Szkocki lekarz

Tekst
Z serii: Medical
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Scarlet Wilson

Szkocki lekarz

Tłumaczenie: Agnieszka Borowiec

HarperCollins Polska sp. z o.o.

Warszawa 2020

Tytuł oryginału: Tempted by the Hot Highland Doc

Pierwsze wydanie: Harlequin Medical Romance, 2019

Redaktor serii: Ewa Godycka

© 2019 by Scarlet Wilson

© for the Polish edition by HarperCollins Polska sp. z o.o., Warszawa 2020

Wydanie niniejsze zostało opublikowane na licencji Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części dzieła w jakiejkolwiek formie.

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych i umarłych – jest całkowicie przypadkowe.

Harlequin i Harlequin Medical są zastrzeżonymi znakami należącymi do Harlequin Enterprises Limited i zostały użyte na jego licencji.

HarperCollins Polska jest zastrzeżonym znakiem należącym do HarperCollins Publishers, LLC. Nazwa i znak nie mogą być wykorzystane bez zgody właściciela.

Ilustracja na okładce wykorzystana za zgodą Harlequin Books S.A. Wszystkie prawa zastrzeżone.

HarperCollins Polska sp. z o.o.

02-516 Warszawa, ul. Starościńska 1B, lokal 24-25

www.harpercollins.pl

ISBN 978-83-276-5444-1

Konwersja do formatu EPUB, MOBI: Katarzyna Rek / Woblink

PROLOG

– W życiu. Nie ma mowy. – Kristie Nelson potrząsnęła głową i złożyła ręce na piersiach.

Louie, jej szef, uniósł brwi.

– Masz z czego spłacać kredyt mieszkaniowy?

Zaczęła się wiercić w fotelu.

– Obiecano mi, że będę pracować z ekipą wiadomości. Od tych bzdetów, którymi się zajmuję, już mnie mdli. Jak mi znowu zlecisz pracę przy jakimś teleturnieju, to – jak Boga kocham – złapię ten ceremonialny miecz, który wisi nad twoją głową, i wsadzę ci w czułe miejsce.

Pracowali razem na tyle długo, że mogła sobie pozwolić na dosadny język.

Louie wybuchnął śmiechem. Spoważniał jednak, westchnął i podparł ręką głowę.

– Kristie, twoje dwa ostatnie projekty nie wypaliły. Mam problem ze znalezieniem ci roboty, zwłaszcza takiej, która dałaby się pogodzić z twoimi innymi obowiązkami.

Przełknęła ślinę. Byli z sobą zżyci. Nie zamierzała mu tego mówić, ale doceniała jego wysiłki. Spojrzała ma okładkę scenariusza. „Kawał chłopa. Rok z życia lekarza z wyżyn Szkocji”. Przeszły jej ciarki po grzbiecie. Wyprostowała się.

– Na pierwszy rzut oka to kolejny picowaty projekt.

Louie patrzył jej prosto w oczy.

– Picowaty projekt, który wiąże się z filmowaniem trzy dni w miesiącu na wyspie u wybrzeży Szkocji. Wyspa Arran. Producent opłaca przeloty i pokrywa wszystkie wydatki. Gaża wyższa, niż mógłby ci zaoferować jakikolwiek kanał informacyjny.

Znów zaczęła się wiercić. Jeżeli spojrzeć na to od tej strony…

– Platformy streamingowe – ciągnął Louie – siedzą na dużej kasie. Produkują ciekawe programy i nie boją się ryzyka. Nie uważasz, że dobrze byłoby wsadzić nogę w te drzwi i zrobić tam dobre wrażenie?

W głowie miała zamęt. To, co mówił, miało sens. To jest jakaś szansa. Ilu ludziom udaje się zaistnieć w tradycyjnej telewizji? Nie chciała się przyznać, ale sama kupiła abonament na ten serwis. Niektóre pozycje faktycznie wciągały.

– Filmują na całym świecie – nie odpuszczał Louie. – Mają seriale o wulkanologu na Hawajach, kuratorce muzeum w Kairze, amerykańskim futboliście, astronaucie, który przygotowuje się do pobytu w stacji kosmicznej…

– A ja dostaję lekarza ze szkockich gór? – Nie próbowała nawet ukryć zawodu.

Milczenie Louiego wystarczyło za odpowiedź. Dostała, co zostało. Nawet o to pewnie musiał dla niej żebrać.

Spojrzała na teczki na jego biurku. Profile bohaterów. Weterynarz. Strażak. Nauczyciel. Policjantka. W tym zestawieniu lekarz wypada nie najgorzej. Ale czuła się chora na samą myśl, że przez cały dzień będzie musiała towarzyszyć lekarzowi, pewnie również w szpitalu.

Sześć lat wcześniej, gdy kończyła dziennikarstwo i komunikację społeczną, była przekonana, że podbije świat. Podbój zmienił się jednak w harówkę. Z nielicznymi sukcesami. Obrzydła jej praca w mediach. Nie tak miała wyglądać jej kariera. Ale co w zasadzie chciała osiągnąć? Wydarzenia ostatnich lat podkopały jej pewność siebie.

– „Kawał chłopa”… Nie uważasz, że to trochę seksistowskie?

– Kto by się przejmował? – Louie wzruszył ramionami. – Dobrze brzmi i powinno przyciągnąć widzów.

– Nie jestem szczególnie mocna w geografii… – Zmarszczyła nos, wyciągnęła telefon komórkowy i wbiła nazwę wyspy. – Arran. Szkocka wyspa na południowy zachód od lądu. To nie jest nawet cześć wyżyny!

– Nieistotny szczegół – roześmiał się Louie. – To Wielka Brytania, amerykańska komisja nadzorująca opis produktów nie będzie się czepiać.

Przed oczami miała nieopłacone rachunki piętrzące się na sypialnianej szafce. Ten projekt oznaczał gotówkę. Gwarantowaną na rok. Głupotą byłoby go odrzucić.

– Masz tam lecieć na trzy dni w miesiącu – kusił Louie. – Nakręcić tyle materiału, żeby starczyło na czterdzieści jeden minut czasu antenowego. A jak będzie nudny, to go trochę podrajcujesz.

– To znaczy, niby co mam zrobić?

– Co trzeba, byle się dobrze oglądało. – Ponownie wzruszył ramionami. – Jeżeli zrobisz kolejny serial, który trzeba będzie zdjąć z emisji, nikt nie będzie chciał z tobą pracować. Filmowanie z tobą będzie jak pocałunek śmierci.

Przełknęła ślinę. W telewizji nie ma zmiłuj. W jednej chwili można spaść z piedestału i zbierać ochłapy. Jak ona teraz.

– Masz zdjęcie tego faceta? Nie jest dołączone do scenariusza.

– Rzeczywiście? – Louie przeglądał jakieś papiery, najwyraźniej przygotowując się już do kolejnego spotkania.

– I jak wymawia się jego imię?

Wstał, przeszedł na drugą stronę biurka i spojrzał jej przez ramię.

– Chyba Ruari. Sprawdź, żeby nie dać plamy. – Mrugnął do niej porozumiewawczo.

Patrzyła na notatki. Rhuaridh Gillespie. Lekarz rodzinny. W nagłych przypadkach pracuje również na zastępstwa w miejscowym szpitalu, właściwie przychodni z izbą chorych.

– Ile mam czasu na przygotowanie?

W oczach Louiego pojawił się diabelski błysk. Rzucił jej kartkę. Rozkład lotów.

– Dzień.

– Dzień?! – Wstała zszokowana. – Jeden dzień?!

– Lecisz do Glasgow – zaczął wyjaśniać, jakby nie było to nic nadzwyczajnego – tam masz już wynajęty samochód, jedziesz do miejscowości Ardrossan i płyniesz promem na Arran. Przeprawa zajmuje godzinę. Chyba – spojrzał w notatki – że przeszkodzi pogoda.

Wirowało jej w głowie. Ubranie. Sprzęt. Jakie są temperatury w Szkocji o tej porze roku? Powinna się zapoznać z brytyjskim systemem opieki zdrowotnej. Jest inny od amerykańskiego. Dobrze byłoby się dowiedzieć to i owo o samym facecie, coś, co pozwoliłoby poznać jego osobowość i dałoby jej punkt wyjścia. W normalnych warunkach pozbieranie informacji zajęłoby kilka dni.

Pokręciła głową. Nagle uświadomiła sobie, że nie zadała jednego z najważniejszych pytań.

– Kto jest moim kamerzystą?

Louie odkaszlnął.

– Gerry.

– Gerry?! – Nie była w stanie ukryć irytacji. – Facet ma ze sto pięć lat i ledwie łazi. Notorycznie się spóźnia i gubi połowę sprzętu!

Louie skrzywił się.

– Odpuść mu. Potrzebuje pracy. A poza tym znacie się jak łyse konie.

Przygryzła wargę. Może przesadza. Faktycznie znają się aż za dobrze. Był z nią i z Louiem, gdy odebrała ten feralny telefon. Ale kiedy ostatni raz pracowali razem, musiała na niego czekać trzy godziny na środku pustyni w Arizonie.

– Jeżeli spóźni się na samolot, lecę bez niego!

– Dobra, dobra. – Louie pomachał jej ręką na pożegnanie. – Wiesz co?

– Co? – odwróciła się na progu.

– To może być niezły ubaw…

Bez zmrużenia oka podniosła poduszkę z krzesła przy drzwiach i cisnęła nią w głowę szefa.

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Maj

Ile można wymiotować? Czy zaszkodził jej posiłek, który zjadła podczas lotu z Los Angeles do Londynu? A może ciastko na londyńskim lotnisku Heathrow przed odlotem do Glasgow?

Jęknęła, czując, jak żołądek znów podjeżdża jej do gardła. Straciła równowagę, gdy kolejna fala zakołysała promem. A już nawet nie byli na pełnym morzu. Prom cumował w Brodick.

– Pierwszy raz na wyspie? – rzuciła kobieta o pobrużdżonej twarzy, kierując się do wyjścia.

Kristie nie była w stanie wykrztusić odpowiedzi.

Gerry lekko ją szturchnął.

– Już dwukrotnie wzywali kierowców, żeby zeszli do samochodów. Chcesz, żebym ja prowadził?

Pokręciła głową i wypiła łyk wody z butelki, którą Gerry jej kupił. Przez połowę rejsu odgarniał jej włosy, gdy wymiotowała. Był od niej dwa razy starszy, ale podróż zniósł o wiele lepiej. Nawet jeżeli próbował wsiąść do samochodu z niewłaściwej strony.

Wymusiła uśmiech.

– Następnym razem, kiedy będziemy lecieć razem, wezmę to co ty. – Zaraz po wejściu na pokład w Los Angeles Gerry połknął jakąś pigułkę i przespał cały lot.

 

– Wieloletnie doświadczenie – mruknął.

Otwierano furtę dziobową. Kiedy dotarła do wynajętego samochodu, zaparkowane przed nim auta już odjechały. Starała się zignorować wymowne spojrzenia.

Włączyła silnik, koncentrując się na opanowaniu sprzęgła i ręcznej skrzyni biegów. Podskoczyła, gdy usłyszała za sobą niecierpliwe trąbienie. Silnik zgasł. Zmełła przekleństwo i zaczęła od nowa. Samochód ruszył skokami.

– Dlaczego tu wszystko jest po odwrotnej stronie?!

– Uważaj na rondach – zarechotał Gerry.

Przy przejeździe przez rondo przy lotnisku w Glasgow bała się, że wysadzi jej mózg. To było jak jakaś wariacka gra komputerowa.

– Ta wyspa jest niewielka – mruknęła. – Może nie mają tu rond. A w ogóle co komu przeszkadzają normalne skrzyżowania? W którą stronę? – spytała, gdy zatrzymali się na światłach.

– W lewo – poinstruował Gerry. – Przychodnia i szpital są w miejscowości o nazwie Lamlash. Kilka mil stąd.

Zamrugała. Słońce było nisko. Jechali przypuszczalnie główną ulicą Brodick. W porcie panował spory ruch, ale miasteczko wydawało się opustoszałe. Zauważyła kilka sklepów, pubów i hoteli, lecz zabudowania niemal natychmiast się skończyły. Znaleźli się na wąskiej krętej drodze biegnącej wzdłuż wybrzeża. Po jednej stronie była woda, po drugiej zieleń.

– Zaczyna mi się tu podobać – oświadczył Gerry.

– Nigdy nie widziałam tyle zieleni – odparła.

– Za rzadko wyjeżdżasz z Los Angeles.

Na przedniej szybie zauważyła kilka kropel. Chciała znaleźć przełącznik wycieraczek, ale włączyła światła kierunkowe. Westchnęła z irytacją i spróbowała ponownie.

– Patrz na drogę! – wrzasnął Gerry. Nadjeżdżający z przeciwnej strony samochód głośno zatrąbił. Szarpnęła kierownicą i głośno przeklęła.

– Pieprzę to. Tu wszyscy jeżdżą po złej stronie.

– Spokojnie. – Gerry pokręcił głową. – Tu nie ma wielkiego ruchu.

Ściągnęła wargi. Gdzie tutaj są kawiarnie? I centra handlowe? Czym się tu zajmują ludzie? Zacisnęła ręce na kierownicy. Kilka kropel w mgnieniu oka przekształciło się w nawałnicę. Znalazła w końcu przełącznik wycieraczek i nastawiła na najwyższą szybkość. Zrobiło się ciemno.

– Co jest? Pięć minut temu świeciło słońce!

Zdawała sobie sprawę, że mówi jak naburmuszone dziecko. Ale była zmęczona. Zmiana strefy czasowej dawała się we znaki. Chciała, by zajęła się nią obsługa hotelowa. Chciała się napić kawy…

Po lewej stronie mignął znak drogowy.

– Gdzie teraz? – warknęła.

– Skręcaj w lewo – spokojnie oświadczył Gerry.

Wjechała na parking przed białym budynkiem tuż nad morzem. Deszcz walił w szyby, a okalające plac drzewa uginały się pod siłą wiatru.

Gerry roześmiał się na widok jej przerażonej twarzy.

– Witaj w Szkocji, Kristie.

– Chyba żartujesz… – Rhuaridh patrzył na swoją koleżankę, Magdę, po przeciwnej stronie pokoju. Siedziała z nogami na stołku i masowała brzuch.

– Podpisałam umowę dziesięć miesięcy temu – powiedziała z westchnieniem. – Zanim zaszłam w ciążę.

– Podpisałaś umowę na filmowanie w naszej przychodni bez rozmowy ze mną?!

– Rozmawiałam z tobą. – Spojrzała na niego przepraszająco i pochyliła się do laptopa. – Tu wszystko jest. To znaczy, może nie rozmawiałam, ale wysłałam ci mejla. Z załączoną umową i wszystkimi szczegółami. Tyle się od tamtej pory wydarzyło… – Zawiesiła głos.

Faktycznie. Rok temu pracował tu na zastępstwa. Przychodnię prowadził jego ojciec. U ojca zdiagnozowano raka trzustki i zmarł zaledwie kilka tygodni po badaniu. Trudno było znaleźć lekarza, który gotów byłby przyjechać do mieściny, gdzie diabeł mówi dobranoc.

Ostatecznie Rhuaridh odszedł z pracy w dużym mieście, sprzedał mieszkanie, wprowadził się do domu po ojcu, przejął jego pacjentów i przez kilka miesięcy wdrażał się do nowej roli. Nic dziwnego, że przeoczył taki drobiazg jak umowa z telewizją.

Przeczesał ręką włosy.

– I co teraz?

Magda podniosła ręce.

– Przepraszam, miałam ci o wszystkim powiedzieć w zeszłym tygodniu, kiedy przesłałam im twoje dane w miejsce moich, ale po tym upadku wyleciało mi z głowy.

Spojrzał na jej lekko opuchnięte kostki. Po siedmiu latach prób zaszła w ciążę. Tydzień temu upadła i miała krwawienie. Wszyscy wpadli w panikę, łącznie ze zwykle opanowanym personelem lokalnego szpitala. Cała wyspa trzymała kciuki za szczęśliwy poród.

Westchnął i znów przejechał ręką po głowie. Nie może stawiać jej pod presją.

– Wytłumacz mi wszystko jeszcze raz.

Oboje widzieli, że nie było pierwszego razu.

– To program telewizyjny. Jest ich cały pakiet pod tytułem „Rok z życia…” W tym wypadku „Rok z życia lekarza”. Producentem jest amerykańska firma, która uznała, że dobrze byłoby sfilmować codzienne zmagania szkockiego lekarza pracującego na jednej z wysp.

– Nie podejrzewałem, że twoją ambicją jest być gwiazdą reality show.

Roześmiała się.

– Nic z tych rzeczy. Producent ma nam kupić nowy sprzęt rentgenowski i opłacić serwis.

– Co takiego? – Wyprostował się na krześle.

– To część umowy.

Szpitalny radioskop był na ostatnich nogach, a Fundusz Zdrowia nie miał środków na zakup nowego. Dopóki stary sprzęt działał, choć z kłopotami, nie mieli szansy na wymianę. Nowa aparatura oznaczała lepszą jakość obrazowania i przypuszczalnie mniej przypadków wysyłania do ośrodków na głównym lądzie pacjentów z podejrzeniami złamań lub chorób dróg oddechowych.

Spojrzał na Magdę z podziwem.

– I dlatego zgłosiłaś swoją kandydaturę?

– Wiesz, jak jest. Większa dokładność, mniej marnotrawstwa. Będzie można powiększać obrazy, a w razie wątpliwości elektronicznie przesyłać do specjalistów.

Skinął głową. Życie na małej wyspie zawsze wiązało się z dodatkowymi trudnościami. Szpital dysponował niewielką liczbą łóżek, które najczęściej były zajęte przez pacjentów z chronicznymi dolegliwościami.

Mieli oddział ratunkowy i salę operacyjną, ale rzadko była wykorzystywana. Co pewien czas przyjeżdżali chirurdzy, z konieczności z całym zespołem, by za jednym zamachem przeprowadzić kilka drobnych zabiegów, ale poważne operacje nie wchodziły w grę.

To, czym dysponowali, pozwalało jako tako zadbać o miejscową ludność. Pięć tysięcy dusz. Latem liczba ludzi na wyspie wzrastała jednak do dwudziestu tysięcy. Mnożyły się upadki, złamania, potłuczenia. Niewyraźne zdjęcia trzeba było wysyłać promem do głównych ośrodków. Nowoczesny radioskop byłby nieocenionym ułatwieniem.

– Magdo, jestem gotów wyznać ci miłość – oświadczył.

– Tylko nic nie mów Davidowi. – Pogroziła mu palcem. – I zapamiętaj sobie własne słowa, zanim opowiem ci resztę.

Uśmiechnął się. Z Davidem, mężem Magdy, znali się od dziesięciu lat. Pamiętał, jaką podjął walkę, by zdobyć jej serce.

– Jaką resztę?

– Będą filmować trzy dni w miesiącu. – Magda przygryzła wargę. – Nie musisz robić nic specjalnego, po prostu wypełniaj swoje obowiązki. Oni mają zadbać o zgodę pacjentów na to, żeby byli filmowani. Ty masz być sobą. – Swoim słowom starała się nadać lekki ton, ale wyraz twarzy wskazywał, jakiej spodziewa się reakcji.

– Trzy dni w miesiącu?! Co miesiąc?!

– Trzy dni. To wszystko.

Ściągnął usta. Wszystko?! Co miesiąc przez trzy dni ktoś będzie za nim łaził i zasypywał go pytaniami? To będzie nie do wytrzymania! W takiej sytuacji cały system, który przewiduje, że lekarz rodziny przeznacza dziesięć minut na wizytę pacjenta, można potłuc o kant stołu. O szybkich obchodach w szpitalu też trzeba będzie zapomnieć.

– Całe trzy dni? – Nie potrafił ukryć irytacji.

Cenił sobie prywatność. Magda o tym wiedziała. Studiowali razem przez sześć lat, a potem pracowali obok siebie w różnych ośrodkach na terenie Szkocji. To dzięki niemu przyjechała na Arran, wyspę, w której natychmiast się zakochała. To on przedstawił ją Davidowi, swojemu przyjacielowi, i ojcu, który przez trzydzieści lat prowadził tu przychodnię oraz szpital. Powinna była zrozumieć, że dla niego taka ingerencja będzie nieznośna.

Zdjęła nogi ze stołka i pochyliła się ku niemu na tyle, na ile pozwalał ciążowy brzuszek.

– Wiem, że czasowo to się fatalnie zbiegło. To mnie mieli filmować. Nie spodziewałam się, że zajdę w ciążę. – W oczach miała łzy. – Sądziłam, że to może być niezła zabawa, a nasi staruszkowie będą brylować w telewizji.

Wyraźnie starała się złagodzić jego poczucie dyskomfortu.

– Jakoś sobie poradzę…

Czuł jednak ucisk w klatce piersiowej. Trzy dni w miesiącu! To tortura! I to w czasie, kiedy wszystko będzie na jego głowie. Magda idzie na urlop macierzyński, a nie udało się ściągnąć nikogo na zastępstwo.

Na szczęście mógł polegać na dynamicznym zespole dyplomowanych pielęgniarzy, pielęgniarek i innych wykwalifikowanych pracowników opieki zdrowotnej.

Po śmierci ojca jego życie zmieniło się dramatycznie. Nikt nie chciał przejąć przychodni, więc czuł się zobowiązany powrócić na Arran. Ale perspektywa życia na niewielkiej wysepce odstraszyła Zoe, jego partnerkę. Odeszła. Ba, wręcz zwiała.

Nie potrafił sobie tego poukładać w głowie. Kochał to miejsce. Studia medyczne oznaczały, że musiał wyjechać. Praktykę odbył w Glasgow, potem pracował w Edynburgu, w Londynie i przez kilka miesięcy w ekipie Lekarzy bez Granic. Zrobił specjalizację jako lekarz rodzinny. Ale wrócił na wyspę po nagłej śmierci ojca z poczuciem nostalgii. To był powrót do domu, coś – tak to odbierał – co było mu przeznaczone, nawet jeżeli następowało w smutnych okolicznościach.

– Kiedy ma zacząć się to filmowanie?

Magda roześmiała się nerwowo.

– Jutro. A może nawet dzisiaj – dodała spanikowanym głosem, ze wzrokiem utkwionym w stojącą za oknem blondynkę, której włosy targał wiatr z zatoki Firth of Clyde.

Oczy Rhuaridhego zrobiły się okrągłe. Z wrażenia upuścił teczkę z dokumentacją medyczną.

– Co takiego? – Odwrócił się do okna. Blondynka miała na sobie rybaczki i letnią kurtkę. Walczyła z drzwiami samochodu, które zatrzasnął wiatr. – Chyba żartujesz? Bez czasu na przygotowanie?

– Przepraszam. – Magda z zażenowaniem przełknęła ślinę, gdy spotkał się ich wzrok. – Miałam głowę zaprzątniętą innymi sprawami.

Jego mózg zaczął pracować na przyspieszonych obrotach. Musi porozumieć się z pacjentami. Dopilnować, by nie było filmowane nic niewłaściwego. Skontaktować się z izbą lekarską i uzyskać trochę ogólnych porad, jak należy postępować, gdy praca lekarza jest filmowana.

– Ja to chromolę! – Zza szyby dobiegł ich krzyk blondynki, której podmuch wiatru wyrwał z ręki kartkę. Amerykański akcent, bez cienia wątpliwości.

Magda zdusiła śmiech.

– Zapowiada się niezły ubaw.

Rhuaridh zagryzł usta, by powstrzymać się przed komentarzem. Wziął głęboki oddech i pogroził jej palcem.

– Pani doktor Price, jest mi pani winna olbrzymi dług wdzięczności.

– Ależ oczywiście – odpowiedziała z uśmiechem.

– Właściwie po co tu przyjechaliśmy? – Kristie odgarnęła włosy z twarzy.

– Dobrze jest się przedstawić i uzgodnić reguły gry. Potem walniemy się do łóżek. – Gerry’emu wiatr wydawał się nie przeszkadzać.

Pod tabliczką informującą, że jest to „Przychodnia Cairn”, widniały wygrawerowane nazwiska lekarzy.

– Rouri – powiedziała pod nosem.

Gerry niósł pod pachą kamerę. Jedno trzeba było mu oddać: zawsze wierzył, że uchwyci jakiś dobry moment.

– Rouri – powtórzyła jeszcze kilka razy, udając, że nie zżerają jej nerwy. Tak wiele zależy od tego, czy ten projekt okaże się sukcesem. Trzeba o to zadbać, myślała. To musi być program, który chce się oglądać.

Niestety, o swoim bohaterze nie dowiedziała się nic poza tym, że w ostatniej chwili wpisano go do scenariusza w miejsce kogoś innego. Z tego, co wywnioskowała, obserwując pasażerów promu, pewnie ma siwe włosy, chodzi o lasce i nosi obuwie na grubych podeszwach.

Podróż promem! Chyba nie pachnie wymiotami? W panice wyciągnęła buteleczkę perfum z torebki i spryskała połowę ciała.

Weszli do budynku. Poczekalnia była pusta, ale panował w niej bałagan. Krzesła były porozstawiane byle jak, na stolikach i podłodze walały się czasopisma i zabawki. Dywan był wyleniały. Ta przychodnia z pewnością przyjmuje sporo pacjentów, odnotowała.

Spojrzała na zegarek. Po szóstej. Czyli po godzinach przyjęć.

– Halo, halo? – zawołała.

Usłyszała trzaśnięcie drzwi i z głębi budynku wyłonił się młody ciemnowłosy mężczyzna. Wydawał się najeżony, miał minę, jakby coś go gryzło.

 

– Witam, przepraszam, odprowadzałem moją ciężarną koleżankę. – Wyraźnie lustrował gości. – Domyślam się, że jesteście z telewizji.

Mówił z ciężkim szkockim akcentem. Zajęło jej kilka sekund, by zrozumieć jego słowa.

– Szukamy Rhuaridhego Gillespiego…

Zmarszczył czoło i wskazał ręką na siebie.

Ożeż! Musi się skupić. I to nie tylko ze względu na akcent. Był zupełnie inny, niż się spodziewała. Nie jakiś pomarszczony staruszek, ale szczupły wysportowany facet o lśniących błękitnych oczach i nieco za długich kręconych, ciemnych włosach.

Miał na sobie niebieską koszulkę i spodnie od dresu. I nie sprawiał wrażenia uradowanego ich widokiem.

Jej mózg w końcu zaskoczył. Wyciągnęła dłoń.

– Kristie Nelson. Miło cię poznać, Ru… – Zaplątała się. – Miło pana poznać, doktorze. – Obdarzyła go promiennym uśmiechem. To było jej popisowy manewr.

Starannie ufryzowane blond włosy, nieskazitelny makijaż i ten uśmiech sprawiły, że kilka lat wcześniej niemal zdobyła popularność w lokalnej telewizji. Wówczas emanowała pewnością siebie i była przekonana, że czeka na nią sława i fortuna. Lądowanie okazało się bolesne.

Uścisnął jej dłoń. Z pewnością chodzi na siłownię, przemknęło jej przez głowę. Potem podał rękę Gerry’emu.

– Gerry Berkovich – przedstawił się Gerry. – Kamerzysta, technik oświetleniowy i dźwiękowiec w jednej osobie, plus chłopak na posyłki naszej piękności.

– Uspokój się, Gerry. – Trzepnęła kamerzystę po ramieniu.

Doktor Gillespie nie próbował się uśmiechnąć. Nie starał się nawet powstrzymać westchnienia. Gestem ręki wskazał na najbliższy pokój.

– Usiądźmy. Spadło to na mnie nieoczekiwanie. Musimy się dogadać co do granic.

W jego głosie dało się słyszeć stalową nutę. Spojrzała z ukosa na Gerry’ego, który leciutko podniósł jedną brew. To nie jest dobry początek.

Była głodna, zmęczona i marzyła o łóżku. Włączyła wewnętrznego autopilota. Po latach pracy w telewizji miała doświadczenie, jak postępować w trudnych sytuacjach.

– Z pewnością nie będzie problemów – oświadczyła z przekonaniem, gdy usiedli. – Warunki zostały uzgodnione…

– Bez mojego udziału – przerwał jej ostro. – I bez wiedzy moich pacjentów. – Przeczesał palcami kudłatą grzywę. – Chcę, żeby izba lekarska przyjrzała się tym umowom, aby mieć pewność, że przypadkowo nie zostanie naruszona prywatność pacjentów.

– To wszystko było sprawdzane. – Teraz ona mu przerwała. Nie miała pojęcia, co jest w umowie, tym się nie zajmowała, ale wiedziała jedno: jest plan zdjęć. Ma trzy dni na zebranie materiału na czterdziestojednominutowy odcinek. A to wcale nie jest proste.

– Spadło to na mnie nagle, jak już powiedziałem. Nie zrobię nic, co mogłoby być niekorzystne dla pacjentów albo naruszyłoby moją pozycję. – Mówił stanowczym głosem. Czuła, jak buduje między nimi mur.

Przed momentem myślała, że ma nawet seksowny wygląd. Gdyby tylko mógł włączyć wdzięk... Ale najwyraźniej ostatnią rzeczą, jaką można powiedzieć o doktorze Gillespiem, to to, że jest uroczy.

– Jestem pewna…

Wstał z krzesła.

– Na razie tak to musimy zostawić.

– Ale mamy tylko trzy dni…

Gerry odkaszlnął. Kątem oka zauważyła, jak niemal niezauważalnie pokręcił głową.

– Skontaktuję się z państwem tak szybko, jak to będzie możliwe. Sugeruję, żebyście teraz pojechali do hotelu i – popatrzył na nią, jakby szukał właściwego słowa – odpoczęli.

Podszedł do drzwi i szeroko je otworzył. Nawet na nią nie patrzył.

– Dam znać.

Wyprasza ją? Chciała się dalej kłócić. Co on sobie wyobraża?! Niby za kogo się ma? Nieznośny arogant! Spędziła dwadzieścia godzin, by tu dotrzeć…

Gerry chyba czytał w jej myślach, bo ujął ją za łokieć i wyprowadził do samochodu.

Niebo było niemal czarne. I znowu zaczęło podać.

Osunęła się na fotel kierowcy.

– Zrobię trochę zdjęć w plenerze – mruknął Gerry. – Domy, ulice, przychodnia. Może nawet ten ich lokalny szpital. Prom wpływający i wypływający z portu…

– Po montażu zostanie z tego pięć minut – jęknęła. Walnęła czołem w kierownicę. – Czemu musiał mi się trafić humorzasty szkocki lekarz?

– Ale wygląda nawet seksownie – oświadczył Gerry nieoczekiwanie.

– Co? – Spojrzała na niego, jakby postradał rozum.

– Jest przystojny. A ta nachmurzona twarz może nawet widzom się podobać.

Potrząsnęła głową.

– Do pierwszego odcinka trzeba będzie zrobić podtytuły. Słyszałeś, jak szybko mówi? I ten akcent!

Gerry pokiwał głową i złożył ręce na piersi.

– Wygląda jak szkocki wojownik, który dopiero co zlazł z gór.– Obrócił się do niej i w zamyśleniu potarł podbródek. – Myślisz, że da się go namówić, żeby wbił się w spódniczkę?

To nie miało sensu. Jej stawał mózg, a umysł Gerry’ego najwyraźniej zaczynał pracować na zwiększonych obrotach.

– Chromolona wyspa. – Zabrzmiało to niemal jak skowyt. – Potrzebuję jedzenia, prysznica i łóżka. Mam nadzieję, że wiesz, gdzie jest nasz hotel.

– Pięć minut stąd – oznajmił z uśmiechem. – Ale to nie hotel, tylko domek. Na Arran nie ma wielu hoteli, ale są prywatne kwatery.

Zapaliła silnik.

– Mów mi, w którą stronę jechać. – Pulsowało jej w głowie. Przypuszczalnie skutki zmiany strefy czasu i odwodnienia.

Jeżeli przez trzy dni nie zbierze dosyć materiału, to ma przechlapane. Jej kariera wisi na włosku. Kolejna wpadka i – jak powiedział Louie – nikt nie będzie chciał z nią pracować.

Od jutra włączy cały swój wdzięk, by rozczmuchać tego szkockiego ponuraka. W przeciwnym razie ten projekt to będzie masakra.

Ta para z telewizji znów siedzi u niego w poczekalni, odnotował. Pacjenci zaczęli o nich wypytywać. Niektórzy sami zgłaszali gotowość do wystąpienia w programie. I tak ma być trzy dni w miesiącu przez następny rok?!

Skontaktował się ze swoim związkiem zawodowym. Powiedziano mu, że umowa jest standardowa, a załącznik dotyczący zgody pacjentów niemal identyczny jak dokumenty podpisywane w przypadku podobnych programów telewizyjnych. Jeżeli pacjent wyraża zgodę, nie ma powodu, by nie filmować.

Miał te informacje dzień wcześniej, ale ciągle nie mógł się zebrać, by przekazać je tej dwójce. Starszy facet wyglądał, jakby w każdej chwili mógł go zmorzyć sen, a jego partnerka, jakby w środku miała nakręconą sprężynkę.

Pam, jedna z recepcjonistek, wsunęła głowę w drzwi. W ręce trzymała całe naręcze notatek.

– Dzwonił szpital. Aparat rentgenowski znowu szwankuje. Pani McTaggart trzeba przepisać silniejsze środki przeciwbólowe. Dzwonił John Henderson. Brzmi strasznie. Zapisałam go na wizytę domową. – Urwała i spojrzała na lekarza z obawą. – Wyraził zgodę na obecność ekipy telewizyjnej.

– Co? – Gwałtownie podniósł głowę znad sterty druczków na recepty.

Pam odziedziczył wraz z przychodnią. Znała go lepiej niż inni. Potrafiła walić mu prawdę między oczy.

– Omawiałyśmy już z Magdą sprawę zgody pacjentów na filmowanie, więc zaczęłam się ich wypytywać. Mógłbyś porozmawiać z tą Amerykanką, zanim eksploduje mi w poczekalni? – Odwróciła się na pięcie, nie dając mu szansy na odpowiedź.

Odchylił się na krześle i spojrzał na zegar. Prawie trzecia po południu. Dobra, jakoś to zniesie. Kilka godzin dziś oraz jutro i będzie miał ich z głowy na miesiąc.

Wymusił uśmiech i wyszedł do poczekani.

Wreszcie, pomyślała. Jego wysokość doktor Gillespie w końcu zgodził się z nimi porozmawiać.

Poprzedniego dnia Gerry sfilmował plenery. Ale to była tylko obudowa do narracji. Nie mieli ani sekundy filmu przedstawiającego jakąś akcję. Przez chwilę nawet zastanawiała się, czy nie umieścić w gabinecie Rhuaridhego ukrytej kamery. Nieetyczne? Owszem, ale jej kariera wisi na włosku.

Po prawie dwóch dniach oczekiwania szanowny doktor skinął głową, choć bez entuzjazmu.

– Wszystko sprawdziłem. Teraz jedziemy do szpitala. Musicie tam najpierw zdobyć podpisy pacjentów na formularzach zgody na filmowanie.

Nie daj się ponieść nerwom, powiedziała sobie. Poprzedniego wieczoru rozmawiała już z naczelną pielęgniarką i załatwiła zgodę długoterminowych pacjentów.

Nie powiedziała nic Gerry’emu, ale przed wejściem do budynku szpitalnego zwymiotowała ze zdenerwowania. Nie miała jednak wyboru. Zamknęła złe wspomnienia głęboko w pamięci. Kiedy nudności ustąpiły, odwiedziła starszych pacjentów i wybrała kilku do wywiadów przed kamerą. Podczas rozmów trzymała ręce w kieszeniach, by nikt nie zauważył, jak się trzęsą.

Teraz, jadąc za czarną terenówką Rhuaridhego, czuła się jako tako przygotowana na to, co zastanie.

Od momentu wejścia do szpitala było jasne, że Rhuaridh nie da im czasu na ustawienie oświetlenia i sprawdzenie dźwięku. Zachowywał się, jakby byli nieobecni.

– Poradzę sobie – mruknął Gerry.

Ale Kristie ciągle targał gniew. Nie jest osobą, którą można lekceważyć. Doskonale wiedziała, co doktor Gillespie ma otrzymać w ramach umowy i gotowa była głośno mu o tym przypomnieć.