Klin

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Symbole neuronalne są budulcem wszystkich wyższych funkcji poznawczych. Możemy je uznać za bity i bajty w centrum oprogramowania mózgu – bez nich wrażenia odbierane z zewnętrznego świata nie miałyby znaczenia, byłyby po prostu danymi. Wyjątkowa architektura mózgu sprawia, że każdy odbierany ze świata bodziec jest naznaczony starymi wartościami emocjonalnymi. Wszystko, czego doświadczamy, jest z natury mieszaniną obiektywnych danych dostarczanych przez zmysły i całkowitej subiektywności stanu emocjonalnego. A choć system ten może sprawiać wrażenie niezbyt efektywnego, to w chwili, gdy pojmiemy jego architekturę, zyskamy możliwość celowego tworzenia nowych symboli neuronalnych, które pozwolą zmodyfikować biologiczne oprogramowanie od podstaw. Procesy te są fizjologicznymi fundamentami przeżyć związanych z klinem.

Ponieważ jest to tak ważna koncepcja, wyjaśnię ją jeszcze raz, wracając do przykładu z rekinami. Najpierw do naszych oczu trafiają fotony, układające się w wyraziste kontury uzębionego morskiego drapieżcy. Jeżeli nigdy wcześniej nie widziałeś takiej ryby, sam ten obraz może być nieistotny – może skojarzysz go z ciepłym, przyjemnym uczuciem nieważkości i podwodnymi eksploracjami. Jeśli jednak oglądałeś film Szczęki, twój mózg zapewne przywoła wspomnienie strachu, jaki odczuwałeś, wyobrażając sobie gigantycznego rekina, który rzuca się na ciebie podczas rodzinnego pluskania w morzu. W takim przypadku układ paralimbiczny może zidentyfikować potencjalne zagrożenie, powiązać je z wcześniejszym stanem emocjonalnym i powiadomić współczulny układ nerwowy o konieczności działania. U zwierzęcia proces ten umożliwia odpłynięcie od źródła niebezpieczeństwa, udawanie martwego albo wdanie się w rozpaczliwą walkę na śmierć i życie, bez długich rozważań nad opracowaniem najlepszego sposobu postępowania. Symbole są emocjonalnymi skrótami, pozwalającymi na szybsze podjęcie działania w danej sytuacji – i o ile nam wiadomo, u wszystkich ssaków przebiega to bardzo podobnie. Nasze mózgi posługują się symbolami jako podstawowym słownictwem poznawczym, które umożliwia długoterminowe planowanie. Symbole same w sobie nie zawierają wielu informacji, lecz jeśli zgromadzisz ich wystarczająco dużo, zaczynają łączyć się w złożone myśli. To, co nazywamy myśleniem, odbywa się przede wszystkim w istocie szarej, głównie we fragmentach kory przedczołowej odpowiedzialnych za planowanie i wykonywanie działań oraz pozwalających nam posługiwać się skomplikowanym językiem.

Gdyby nie te struktury, ewolucja prawdopodobnie nie uczyniłaby z człowieka najskuteczniejszego drapieżnika na naszej planecie. Wyższe obszary mózgu umożliwiają ciału opracowywanie strategii bazujących na symbolach, przewyższających właściwą innym zwierzętom zdolność odruchowego reagowania na świat wokół nich. Zamiast po prostu wiązać reakcję emocjonalną z pojedynczym bodźcem, kora mózgowa może parować symbole na rozmaite sposoby o rosnącym poziomie skomplikowania. Można to porównać do miliardów zer i jedynek, które w komputerze stają się funkcjonalnymi programami.

W pewnym sensie odbywa się to tak, że mózg używa gramatyki i składni neurologicznych symboli, aby uwzględnić upływ czasu. Przywołuje je i łączy na nowo, umożliwiając przewidywanie stanów emocjonalnych. Bez względu na metodę późniejszej reorganizacji tych danych, wszystkie symbole są pierwotnie wrażeniami, które najpierw pojawiły się w niższych poziomach mózgu i obwodowego układu nerwowego. Bez tych danych mózg nie miałby czego przetwarzać.

Wyobraźmy sobie małe dziecko sięgające do rozgrzanych spiral kuchenki elektrycznej. Bijące od nich ciepło i przyjemny, pomarańczowy blask mogą na początku pozytywnie się kojarzyć i wywołać ciekawość, skłaniającą malca do pouczającego eksperymentu. Kontakt z palnikiem spowoduje jednak natychmiastowy odruch cofnięcia dłoni i straszliwy płacz. Całe doświadczenie stworzy nowy symbol, który bibliotekarz limbiczny skataloguje na później: świecące czerwone spirale wiążą się z doznaniem bólu po oparzeniu. Przypuśćmy, że kilka miesięcy później to samo dziecko zobaczy neon, dający podobne światło jak elektryczna spirala grzejna. Bibliotekarz limbiczny może wtedy sięgnąć na półkę po symbol wcześniejszego doświadczenia, zwrócić uwagę na powiązane z nim emocje i zaskoczenie oraz zasygnalizować niebezpieczeństwo – nawet nieistniejące. Zmieni się to dopiero wtedy, gdy u dziecka powstaną nowe skojarzenia związane z neonami. Z upływem czasu w bibliotece zgromadzi się wystarczająco dużo symboli, by dziecko mogło wytworzyć mechanizmy uogólnionego pojmowania świata, bazujące na łączeniu informacji sensorycznych i emocjonalnych.

Z tej perspektywy każdy obraz rekina, plan biznesowy i wzór matematyczny, wspomnienie dawnej miłości czy wybór między zakupem luksusowego auta a ekonomicznego sedana z dolnej półki ma swoje źródło we wrażeniach, które zostały powiązane z wartościami emocjonalnymi, a następnie przetworzone przez wyższe obszary mózgu. Innymi słowy, mózg sam nie wymyśli niczego nowego. Może jedynie przetwarzać stare symbole, które już zgromadził, i łączyć je na różne sposoby.

Właśnie dzięki temu klin jest tak skuteczny. Jeśli potrafisz powiązać nowe wrażenia z konkretnymi emocjami lub zmodyfikować istniejące skojarzenia, to przy tworzeniu kolejnych symboli możesz zyskać kontrolę nad fundamentalną gramatyką mózgu. Zamiast biernie czekać, aż stany emocjonalne połączą się z określonymi doznaniami, możesz wybierać emocje, które chcesz trwale zapisać w układzie nerwowym. Wystawiając się na działanie intensywnych bodźców w czasie, gdy jesteś na przykład bardzo szczęśliwy lub zdeterminowany, przekazujesz bibliotekarzowi limbicznemu nowe symbole, z których będzie mógł czerpać w przyszłości.

Oto przykład takiego postępowania. Powiedzmy, że nie lubisz występować publicznie. Jeśli przed kolejną prelekcją skupisz się na swojej tremie, zapewne wpadniesz w panikę. Lecz gdy skoncentrujesz się na zabawnym albo satysfakcjonującym aspekcie tego doświadczenia, będziesz mógł spróbować przypisać mu inną wartość emocjonalną. Jeżeli wystąpienie pójdzie dobrze, przy następnej okazji będzie ci jeszcze łatwiej. Stworzysz inny symbol neuronalny skojarzony z przemawianiem do ludzi.

Emocje i wrażenia są budulcem wszystkich przeżyć. Są tak fundamentalne, że zapewne nie dałoby się bez nich formułować myśli. Z tego względu bardzo abstrakcyjne koncepcje, które nie wywołują silnych emocji lub wrażeń, często przechodzą bez echa. Jeśli chcesz przedstawić dowolny przekonujący argument, w większości przypadków lepszą taktyką będzie opieranie się na odruchowych, emocjonalnych aspektach niż odwołanie do logiki i abstrakcyjnego myślenia. Innymi słowy, jest o wiele bardziej prawdopodobne, że zachęcę cię do uważnej lektury, zaczynając rozdział od anegdoty o polu minowym w Indiach lub człowieku pływającym z rekinami ‒ zamiast od bezbarwnego, akademickiego omówienia neurologicznego słownictwa.

Na szczęście człowiek jest istotą dość skomplikowaną, a kora mózgowa umożliwia nakładanie na siebie wielu warstw symboli neuronalnych, które tworzą zadziwiająco złożone myśli. Dzieje się tak pomimo faktu, że bez względu na to, jak logiczne wydaje się nam własne postępowanie, emocje i wrażenia wpłyną na to, czy uznamy pływanie z rekinami za dobry pomysł, czy raczej sprawdzimy koszty przelotu i ostatecznie zdecydujemy się odwiedzić te zwierzęta w bezpiecznym symulatorze wirtualnej rzeczywistości, daleko od oceanu. Ja mogę podziękować mojej korze mózgowej za chęć zapoznania się z laboratorium Hubermana.

W praktyce planowanie tego spotkania wymagało od mojego mózgu rozpoznawania i organizowania symboli, a także umiejętności śledzenia upływu czasu. Na tym etapie sprawy się komplikują. Neuronaukowcy i mistrzowie medytacji od dawna wiedzą, że umysł potrafi płynnie przechodzić między przeszłością, teraźniejszością a rozważaniami o przyszłości, często bez żadnego oczywistego związku między poszczególnymi punktami odniesienia.

W trakcie głębokiego skupienia lub medytacji możemy doświadczać teraźniejszości. Po prostu usypiamy bibliotekarza limbicznego i otwieramy się na czyste doznania. Takie momenty zdarzają się jednak niezmiernie rzadko. Głowa zwykle zajmuje się wszystkim naraz – buddyści nazywają ten stan małpim umysłem, gdyż rozpraszamy się tak łatwo, że przeskakujemy między chwilami bez zachowania istotnej ciągłości.

Małpi umysł nieszczególnie sprawdza się we współczesnym świecie. Pomyśl o niezliczonych codziennych sytuacjach, w których powinieneś być w pełni skupiony, lecz nie jesteś. Może chodzić o prowadzenie samochodu, polegające wszak na kierowaniu ponad toną żelastwa, pędzącego drogą wśród setek innych szybko przemieszczających się pojazdów. Stawka jest wysoka, podobnie jak znaczące mogą być konsekwencje ewentualnego błędu. Mimo to wystarczy, żeby ktoś do ciebie zadzwonił, byś przestał się skupiać na ewentualnych zagrożeniach. Twój mózg może bujać w obłokach emocjonalnych skojarzeń. Kiedy indziej z kolei, podczas kochania się z partnerem, możesz w niewytłumaczalny sposób przypomnieć sobie o pracy, którą powinieneś wykonać nazajutrz. Albo gdy analizujesz swoją sytuację finansową – zmagasz się z prozaicznymi problemami bytowymi, jakie niesie przyszłość – możesz podświadomie wypatrywać powrotu do domu na obiad. Bodźce wizualne, doznania fizyczne, wspomnienia i emocje domagają się uwagi do tego stopnia, że umysł człowieka właściwie nie ma innego wyjścia, jak tylko nieustannie błądzić i miotać się od jednego punktu do drugiego, bez wyraźnego kierunku.

Pomimo rozproszenia potrafimy się skoncentrować. Czasami przychodzi nam to naturalnie. Choć wydaje mi się niemożliwe skupienie na czymś konkretnym, gdy siedzę w kawiarni, próbując pisać – zwykle podczas picia kolejnej filiżanki kawy oddaję się obserwowaniu ludzi – to jeśli usiądę na kanapie we własnym domu, potrafię pochłonąć książkę na jedno posiedzenie. Koncentracja wymaga umiejętności odcięcia się od innych bodźców i zainteresowania w danym czasie wyłącznie wybraną sprawą.

 

Skupienie umożliwia nam rozmyślne tworzenie i zapisywanie symboli. Możemy dzięki niemu poprosić bibliotekarza, by wyciągnął określone symbole z biblioteki paralimbicznej i przesłał je do wyższych obszarów mózgu. Skupienie jest rodzajem klina, który leży u podstaw wszystkiego, co robimy. Jest równie proste jak oddychanie. Umożliwia przejęcie kontroli nad sposobem doświadczania świata. Ale nie możemy być skupieni przez cały czas. Koncentracji używamy, by dać bibliotekarzowi limbicznemu instrukcje postępowania na wypadek, gdy będziemy rozproszeni.

Choć większość z nas podtrzymuje iluzję ciągłości w codziennym życiu – formę opowieści o sobie, która snuje się od najwcześniejszych wspomnień z dzieciństwa do ostatnich dni życia – świadomość nie przeżywa wszystkich tych chwil naraz. Przez większość czasu działamy na autopilocie2. Stajemy się tym prawdziwsi, im skuteczniej potrafimy się koncentrować.

Koncepcja koncentracji wiąże się ze sposobem mówienia o popularnym zagadnieniu, poruszanym w literaturze poświęconej duchowości i samorozwojowi – uważności. Huberman uważa ją za cenną, gdyż skupienie na chwili obecnej i odczuciach stanowi solidny fundament do rozwoju koncentracji jako takiej, lecz sama uważność nie wystarczy. „Gdyby człowiek doświadczał tylko chwili obecnej, nie byłby w stanie zaplanować niczego na przyszłość ani wspominać przeszłości. Owszem, w stanach głębokiej medytacji ludzie mogą mieć poczucie błogości i ponadczasowości, lecz jeśli posuniesz się w tym kierunku zbyt daleko, stracisz ochotę na cokolwiek. Przestaniesz być aktorem na scenie świata” – mówi3. Jeśli chcesz być kompletnym człowiekiem, musisz wiedzieć, jak istnieć w danej chwili i jak łączyć tę chwilę z innymi miejscami, pomysłami i wspomnieniami. To powód, dla którego potrzebujemy klina: zmusza on nas do skupienia się na relacjach między środowiskiem, systemem sensorycznym i świadomym doświadczaniem. Poprzez celowe tworzenie nowych symboli neuronalnych nie podejmujemy jedynie bieżących działań – teraźniejsze wybory i emocje wpływają na nasze samopoczucie w przyszłości.

Pogrążony w takich rozmyślaniach w kafejce znajdującej się zaledwie kilka przecznic od Uniwersytetu Stanforda, zastanawiałem się, jaki to wszystko ma związek z eksperymentem Hubermana z rekinami. Jak symulacja kontaktu z drapieżnikiem miałaby ujawnić tajemnice mózgu?

Abym mógł się o tym przekonać, udaję się z Hubermanem do jego laboratorium, mijając po drodze pomieszczenia pełne piekielnie drogich mikroskopów, zaprojektowanych tak, by ułatwić technikom przeprowadzanie sekcji mózgów myszy. Są tam też małe wirówki, w których z niewiarygodną prędkością kręci się diabli wiedzą co. Huberman wskazuje gestem kilka zdjęć buldoga Costello oraz staranne, odręczne szkice nerwu wzrokowego, wiszące na ścianie. Następnie prowadzi mnie ascetycznym korytarzem. Gdy otwierają się szare, biurowe drzwi, moim oczom ukazuje się pokój, przypominający trochę studio nagrań.

W owym centrum dowodzenia znajdują się: zwykły monitor komputerowy oraz technik laboratoryjny, Troy Allen Norcross, który zerka do sąsiedniego pomieszczenia, z wyściełanymi szarymi ścianami. Technik zagląda przez szklaną taflę do komory wirtualnej rzeczywistości. W każdym rogu znajduje się kamera, rejestrująca wszystkie ruchy wewnątrz. Z sufitu zwisa na kablu zestaw gogli VR, a na ścianie po prawej stronie, z tyłu, wisi mały, piankowy kij baseballowy. Norcross podaje mi coś w rodzaju różdżki – stanowiący substytut rąk manipulator, którego będę używał do wchodzenia w interakcje z obiektami w nowym środowisku.

„To nie szpital psychiatryczny. Musieliśmy wyłożyć ściany gąbką, bo ludzie ciągle na nie wpadali” – mówi, gdy na widok izolacyjnej warstwy unoszę brew ze zdziwienia. Huberman każe mi usiąść na obrotowym krześle pośrodku pokoju i uzbroić się w gogle. Następnie zakłada mi na uszy specjalne słuchawki.

Po włączeniu wyświetlaczy znajduję się w cyfrowej reprodukcji tego samego pomieszczenia. Ściany nie wyglądają wprawdzie tak naturalnie jak w rzeczywistości, lecz gdy poruszam głową w lewo i w prawo, ekrany kompensują widok tak, że wirtualna przestrzeń wydaje się prawdziwa. A przynajmniej tak realistyczna, jak może być gra wideo. Nie mam żadnych czujników na dłoniach, stopach ani ciele; komputer nie potrafi przełożyć ich na pole widzenia. Jestem głową zawieszoną w cyfrowym świecie. Niczego nie mogę wyczuć dotykiem, węchem ani za pośrednictwem zmian ciśnienia czy dowolnych innych bodźców. Ale jeśli pominąć te szczegóły, otoczenie sprawia wrażenie niemal prawdziwego.

Gdy oswajam się z sytuacją, Norcross uruchamia pierwszy tego dnia skrypt. Najpierw maszyna musi się skalibrować, czyli dopasować do indywidualnych cech ruchów gałek ocznych. Wzdłuż krawędzi gogli wędruje czerwona kropka, za którą podążam wzrokiem. Czujniki rejestrują sposób, w jaki moje źrenice rozszerzają się w trakcie tego doświadczenia. Zmiany w ich wielkości odzwierciedlają reakcje mojego autonomicznego układu nerwowego na scenariusze, w których będę brał udział – chodzi o wyraźne oznaki wykrywania zagrożeń przez ośrodek wzroku. Jeśli na przykład moje źrenice rozszerzą się na widok szczekającego psa, zlokalizowanego w pewnej odległości w wirtualnej przestrzeni, może to być fizjologiczny symptom utajonej fobii i sygnał, że współczulny układ nerwowy uaktywnia się za wcześnie, podczas gdy osoby z grupy kontrolnej mogą nie zareagować na ten bodziec w ogóle.

Po uruchomieniu programu trafiam na pokład łodzi gdzieś u wybrzeży Meksyku. Widzę szare kontury rekinów, podpływających do wrzuconej do wody przynęty z rybich odpadków. Ze słuchawek dochodzi odgłos delikatnego, rytmicznego stukania, jakby jakiś przewód odbijał się od żelaznego słupa. Następuje cięcie sceny i nagle znajduję się pod wodą w sprzęcie do nurkowania. Słyszę przetworzone przez respirator dźwięki, całkiem nieźle naśladujące głos Dartha Vadera. Obracając głowę w obie strony, mogę objąć wzrokiem ławicę wirtualnych rekinów, zarejestrowaną podczas jednej z wypraw Hubermana.

W tym scenariuszu jestem częścią zespołu nurkowego i z grupą innych badaczy biorę udział w ekspedycji. Czuję się trochę jak w filmie, który można oglądać ze wszystkich stron. Początkowo rekiny czają się w oddali. Szaroniebieskie drapieżniki wydają się nie zwracać uwagi na podwodną ekipę filmową, ale gdy spoglądam w lewo, dostrzegam majestatyczną, zębatą rybę płynącą w moim kierunku. Podobnie jak podczas prawdziwego nurkowania, niebezpieczeństwo może nadciągnąć zewsząd. W odróżnieniu od realnego świata, nie mam jednak żadnego wpływu na rozwój sytuacji – mogę decydować tylko o tym, na co patrzę. Jest też sygnał bezpieczeństwa: jeśli spanikuję, mogę powiedzieć facetowi w kabinie, żeby przerwał pokaz. Mogę też po prostu zdjąć gogle. Wyłonienie rzeczywistych reakcji wymaga więc od badaczy pewnej wyobraźni.

W ciągu jakiejś godziny Norcross prezentuje mi trzy lub cztery kolejne symulacje. Jedna jest skierowana do arachnofobów: za pomocą wirtualnego młotka gram na ścianie w kółko i krzyżyk, gdy nieoczekiwanie kątem oka dostrzegam podsunięty przez symulator wizerunek pająka wielkości tarantuli. Próbuję zadać mu kilka ciosów, ale nie da się go trafić. W następnym programie bawię się z psem, który udaje, że mnie atakuje, lecz przez cały czas merda ogonem – to wyraźna wskazówka, że jest zadowolony i nie zamierza odgryźć mi kawałka nogi. W programie dla cierpiących na klaustrofobię utykam w windzie z pięcioma lub sześcioma studentami-aktorami, którzy wymieniają uwagi o nieznośnym ścisku.

W innej wizualizacji stoję na podłużnej belce, kilkanaście pięter ponad rozciągającym się pod moimi stopami miejskim pejzażem. Program zachęca mnie do spaceru nad przepaścią wzdłuż belki i opanowania lęku wysokości. Gdy przechodzę przez pomost między dwoma budynkami, nagle ziemia usuwa mi się spod nóg i zaczynam spadać. I rzeczywiście mam wrażenie zlatywania, choć może trafniej byłoby powiedzieć, że czuję się, jakbym opadał we śnie. Przyspieszam, lecąc w dół, a choć nie towarzyszy temu pęd powietrza ani dezorientacja, serce zaczyna mi być szybciej i dostaję zawrotów głowy. Gdy uderzam o podłoże, odruchowo lekko uginam kolana, jakby przygotowując je do twardego lądowania. Przez sekundę lub dwie symulowany ruch wypiera wszystkie skojarzenia i wrażenia, które mówią mi, że jestem bezpieczny. Zapewne mój umysł sięgnął po symbol, skojarzony już wcześniej z konsekwencjami upadku. Dało mi to krótki wgląd w poczucie utraty kontroli, a także posmak przeżyć, których ludzie cierpiący na zespół lęku uogólnionego starają się unikać. Jest to najbliższe strachowi uczucie, jakiego doświadczam w laboratorium Hubermana.

Przybyłem tam z zamiarem odbycia krótkiego kursu neurobiologii, aby zrozumieć, jak działają zachodzące w mózgu procesy reagowania na bodźce. Skorzystałem z opracowanego przez niego narzędzia badawczego, które miało rzucić trochę światła na interesujące mnie kwestie. W jakimś stopniu żałuję jednak, że wirtualne scenariusze nie budzą silniejszych emocji. Liczyłem na to, że Huberman dysponuje urządzeniem, które skutecznie wywoła u mnie dreszcz niepokoju i pozwoli znaleźć sposoby na przezwyciężenie strachu w każdej sytuacji. Niestety, nie o to chodzi.

Tworząc symulator, Huberman myślał o ściśle określonej grupie użytkowników, do której się nie zaliczam. Program jest przeznaczony dla osób, u których zdiagnozowano zespół lęku uogólnionego. W mózgach takich ludzi są już zakodowane symbole automatycznie wyzwalające reakcje walki lub ucieczki. Aby wirtualny program wzbudzał lęk, pacjent musi być na tyle podatny na jego odczuwanie, by obawy powodowała u niego sama sugestia zagrożenia.

Nie jestem odporny na strach, lecz 20 lat realizacji niebezpiecznych zleceń, blisko dekada nauki technik oddychania oraz ekspozycja na zimno najwyraźniej uodporniły mnie na wirtualne rekiny. Huberman stwierdza, że w grupie kontrolnej przydałbym się do wyznaczenia bazowego, niskiego poziomu lęku, do którego można byłoby odnosić wyniki innych badanych.

U pacjentów Hubermana wirtualna rzeczywistość stanowi bezpośredni bodziec dla układu nerwowego. Są tak wyczuleni na potencjalne zagrożenia, że ich organizmy ignorują brak ciśnienia wody na skórze, głupie okulary i wyłożone gąbką ściany. Gdy do takiego człowieka dotrą wizualne wskazówki, jego ciało będzie krzyczeć „REKIN!”, zanim umysł zdoła ocenić sytuację.

Jeśli się nad tym zastanowić, setki tych pacjentów to bohaterowie. Ich organizmy są nastawione na katastrofę – tak jak nastawił się mój, gdy zaproponowano mi przejście przez pole minowe. Układy nerwowe osób badanych są tak wrażliwe na strach, że Huberman nie musi nawet uciekać się do katastroficznych scenariuszy, aby oszacować ich niepokój. Jego metoda może jednak pomóc każdemu. O ile bowiem strach jest subiektywny – jak w przypadku gazeli i lwa – o tyle reakcje biologiczne są dla wszystkich takie same.

W laboratorium Hubermana wciąż udoskonala się opisane metody. Określanie fizjologicznej miary lęku nie jest nauką w ścisłym znaczeniu tego słowa… jeszcze nie. Huberman nie może wskazać żadnego fizycznego pomiaru, który mógłby zastąpić diagnozę psychologa. Zamiast tego skupia się na zmianach w oddychaniu i tętnie, wielkości źrenicy oka oraz – u pacjentów z wszczepionymi do mózgu elektrodami – sposobie pobudzania ciała migdałowatego w reakcji na wirtualne środowisko. Danych jest tak dużo, że w celu wychwycenia konkretnych wzorców potrzebne są potężne komputery i algorytmy uczenia maszynowego. Wprawdzie nie opublikował jeszcze wyników, lecz już teraz dostrzega w tym szumie pewne prawidłowości.

Dokładniejsza metoda wizualizacji aktywnych struktur mózgu mogłaby polegać na zastosowaniu urządzeń do obrazowania za pomocą rezonansu magnetycznego, pozwalających na sprawdzanie w czasie rzeczywistym, które obszary zostały pobudzone. Ponieważ jednak maszyny te wymagają od badanego zachowania absolutnego bezruchu, nie jest to praktyczne wyjście. Huberman mógłby też wszczepić czujniki bezpośrednio do mojego mózgu, lecz jak sam powiedział przed pokazem: „Trzeba byłoby zaangażować neurochirurgów, a to nastręczałoby wielu urzędowych kłopotów. Poza tym musielibyśmy ci usunąć fragment czaszki”.

Symulator wirtualnej rzeczywistości jest zatem rozsądną alternatywą. Potencjalne zagrożenia pojawiają się w nim w różnych odległościach, aby wywołać u badanych przewidywalne reakcje. Dzięki zmierzeniu tysięcy ruchów gałek ocznych, Huberman opracował podstawowe założenia opisujące normalne odruchy oraz sygnały wskazujące na reakcje patologiczne.

Jak już wspomniałem, celem wykorzystywanych scenariuszy nie jest straszenie ludzi takich jak ja. W laboratorium Hubermana służą one wyłącznie do badania odruchów fizjologicznych i lękowych, lecz podobne ośrodki zaczynają stosować wirtualną rzeczywistość do leczenia fobii i lęków. Specjaliści od terapii poznawczo-behawioralnej (ang. cognitive-behavioral therapy, CBT) ostrożnie wystawiają pacjentów na kontakt z rzeczami budzącymi ich lęk, aby z czasem złagodzić jego objawy. Podczas typowej sesji CBT terapeuta stopniowo wprowadza bodziec wywołujący strach, a potem zwiększa jego natężenie, aby podnieść próg tolerancji. Może to polegać na tym, że najpierw pokazuje się ofidiofobowi zdjęcie węża z bezpiecznej odległości, z drugiego końca pomieszczenia, innego dnia film przedstawiający gada, a wiele dni później daje mu się żywe stworzenie do ręki.

 

Ostatecznie – jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem – fobia zniknie, gdyż pacjent utworzy nowe symbole neuronalne, które zastąpią stare, kodujące przerażenie. Wirtualny pokój stanowi kolejny krok w tego rodzaju procesie adaptacyjnym, a zarazem jest źródłem kontrolowanych bodźców, które naukowcy mogą analizować i dostosowywać do potrzeb całej ludzkiej populacji.

Do zaburzeń lękowych dochodzi, gdy systemy autonomiczne pomijają umysł i przejmują we władanie reakcje na stres. Emocje, które stworzyły symbole neuronalne, były tak silne i tak ściśle ze sobą związane, że trwale zakodowały stres w układach nerwowych pacjentów. Terapia za pomocą ekspozycji to kolejna metoda stosowania klina. Pacjenci kontrolują lęk w obliczu tego, co ich niepokoi, aby stopniowo łagodzić swoje reakcje. Często proces ten jest powolny, a warunkiem jego powodzenia jest odczuwanie jakichkolwiek emocji w obecności bodźca.

Natomiast osoby wolne od zaburzeń lękowych potrzebują silniejszej stymulacji, by wywołać użyteczną reakcję sensoryczną, na której da się użyć klina.

A gdyby bodziec był inny? Podczas gdy ludzie z zaburzeniami lękowymi walczą ze swoją neurobiologią, by móc zwyczajnie funkcjonować, osoby ich pozbawione mogą nauczyć się kontrolować reakcje układu współczulnego poprzez wielokrotne narażanie się na sytuację zagrażającą życiu. Paniczne odruchy powinno dać się wyeliminować treningiem. W tym celu musiałbym znaleźć coś, co mnie przeraża i wywołuje niepokój, a potem powiązać to z pozytywną emocją. Bibliotekarz limbiczny zająłby się resztą.

Kilka tygodni przed naszym spotkaniem Huberman przypadkiem zyskał sposobność sprawdzenia własnej reakcji na niebezpieczeństwo w morzu pełnym żarłaczy.

„Sytuacja była trudna. Scenariusz awaryjny polegał w najlepszym razie na stworzeniu planu przetrwania i postępowaniu według niego” – stwierdza. Wydaje mi się to niedomówieniem stulecia, lecz ostatecznie to on tu jest naukowcem. „Wszyscy myślą, że w sytuacji stresowej zachowają się rozsądnie. Ale odruchy są szybsze od wyższych funkcji poznawczych. Gdy sięgnąłem do zbiornika i spróbowałem zaczerpnąć powietrza, zamiast tlenu nałykałem się wody. Prawie się zakrztusiłem, a to byłby koniec. Stało się jednak coś dziwnego. Przyszedł mi do głowy mój pies, Costello, i coś mi mówiło, że jeszcze go zobaczę. Była to myśl, której mogłem się uczepić. Kto wie, czy nie uratowało mi to życia? Niewątpliwie miałem mnóstwo szczęścia, lecz psi pysk jest jednym z moich najwyraźniejszych wspomnień z tej ucieczki” – mówi.

Huberman uważa wizerunek psa za wysłany przez mózg sygnał, że warto żyć, a walka o przetrwanie zostanie ostatecznie nagrodzona. Celem klina jest oddzielenie bodźca od odpowiedzi. A nie ma na to ważniejszej chwili niż ta, gdy życie wisi na włosku. Wspomnienie psa mogło pomóc mu zachować spokój wystarczająco długo, by pojawiło się rozwiązanie. Mogłoby to oznaczać, że Costello był symbolem, który pozwolił Hubermanowi skupić się na wyjściu z sytuacji kryzysowej. Być może potrzebował właśnie myśli o psie, aby przezwyciężyć narastającą panikę i zyskać kilka bezcennych chwil spokoju. Pewne jest, że Huberman nie spędził tych chwil w głębinach na roztrząsaniu porażki. Nie zamarł z przerażenia i nie nałykał się morskiej wody. Cokolwiek stało się w jego umyśle, co umożliwiło mu zachowanie zimnej krwi, jest warte przemyślenia. Dzięki zdolności do zareagowania na niebezpieczeństwo nie tylko pokonał bezpośrednie zagrożenie, lecz – na wyższym poziomie – przyczynił się do kontynuacji istnienia superorganizmu życia. Pod tym względem indywidualne dążenia Hubermana były częścią większej całości.

Choć przyswojenie tej lekcji miało mi zająć trochę czasu, wyruszyłem w dalszą część misji, by zrozumieć istotę klina w kolejnym kontekście. Chciałem znaleźć silniejszy bodziec, który wywoła prawdziwe poczucie zagrożenia. Niekoniecznie musiało to być pole minowe, atak rekina czy strzelanina w Indiach ‒ nie mogło to być jednak nic dającego się zwyczajnie zbagatelizować. Potrzebowałem bodźca na tyle niebezpiecznego, by wymagał uwagi i pełnej koncentracji umysłu oraz ciała.

Gdy opuszczam laboratorium Hubermana, w telefonie czeka na mnie wiadomość od przyjaciela z Bay Area, który pisze, że zdaje sobie sprawę z mojego braku czasu, lecz po prostu muszę się z kimś spotkać. Przez kilka poprzednich godzin dowiedziałem się czegoś o łączeniu wrażeń i emocji przez mózg i układ nerwowy. Wiem też, że symbole neuronalne stanowią podstawowe elementy wszystkiego, o czym myślę i czego doświadczam. Nie mam jednak nowego bodźca treningowego, który pozwoliłby mi przełożyć tę wiedzę na praktyczne działania. Potrzebuję łatwej do opanowania techniki, która będzie jednocześnie wyzwalała reakcję tak silną, bym zachował skupienie. W swojej wiadomości przyjaciel założył na haczyk przynętę w postaci informacji, która przykuła moją uwagę: „Ten człowiek wprowadza ludzi w stan natychmiastowego przepływu za pomocą ciężarków kettlebells”.

Wpatruję się w wyraz „kettlebells” i wzdycham. Żelazny ciężar o średnicy 20 centymetrów, z uchwytem w kształcie podkowy, należy do podstawowego wyposażenia każdej siłowni. Odważniki te zawsze kojarzyły mi się z Rosjanami o grubych karkach, którzy rezygnują z życia towarzyskiego, by przerzucać tony żeliwa. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz byłem na siłowni. Nie przepadam za dźwiganiem ciężarów. W przypadku wypraw, które wpędzają mnie w tarapaty lub stawiają w nieoczekiwanie pouczających okolicznościach, kieruję się jednak żelazną zasadą: z wyjątkiem śmiertelnie groźnych sytuacji nie przepuszczać żadnej okazji. Może ten człowiek będzie miał jakiś pogląd na sprawy, których nie udało mi się rozwikłać w laboratorium Hubermana. W każdym razie słowo „przepływ” brzmiało obiecująco.

1 Na końcu książki znajduje się słowniczek, ułatwiający zrozumienie sporej liczby terminów, używanych przy opisywaniu fizjologii człowieka.

2 Dotychczas wiele w tym rozdziale napisałem o konglomeracie połączeń neuronalnych, tworzącym spójne i niepodzielne ja. Niestety, jest to tylko pewna wersja zdarzeń, jaką lubi nas mamić mózg. Seria eksperymentów zapoczątkowana w latach 50. ubiegłego wieku pokazała, że w móz­gu istnieje więcej niż jedno ja. Mózg składa się z dwóch półkul połączonych grubą wiązką nerwów – ciałem modzelowatym, które przesyła informacje w obu kierunkach. Każda półkula jest wyposażona w komplet narzędzi poznawczych, umożliwiających myślenie i kontrolowanie „osprzętu sensorycznego” po jednej stronie ciała. Każda zawiaduje jednym okiem i jednym uchem, lecz tylko lewa półkula potrafi kontrolować funkcje językowe.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?

Inne książki tego autora