Klin

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Książka ta pomogła setkom tysięcy osób na nowo określić relacje z własnym ciałem. Nie było dnia, by ktoś nie przysłał mi listu o tym, jak odmieniła mu życie. W opiniach tych przewija się pewien wspólny motyw: skoro ludzie potrafią się nauczyć metody opanowywania reakcji w konkretnym środowisku (zwykle zimnym), to do jakich jeszcze warunków mogą się dostosować? To pytanie zachęciło mnie do zbadania granic możliwości mojego ciała i umysłu. Skłoniło do pogłębienia wiedzy w dziedzinie nauk ścisłych i filozofii oraz poszerzenia puli życiowych doświadczeń. Ostatecznie zaś doprowadziło mnie do opracowania podejścia, które nazwałem klinem. Jest to sposób postrzegania świata – sposób istnienia – który pozwala rozwiać złudzenia tworzone przez układ nerwowy, zaprogramowany na odczuwanie lęku przed śmiercią. Ta postawa pomaga mi trwać, a nawet świetnie się czuć, w świecie ujarzmionym przez technologiczne cuda.

Zanim przejdę dalej, muszę poczynić ważne zastrzeżenie. Nie jestem sportowcem wytrzymałościowym, prorokiem ani modelem prezentującym bieliznę; nie jestem też profesorem na którejś z najlepszych światowych uczelni. Jeśli już o tym mowa, nie jestem orłem w żadnej konkretnej dziedzinie. Czasem bardzo się mylę, jak każdy. Jedyną cechą, która upoważnia mnie do zajęcia się tak istotnym tematem, jest szeroko pojęta gotowość do próbowania nowości i zadawania po drodze wielu pytań. Choć poczułem działanie klina i nauczyłem się wielu niesamowitych rzeczy, które uczyniły mnie silniejszym i szczęśliwszym, tak naprawdę nadal się uczę. Są takie aspekty klina, których nie da się wytłumaczyć. Trzeba tego posmakować, trzeba to przeżyć, zobaczyć i oswoić. Nie znam odpowiedzi na wszystkie ważne życiowe pytania. Ta książka jest relacją z mojej misji, polegającej na wnikliwym przeanalizowaniu tego, czego się nauczyłem, oraz opisem osiągniętych rezultatów. Mam nadzieję, że dostarczę ci narzędzi pozwalających wyruszyć we własną podróż i postawić własne pytania.

Aby ułatwić ci zrozumienie, jak to się u mnie zaczęło, muszę przedstawić ciąg wydarzeń, które zmieniły moje podejście do niemal wszystkiego. Była to podróż, z której zdaniem wielu osób mogłem nie wyjść cało.

Po latach treningów z Hofem postanowiłem podjąć ostatnie wyzwanie, dowodzące umiejętności przekraczania tego, co uważałem za granice ludzkiej wytrzymałości. Hof i ja planowaliśmy wraz z dwudziestoma innymi osobami wyprawę na szczyt Kilimandżaro. Mieliśmy przy tym posługiwać się wyłącznie opracowaną przez Hofa metodą oddychania. Cel zamierzaliśmy osiągnąć w niecałe 30 godzin, bez normalnych przystanków na aklimatyzację – co, jak mi powiedziano, byłoby rekordowym osiągnięciem. Gdy spytałem członków jednostki środowiskowej sił zbrojnych Stanów Zjednoczonych, co sądzą o szansach powodzenia przedsięwzięcia, odparli, że według ich szacunków trzy czwarte grupy będzie musiało przerwać ekspedycję ze względu na niewystarczającą ilość tlenu we krwi. Holenderskie stowarzyszenie alpinistyczne prorokowało, że w czasie tej wspinaczki wszyscy umrzemy. (A było to, zanim im oznajmiłem, iż większość trasy zamierzam pokonać bez koszuli).

Dość powiedzieć, że wyprawa nie była łatwa. Na wysokości 3650 metrów jedna z kobiet dostała choroby wysokościowej i ekipa ratunkowa musiała ją znieść. Na wysokości 4500 metrów sprawy przybrały jeszcze gorszy obrót. W solipsystycznym widzie bicia rekordów, imponująca odporność najwyraźniej przesłoniła Hofowi dobro grupy. Holender zażądał, abyśmy przed atakiem szczytowym zrezygnowali z lunchu. Ludzie się zbuntowali. Zawodowi przewodnicy odmówili dalszej wspinaczki jako zbyt niebezpiecznej. Byłem jedną z dwóch osób, które wyruszyły z Hofem na ostatnią prostą. Powtarzałem sobie, że mam zadanie do wykonania, książkę do napisania. Podążyłem za Hofem, pomstując na niego i niebezpieczeństwo, na jakie mnie narażał. Każdy wymęczony krok wydawał mi się cięższy. Mój wzrok pogarszał się wraz z coraz niższym poziomem tlenu w powietrzu. Musiałem oddychać mocniej i szybciej, aby widziany świat odzyskał zwykłą jasność. A potem się stało to: na moich oczach Hof poślizgnął się na obluzowanej skale i niewiele brakowało, by upadł.

Gdy ujrzałem, że nawet nieustraszony „człowiek lodu” zbliżył się do kresu swoich możliwości, uświadomiłem sobie dwie sprawy. Po pierwsze ‒ Hof nie był odpowiedzialny za to, że za nim poszedłem; to była moja decyzja. Po drugie zaś ‒ sukces lub porażka na skraju ludzkiej wytrzymałości zależały od moich relacji z otoczeniem. Techniki, których się nauczyłem, zapewniały mi pewien margines błędu, dzięki któremu miałem szansę uniknąć katastrofy, i dawały niewielką przewagę, pozwalającą negocjować możliwość przetrwania z samą górą.

Zamiast po pięciu dniach – tyle zwykle zajmuje dotarcie do Gilman’s Point – metę półnagiego sprintu na szczyt Kilimandżaro osiągnąłem po zaledwie 28 godzinach. Wiejący z prędkością 50 kilometrów na godzinę wiatr smagał moją odsłoniętą skórę, pokryty śniegiem górski grzbiet i niósł się echem po lodowcu. Zdjęcie przedstawiające nas na Gilman’s Point trafiło na pierwsze strony gazet na całym świecie. Mam na sobie tylko cienkie spodnie, a jeśli nie liczyć czapki, od pasa w górę jestem nagi. Biorę haust lodowatego powietrza. Pomimo mrozu nie dygoczę. Ba, jest mi prawie ciepło.

Wyprawa ta nie miała być lekkomyślnym igraniem ze śmiercią, lecz skalkulowaną próbą pokazania światu, jak łatwo człowiek może przystosować swoją fizjologię do ekstremalnych warunków. Wszyscy jesteśmy silniejsi, niż się nam wydaje.

Nasz gatunek ewoluował w nieustannie zmieniającym się środowisku, od skwarnych afrykańskich pustyń po skute lodem góry, z minimalnym jedynie wsparciem technologii. Dawniej radziliśmy sobie na jałowych atolach Pacyfiku, spalonych słońcem pustkowiach, w nieprzebytej dżungli i za kołem podbiegunowym. Te warunki kształtowały naszą biologię, a zmysły pozwalały bezpiecznie pokonywać wyzwania, przed jakimi stawaliśmy.

Dlaczego więc człowiek współczesny nie jest tak odporny, jak jego przodkowie? Krzywimy się na skrajności i otaczamy kokonem technologicznej wygody. Klimatyzacja, oświetlenie elektryczne, niezawodny dostęp do żywności i środków transportu pozwalają większości z nas niewiarygodnie łatwo trwać w wąskim paśmie homeostatycznego błogostanu. Na ogół unikamy dyskomfortu. Wolimy znieczulić się na świat. Mieszkania właściwie zupełnie eliminują sezonowe wahania temperatury, dzięki czemu gros ludzi żyje w warunkach ciągłego, sztucznego lata. W ten sposób tłumimy sygnały środowiskowe stymulujące układ nerwowy i pobudzające mechanizmy adaptacyjne. Krótko mówiąc, wyrzekliśmy się siły organizmu na rzecz sprytu posiadanych narzędzi. Przyjmujemy leki, stworzone do omijania naturalnych mechanizmów uzdrawiających, w jakie został wyposażony nasz umysł i traktowania ciała tak, jakby było czymś niewiele lepszym od maszyny. W związku z tym wiele zdolności odziedziczonych w drodze ewolucji leży odłogiem lub jest zbyt rzadko używanych.

Wspiąłem się na tę górę między innymi po to, by dowieść, że systemy biologiczne, na których polegali nasi przodkowie, przetrwały, tylko są lekko przykurzone. Odporność jest czymś danym nam przy narodzinach, a warunkiem jej odzyskania jest ponowne narażenie się na niewygody natury. Zdobywając Kilimandżaro, zyskałem namacalny dowód na to, że cywilizacyjna zależność od technologii i nałóg wygodnictwa obniżają naturalną wytrzymałość naszych ciał. Mój komunikat był prosty jak drut: pokazałem, co może zdziałać zwyczajny, niewysportowany człowiek dzięki wystawianiu się na zimno i kontrolowaniu oddechu. Wiedziałem jednak, że do pokonania jest znacznie więcej granic, a metody przejęte od Wima Hofa są zaledwie punktem wyjścia do zrozumienia czegoś fundamentalnego.

Opanowanie reakcji na zimno, wiatr, upał i emocjonalne zawirowania wymusza biologiczne adaptacje, które sprawdzają się nie tylko w wąskiej dyscyplinie ekstremalnych wyczynów sportowych, lecz także w najbliższym nam otoczeniu.

We współczesnym społeczeństwie funkcjonuje podstawowe przekonanie, zgodnie z którym dwoma filarami zdrowia są ćwiczenia fizyczne i dieta. Wierzymy, że jeśli będziemy się ruszać i jeść odpowiednie rzeczy, w ogólnym rozrachunku wyjdzie nam to na zdrowie. Jest jednak jeszcze jeden filar, który właściwie zupełnie bagatelizujemy: wszystkie sposoby, jakimi otoczenie kształtuje naszą biologię. Bodźce środowiskowe to dźwignie, pokrętła i przyciski, które wysyłają komunikaty bezpośrednio do układu nerwowego. Układ nerwowy z kolei wykorzystuje je do kierowania reakcjami organizmu na pojawiające się wyzwania.

To właśnie na tym trzecim filarze opierałem się, gdy lodowate jęzory wysokich warstw atmosfery bezboleśnie muskały moją skórę, a afrykański kontynent zdawał się ścielić posłusznie u moich stóp. Czułem, jak przepełnia mnie siła wypływająca z ziemi, od kamienistych połaci przez jałową tundrę aż po zielone tropiki u podnóża wulkanu. Ta oszałamiająca więź pokazała mi, że przetrwanie jest rodzajem relacji, że są to negocjacje odbywające się pomiędzy istotą a środowiskiem. I właśnie wtedy doznałem najistotniejszego w życiu olśnienia.

Tak naprawdę nie byłem na górze.

W jakimś sensie byłem górą.

Każdy kryształek lodu na skórze, każdy podmuch wiatru i kamyczek pod moimi butami był żywotnym elementem jednego, wspaniałego, żywego systemu. W owej chwili moje ciało stopiło się ze środowiskiem. Moc umożliwiająca kształtowanie biologii wynika nie tylko z uporu i determinacji w pokonywaniu przeszkód, ale także z uzmysłowienia sobie, że podział między otoczeniem a tym, co dzieje się wewnątrz nas, jest czysto iluzoryczny. Nie walczymy z losowymi kaprysami klimatu; jesteśmy z nimi połączeni za pośrednictwem tych samych zmysłów, które określają granice naszego ciała i nadają sens życiu.

Jedność, której doświadczyłem na szczycie, sprawiła, że poczułem się częścią wspaniałego ekosystemu, który może działać nie tylko w makroskali ruchów tektonicznych, lecz także na poziomie nieskończenie drobnych mikroorganizmów, zasiedlających moje jelita, czy autonomicznych komórek układu odpornościowego. Żyję w ekosystemie i zarazem nim jestem. Wszystko to zaś jest elementem ogromnego superorganizmu samego życia. Choć bez wątpienia umiem spojrzeć z indywidualnej perspektywy na siebie, stojącego na górze, moje świadome doświadczenie bycia tam jest zaledwie jednym aspektem niebywale złożonego porządku – tak wielkiego, że nie sądzę, bym kiedykolwiek pojął go w całości.

 

Najdonioślejsza nauka, jaką wyniosłem z tej podróży, była również najtrudniejsza do opanowania. Skoro jestem środowiskiem, to jak mogę być również odrębną istotą? Czym jest to coś, co odbiera otaczający świat? Jakkolwiek sprzeczne z intuicją może się to wydawać, na bardzo głębokim poziomie nie jesteśmy tym, czym sądzimy. Nasze indywidualne perspektywy są tylko ogniwem w łańcuchu doświadczeń między najmniejszymi molekułami w ciele a wszechświatem. Świadomość jest głównie kontekstem.

Pozwól, że to wyjaśnię. Przyjrzyjmy się opisanej wcześniej chwili z punktu widzenia bakterii jelitowych. Potrzebuję ich, aby przeżyć; jesteśmy symbiontami. Pomagają mi trawić jedzenie, dostarczają energii i potrafią tłumić pewne mechanizmy biologiczne, które – gdyby mikroby przestały wykonywać swoją robotę – mogłyby doprowadzić do choroby. Bakterie te są też ze mną na szczycie góry, choć nie potrafią pojąć, co oznacza taka wyprawa. Zmiany temperatury na skórze, mniejsza ilość dostępnego tlenu i wysiłek fizyczny przekładają się na doznania odbierane przez mózg. On zaś wysyła sygnał powodujący uwolnienie związków chemicznych, w tym hormonów, które zmieniają środowisko bytowania bakterii. Te wyczuwają zmianę otoczenia i reagują wydzieleniem substancji, które dają mi – słabnącemu facetowi bez koszuli – zastrzyk energii. Sytuacja widziana z tej perspektywy jest ciągłą pętlą sprzężenia zwrotnego między doznaniami na skórze a środowiskiem, które mój organizm tworzy dla wszystkiego, co się w nim znajduje. Z punktu widzenia bakterii, Kilimandżaro jest niczym kąpiel w adrenalinie. Ja zaś jestem dla tych mikrobów oknem na cały świat.

A teraz rozważmy jeszcze szerszy kontekst. Kim byłbyś bez dzieciństwa? Bez przyjaciół? Bez nawyków i wykształcenia? Gdybyś nigdy nie poruszył nawet palcem? Gdybyś nigdy nie był chory? Albo, parafrazując amerykańskiego mistyka Alana Wattsa: „Kim byłbyś bez słońca?”. Wszystko, czego kiedykolwiek doświadczyłeś, pozostawia jakiś ślad i czyni cię tobą. Bez słońca nie czytałbyś tej książki, a ona sama po prostu by nie istniała. Nie byłoby życiodajnej tkanki społeczeństwa i nie miałby miejsca proces ewolucyjny, w wyniku którego powstały kości i krew.

To oznacza, że sprawy, które postrzegamy jako nieprzerwane, świadome doświadczenie, w rzeczywistości są całkowicie uzależnione od kontekstu. Jesteśmy sumą drobnych interakcji zachodzących w naszym ciele, wypadkową neurologii i związku z szeroko pojętym otoczeniem.

Nie ma ciebie.

Nie ma mnie.

Jest wszystko naraz.

To, co uważamy za jaźń, jest w istocie ciągiem relacji i subiektywnych doznań. Czasami relacje te zawierają się w sobie na podobieństwo matrioszek – warstwy mózgu, wzorców zapisanych w układzie nerwowym, hormonów i fizjologii stanowią jedną spójną strukturę. Kiedy indziej zaś powinniśmy spojrzeć na siebie jak na sieć doświadczeń, schematów, pojmowania i relacji wykraczających poza nasze ciała – warstw tej samej matrioszki, lecz rozciągających się na zewnątrz, w nieskończoność. Rozważanie tej koncepcji budzi wewnętrzny sprzeciw, czujemy się wszak indywidualnościami: jak możemy pojmować świat inaczej niż na własnym rozumem? Jak możemy jednocześnie być kosmosem i jednostką?

Z tym samym fundamentalnym paradoksem mają do czynienia fizycy badający światło. Obserwowane różnymi metodami światło jest cząstką albo falą. To konkretny obiekt, przemieszczający się we wszechświecie, a jednocześnie fala energii, rozchodząca się we wszystkie strony. Przeważnie traktujemy świadomość jako cząstkę o określonej trajektorii i kierunku. Okazuje się to jednak prawdziwe tylko wtedy, gdy stanowi element większego systemu wzajemnych zależności.

Na szczęście istnieje pewien kompas, który pozwala poruszać się w tym filozoficznym bagnie, dwa wskaźniki definiujące to, kim jesteśmy oraz – co ważniejsze – kim moglibyśmy być: stres i wybór.

Dopiero na skraju wyczerpania i u progu fizycznych możliwości naprawdę zrozumiałem, jak stres tworzy okno między światem zewnętrznym a wewnętrzną biologią. W tym momencie mogłem zadecydować o tym, jak chcę powiązać górę z moimi mitochondriami.

Stres określa psychiczną i fizyczną tożsamość. Igra ze świadomością i jednocześnie inicjuje reakcje biologiczne. Na szczycie odkryłem, że sam mogę wybrać, jak się czuję i jak reaguję na bodźce, to zaś umożliwia mi kontrolowanie zarówno mojej fizjologii, jak i związku ze światem. W rzeczywistości te uczucia i reakcje określają moje w nim miejsce.

Tę chwilę wyboru nazywam klinem. To narzędzie, ćwiczenie i koncept, czyniący nas prawdziwszymi, ilekroć się nim posługujemy.

Czym w istocie jest klin?

Najwygodniej jest myśleć o nim w kategorii wyboru, dzięki któremu możemy oddzielić bodziec od reakcji. Cokolwiek czujesz, zaczyna się jako bodziec środowiskowy, na który twoja biologia reaguje poprzez wyzwalanie impulsów nerwowych, uwalnianie hormonów i stosowanie mentalnych wzorców. Klin jest danym nam wszystkim środkiem, pozwalającym wstawić możliwość wyboru w przestrzeń między odczuwaniem świata zewnętrznego a wyzwalanymi przez ten świat reakcjami fizjologicznymi.

Klin pozwala stać się zdrowszym, szczęśliwszym i silniejszym w dowolnych okolicznościach czy środowisku. Przydaje się zarówno wtedy, kiedy chcemy dokonać wyczynu wymagającego wielkiej wytrzymałości, podjąć się twórczego lub biznesowego przedsięwzięcia, jak i wówczas, gdy staramy się wyzdrowieć po urazie lub chorobie, zaleczyć traumę z przeszłości albo naprawić nadszarpnięte relacje międzyludzkie. Wynika to z faktu, że w każdej sytuacji, w jakiej może się znaleźć człowiek, zawsze istnieje napięcie między wyzwaniem (stres) a wbudowanymi, odruchowymi reakcjami. Klin ingeruje w nie i udostępnia mechanizm dający kontrolę w sprawach, nad którymi inaczej zapanować się nie da.

W koncepcji klina najtrudniejszy do zrozumienia i wytłumaczenia jest fakt, że ty, a raczej twoje ego nie zawsze ma decydujący głos. Przypominam, że „ja” nie istnieje. To złudzenie tworzone przez wszystkie składniki jednostki i otoczenia. Jest ono tylko określonym spojrzeniem na prawdziwość bycia częścią superorganizmu. Naświetlenie tej idei w skali kosmicznej stanowi jednak ramy zbyt obszerne, by było użyteczne. Nie da się wyjaśnić bakteriom jelitowym ogromu góry Kilimandżaro. Wobec tego postaram się w miarę możliwości omówić istotę klina w skali ludzkiej – tak jak pojmujemy świat z naszej perspektywy. Te konkretne ramy to jedna matrioszka, zamknięta wewnątrz wielu innych ‒ tak się jednak składa, że to nasze ramy. Każdy z nas ma jedyne w swoim rodzaju okno na bezmiar wszechświata. To doskonały początek, ale pamiętaj, że nasza perspektywa ma pewne ograniczenia.

Klin wprowadza element wyboru w drogę sensoryczną (łuk odruchowy) i wpływa na nasze doświadczanie świata. Jako ideę interpretuję go przede wszystkim na poziomie koncepcyjnym: to decyzja o zaingerowaniu między bodziec a reakcję. Klinem może też być określony sposób, obiekt i rodzaj działania, umożliwiający taką ingerencję. Na przykład, w przypadku wystawiania się na zimno klinem jest kąpiel lodowa, ale klin jako idea stanowi tu mentalną sztuczkę, służącą do poskromienia dreszczy.

Z poziomu naszej konstrukcji biologicznej możemy wskazać trzy możliwości przejęcia kontroli, mające na celu zmianę sposobu, w jaki postrzegamy otoczenie. Możemy wstawić klin w chwili wystąpienia stresu środowiskowego. Możemy wstawić go podczas odbierania wrażenia – czyli już po wystąpieniu stresującego bodźca, gdy układ nerwowy przekazuje tę informację do umysłu. Możemy też wstawić go później – czyli we własne nastawienie – gdy umysł stara się przetworzyć dane przekazane mu przez układ nerwowy. Zdefiniujmy te pojęcia.

 Stres – bodziec z otoczenia. To prosty sygnał, pochodzący ze świata zewnętrznego; z natury nie jest on pozytywny ani negatywny. Formą stresu jest wszystko, co organizm potrafi odebrać z zewnątrz. Może to być temperatura, ciśnienie, dźwięk i zapach (a dokładniej: wibracja i cząsteczki), światło lub faktura. Może też mieć formę bardziej złożoną, jak interakcje, zagrożenia, pomysły, a nawet relacje z ludźmi.

 Odbiór wrażeń – to impulsy, które są przekazywane do mózgu i tam tłumaczone. Sygnały te – dotknięcia, zapachy, obrazy, zmiany ciśnienia i tym podobne – są kanałami między umysłem a środowiskiem i jedyną możliwością doświadczenia czegoś fizycznego.

 Nastawienie – sposób interpretacji wrażeń przez umysł. Chodzi tu o podejście mentalne, oczekiwania, emocje i usposobienie w chwili odebrania za pośrednictwem układu nerwowego informacji o wrażeniu. W różnych miejscach tej książki będę też nazywał je zorientowaniem ‒ traktuję oba te terminy zamiennie. Na przykład zorientowanie na męstwo, odporność, optymizm i radość pozytywnie zmieniają odczuwanie stresu. I na odwrót: nastawienie na strach, pesymizm, beznadzieję i panikę często stres pogłębia.

Wiedza o świecie dociera do nas za sprawą zmysłów, bez nich umysł jest odcięty od rzeczywistości jak zamknięta skrzynka. Stres, odbiór wrażeń i nastawienie definiują nasze doświadczenia i przynajmniej w pewnym stopniu dają się kontrolować. Zmiana otoczenia wpływa na wrażenia odbierane przez układ nerwowy. Nastawienie decyduje o tym, co oznaczają te wrażenia dla nas i naszych organizmów, łącznie zaś proces ten określa rodzaj reakcji na świat, w którym się znajdujemy.

Wstawienie klina wymaga opanowania języka używanego przez ciało do przekazywania informacji o otoczeniu. Jego gramatyka i składnia nie bazują na słowach, są odczuciami, emocjami i wnikliwą obserwacją zależności między umysłem a światem zewnętrznym. A ponieważ doświadczenie przynajmniej częściowo opiera się na procesach biologicznych, zmiana doświadczenia wpływa na fizjologię. Ta wiedza to potęga.

Gdy relaksujemy się na mrozie, wyciskamy z siebie siódme poty w upale, odnajdujemy spokój w chaosie i stawiamy czoła temu, co nas przeraża, przeprogramowujemy układ nerwowy i wyposażamy go w nowy zestaw reakcji. Jeśli w danym środowisku czujemy się swobodnie, zachodzące w naszych ciałach procesy przebiegają spokojniej. Klin uczy nas stosowania bodźców, które wyzwalają przewidywalne reakcje układu nerwowego, a potem pozwala przejąć nad tymi reakcjami kontrolę.

To działa, gdyż stres jest subiektywny. Sposób, w jaki reaguje nań dany człowiek, jest w równym stopniu uzależniony od jego stanu psychicznego, co od czynników zewnętrznych. U osoby cierpiącej na zespół stresu pourazowego (PTSD) sam dźwięk strzelającego gaźnika pojazdu może wywołać atak paniki. Ktoś inny zaś może przez cały wieczór jak zahipnotyzowany z zachwytem oglądać pokaz sztucznych ogni. W obu przypadkach sygnały docierające z otoczenia są podobne, lecz dwa układy nerwowe reagują na nie zupełnie inaczej, ponieważ przypisują tym sygnałom zupełnie inne znaczenie. W pierwszym przypadku głośny dźwięk kojarzy się z katastrofą, może nawet ze śmiercią. W drugim stanowi element rytuału, pomagającego ludziom umacniać więzi społeczne poprzez świętowanie. Aby osoba cierpiąca na PTSD nie wpadała w panikę wskutek stresujących bodźców, należy zmienić ich znaczenie.

Gwoli jasności, wstawienie klina nie u każdego wywoła ten sam rezultat. Klin jest formą komunikacji z układem nerwowym, którego fizjologia jest w dużej mierze identyczna u wszystkich ludzi, lecz doświadczenie zmiany będzie równie wyjątkowe, jak człowiek, który tę technikę zastosuje.

Techniki pozwalające stworzyć klin i podtrzymać jego działanie zwykle nie są bardzo czasochłonne. Często są to krótkie ingerencje, które przerywają ustalone wzorce między bodźcem a odruchową reakcją. Owszem, mogą one wymagać pracy – ja na przykład codziennie wykonuję ćwiczenia oddechowe – lecz nie są to techniki, które należałoby przekształcić w nawyk. Stanowiłoby to zaprzeczenie ich idei.

Nie zawsze i nie każdy aspekt naszych przeżyć da się kontrolować. Czasami nie mamy wpływu na wybór otoczenia. Kiedy indziej nasze umysły zacinają się i nie potrafimy sobie narzucić innego toku myślenia. Droga sensoryczna często reaguje tylko wtedy, gdy wykonujemy okreś­lone ćwiczenia i techniki oddychania, bądź w odpowiedzi na działanie substancji chemicznych. Jeśli jednak celowo spróbujemy wpłynąć na konkretną reakcję organizmu, zwykle uda nam się zlokalizować co najmniej jedno miejsce, które pozwoli na wstawienie klina. Ten zaś umożliwi zapanowanie nad tą reakcją i wykorzystanie tak stworzonej przestrzeni do wyćwiczenia ciała, by zachowało się inaczej niż dotąd.

 

Powiedzmy sobie też jasno: jesteśmy ewolucyjnie przystosowani do posługiwania się klinem.

Tak naprawdę używamy go przez całe życie. Stosujesz go, ilekroć zdecydujesz się przełamać fizyczną reakcję na stres. Może to być coś tak prostego, jak świadoma próba opóźnienia kichnięcia lub powstrzymywanie się od śmiechu, gdy ktoś cię łaskocze. W takich przypadkach – i tysiącu podobnych – skupiamy się na swoich doznaniach i zastępujemy odruchową reakcję biologiczną inną. W jakimś sensie po to mamy zmysły.

Cofnijmy się na osi czasu ewolucji wystarczająco daleko, by sięgnąć do początków życia na ziemi, które zaczęło się od garstki jednokomórkowych organizmów jakieś 3,8 miliarda lat temu. Komórki te rozmnażały się, ginęły i ewoluowały, by stać się drzewami, mastodontami, grzybami, motylami, ośmiornicami, rekinami, dinozaurami i – owszem – ludźmi. Każda żywa istota wyposażona jest w jakiegoś rodzaju narzędzia sensoryczne, które wykrywają, co się wokół niej dzieje, oraz w mechanizmy umożliwiające adaptację. Wrażenia, które przekazują informacje o świecie zewnętrznym, odpowiadają wewnętrznym zmianom fizycznym. W przypadku wyżej rozwiniętych stworzeń – mających rozbudowane układy nerwowe – proces ten może zachodzić także w przeciwnym kierunku: wewnętrzne zmiany w percepcji mogą wpływać na sposób reagowania na otoczenie.

Oczywiście drzewa, grzyby i kwiaty reagują na inne bodźce niż słonie czy ptaki. Lecz one także reagują. To zaś oznacza, że wszystko, co dzieje się w twoim ciele – każdy rodzaj doznań, cech fizycznych i autonomicznych odpowiedzi organizmu – istnieje tylko dlatego, że ewolucja zapewniła taką możliwość. Każdy zmysł i mechanizm biologiczny, jakimi obecnie dysponujemy, daje nam ewolucyjną przewagę nad naszymi przodkami. Wrażenia to narzędzia, a my jesteśmy ich użytkownikami.

To samo dotyczy emocji: doświadczamy miłości, nienawiści, nudy, przygnębienia, strachu i innych uczuć, gdyż ma to określone ewolucyjne zalety. Emocje tworzą symboliczny związek między tym, co dzieje się na świecie, a tym, co zachodzi w naszych ciałach. A ponieważ ewolucja jest raczej powolnym procesem, arogancją byłoby myśleć, że narzędzia sensoryczne i emocjonalne, w jakie wyposażony jest Homo sapiens, były w pełni ukształtowane, gdy pierwszy przedstawiciel naszego gatunku pojawił się na ziemi jakieś 200–300 tysięcy lat temu. Spójrz na anatomię dowolnego ssaka, a dostrzeżesz znajome organy – kości, płuca, serce, oczy, mózg i tak dalej. Narządy te okazały się wystarczająco przydatne, by przetrwać naturalną selekcję ewolucji. A skoro procesy kognitywne bazują na anatomicznych strukturach mózgu, logiczne jest, że doznania emocjonalne i czuciowe większości stworzeń o mózgach podobnych do naszych także będą zbliżone. Świadomość i poczucie własnego ja powstały za sprawą ewolucji.

A oto sedno sprawy: ponieważ odczucia i emocje są powszechne w królestwie zwierząt – i prawdopodobnie w pewnym stopniu także w innych – to każde żywe stworzenie cechuje się jakimś poziomem emocjonalnej subiektywności. Z perspektywy klina wszystkie istoty mają zdolność decydowania, jak zareagują na stres, a decyzje te pomagają określić, czy przekażą one swoje geny dalej. Jest to jedno z tego rodzaju stwierdzeń, które doprowadzają ewolucjonistów – z nielicznymi wyjątkami – do rozpaczy. Nauka potrzebuje obiektywnych praw, których ślady przetrwają w skamielinach. Tymczasem doświadczenia się w nich nie utrwalają, wielu biologów ignoruje więc ich znaczenie. W ten sposób tracą z oczu wspólny wątek, łączący wszystkie żywe istoty.

Nawet gdyby paleontolodzy potrafili odczytać wszystkie informacje fizyczne o pradawnym zwierzęciu, nigdy nie pojęliby jego doświadczeń. Pozwolę sobie zaczerpnąć z rozważań Briana Mackenziego – sportowca i eksperta od wytrzymałości, o którym napiszę później – by zachęcić cię do zastanowienia się nad relacją między lwem a gazelą. Wyobraź sobie chwilę, w której budzący grozę drapieżnik rusza na łowy. Na poziomie fizycznym oba te ssaki mają bardzo podobne układy nerwowe; ich krew buzuje od hormonalnych koktajli, które potrafią wykrzesać ze zwierzęcia ponadprzeciętną energię. Ich źrenice rozszerzają się, a próg bólu rośnie. Jedyna istotna różnica między tymi dwoma układami nerwowymi jest taka, że w zaistniałej sytuacji chce być tylko lew. Na tym polega potęga subiektywności. Wszystko zależy od kontekstu.

Wrażenia, które odczuwasz, gdy jest ci zimno, gorąco lub kiedy walczysz o haust powietrza, są zapewne podobne do odczuć kota lub ptaka narażonych na równie intensywne bodźce. A jednak rzeczywiste warunki, mogące doprowadzić inne zwierzęta do progu załamania sensorycznego są wyraźnie odmienne od tych, w których załamiesz się ty, ja czy osoba cierpiąca na PTSD. W każdym przypadku układ nerwowy przygotowuje się na śmierć, lecz to indywidualne doświadczenia decydują o tym, jakie uczucia wiążą się z jej widmem. Większość gatunków na naszej planecie zamieszkuje środowiska dużo bardziej zróżnicowane niż otoczenie przeciętnego człowieka, który znaczną część swojego życia spędza w klimatyzowanych pomieszczeniach. Dzikie zwierzęta doświadczają więcej stresu, co czyni je bardziej odpornymi. Doprowadzenie ich na skraj załamania wymaga znacznie silniejszej stymulacji. Łatwo to zaobserwować na przykładzie zwierząt domowych: nigdy nie widziałem wilka w kurtce lub polarze, ale gdy spaceruję zimą ulicami Denver, widuję dziesiątki drżących z zimna piesków w kubraczkach.

Progi tolerancji na stres powstają wskutek wystawiania zwierząt na działanie środowiska i są środkiem umożliwiającym im korzystanie z klina.

Wrażenia mówią nam bardzo wiele nie tylko o świecie, lecz także o nas samych. Z czysto motywacyjnego punktu widzenia zachęcają nas do działania – do unikania jednych sytuacji i skłaniania się ku innym. Jeśli umiesz słuchać, dowiesz się z nich także o ukrytych, zaprogramowanych mechanizmach ciała. Na przykład, kiedy zaczyna ci być chłodno i chcesz podkręcić kaloryfer albo założyć kurtkę, w rzeczywistości odczuwasz skutki przyspieszającego metabolizmu. Gdy jest ci zimno, spalasz kalorie – zwykle z tkanki tłuszczowej – aby podnieść ciepłotę ciała, a wrażenie chłodu nakazuje ci znaleźć zewnętrzne źródło ciepła lub skorzystać z nagromadzonych zapasów energii. W dalekiej przeszłości było to ewolucyjnie korzystne, ponieważ nasi przodkowie nieustannie poszukiwali jedzenia (czyli kalorii), aby przeżyć. We współczesnym świecie bilans energetyczny organizmu zasadniczo nie stanowi problemu. Większość Amerykanów cierpi na nadmiar zgromadzonej energii – głównie w postaci tkanki tłuszczowej w okolicach brzucha – być może więc wrażenie zimna ma pewne zalety, do których obecnie nie jesteśmy dostrojeni. Uczucie ciepła, którego doświadczamy przez większość czasu, tak naprawdę jest sygnałem ewolucyjnego nieprzystosowania programu biologicznego, skutkującego przechowywaniem tłuszczu, a nie jego spalaniem.

Mechanizm emocji jest podobny, lecz zamiast dostarczać informacji o najbliższym otoczeniu, odnosi się do przyszłych okoliczności. Na przykład strach wiąże się z perspektywą zagrożenia lub śmierci. Miłość, która cię przepełnia, gdy patrzysz w oczy partnerowi lub dziecku, odpowiada poczuciu ciągłości życia o ponadjednostkowym wymiarze. Nietrudno spostrzec, że emocje takie jak miłość pomagają zbiorowiskom ludzkim przekazywać geny. Wstręt wyzwala zachowania mające na celu uniknięcie czegoś, a radość umacnia poczucie wspólnoty. Z kolei frustracja i ciekawość pobudzają fizyczne procesy tworzenia nowych połączeń neuronowych w tkance mózgu, gdzie przechowywane są informacje o świecie.

Inne książki tego autora