KlinTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Informacje zawarte w niniejszej publikacji mają charakter informacyjny. Nie zastępują konsultacji z lekarzem/trenerem ani odpowiedniego treningu, a jedynie je uzupełniają. Każdy rodzaj ćwiczeń wiąże się z ryzykiem. Redaktorzy oraz wydawca stanowczo doradzają czytelnikowi wzięcie pełnej odpowiedzialności za swoje bezpieczeństwo i przystąpienie do wykonywania ćwiczeń i wdrażania programów zdrowotnych wyłącznie ze świadomością własnych ograniczeń. Zanim rozpoczniesz trening, upewnij się, że sprzęt, którego będziesz używał, jest sprawny, i nie podejmuj ryzyka przekraczającego twoje doświadczenie, umiejętności, wytrenowanie oraz sprawność fizyczną.

Fakt, iż autor wymienia w tekście nazwę określonej firmy bądź organizacji albo nazwisko autorytetu w danej dziedzinie, nie oznacza, że autor lub wydawca promują produkty tej firmy albo udzielają wsparcia działalności wymienionej organizacji bądź osoby, ani że ta firma, organizacja lub osoba promuje autora lub wydawcę bądź udziela im wsparcia.


Tytuł wydania oryginalnego:

The Wedge. Evolution, Consciousness, Stress,

and the Key to Human Resilience


Copyright © 2020 by Scott Carney

All rights reserved. Wszystkie prawa zastrzeżone.

Wydanie polskie © 2020 by Galaktyka sp. z o.o.

90-644 Łódź, ul. Żeligowskiego 35/37

tel. +42 639 50 18, 639 50 19, tel./fax 639 50 17

e-mail: info@galaktyka.com.pl; sekretariat@galaktyka.com.pl

www.galaktyka.com.pl


ISBN: 978-83-7579-808-1


Konsultacja: Barbara Pospieszna

Redakcja: Elżbieta Derelkowska

Korekta: Monika Ulatowska

Redaktor prowadzący: Marek Janiak

Adaptacja okładki oryginalnej: Artur Nowakowski

Konwersja do EPUB/MOBI: InkPad.pl


Pełna informacja o ofercie, zapowiedziach i planach wydawniczych

www.galaktyka.com.pl

info@galaktyka.com.pl ; sekretariat@galaktyka.com.pl

Zapraszamy


Wszelkie prawa zastrzeżone. Bez pisemnej zgody wydawcy książka ta nie może być powielana ani w częściach, ani w całości. Nie może też być reprodukowana, przechowywana i przetwarzana z zastosowaniem jakichkolwiek środków elektronicznych, mechanicznych, fotokopiarskich, nagrywających i innych.

Dla Emily O’Conner

... i wszystkich poszukujących.


Spis treści

Słowo wstępne: DAVE ASPREY

Słowo wstępne: AMELIA BOONE

Przedmowa: Poważna sprawa

1. Jesteś kosmosem

2. Strach i skupienie

3. Od strachu do przepływu

4. Wdech

5. Wydech

6. Zbiornik pełen pustki

7. Wyborny brak smaku

8. Czerwona linia

9. Paradoks placebo

10. Serum prawdy

11. Dziwny wywar

12. O śmierci, ryzyku i sensie życia

Techniki

Podziękowania

Słowniczek

Bibliografia

O autorze

SŁOWO WSTĘPNE
Dave Asprey

PRZYJĘŁO SIĘ SĄDZIĆ, ŻE EMOCJE SĄ CZYMŚ, co nam się przytrafia. Chwila, w której szef wzywa na dywanik, powtarzanie po raz setny dzieciom, by posprzątały w swoim pokoju, albo tkwienie w korku, gdy nie chcesz spóźnić się na samolot… Wszystkie te sytuacje wywołują określone emocje.

Ale czy na pewno właśnie one?

Jednym z najważniejszych kroków, jakie zrobiłem w celu „włamania się” do swojego organizmu i poprawy wydolności, była nauka kontrolowania układu nerwowego. Okazało się, że umiejętność powrotu do klarownego, stabilnego stanu ma ogromny wpływ na pracę, kreatywność, relacje z rodziną oraz szeroko pojętą satysfakcję z życia.

Dziennikarz, antropolog i poszukiwacz przygód, Scott Carney, napisał tę książkę, aby pokazać, jak przejąć stery. Opracował techniki, które pozwalają kontrolować emocje i o wiele więcej. Dzięki wykorzystaniu koncepcji, którą nazwał klinem, nauczył się panować nad czynnikami wpływającymi na biologię organizmu, takimi jak tętno, temperatura wnętrza ciała czy odruchy na stres.

Klin umożliwia zaingerowanie w przestrzeń między otoczeniem a ukształtowaną przez wcześniejsze życiowe doświadczenia reakcją, wywołaną przez dane wrażenie lub bodziec. Gdy będziesz przeżywał coś po raz pierwszy, emocja, jaką temu przypiszesz, prawdopodobnie wróci do ciebie, gdy kolejny raz znajdziesz się w podobnej sytuacji.

Podczas rozmowy w programie Bulletproof Radio Carney powiedział, że ilekroć coś czujemy, wracamy do przeszłości. To logiczne. Rodzimy się, nie wiedząc, jaki dźwięk wydaje czajnik ani jak wygląda kot. Rodzimy się, nie wiedząc, czy mama i tata są dobrymi czy niebezpiecznymi ludźmi. Rodzimy się, nie wiedząc, czy wolelibyśmy zjeść stek czy brudne skarpety.

W ciągu całego życia badamy swoje otoczenie, a nasze mózgi gromadzą ogromne ilości danych sensorycznych do późniejszego wykorzystania. Każdego dnia wprowadzamy do mentalnego archiwum nowe informacje. Na przestrzeni lat nasze kontakty z ludźmi i przedmiotami decydują o tym, jak doświadczamy świata i jakie podejmujemy w nim działania.

Carney pokazuje, jak oddzielić bodźce sensoryczne od reakcji na nie. Opisuje spójność i odrębność we wszystkim, co czujesz, czego dotykasz i co dzieje się wokół ciebie – a także to, jak mózg przetwarza te informacje.

Podczas naszej rozmowy zilustrował to na przykładzie. „Czy ból ma miejsce w kości, czy w mózgu?” – zapytał. Stwierdzenie „boli mnie kolano” jest logiczne, zakładamy więc, że ból pochodzi właśnie stamtąd. Możesz nacisnąć wrażliwe miejsce – a wówczas dolegliwości się nasilą – albo też zmienić sposób chodzenia, aby ból stał się mniej dokuczliwy.

W rzeczywistości ból płynie z mózgu. Są ludzie, którzy nie doświadczają go w ogóle – cierpią na analgezję wrodzoną. Osoby z tym schorzeniem często umierają młodo, bo nie dostrzegają wczesnych etapów kontuzji lub stanów zagrażających życiu. Choroba ma bezpośredni związek z ilością endorfiny w mózgu, nie ma natomiast nic wspólnego z miejscem schorzenia.

Samo wrażenie pozbawione jest znaczenia – nadawanie sensu temu, co odbierasz, to zadanie mózgu. Kiedy ktoś na ciebie krzyczy, jednym z bodźców sensorycznych jest „głośno”. Ale na koncercie twojego ulubionego wykonawcy także odbierasz wrażenie „głośno”. O ile jednak w pierwszym przypadku bodziec budzi gniew lub strach, w drugim sprawia, że masz ochotę tańczyć ze szczęścia. Na tym etapie wkraczają doświadczenia życiowe. Gdzieś po drodze powiązałeś bardzo różne emocje z poszczególnymi odmianami bodźca „głośno”.

Największą zaletą klina jest możliwość wykorzystania przestrzeni między bodźcem a reakcją do kontrolowania swoich odczuć. Zauważyłem, że gdy idę na intensywne zabiegi, takie jak rolfing1, dostaję serię 100 zastrzyków z komórkami macierzystymi albo bez znieczulenia ogólnego poddaję się zabiegowi pobrania komórek macierzystych szpiku, mój organizm początkowo chce panikować i walczyć. Przez lata pracowałem nad zmianą podejścia do cierpienia. Mówiłem: „Zrobię to z chęcią, bo to część życiowego doświadczenia, nie zostanę skrzywdzony”. Nie zamierzam jednak kłamać, twierdząc, że wbijanie igły w kość biodrową jest bezbolesne. Ale wyperswadowanie mojemu mózgowi stuprocentowego skupienia na bólu i panice czyni zabieg bardziej znośnym. Znacznie bardziej – odczuwam go może w pięciu procentach.

Można się przestawić. Można nauczyć się pracować z własnym klinem, by złagodzić ból, gniew lub strach, a w zamian za to pogłębić przyjemność i radość.

Carney jest poszukiwaczem przygód, a Klin obfituje w niesamowite historie, ilustrujące jego stopniowe metamorfozy. Podaje praktyczne wskazówki, które możesz stosować, aby naostrzyć własny klin i stać się tym, kim możesz być – superczłowiekiem.

 

— Dave Asprey

autor książki Super Human: The Bulletproof Plan to Age Backward and Maybe Even Live Forever (Superczłowiek: niezawodny plan na odmłodzenie, a może nawet na nieśmiertelność)

1 Inaczej integracja strukturalna; opracowany przez dr Idę Rolf rodzaj fizjoterapii, mający na celu zniwelowanie napięć w ciele i zmianę niekorzystnych nawyków ruchowych (przyp. tłum.).

SŁOWO WSTĘPNE
Amelia Boone

BYŁA CZWARTA RANO, 18 GRUDNIA 2011 ROKU w Englishtown, w New Jersey. Termometry wskazywały –7 stopni Celsjusza. Dzień wcześniej prawie 1000 uczestników stawiło się na odprawie World’s Toughest Mudder, by wziąć udział w wyścigu, którego celem jest pokonanie jak największej liczby okrążeń 16-kilometrowego toru z przeszkodami w ciągu 24 godzin.

Po 20 godzinach, setkach przeszkód, wielu odcinkach pływackich i wymagających zanurzenia się w lodowatej wodzie przy temperaturze poniżej zera, na trasie zostało nas trzynaścioro.

W jednym z zadań musiałam przebić się przez warstwę lodu, by się zanurzyć. Uniosłam kawałek lodu na oczach ostatniego, wyjątkowo wytrwałego wolontariusza. „Bardzo, kurwa, śmieszne” – stwierdziłam, śmiejąc się w głos.

A w głębi duszy dodałam: „Nigdy tak mocno nie czułam, że żyję”.

Co motywowało mnie w tę mroźną noc, gdy 99 procent konkurentów dało za wygraną? I co pozwoliło właśnie mnie, prawniczce z korporacji, osobie o wątpliwej sportowej przeszłości, wygrać kilka mistrzostw świata w biegach przeszkodowych typu OCR (ang. obstacle course racing), podczas których wielokrotnie znosiłam warunki tak straszne, że dorobiłam się przydomka „królowa bólu”?

Nie była to zasługa posiadanego sprzętu ani wyjątkowego zamiłowania do sportu; przez całe dzieciństwo we wszystkich wyścigach na 100 metrów dobiegałam do mety jako ostatnia. Nikomu nawet nie przyszłoby do głowy, że 20 lat później będę mistrzynią świata.

Właściwie nigdy nie umiałam znaleźć słów, by opisać, jak tego dokonałam; nie potrafiłam wskazać przyczyn swojego sukcesu. Udzielając na przestrzeni lat kilkudziesięciu wywiadów, wielokrotnie zacinałam się, próbując odpowiedzieć na pytanie, jak to możliwe, że tak znakomicie znoszę warunki, które innych zmuszają do wywieszenia białej flagi. Zawsze zakładałam, że to jakaś wrodzona umiejętność, lecz to wytłumaczenie mnie nie satysfakcjonowało.

Ale gdy pewnego zimowego wieczoru w Denver poznałam Carneya, a on przedstawił mi pomysł na swoją kolejną książkę, zatytułowaną Klin, nagle mnie olśniło. Opisując swoją tezę i wyczyny, jakich się podjął, aby ją zbadać, podsunął mi nomenklaturę pozwalającą opisać sprawy, które od dawna czułam, lecz nie potrafiłam ich wyrazić.

Startując w swoich pierwszych zawodach World’s Toughest Mudder, nie miałam o tym pojęcia, lecz kluczem do mojego sukcesu był klin – zdolność oddzielenia logicznej ludzkiej reakcji („daj sobie spokój z tą bzdurą i zmykaj stąd”) od bodźca (ziąb lodowatej wody w błotnistych bajorach).

Nie znaczy to, że nie doskwierał mi ból lub że chwilami nie czułam się fatalnie. Potrafiłam jednak stworzyć pewien bufor (klin, jeśli wolisz!) między tym, co działo się wokół mnie, a tym, co działo się we mnie. Odbierałam płynące ze środowiska bodźce, lecz nadawałam im własne znaczenie. Dzięki temu byłam w stanie znaleźć szczęście w nieszczęściu, a w rezultacie kontynuować zmagania, gdy inni już się poddali.

Klin ma tę genialną właściwość, że nie jest umiejetnością wrodzoną, dostępną tylko nielicznym. Czytając tę książkę, dowiesz się, że każdy z nas w jakimś zakresie się nim posługuje. Najlepsze zaś jest to, że gdy zdasz sobie z tego sprawę i zaczniesz ćwiczyć używanie klina, przekonasz się, że ma on niesamowicie różnorodne zastosowania. Jasne, możesz wykorzystać go na wyścigach długodystansowych albo wdrapując się na Kilimandżaro bez koszulki, lecz równie dobrze sprawdzi się, gdy będziesz tkwił w wieczornym korku lub kolejce do Urzędu Komunikacji.

We współczesnym świecie ludzie życzą sobie gotowych rozwiązań; wszyscy pragniemy poznawać tajemnice, ale nie chce nam się na to pracować. Nie wiem jak ty, ale ja mam już trochę dość rozmaitych „sztuczek”. W ciągu ostatniej dekady nastąpił wysyp dróg na skróty, które rzekomo pozwalają usprawnić życie. Jedz tylko mięso! Jedz tylko rośliny! Rób pięciominutowe drzemki! Bierz tylko zimne prysznice! I tak dalej. Być może myślisz, że masz do czynienia z kolejną książką pełną takich trików.

Na szczęście nie. Nie musimy się karmić szybkimi poradami wątpliwej jakości. W istocie potrzebujemy metody postępowania oraz pewnych ram, pomagających dostosować się do nieustannie zmieniających się okoliczności i życiowych problemów. To wymaga praktyki, ciężkiej pracy i nienasyconej ciekawości, która każe zastanawiać się nad tym, czego doświadczamy. Doskonaliłam tę umiejętność przez wiele lat ciągłego wystawiania się na różne bodźce i trudne warunki, lecz, tak jak w przypadku wielu innych spraw, wciąż uważam, że mam w tej kwestii jeszcze dużo do zrobienia. Używam klina nie tylko podczas wyścigów, ale też w każdej innej życiowej sytuacji.

W ubiegłym roku nakleiłam na lustrze w łazience kartkę z napisem:

„Jeśli sądzisz, że będziesz nieszczęśliwa, będziesz nieszczęśliwa.

Jeśli sądzisz, że będziesz cierpieć, będziesz cierpieć.

Jeśli powiesz sobie: „To jest zajebiste i nigdy wcześniej

tak mocno nie czułam, że żyję”, nie uwierzysz,

ile radości i sensu będziesz mogła odnaleźć w dowolnej sytuacji”.

Umysł jest wielki. Klin jest wielki. Naucz się używać ich mądrze, a nauczysz się żyć.

— Amelia Boone

czterokrotna mistrzyni świata w biegach przeszkodowych

PRZEDMOWA

Poważna sprawa

ODDALONY O TYSIĄCE KILOMETRÓW od wszystkiego, co znam, postanawiam powierzyć swoje życie w ręce Tony’ego. Ma na sobie czerwoną koszulkę piłkarską marki Adidas, workowate dżinsy i buty turystyczne. Gdy się wyprostuje, sięga mi do ramion, a dokądkolwiek się udaje, zawsze poprzedza go brzuch. Jest zwyczajnym człowiekiem, za którym na dowolnej ulicy Trzeciego Świata nikt by się nie obejrzał. Ale w jego wzroku i anielskim uśmiechu jest coś, co budzi poczucie wewnętrznej harmonii.

Luzma tłumaczy mu moje mgliste koncepcje więzi i świadomości.

Tony kiwa głową. Potem unosi dłoń i patrzy mi w oczy – na ile to możliwe w niemal nieprzeniknionej ciemności. „Musisz zrozumieć, że to, co się dziś wydarzy, nie jest żadną sztuczką, tylko poważną sprawą. Choć wyglądam jak zwykły człowiek – nie noszę pióropuszy i dziwacznych nakryć głowy – jestem szamanem. Wieczorem będę działać w świecie duchów” – mówi, wciąż zdziwiony, że postanowiłem przemierzyć świat, by się z nim zobaczyć z powodów innych niż śmiertelna choroba.

Wysiadłem z samolotu zaledwie przed kilkoma godzinami. Nadal cuchnę długą podróżą. Przybyłem tu z pytaniami, na które mogę nigdy nie uzyskać odpowiedzi. Boję się tego, co będzie dalej. Nie wiem nawet, czy odpowiednio nastawiłem się mentalnie. Na razie jestem otwarty na wszystko, co może się wydarzyć w trakcie ceremonii. Uśpię swoje niedowierzanie i mocą całego umysłu skupię się na przeżywaniu. Luzma proponuje mi mantrę: „Cokolwiek się stanie, powiedz sobie »jestem chętny«”.

Kilka godzin później przemierzam ścieżkę w głębi amazońskiej dżungli.

Jest nów, lecz Droga Mleczna pyszni się na niebie jasną smugą. Dżungla żyje ćwierkaniem ptaków, brzęczeniem owadów, chrobotem drzew i pnączy, odgłosami żab, małp i Bóg raczy wiedzieć, czym jeszcze. Brzmi to tak, jakby wszystkie stworzenia prowadziły ożywioną rozmowę. Jedno nawołuje, a w odpowiedzi dostaje milion bzyknięć i pomruków. Zastanawiam się, co mówią. Światło czołówek pełga po błotnistej ścieżce przez jakiś kwadrans, nim wreszcie udaje mi się wypatrzeć chatkę, w której odbędzie się ceremonia.

Ze skrzypnięciem otwieram drzwi i dostrzegam mniej więcej dziesięć osób, leżących na tanich, piankowych matach, ułożonych w kręgu. Pojedyncza świeca pośrodku daje migotliwy blask, który rzuca głębokie cienie na dach i podłogę. Obok wszystkich mat stoją mocno poplamione wiadra, z szarymi zaciekami od wewnętrznej strony.

Tony przybywa jakieś pół godziny później.

Przynosi dwulitrową plastikową butelkę, napełnioną do połowy czarnym, lepkim syropem. Usadawia się na drewnianym klocku w zachodniej części pomieszczenia i bawi się flaszką pachnącej wody, znanej pod nazwą agua de Florida, oraz garścią papierosów bez filtra.

Panuje pełna wyczekiwania cisza.

Czas płynie niespiesznie, aż w końcu Tony zapala papierosa, wstaje i wydmuchuje gigantyczne kłęby dymu na cztery strony świata. Dym sygnalizuje początek ceremonii. Luzma szepcze mi, że tytoń oczyszcza energię i zwołuje duchy. Tony z powrotem siada, cicho wypowiada kilka słów do otwartej plastikowej butelki i wdmuchuje dym do jej otworu. Zaczęliśmy. Bez fanfar. A ja nie mam pojęcia, co się dzieje.

Tony delikatnie stuka stopami o podłogę w rytmie, który najpierw przypomina odległy pomruk, a potem narasta z subtelną siłą bijącego serca. Wydyma wargi i zaczyna równie miękko gwizdać. To prosta melodia, którą jak przez mgłę pamiętam z dzieciństwa, choć nigdy się jej nie nauczyłem. Gwizd przechodzi w śpiew, być może po hiszpańsku lub w rdzennym języku Indian Keczua. Możliwe też, że to po prostu dźwięki bez żadnego szczególnego znaczenia, które przychodzą mu do głowy.

Trwa to dłuższą chwilę, a gdy śpiew cichnie, Tony wskazuje gestem chudego jak szczapa mężczyznę, który siedzi po jego lewej stronie i daje mu znak, że czas napić się eliksiru. Mężczyzna wstaje i klęka przed Tonym. Wyciąga splecione dłonie w modlitewnym geście. Tony chwyta jego kościste palce i coś na przemian do siebie szepczą. Szaman zadaje jakieś pytanie. Gdy pada satysfakcjonująca odpowiedź, nalewa czarnego płynu do lichego kubeczka i unosi go do światła świecy. Stwierdziwszy, że dawka jest niewystarczająca, dolewa jeszcze kilka kropel. Mężczyzna pije, krzywi się z niesmakiem i wraca na matę.

Ten proces powtarza się dla każdej osoby z kręgu.

Patrzę jak Luzma bierze kubek do ręki, zerka na ilość płynu, marszczy nos i przecząco kręci głową. Tony odlewa odrobinę z powrotem do butelki i podaje jej to, co zostało. Luzma wypija całość jednym haustem, jakby to był kieliszek mocnego alkoholu. Chwilę po powrocie na swoje miejsce przepłukuje wodą niesmak w ustach.

Po kwadransie przychodzi kolej na mnie. Podchodzę do Tony’ego, a on pyta mnie, czy kiedykolwiek brałem środki halucynogenne. Odpowiadam, że na studiach próbowałem grzybów z psylocybiną, tylko za pierwszym razem trafiłem do szpitala. W swoim psychodelicznym widzie powiedziałem przyjacielowi, że chyba umrę, a on posłusznie zadzwonił po karetkę. Zrobili mi płukanie żołądka. W sprawę wmieszała się policja. Od tamtej pory stroniłem od halucynogenów, ale kilka lat później spróbowałem ich znowu. Wtedy na haju miałem wrażenie obcowania z czymś znacznie potężniejszym od siebie.

Mówię za dużo.

Tony kiwa głową, niepewny tego, jak potraktować moje wynurzenia. A potem nalewa mi prawie do pełna. Prosi, żebym powtórzył swoje imię, a następnie szepcze coś do naparu. Zerkam na podany mi brunatny ulepek i staram się go nie wąchać. Odruchowo dociskam język do podniebienia, by nie połknąć żadnych farfocli, i duszkiem wypijam zawartość kubka. Ma konsystencję zużytego oleju silnikowego i smak kojarzący się z czymś pomiędzy gnijącymi owocami a fusami kawy. Płyn oblepia wewnętrzną stronę moich ust i wnika do gardła. Nie mogę pozbyć się jego smaku, niezależnie od tego, ile razy przełykam ślinę. Gdy ostatnia osoba z kręgu wypija toksyczny napar, ktoś zdmuchuje świeczkę na środku sali.

Pogrążamy się w atramentowej czerni.

Powiem ci coś, o czym wiedzą pustelnicy.

Jeśli pójdziesz daleko, daleko w głąb lasu

i bardzo się wyciszysz, zrozumiesz,

że stanowisz jedność ze wszystkim.

— ALAN WATTS

1

Jesteś kosmosem

MAM CI COŚ WAŻNEGO DO POWIEDZENIA, ale to nie będzie łatwe. Takie rzeczy zwykle wyraża się krzykiem, w bezmiernym przerażeniu. Jeśli lubisz sugestywne sceny, możesz zmienić żarówki w pokoju na krwistoczerwone. Wyobraź sobie natarczywy syreni śpiew, coraz bliższy, żądający od twojego ciała i umysłu absolutnego oddania. Na skórze pojawiają się perliste kropelki potu, a źrenice rozszerzają się w napięciu. Zjeżyły ci się włosy na karku? Czujesz to w kościach? (Nawiasem mówiąc, tyczyłoby się to ciebie także wtedy, gdybyś przypadkiem nie był człowiekiem. Możesz więc wachlować witkami, trzepotać skrzydłami, szczerzyć kły lub falować płetwami w udręce). Gotowy? Proszę:

 

Wszyscy umrzemy.

W porządku. Wiedziałeś o tym. Owszem, może trochę przeholowałem. Przypuszczam, że był w twoim dzieciństwie taki czas, gdy ta myśl prześladowała cię jak widmo, powracała w sennych koszmarach i chwilach przebudzenia. Ale do tej pory prawdopodobnie udało ci się przełamać egzystencjalne lęki na tyle, że możesz przynajmniej normalnie funkcjonować. Jeśli nie miałeś powodu, by to roztrząsać, to zapewne od dłuższego czasu nie zastanawiałeś się nad własną śmiertelnością.

Banalna prawda jest taka, że każda żywa istota ma datę ważności. Śmierć jest czymś tak pewnym, że na przestrzeni około trzech miliardów lat nieuchronność końca organicznie zapisała się w naszej biologii – nie tylko w formie imperatywu rozmnażania się i przenoszenia materiału genetycznego o jedno pokolenie w przyszłość, lecz właściwie w każdym doznaniu, impulsie nerwowym i biologicznym popędzie, który motywuje nas do działania.

W czasie, który dano nam na tym padole, robimy wszystko, co w naszej mocy, by wycisnąć z organizmów choć odrobinę więcej i ewentualnie przekazać unikatową kombinację danych genetycznych potomkom. Jeśli chodzi o ewolucję, nasze życie jest wodą na jej młyn, śmierć zaś stanowi mechanizm umożliwiający zmiany na przestrzeni kolejnych pokoleń. Z naszej perspektywy ewolucyjny nakaz prokreacji i przetrwania ma jednak wymiar osobisty. Większość z nas wychodzi z niewypowiedzianego założenia, że bez względu na to, z jakiej gliny jesteśmy ulepieni, jakimś cudem doskonale nadajemy się do tego, by dać początek przyszłym generacjom. I ta logika, jak widać, zaprowadziła nas dość daleko. Wszyscy wywodzimy się z linii ewolucyjnych zwycięzców, sięgającej prehistorycznych dziejów Ziemi, gdy pojedyncze komórki wyłoniły się z pierwotnej zupy. Właśnie tak: stanowisz, drogi czytelniku (lub bakterio, ptaku, wilku czy rybo), szczytowe osiągnięcie trwającego od kilku miliardów lat procesu.

Jest jednak jeden problem. W ciągu ostatnich kilkuset lat ludzkość zerwała ze swoimi ewolucyjnymi korzeniami. Gdy opanowaliśmy technologię pozwalającą kontrolować otoczenie, zaczęliśmy bagatelizować wewnętrzną odporność. Być może wszystko to miało swój początek w czasach, gdy Homo erectus rozpalił ogień i ubrał się w futra. Był to wielki krok naprzód, w świat komfortu i wygody. Ale który jaskiniowiec mógłby wyobrazić sobie elektryczność? Centralne ogrzewanie? Albo cud zamawiania jedzenia przez internet? Uroki technologii wniknęły nawet do świata ostatecznej niewygody: nastawienia do śmiertelności. O ile ludzie pierwotni zapewne przypisywali choroby tajemniczym siłom, o tyle współczesna medycyna każe nam wierzyć, że każdy defekt organizmu da się usunąć za pomocą pigułki lub zabiegu. A jeśli najnowocześniejsza klinika zawiedzie, potrzeba komfortu jest tak wszechobecna, że nawet firmie pogrzebowej zdaje się zależeć na tym, by było nam wygodnie w zaświatach – w eleganckich wnętrzach i wyściełanych jedwabiem trumnach. Spójrzmy prawdzie w oczy: ludzie kochają komfort do granic absurdu. Nie trzeba nawet sięgać do prehistorii, aby się o tym przekonać. Co pomyślałby przeciętny Joe z czasów wielkiego kryzysu, gdyby zobaczył, jak ty czy ja wściekamy się z powodu kilkuminutowej przerwy w działaniu wi-fi? Wyobraź sobie jego minę, gdy z telefonu komórkowego dzwonimy do dostawcy internetu, by zrugać jakiegoś nieszczęśnika pracującego w call center. Przyznaj się, na pewno ci się to zdarzyło. Mnie z pewnością tak. Jako gatunek uwielbiamy spryt, z jakim nauczyliśmy się kontrolować otaczający nas świat. Ale czy ten wielki ruch w kierunku idealnego komfortu rzeczywiście był dobrym pomysłem?

Oto trudna do zaakceptowania prawda: być może wcale nie. Powód zaś jest prosty. Możemy podróżować autonomicznymi samochodami i udawać się na ostatni spoczynek w wyściełanych trumnach, lecz jesteśmy takimi samymi ludźmi jak ci, którzy spali pod gołym niebem na afrykańskich równinach. To zaś oznacza, że jesteśmy przystosowani do przeżycia w nieprzyjaznym środowisku i znoszenia ogromnych niewygód. Układ nerwowy – centralny system dowodzenia, który jest ewolucyjnie zaadaptowany do znoszenia trudów będących elementem życiowego yin i yang – nie przypomina cyfrowego termostatu. Nie został skalibrowany pod kątem wyjątkowego komfortu. Co więcej, mechanizmy pozwalające nam się rozwijać i trwać w trudnych, a nawet groźnych środowiskach, mają dziś więcej roboty niż dawniej. Zamiast uciekać przed drapieżnikami lub z nimi walczyć, zmagamy się z porannymi korkami ulicznymi albo irytujemy przeczytanym na telewizyjnym pasku komunikatem o drastycznym podniesieniu składek na ubezpieczenie społeczne. Może się to wydawać głupie, lecz nasze organizmy przetwarzają przykre wieści o nieurodzaju awokado i związanym z tym raptownym wzrostem cen gua­camole w ulubionym meksykańskim sklepiku za pomocą tych samych mechanizmów biologicznych, które naszym przodkom pomagały w walce z lwami, tygrysami i niedźwiedziami. Ciało chce reagować w sposób, który chroni przed nadciągającym zagrożeniem, choć postrzegane przez nas niebezpieczeństwo jest jedynie pozorne.

Houston, mamy problem. I to nielichego kalibru.

Dziś jako społeczeństwo jesteśmy prześladowani lękami, chorobami autoimmunologicznymi, zmęczeniem, samotnością oraz niesprecyzowanym wrażeniem niepokoju wynikającego z faktu, iż niezależnie od tego, jak bardzo odizolujemy się od natury, jej bezwzględne prawa i tak ostatecznie wezmą nad nami górę.

Celem tej książki jest pogodzenie odziedziczonej po przodkach biologii ze światem, w którym żyjemy dzisiaj. Przedstawię w niej narzędzia, które umożliwiają przeprogramowanie układu nerwowego tak, byśmy mogli żyć jak najpełniej. Aby ów cel osiągnąć, muszę jednak postawić dość trudne pytanie.

Jaki jest sens życia?

To, jak ogólnie rozumiemy ewolucję – naczelną zasadę istnienia na tej planecie – tak naprawdę sprowadza się do narodzin, przetrwania, prokreacji i śmierci oraz mutacji zachodzących na przestrzeni pokoleń. Zasadniczo jest to proces mechaniczny, który sprawia, że cud życia staje się cholernie nieciekawy. Biolodzy ewolucyjni analizują go w krokach liczonych w tysiącach i milionach lat. Dokładność ich metod nie pozwala na przeanalizowanie doświadczeń konkretnego prehistorycznego mięczaka, dziobaka czy naczelnego. Skłoniło mnie to do zastanowienia, czy wszyscy uczeni, którzy skrupulatnie badają niekończące się odmiany skamielin, nie działają niejako na opak. Być może jest coś w bieżącej chwili – tu i teraz – co nadaje cel ewolucyjnemu pędowi; coś tak oczywistego, że zupełnie tego nie dostrzegamy.

Uważam, że sensem istnienia może być samo doświadczanie bycia żywym – chwile radości, empatii i miłości, a także te, kiedy czujemy ból, smutek i stratę. Te sprawy nigdy nie wyjdą na jaw w skamienielinach. Być może ewolucja dąży do zachowania właśnie tych uczuć.

Do dziś nie udało nam się w pełni poznać tajników świadomości i jej ukrytych mechanizmów. Wiemy tylko, że nie była ona w pełni ukształtowana od samego początku. Wyewoluowała z prostych form życia oraz narzędzi, za pomocą których istoty te poznawały środowisko i reagowały na nie. Te stworzenia chciały żyć. A pragnienie dalszej egzystencji oznaczało, że ich indywidualne doświadczenia i całkowicie subiektywne rozumienie świata same w sobie stanowiły napęd ewolucji. Innymi słowy, zmysły i emocje rozwijały się, aby nadać sens życiu.

Większość ewolucjonistów widzi konkretne przemiany, które składają się na powolny, trwający całe tysiąclecia proces, lecz żadna z tych drobnych iteracji nie mogłaby nastąpić, gdyby nie unikatowe, indywidualne przeżycia każdego z naszych przodków na linii czasu. Nasze podejście do nauczania o ewolucji sprawia wrażenie, że jedynymi siłami wpływającymi na dany gatunek były niezmiernie powolne procesy selekcji naturalnej i mutacji genetycznych. Dla tych naukowców ewolucja jest rozmową między środowiskiem a budową zwierzęcia – bez żadnych elementów pośrednich. Spojrzenie na poziomie makro pomija jednak poszczególne istoty, które musiały mieć jakiś powód do przekazywania genów z jednego pokolenia na drugie.

Ta książka opowiada o punkcie zetknięcia się trzech zagadnień: organizmu (fizycznego oprzyrządowania, które dziedziczymy poprzez ewolucję), umysłu (subiektywnych doznań) oraz środowiska zewnętrznego (które wywiera na nas presję i wywołuje określone odczucia oraz stwarza szanse adaptacji). Na kolejnych stronach pokażę, że pod względem sposobu doświadczania świata mamy więcej możliwości wyboru, niż sądzimy – więcej, niż wydaje się możliwe naukowcom.

Ta książka mówi o tym, jak być żywym.

To zaś oznacza, że jest w niej poruszony także temat śmierci.

Cała biologia kurczowo trzyma się życia. Widmo śmierci powoduje uwolnienie hormonów, skurcze mięśni i przyspieszenie akcji serca. Określa wrażenia przez pryzmat przyjemności lub bólu, a następnie wskazuje, czy podejmowane przez nas działania są konieczne, czy raczej zbyt ryzykowne. Gdyby życie było piosenką, moglibyśmy być pewni, że kończyłaby się ona minorową nutą.

Celem życia nie jest jednak znalezienie dobrej posady, uiszczanie składek na emeryturę czy praca przy biurku przez 40 godzin tygodniowo, dopóki się nie zestarzejesz, by potem komfortowo umrzeć we śnie. Istotą bycia żywym jest doświadczanie, które nadaje wszystkiemu wartość. Śmierć zaś jest najlepszym nauczycielem, gdyż wyznacza stawkę określającą to, jakie życie chcemy wieść.

Tytuł tej książki brzmi Klin. Traktuję klin jako połączenie metody, praktyki i światopoglądu, które pozwala człowiekowi przejąć kontrolę nad życiem. Więcej na ten temat przeczytasz wkrótce, lecz najpierw coś opowiem.

Kilka lat temu napisałem książkę zatytułowaną Co nas nie zabije, traktującą o moich spotkaniach z holenderskim guru fitnessu i „ekstremofilem”, Wimem Hofem. Hof słynie z wielu rekordowych wyczynów, dowodzących jego wyjątkowej odporności na zimno – trzy czwarte drogi na szczyt Mount Everestu pokonał z gołą klatką piersiową, najdłużej na świecie wytrzymał w lodowej kąpieli i przebiegł boso maraton po arktycznym lodzie – oraz z niezwykłych zdolności kontrolowania układu odpornościowego w warunkach laboratoryjnych. Kiedy się dowiedziałem, że próbuje uczyć innych swojej metody, uznałem go za szaleńca i szarlatana, który zamierza narażać ludzi na śmierć, zachęcając ich do robienia rozmaitych niebezpiecznych rzeczy na mrozie. Tymczasem okazało się, że w ciągu zaledwie kilku dni nauczyłem się robić to samo, co on. A choć utwierdziłem się w przekonaniu, że Hof był – i zapewne wciąż jest – szaleńcem, to ujrzałem w nim kogoś w rodzaju proroka, który na nowo definiuje sposób, w jaki człowiek może przejąć kontrolę nad swoją biologią. Wspomnianą książkę warto przeczytać, jeśli chce się sprawdzić, od czego się to wszystko zaczęło. Ale jedyne, co na razie powinieneś wiedzieć, to że ćwiczenia Hofa nauczyły mnie czerpać siłę z oswajania się z siedzeniem w lodowatej wodzie, wstrzymywania oddechu za wszelką cenę, a ostatecznie doprowadziły do odkrycia techniki manipulowania układem odpornościowym.

Inne książki tego autora