowej kanapy i poprawiła wiszący na oparciu zielonożółty koc. Delilah go nie lubiła, ale to Harper go dla niej wydziergała. Pewnego dnia Harper zajrzała do niej i było jej przykro, gdy nie zobaczyła swojego koca. Po tym wydarzeniu Delilah przestała go chować.

– Po prostu musisz starannie podwinąć te mniej udane kawałki – powiedziała Harper do Delili, wręczając jej prezent. A że było ich niemało, zadanie to wymagało sporego wysiłku.

Za ścianą Mary dalej nuciła, gdy Delilah ściągnęła przepoconą koszulkę i otworzyła szafkę, w której trzymała zapasy ciasteczek. Na półkach było pusto. No jasne.

Delilah westchnęła i otworzyła lodówkę. Wiedziała, że to nie ma sensu, ponieważ nie gotowała i w lodówce nie było nic poza butelką wody, sokiem jabłkowym i niedokończonym jedzeniem na wynos z jej knajpy. Zaletą pracy w całodobowej restauracji było to, że na każdej zmianie dostawało się dwa bezpłatne posiłki. A to pozwalało się całkiem nieźle najeść. Poza tym Delilah potrzebowała tylko ciastek, mleka, kilku batoników proteinowych i mrożonych dań na te dni, kiedy nie pracowała. Zajrzawszy do lodówki, stwierdziła, że brakuje też mleka.

Zza ściany dobiegł śpiew Mary.

– Wiosna wybucha i robale wychodzą…

– Tak, tego się właśnie obawiam, Mary – westchnęła Delilah.

Nie mogła tu zostać.

Weszła do łazienki. Wzięła letni prysznic, a potem założyła brązowe leginsy i kurtkę w złoto-czarną kratę. Kiedy suszyła swoje kręcone włosy do ramion, starała się nie patrzeć w lustro. Nie nosiła już makijażu. Zamiast wydawać pieniądze na kosmetyki i skupiać na sobie uwagę mężczyzn, której wcale nie chciała, te kilka zaoszczędzonych dolarów odkładała na konto. Nawet bez makijażu była na tyle ładna, że się za nią oglądano. Kiedyś zgłosiła się do agencji modelek, gdzie poinformowano ją, że gdyby nie zbyt duży podbródek, byłaby klasyczną pięknością. Dwie agencje dały jej namiary na chirurgów plastycznych i powiedziały, żeby wróciła, gdy jej podbródek będzie już mniejszy.

Delilah uznała, że skoro się nie maluje, to nie musi patrzeć w lustro. Wiedziała, jak wygląda, i wcale nie miała ochoty patrzeć sobie w oczy. Dostrzegała w nich coś, co ją przerażało, coś, co powodowało, że zaczynała się zastanawiać nad swoją przyszłością.

Za ścianą Mary śpiewała na całe gardło o wyprawie na Marsa.

– Leć tam, Mary – powiedziała Delilah, marząc o tym, by Mary poleciała na Marsa… i już stamtąd nie wracała.

Chwyciła torebkę i poszła do samochodu. Obliczyła, że zdąży podjechać do sklepu po ciastka owsiane i mleko, a potem wrócić i jeszcze uciąć sobie przed pracą drzemkę.

Po wizycie w spożywczym, gdzie uzupełniła zapasy, Delilah wyjechała z parkingu. Lubiła wracać do mieszkania spokojnymi bocznymi uliczkami, a nie zakorkowaną dwupasmówką biegnącą przez sam środek terenów przemysłowych, na których mieszkała.

To osiedle było trochę ładniejsze od tego, po którym biegała dziś rano. Tyle że tam rosły wielkie klony i topole, a tutaj tylko rachityczne wiśnie. Musiała jednak przyznać, że ich różowe płatki były urocze.

Skręcając przy wyjątkowo ukwieconym drzewku, Delilah zauważyła znak informujący o wyprzedaży garażowej. Strzałka wskazywała na wprost, więc pod wpływem impulsu ruszyła w tamtym kierunku. Kolejne dwa znaki nakazały jej skręcić w prawo, aż w końcu ujrzała piętrowy dom w stylu kolonialnym, przed którym stało kilka stolików zastawionych różnymi domowymi sprzętami.

Delilah nie mogła się oprzeć. Musiała się tu zatrzymać. Oprócz skłonności do utykania w schematach myślowych, Delilah miała też słabość do wyprzedaży garażowych. Uwielbiała je od czasów liceum. Jeden z jej terapeutów, Ali, miał nawet na ten temat teorię. Uważał, że Delilah kocha wyprzedaże garażowe, bo dają jej wgląd w życie rodzinne. Pokazują, jak wygląda „normalne” życie.

Delilah nie była wyprzedażową zakupoholiczką. Owszem, zdarzało jej się coś kupić – wszystkie meble w obecnym mieszkaniu pochodziły z takich akcji. Zazwyczaj jednak była ich obserwatorką, archeolożką domowych przedmiotów, detektywem klamotów. Chciała wiedzieć, czego ludzie używają, co zbierają, co kochają i czego już nie potrzebują. Sprawiało jej to wielką przyjemność.

Delilah uznała, że mleko może poczekać na nią kwadrans w samochodzie, i zaparkowała za brudnym czerwonym pick-upem. Przed domem stały tylko ten pick-up i jasnoniebieski cadillac. Między stolikami kręciły się raptem dwie osoby. Krępa kobieta, którą interesowały kuchenne utensylia, i szczupły chłopak, który przeglądał sterty książek i płyt. Delilah skinęła głową tej dwójce, a także kobiecie w średnim wieku, siedzącej przy rozkładanym stoliczku, na którym leżały metalowa kasetka na pieniądze, notes i kalkulator.

– Dzień dobry – zawołała kobieta.

Jej kasztanowe włosy były ostrzyżone na jeża, a oczy obmalowane grubymi czarnymi kreskami. Miała na sobie żółty dres i trzymała na kolanach beżowego chihuahuę, tak spokojnego i potulnego, że Delilah zaczęła się zastanawiać, czy pies jest prawdziwy. Ale gdy podeszła, by go pogłaskać, pomachał ogonem.

– To Mumford – powiedziała kobieta.

– Cześć, Mumford. – Delilah podrapała pieska za uszami i tym samym stała się jego nową najlepszą przyjaciółką.

W końcu Delilah porzuciła Mumforda oraz jego panią i ruszyła na obchód stołów. Przerzucała nieduże sprzęty, narzędzia, gry, puzzle, elektronikę i ubrania, a wśród nich znalazła czarną skórzaną kurtkę, która podobała jej się do chwili, gdy ją powąchała i owiał ją zapach starych kulek na mole. Przeszła do następnego stołu i trafiła na „dział zabawek”. Rzut oka na stertę lalek w stylu Barbie pogorszył jej już i tak nie najlepszy nastrój, ponieważ lalki przypomniały jej, jak to w dzieciństwie nie mogła powstrzymać innych dzieci w rodzinach zastępczych przed zabawą jej rzeczami. Klocki z kolei sprawiły, że pomyślała o swoim młodszym bracie zastępczym, z którym zaprzyjaźniła się w rodzinie numer trzy, ale straciła go, gdy został adoptowany ledwie tydzień przed jej kolejnym przeniesieniem. Już miała odejść od stołu i obejrzeć różne durnostojki na kolejnym, gdy zauważyła inną lalkę.

Miała brązowe kręcone włosy, wielkie ciemne oczy i pucołowate różowe policzki, i wyglądała prawie dokładnie jak dziecko, które Delilah pragnęła mieć z Richardem. Na początku ich małżeństwa było ono dla niej równie rzeczywiste jak wszystko w świecie rzeczywistym. Była przekonana, że zostanie matką, i to do tego stopnia, że nadała córeczce imię, zanim jeszcze ta została poczęta. Miała mieć na imię Emma.

Zaciekawiona Delilah obeszła stół, by zbliżyć się do lalki, upchniętej w dużej drewnianej skrzyni pełnej pluszaków i gadżetów elektronicznych. Jej dziecięca twarz skrywała się częściowo w cieniu niebieskiego kapelusza z szerokim rondem ozdobionym różowymi wstążkami. Dziwnie wyglądał ten kapelusz wepchnięty między konsolę do gier i coś, co wyglądało na zdalnie sterowany samolot. Delilah musiała przełożyć oba przedmioty, by wyciągnąć lalkę.

Lalka miała jakieś sześćdziesiąt centymetrów wzrostu i była ubrana w długą niebieską sukienkę w stylu lat osiemdziesiątych, z bufiastymi rękawami, różową marszczoną falbanką i grubą wstążką w pasie. Była znacznie cięższa, niż mogło się na początku wydawać. Przyjrzawszy się jej, Delilah odkryła, dlaczego tak jest: lalka była elektroniczna.

Delilah sięgnęła po intensywnie różową zawieszkę z książeczką z instrukcją obsługi, która zwisała z nadgarstka lalki. Było tan napisane: „Mam na imię Ella”.

Ella. Prawie jak Emma. Delilę przeszedł dreszcz. Czy to nie dziwne? Lalka, która wygląda jak jej upragnione dziecko, i imię, które jest zbyt podobne, by to był przypadek. Ale to przecież musiał być przypadek, prawda?

Delilah otworzyła książeczkę. I zrobiła wielkie oczy. Rany! To była zaawansowana technologia.

Instrukcja informowała, że Ella jest „lalą pomocniczką”, skonstruowaną przez Fazbear Entertainment.

– Fazbear Entertainment – wyszeptała Delilah.

Nigdy o nich nie słyszała.

W instrukcji podano listę umiejętności lalki. Trzeba przyznać, że robiło to wrażenie. Ella bardzo wiele potrafiła. Mierzyła czas i służyła jako budzik, przypominała o spotkaniach, odhaczała zadania z list, robiła zdjęcia, czytała, śpiewała, a nawet podawała napoje.

Podawanie napojów? – Delilah potrząsnęła głową.

Dziewczyna rozejrzała się i odetchnęła z ulgą, widząc, że nikt nie zwraca uwagi na jej zainteresowanie lalką. Mamusia Mumforda pomagała chłopakowi wybrać płyty. Krępa kobieta była skupiona na ustawianiu porcelanowych talerzy obok kasetki z pieniędzmi. Nikogo więcej nie było.

Delilah czytała dalej. Ella, jak mówiła instrukcja, umiała sprawdzić współczynnik pH wody i przeprowadzić ocenę osobowości; wystarczyło odpowiedzieć na zaprogramowaną listę dwustu pytań. Jak to możliwe, że stara zabawka jest tak skomplikowana?

Zarówno wygląd Elli oraz jej ubranie, jak i instrukcja do niej wskazywały na to, że została wykonana lata temu. Nie była więc nowa. Czy naprawdę potrafiła to wszystko robić?

Delilah obróciła Ellę i zauważyła przypiętą do sukienki kartkę, na której napisano, że w lalce działa tylko budzik. Ponownie obróciwszy lalkę, spostrzegła, że Ella w piersi ma umieszczony mały elektroniczny zegarek.

Dziewczyna przeczytała uważnie instrukcję i spróbowała uruchomić budzik, naciskając odpowiednią sekwencję przycisków, które znalazła na okrągłym brzuszku zabawki.

Prawie upuściła biedną Ellę, gdy po wciśnięciu ostatniego przycisku lalka nagle otworzyła oczy. Ocknęła się dosłownie w jednej chwili, wydając się siebie ostry dźwięk. Delilah ze świstem nabrała powietrza, a jej serce gwałtownie przyspieszyło.

 

Przyjrzała się Elli, trzymając ją w wyciągniętych rękach. Cóż, przecież potrzebowała budzika. Spojrzała na nalepkę z ceną umieszczoną na karku lalki. Nie tak źle. Mogła sobie na nią pozwolić. I może udałoby się nieco tę cenę obniżyć. Setki wypraw na wyprzedaże garażowe sprawiły, że potrafiła się całkiem nieźle targować.

Delilah wzięła Ellę i skierowała się do Mumforda i jego pani, którzy znów tkwili przy stoliku z kasetką na pieniądze. Chłopak pakował pudło z płytami do swojego pick-upa.

– Spuści pani z ceny piętnaście dolarów? – zapytała Delilah. – Skoro działa jej tylko jedna funkcja?

Kobieta wyciągnęła przed siebie dłoń z intensywnie czerwonymi paznokciami. Obróciła Ellę, spojrzała na cenę, a potem na Delilę, która starała się wyglądać na chętną i biedną jednocześnie.

– Dobra, jasne. Nie ma sprawy.

Delilah uśmiechnęła się szeroko.

– Wspaniale.

Kiedy zapłaciła, zmusiła się do zauważenia, że ten dzień rzeczywiście zaczyna stawać się lepszy. Miła przebieżka, kupno ciastek w sklepie i świetnej lalki z bajerami za dobrą cenę na wyprzedaży garażowej – to wszystko było fajne. Ella będzie świetnym tematem do rozmów, gdy postawi się ją na starym dębowym stoliku do kawy. Harper się nią zachwyci.

A do tego Delilah miała teraz działający budzik! Mogła wrócić do domu i uciąć sobie drzemkę bez obaw, że spóźni się do pracy. Tak. Teraz wszystko wyglądało lepiej. Może zdoła w końcu porzucić myśl o tym, jak beznadziejne jest życie.


W mieszkaniu Delilah posadziła Ellę na szafce nocnej pod białą lampą z abażurem. Lalka w starannie rozpostartej bufiastej sukience wyglądała tu naprawdę ładnie. Sprawiała wręcz wrażenie, jakby się tu dobrze czuła. Wyglądała nawet na zadowoloną z siebie, co było oczywiście tylko wrażeniem Delili, ponieważ Ella nie miała samoświadomości. To Delilah była zadowolona z siebie. Czuła dumę, że znalazła sposób, by odmienić ten dzień. Przełamała niechęć. A to już naprawdę dużo.

Delilah spojrzała na zegarek i ustawiła godzinę na budziku Elli. Była dopiero jedenasta trzydzieści, więc pozostało jej jeszcze sporo czasu na drzemkę. Ustawiła alarm lalki na pierwszą trzydzieści pięć po południu, następnie wygładziła prześcieradło i koc i położyła się na nich, podciągając kołdrę pod brodę, nie dlatego, że w mieszkaniu było zimno, ale dla poczucia bezpieczeństwa. Wdzięczna, że Mary także zasnęła, wyszła coś załatwić albo tak zdarła już struny głosowe, że nie była w stanie dalej śpiewać, dziewczyna rozluźniła się i oddała w objęcia Morfeusza.


Dźwięk telefonu rozbił spokój Delili niczym pocisk niszczący ściany klasztoru. Poderwała się, stając prawie na baczność, złapała komórkę i przeklęła, że nie wyłączyła dźwięku, by nic jej nie przerywało drzemki.

– Co? – warknęła.

– Gdzie jesteś, do cholery? – usłyszała w odpowiedzi warknięcie Nate’a.

– Eee? Jest… – Delilah spojrzała na Ellę. Zegarek lalki wskazywał drugą dwadzieścia pięć po południu. – O kurde.

– Bądź tu za kwadrans albo więcej się nie pokazuj.

Delilah odsunęła telefon od ucha w samą porę, by uniknąć trzaśnięcia, które po chwili nastąpiło. Nate używał starego stacjonarnego telefonu, takiego z metalowymi widełkami na słuchawkę. Wyrażał swoje zdanie siłą, z jaką odkładał telefon na widełki. Był wściekły.

Delilah pobiegła do łazienki, zrzucając po drodze ubrania. Ochlapała twarz wodą, przejechała szczotką po włosach i wróciła szybko do sypialni. Założyła granatową służbową sukienkę i chwyciła paskudne czarne przeciwpoślizgowe buty do pracy, które Nate kazał nosić wszystkim pracownikom. Kiedy je sznurowała, jej spojrzenie spoczęło na Elli.

– Zawiodłaś mnie – zwróciła się do lalki.

Ta odpowiedziała jej spojrzeniem spod gęstych rzęs. Loczek opadł jej na oko. Wyglądała wręcz złośliwie.

Nic dziwnego, że ta lalka była taka tania. Jedyne, co w niej działało, to zegarek na piersi. Ale jaki to miało sens bez budzika? Ella wciąż była ładna i nadal wyglądała jak dziecko, którego kiedyś tak pragnęła Delilah, ale teraz głównie przypominała dziewczynie o frustracji.

Gdy Delilah skończyła z butami, zabrała lalkę z nocnej szafki. Zaskoczyło ją to, jak realistyczna w dotyku jest dziecinna „skóra” Elli. Przeszła do dużego pokoju, wzięła torebkę i wyszła z mieszkania. Zbiegając po schodach, potrząsnęła głową, bo usłyszała, jak Mary drze się na całe gardło: „Kocham ten wielki wspaniały świat”.

Na zewnątrz słońce zniknęło za niskimi chmurami, z których kapały wielkie krople. Delilah przytrzymała drzwi dwóm starszym paniom, które rozpaczliwie wolno wchodziły do środka. Potem pognała wzdłuż budynku w stronę śmietników.

Trzy wielkie zielone pojemniki stały niczym trójka trolli na skraju parkingu należącego do budynku. Dwa z nich były otwarte, a jeden zamknięty. Delilah wycelowała w drugi z otwartych i zamachnęła się lalką, wypuszczając ją z dłoni, gdy ta znalazła się na szczycie łuku. Ella przeleciała przez przecinane nielicznymi kroplami powietrze i wylądowała z metalicznym hukiem w jednym z otwartych śmietników. Delilah skrzywiła się trochę na ten dźwięk i ogarnęło ją poczucie winy, że wyrzuciła lalkę, która wyglądała jak jej dziecko i była zaskakująco realistyczna w dotyku.

Nie zauważyła, w którym koszu ostatecznie wylądowała Ella, ponieważ w tym momencie w tylnych drzwiach restauracji pojawił się Nate. Pomachała mu.

– Spóźniłaś się, bo bawiłaś się ze swoją laleczką? – zawołał.

– Bardzo zabawne. – Delilah pobiegła w stronę knajpy i dopadła wejścia w chwili, gdy lunęło.

Nate odsunął się, by ją wpuścić, po czym zamknął drzwi, za którymi właśnie rozpętała się nawałnica.

Delilah poczuła zapach jego wody po goleniu, z delikatną nutką whiskey. Był z niej niezmiernie dumny.

– Męska, prawda? – zapytał ją, gdy po raz pierwszy użył tych perfum.

Musiała przyznać, że tak.

Nate przeczył stereotypowi typowego właściciela knajpy – był wysoki, wysportowany, przystojny i zadbany. Miał koło pięćdziesiątki, krótkie siwiejące ciemne włosy i starannie przystrzyżoną bródkę. Gdy był niezadowolony, spojrzenie jego grafitowych oczu przebijało człowieka na wylot. I właśnie takim wzrokiem obrzucił teraz Delilę.

– Masz szczęście, że jesteś dobra i klienci cię lubią – powiedział. – Ale musisz zapanować nad spóźnialstwem. Nie będę ci pozwalał na to bez końca.

– Wiem, wiem. Staram się.

– No owszem.


Zmiana upłynęła szybko. Taka była zaleta pracy od czternastej do dwudziestej drugiej. Duży ruch męczył, ale przynajmniej czas szybko płynął.

Delilah wróciła do mieszkania około dwudziestej drugiej trzydzieści, dzięki czemu przegapiła piosenkę, którą Maria śpiewała na dobranoc. W budynku było całkiem cicho. Słychać było tylko rap dudniący w jednym z mieszkań na końcu korytarza i śmiech z telewizora, który dochodził z piętra wyżej.

Dziewczyna zamknęła za sobą drzwi z nadzieją, że pozostawi za nimi smród przypalonej brukselki i tak się stało. Jej mieszkanie pachniało sosnowym płynem do sprzątania i pomarańczami. Na pewno miało lepszy zapach niż Delilah, którą czuć było tłuszczem, jak zawsze na koniec zmiany.

Dziewczyna zdjęła ubranie i włożyła je do cedrowej skrzyni przy drzwiach. Skrzynia w połączeniu z torebką oczyszczającego powietrze węgla drzewnego w środku rozwiązała kwestię śmierdzącego tłuszczu, z którym Delilah nie mogła sobie poradzić przez pierwsze tygodnie od rozpoczęcia pracy w knajpie.

Delilah zmyła resztę zapachu pod prysznicem, a następnie założyła czerwoną koszulę nocną z długimi rękawami i umościła się w łóżku z połową pojemnika boeuf Stroganow z zieloną fasolką. Na tej zmianie pracował najlepszy kucharz Nate’a. Stroganow był pyszny. Jedząc, dziewczyna oglądała powtórkę serialu komediowego na starym telewizorze stojącym na jej starej klonowej toaletce. Serial jej nie bawił. Nawet się nie uśmiechnęła. Oglądając go podczas jedzenia, po prostu nie czuła się tak samotnie.

Około wpół do dwunastej w nocy Delilah odłożyła pusty styropianowy pojemnik na stertę magazynów wnętrzarskich leżących na szafce nocnej. Wyłączyła lampę i skuliła się na boku. Światło latarni znad parkingu za oknem rzucało na pokój niepokojące, zniekształcone cienie, które wyglądały niczym olbrzymie kościste palce sięgające w stronę łóżka.

Dziewczyna zamknęła oczy, marząc, by sen przyszedł szybko… i tak się stało.

I równie szybko się skończył.

Delilah otworzyła gwałtownie oczy. Jej eksbudzik wyświetlał pierwszą trzydzieści pięć. Usiadła i rozejrzała się wokół.

CO obudziło ją w środku nocy?

Spojrzała w stronę okna i przetarła oczy. Zza okna dobiegał jakiś dziwny, niepokojący odgłos, jakby dzwonienie czy brzęczenie.

Delilah przechyliła głowę i zaczęła nasłuchiwać. Nie usłyszała jednak nic poza szumem przejeżdżających samochodów.