Zefiryna i księga urokówTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział siódmy,

w którym Zefiryna i czytelnik dostają wskazówkę, ale przynajmniej jedno z nich nic nie zauważa

„Nie jest dobrze, jeśli człowiek słyszy głosy i zdaje mu się, że księżniczki są lisami, to pewne – myślała Zefiryna, szukając czegoś zawzięcie w swoim kufrze. – Ale jeszcze gorzej byłoby pozwolić aislingom bezkarnie hasać po pałacu. Ha, mam!”

Tryumfalnie wyjęła ze skrzyni coś, co wyglądało jak zwykły kłębek szarego sznurka. Usiadła na łóżku i jak co wieczór splotła zręcznie kolorowy węzeł Orugga, tym razem jednak nie wsunęła go na rękę, tylko zaczęła owijać sznurkiem, aż miała w ręku nowy, nieco większy kłębek.

Znane jest pięć sposobów na wytropienie aislinga; różnią się stopniem trudności, efektywnością i możliwymi skutkami ubocznymi (użycie najłatwiejszego z nich zwykle trzeba okupić miesiącami koszmarów sennych), lecz łączy je jedno: aislingowie też o nich słyszeli. Dlatego Zefiryna postanowiła skorzystać z szóstego sposobu, opracowanego specjalnie na potrzeby władców Malgrecji przez samego Aumanna z Haringber, który mawiał o sobie, że jest aislingiem-renegatem (co dla każdego szanującego się czarodzieja brzmiało tak, jakby żuk gnojarz przechwalał się, że przechodzi na dietę). Aumann, znany ze swej prostoduszności, uważał, że jego misją jest walka z krzywdzącymi opiniami na temat mistrzów snu. Wydawało się, że znalazł wdzięcznego słuchacza w osobie pradziadka Zefiryny, który udzielał mu prywatnych audiencji i deklarował daleko posuniętą otwartość w kontaktach z aislingami.

Współpraca układała się świetnie, dopóki nie okazało się, że rozmowa z aislingiem, której tak gorąco pragnął stary książę, miała dotyczyć zniknięcia ze skarbca pewnych cennych pamiątek rodzinnych i odbywać się w towarzystwie rozpalonych do czerwoności szczypiec. Kiedy wyszło to na jaw, oburzony Aumann postanowił natychmiast opuścić Bryn, na co przodek Zefiryny, który wyciągnął już z niego wszystko, co chciał, łaskawie zezwolił – i nawet nie poszczuł go psami, choć miał na to wielką ochotę.

Kiedy ojciec przekazywał Zefirynie ów tajemny, szósty sposób na wytropienie aislinga, wydawał się ku jej zdumieniu lekko zakłopotany, jakby namawiał ją do kłusownictwa.

– Ale rozumiesz, skoro władcy Koryncji umieją obłaskawiać Żar-Ptaki, a w Sarbancji rodzą się magiczne dzieci, my tu w Bryn też musimy mieć asa w rękawie. Chodzi po prostu o wyrównanie szans.

Zefiryna całkowicie się z tym zgadzała – to było jak najbardziej w porządku – i nie mogła się doczekać, aż trafi się okazja, żeby wypróbować szósty sposób. Tyle razy trenowała go w myślach, że wydawał się jej teraz całkiem łatwy, zwłaszcza że aisling okazał się na tyle nieostrożny, iż sam nawiązał kontakt z jej węzłem Orugga.

Właściwie najtrudniejsze okazało się czekanie, aż wszyscy zasną. Wreszcie koło drugiej nad ranem uznała, że już może zaczynać. Przebrała się w piżamę, praktyczny i wielokrotnie sprawdzony strój na nocne eskapady. Początkowo korciło ją, żeby zostać w czerwonym szlafroczku Duszki – na wypadek gdyby wpadła na kapitana Scharfa i była zmuszona wykorzystać swoje kobiece przewagi. Jeszcze nigdy tego z nikim nie próbowała, ale przeczuwała, że w przypadku kapitana byłoby to szczególnie ucieszne.

W końcu jednak wybrała piżamę, bo trudno byłoby gonić aislinga z jedwabiem ześlizgującym się z partii górnych i przeciągiem hulającym w partiach dolnych.

Wyjrzała ostrożnie na korytarz – nikogo.

Wróciła do sypialni i wzięła z nocnego stolika lichtarz z zapaloną świecą, po czym zanurzyła po kolei opuszki wszystkich palców w rozpuszczonym wosku. Podmuchała, aż wyschły, i delikatnie ujęła nimi kłębek, odsuwając go tak, by nie miał styczności z jej ciałem i aby nie owionął go jej oddech. Z bijącym sercem wypowiedziała półgłosem słowa zaklęcia. Kłębek drgnął w jej palcach jak żywy i spadł na podłogę, a potem szybko wytoczył się przez uchylone drzwi na korytarz. Zefiryna wycięła hołubca, wydała bezgłośny okrzyk tryumfu – i już musiała biec, żeby go dogonić.

Kłębek przetoczył się przez korytarz ku południowej galerii, podskakując, zsunął się ze schodów, odnalazł drzwi do Pokoju Myśliwskiego, z którego wyskoczył oknem, by wylądować w gęstym cieniu kolumnady wiodącej do zachodniego skrzydła pałacu. Klucząc i szukając otwartych okien i drzwi, ominął pokoje dam dworu, wpadł do Pokoju Muzycznego, przeciął gładką jak szkło posadzkę w Turkusowej Sali Balowej, po czym ostro zakręcił i znów skierował się na wyższe piętra.

– To musiał być długi i skomplikowany sen – mruknęła pod nosem Zefiryna.

Sposoby działania mistrzów snu pozostawały tajemnicą, jednak dzięki Aumannowi w Bryn wiedziano chociaż tyle, że przemieszczają się dziwnymi, zawiłymi ścieżkami, obrazującymi rytm snu, którym się posługują (w satyrach i pamfletach zazwyczaj porównywano aislingów do myszy przegryzających się przez podłogę, żeby dotrzeć do spiżarni).

Zefiryna wbiegła na schody prowadzące na północną galerię i nagle przystanęła, bo jej wrażliwy nos złowił wyjątkowo wstrętny zapach zgnilizny, jakby rozkładającego się mięsa. Rozejrzała się dookoła, chcąc zlokalizować jego źródło, ale potem przypomniała sobie, że omamy węchowe są zaliczane do najczęstszych objawów zauroczenia, i od razu uznała, że musiało jej się tylko wydawać. Poza tym najważniejsza była teraz pogoń za kłębkiem, prawda? Z trudem zachowując ciszę, bezgłośnie przesadzała kolejne parapety, przebiegała na palcach korytarze, w sali balowej ledwo wyhamowała przed wielkim lustrem… Nie zastanawiała się, co zrobi, gdy już dorwie aislinga, który grzebał w jej rzeczach, bo już ta gonitwa zapewniła jej wyśmienitą rozrywkę. Tymczasem wyglądało na to, że zbliżają się do celu. Kłębek wyraźnie zwolnił i teraz Zefiryna mogła poruszać się niemal równo z nim. Na najniższej kondygnacji skręcił w prawo obok kwater kucharek i podkuchennych, minął spiżarnię…

I właśnie wtedy Zefiryna usłyszała, że ktoś za nią idzie. Wyprzedzała tego kogoś na tyle, że zdążyła schować się za drzwiami składziku na owoce, zanim wyszedł zza rogu. Księżniczka wstrzymała oddech, przyciskając plecy do zimnej ściany, i nasłuchiwała. „To pewnie strażnik robiący obchód” – pomyślała. Aż dziwne, że nie wpadła na żadnego z nich wcześniej. Chociaż… nie, to jednak ktoś inny: rytm kroków się nie zgadzał, nie słychać było cichego poszczękiwania broni ani chrzęstu kolczugi. Zefiryna zamknęła oczy, żeby się lepiej skupić. Ktoś szedł ostrożnie, jakby się skradał, szeleścił lekko jakiś materiał i słychać było niewyraźne mruczenie, jakby nucił pod nosem.

Kiedy księżniczka miała już pewność, że ją minął, wyjrzała ostrożnie zza drzwi, ale nieznajomy znikał właśnie za zakrętem wąskich i krętych schodów prowadzących na górę, tak że zdążyła zobaczyć tylko połę rozwianego czarnego płaszcza albo może końcówkę długiej chusty. „Ciekawe, kto to i po co wybiera się na Basztę Morską w środku nocy” – zastanowiła się przelotnie Zefiryna, zanim pobiegła korytarzem, żeby dogonić swój kłębek. Prawdopodobnie udałoby jej się, gdyby nie to, że w ciszy, która nagle wydała jej się podejrzana i nienaturalna, usłyszała nowy dźwięk dochodzący ze schodów na basztę. Był to cichy płacz dziecka.

Zefiryna zastygła, niezdecydowana, ale trwało to tylko moment. Dogoniła kłębek, wsadziła go do kieszeni piżamy i pobiegła z powrotem. Wpadła na schody i zaczęła się wspinać. W baszcie panowała ciemność, bo paliła się tylko pochodnia na samym dole, i Zefiryna długo nie widziała nikogo przed sobą, tak że mogłaby uwierzyć, iż coś jej się znowu przywidziało, ale wciąż dochodziły do niej urywki nuconej cicho melodii i płaczliwego mamrotania. Dotarła do szczytu schodów w chwili, gdy ciemno odziana postać zbliżała się już do blanków. Teraz, w świetle księżyca, widać było, że to kobieta i że niesie w ramionach coś białego.

O podstawę południowej baszty, najgłębiej wysuniętej nad klif części pałacu, uderzały fale, których sine rozbryzgi docierały aż na górę; Zefiryna poczuła uderzenie ciężkich, zimnych kropel na policzkach, a dziecko zakwiliło głośniej.

– Stój! – wrzasnęła księżniczka i przypadła do kobiety. Złapała ją mocno za ramię i odwróciła ku sobie. Czarny szal otulający głowę kobiety rozwinął się i wysypały się spod niego jasne włosy.

– Linnea? – wyszeptała zdumiona Zefiryna. Zdała sobie sprawę, że spodziewała się ujrzeć twarz Duszki.

Wyglądało na to, że Linnea jej nie słyszy. Jej otwarte szeroko oczy wpatrywały się gdzieś w przestrzeń, a z warg ulatywał ledwo słyszalny przy huku fal szept:

– Już, już, moja mała. Zaraz cię wypuszczę. Ciii, cicho…

Kołysana przez nią w ramionach księżniczka Maria tarła piąstkami zamknięte oczy i popłakiwała przez sen. Zefiryna wyrwała dziecko z rąk Linnei i dopiero to sprawiło, że sarbancka księżniczka się ocknęła. Zamrugała i rozejrzała się nieprzytomnie dookoła, po czym zadygotała, jakby dopiero teraz poczuła lodowate uderzenia wiatru niosącego ze sobą krople słonej wody.

– Zefiryna? Co się dzieje?

– Po co tu przyszłaś? – Zefiryna ledwo mogła mówić przez szczękające z zimna zęby.

– Musiałam… Śniło mi się, że trzymam w rękach złotą rybkę. Płakała, żeby ją wrzucić z powrotem do morza, więc poszłam i… – Linnea urwała i przycisnęła dłoń do otwartych ust. Wpatrywała się z przerażeniem w księżniczkę Marię, którą Zefiryna usiłowała osłonić od wiatru.

*

– Tylko nikomu nic o tym nie mów, proszę.

Niebieskie oczy Linnei wpatrywały się w Zefirynę z taką intensywnością, że musiała odwrócić wzrok. Obie, owinięte kocami, żeby się rozgrzać, siedziały na łóżku w sypialni Linnei. Księżniczka Maria znów zasnęła, wtulona w Zefirynę, i nie wyglądało na to, żeby nocna przygoda jakoś jej zaszkodziła. Zza koronki becika, w który była otulona, widać było okrągły i rumiany jak jabłuszko policzek, a jej spokojny oddech łaskotał Zefirynę w szyję.

– Może jednak ktoś powinien się dowiedzieć i… ci pomóc – wymamrotała.

 

– Nie, proszę, nie. Nikt nie może się dowiedzieć. A ty… nie musisz się martwić. – Linnea zerknęła niespokojnie na śpiącą Marię.

– Czy to zdarzało się już wcześniej? Że chodziłaś we śnie?

– Nie! I to się na pewno nie powtórzy. Każę ustawić straże przy jej pokoju. I zawsze, kiedy będę szła spać, zabezpieczę moje drzwi magicznymi barierami, tak żebym nie mogła chodzić po pałacu we śnie.

Zefiryna skinęła głową, udając, że się zgadza, ale tak naprawdę pomyślała, że skoro Linnea może magicznie zamknąć swoją sypialnię, to we śnie pewnie umiałaby ją również otworzyć. Nie miała jednak lepszych pomysłów, a dopóki nie zjawi się d’ar Sorg, nie było do kogo zwrócić się o pomoc.

– Obiecujesz? Nikomu ani słowa. A zwłaszcza Narretesowi… Wiem, że wy sobie wszystko mówicie. I co on by sobie o mnie pomyślał? – jęknęła i ukryła twarz w dłoniach.

– Tak, jasne. Obiecuję – powiedziała Zefiryna, nieco zdziwiona. Jej zdaniem opinia Narretesa to był w tej chwili najmniejszy problem. – A teraz lepiej odniosę ją do łóżeczka. – Wstała, a koc, którym była okryta, zsunął się na łóżko.

– Tak, lepiej ty to zrób – szepnęła Linnea i odwróciła głowę.

Kiedy Zefiryna była już przy drzwiach, dobiegło ją jeszcze ciche: „Dziękuję” i zdała sobie sprawę, że Linnea płacze. Jako że nigdy nie umiała sobie radzić z pocieszaniem innych, po prostu uciekła, udając, że nic nie słyszała.

Szła szybko ku pokojowi dziecinnemu, z nadzieją, że Maria się nie obudzi, bo z uspokajaniem dzieci szło jej jeszcze gorzej niż z dorosłymi. Przeszła już przez galerię do zachodniej części pałacu, gdy nagle z przeciwnej strony nadbiegły dwie osoby. Jedną z nich była piastunka księżniczki Marii, która z twarzą zapuchniętą od łez i urywanym szlochem wyciągnęła ręce do dziecka. Drugą – kapitan Scharf, wyprostowany jak struna i blady z wściekłości. Było całkowicie jasne, że żaden skąpy jedwabny szlafrok nic by tu nie pomógł.

*

– To jest po prostu szczyt wszystkiego! Coś ty sobie w ogóle myślała? – wściekał się kapitan Scharf. – Wiesz, co przeżyła ta kobieta, kiedy zobaczyła pustą kołyskę? Całe szczęście, że najpierw przybiegła do mnie, a nie zaalarmowała księżnej!

Zefiryna uciekła wzrokiem ku elementom uzbrojenia wiszącym na kukłach treningowych. Kapitan przyprowadził ją do głównej kwatery gwardii, żeby sobie na nią porządnie pokrzyczeć. „Tyle z tego dobrego, że najwyraźniej przeszliśmy na ty” – próbowała się pocieszać Zefiryna, ale czuła się naprawdę nieswojo. Kapitan Scharf zamilkł na chwilę i oddychał ciężko, jakby nie mógł się opanować.

– Po co wyjęłaś księżniczkę Marię z kołyski? Gdzie ją zaniosłaś? – Teraz jego ton stał się chłodny i urzędowy. „Oho, zaraz spróbuje wyciągnąć to ze mnie siłą” – pomyślała księżniczka, ale Scharf nawet się nie poruszył, tylko świdrował ją wzrokiem. W zasadzie to wolałaby się z nim bić na pięści niż tak stać i słuchać w milczeniu niesprawiedliwych oskarżeń. Nie mogła się jednak bronić, skoro obiecała Linnei, że zachowa tajemnicę.

– No? Słucham?

– Nie chciałam zrobić nic złego – bąknęła Zefiryna.

– A zatem to był po prostu głupi żart? – powiedział powoli kapitan, a księżniczka aż się skręciła w środku, słysząc pogardę i niechęć w jego głosie.

– Ja…

– Księżniczka Linnea się o tym dowie. Jesteś jej gościem, więc to ona zdecyduje, jak postąpić i czy powiadomić księżną.

„Och, Linnea już wie” – miała na końcu języka Zefiryna, ale nagle coś ją zastanowiło: dlaczego Scharf nie naskarży na nią od razu księżnej? Przecież to przed Duszką jest odpowiedzialny jako dowódca straży. I wtedy nadeszło olśnienie.

– A gdzie byli strażnicy? – zapytała słodko.

Scharf poczerwieniał.

„Aha, mam cię, bratku. Wcale nie chcesz się przyznawać księżnej, że ktoś świsnął księżniczkę z kołyski tuż pod twoim nosem, co?”

– Ekhem, no właśnie – odchrząknął kapitan. – To pewnie też twoja sprawka, bo rzecz jest w najwyższym stopniu podejrzana. Trzej gwardziści, którzy mieli zacząć obchód o pierwszej, najwyraźniej posnęli tuż po zmianie warty. I spali tak bitą godzinę, w związku z czym nie obudzili tych z godziny drugiej i…

– To mi wygląda na bardzo wadliwy system – powiedziała Zefiryna tonem bezstronnego komentatora.

Kapitan Scharf patrzył na nią przez chwilę okrągłymi oczami, pobladł, znów poczerwieniał, a potem gwałtownym gestem wskazał jej drzwi.

– Marsz do swojej komnaty, młoda damo! I nie wychodź z niej, dopóki księżniczka Linnea nie pośle po ciebie. Na pewno będzie miała z tobą do pogadania. Ja zresztą też. – Posłał jej mroczne spojrzenie i – co Zefiryna uznała później za dość rozczulające – uwierzył, że to wystarczy, by go posłuchała.

Rozdział ósmy,

w którym kapitan Scharf zdejmuje koszulę i udaje się do biblioteki

– Słucham, kapitanie. Co jest tak pilne, że nie mogło czekać do śniadania?

Linnea przyjęła Scharfa w saloniku, który – gdyby dysponowała większą ilością wolnego czasu – służyłby jej jako miejsce do czytania lekkich powieści i podejmowania podwieczorkiem córek arystokratów. Kapitan wmaszerował tam wyprostowany i spięty, po czym spróbował stanąć przed Linneą jeszcze bardziej na baczność, aż chrupnęło mu w kręgosłupie.

Księżniczka, mimo zmęczenia i niewyspania, nie mogła się nie uśmiechnąć, widząc jego marsową minę. Usiadła na wyplatanym foteliku i gestem dała mu znak, żeby darował sobie ukłony i inne przewidziane konwenansem ozdobniki i od razu przeszedł do rzeczy.

– Wasza Wysokość, nigdy nie pozwoliłbym sobie przeszkadzać Jej Łaskawości, ale to sprawa najwyższej wagi. Wiem, że księżniczka Zefiryna cieszy się szczególnymi przywilejami jako twój, pani, osobisty gość, ale czuję się w obowiązku zameldować, że tej nocy przyłapałem ją w wysoce podejrzanych okolicznościach na działaniach zagrażających, w mojej opinii, bezpieczeństwu książęcej rodziny. Z całym szacunkiem, jaśnie panienko, ale księżniczka Zefiryna jest osobą nieobliczalną, nieodpowiedzialną, nie na miejscu… i powinna znajdować się pod kluczem!

– Chyba trochę przesadzasz, Scharf – powiedziała niefrasobliwie Linnea. – Co się niby takiego stało?

Nieznośnie lekki ton księżniczki sprawił, że Schaf poczerwieniał z oburzenia i wypalił bez namysłu:

– Próbowała przeprowadzić zamach na księżniczkę Marię!

Linnea spochmurniała i na moment odwróciła głowę, jakby nie chciała, żeby kapitan wyczytał coś z jej twarzy. Kiedy znów spojrzała na Scharfa, uśmiechała się tak szeroko i promiennie, że kapitan natychmiast zrozumiał, iż jest na straconej pozycji.

– Chyba się pan nieco zagalopował, kapitanie. Zefiryna miałaby planować porwanie Marii? To śmieszne. Zefiryna bywa nieco ekscentryczna, ale obdarzam ją moim pełnym – słyszy pan, kapitanie? – pełnym zaufaniem. Jest dla mnie jak siostra.

– Oczywiście, oczywiście – zgodził się prędko, wciąż mając nadzieję, że coś jednak uda mu się uzyskać. – Wszakże w zaistniałych okolicznościach… Mam na myśli ostatnie przykre wydarzenia… – Na widok bólu, który na moment zmienił twarz Linnei, kapitan przygryzł wargę, zły na siebie. – To znaczy, wzmożona czujność wydaje mi się w pełni uzasadniona i dlatego, z całym szacunkiem, będę domagać się upoważnienia do podjęcia nadzwyczajnych działań, mających na celu ochronę…

– Kapitanie, zawsze był pan lojalny wobec naszej rodziny – powiedziała oficjalnym tonem Linnea i wstała, jakby chciała dodatkowo podkreślić wagę swoich słów. – Uważam, że mój ojciec podjął trafną decyzję, powierzając panu dowództwo straży po tym, jak pański poprzednik w tak widowiskowy sposób popadł w niełaskę. Wydaje mi się jednak, że hańba, jaką okrył się kapitan Linze, obciążyła pana ponad miarę. Nikt z nas nie jest wszechmocny i nie potrafi przewidzieć wszystkiego. Nawet ja – dodała z kpiącym półuśmiechem. – Przychodzi taki moment, kiedy docieramy do granicy swoich możliwości i wtedy trzeba zdać się na innych. Mam przeczucie, że księżniczka Zefiryna już niedługo odegra kluczową rolę w wydarzeniach, które dotyczyć będą nas wszystkich.

– Pani, jeśli wiesz o czymś, co dzieje się w pałacu – zaczął kapitan Scharf, którego nagle ogarnęły złe przeczucia – nalegam, abyś niczego przede mną nie ukrywała. Nie mogę pozwolić sobie na żaden błąd.

Linnea pokręciła głową w odpowiedzi i położyła mu rękę na ramieniu.

– We właściwym czasie będzie pan wiedział, co zrobić – powiedziała z powagą. – Na razie proszę wykonywać swoje obowiązki tak jak dotąd. A co do Zefiryny… – urwała, a na jej twarzy pojawił się nieco przekorny uśmieszek – na pewno wezmę pod uwagę pańskie szczególne zainteresowanie jej osobą.

*

Zefiryna patrzyła z oddali na kapitana Scharfa i umierała z tęsknoty.

Gwardziści właśnie odbywali poranne ćwiczenia na wewnętrznym dziedzińcu, a ona oddałaby wszystko, żeby móc przesadzić ozdobną barierkę balkonu, dołączyć do nich z dzikim wrzaskiem i powywijać trochę mieczem. Przeczuwała jednak, że nie spotkałoby się to z aprobatą kapitana. „Co z nim jest nie tak? – dumała ponuro ze wzrokiem utkwionym w trenującym Scharfie. – Przejmuje się całkowicie nieistotnymi głupotami, jak to, że ktoś się wybrał na nocny spacer, zamiast zająć się tym aislingiem!”, pomyślała ze złością, całkowicie ignorując fakt, że jeszcze nie podzieliła się z kapitanem swoim odkryciem.

Scharf zrobił niespodziewany wypad do przodu, a Zefiryna bezwiednie ugięła nogi w kolanach i skręciła ciało w szybkim uniku, tak jakby to ona była przeciwniczką Scharfa, a nie krępy gwardzista, który dał się zaskoczyć i rozbroić. Księżniczka prychnęła pogardliwie, splotła dłonie i zaczęła rozgrzewać nadgarstki, jakby jednak wierzyła, że będzie miała szansę potrenować.

Dopiero teraz, na widok ćwiczących gwardzistów, poczuła, że strasznie zastały jej się stawy – w Bryn ćwiczyła codziennie. Pomyślała ponuro, że Narretes na pewno intensywnie przygotowuje się do turnieju rycerskiego w Koryncji i może jest już nawet lepszy od niej. Gdyby zaraz po przyjeździe do Sarbancji zobaczyła na głównym dziedzińcu ćwiczących gwardzistów, na pewno nie zapomniałaby tak całkiem o treningu i zadbałaby, żeby się jakoś dyskretnie rozruszać. Zefiryna zmarszczyła brwi i przyjrzała się uważniej podopiecznym Scharfa – zmieniali się w potyczkach w sposób tak uporządkowany i płynny, że musieli ćwiczyć codziennie, co znaczy, że zwykle robili to gdzieś indziej, a dziś kapitan zdecydował się przenieść ich na poranny trening tutaj. Zupełnie jakby chciał komuś przekazać wiadomość: jesteśmy czujni i gotowi, więc lepiej uważaj… Zefiryna drgnęła, uświadamiając sobie, kogo Scharf mógł mieć na myśli. Zirytowana obróciła się na pięcie i wróciła do komnaty. Dopiero wtedy kapitan, który dotąd celowo omijał wzrokiem balkony, zatrzymał się na moment i zapatrzył na drzwi, za którymi zniknęła.

– Ach, tu jaśnie panienka jest! – wykrzyknęła pokojowa Hana na widok Zefiryny z taką miną, jakby uganiała się za nią już od dłuższego czasu. – Wszyscy już czekają, to nie wypada, żeby księżniczka Maria i jej świta…

– Tak, tak, idę – burknęła niechętnie Zefiryna i pobiegła do ogrodu, gdzie dołączyła do kolorowego orszaku dam dworu. Tam zamiast miecza wręczono jej długą plażową parasolkę i przybrany wstążkami piknikowy koszyk.

*

Kapitan Scharf zaczerpnął stulonymi dłońmi wody z miednicy i ochlapał spoconą twarz, ramiona i obnażoną pierś, a potem wylał sobie resztę na głowę i plecy. Parsknął i otrzepał się jak pies, a potem sięgnął po płócienny ręcznik. Była to scena, na której widok co wrażliwsze damy dworu dostałyby spazmów i histerii, dlatego dobrze, że rozgrywała się w ustronnej i osłoniętej tarczami strzelniczymi części dziedzińca. Kapitan naciągnął na siebie czystą koszulę i udał się do kwatery straży.

Dzięki wysiłkowi fizycznemu trochę się uspokoił i mógł już racjonalnie ocenić efekty swojej rozmowy z Linneą. Otóż były one mizerne. Zaniepokoiło go, jak łatwo przyszło księżniczce zmanipulowanie go, a także to, że w swym zacietrzewieniu wręcz jej w tym pomagał. Zdecydowanie na przyszłość – kiedy już Linnea obejmie władzę – będzie musiał przygotować bardziej skuteczną strategię. „Książę Mezut był inny”, pomyślał Scharf z żalem. (Mylił się. Książę Mezut nieustannie nim manipulował, ale jako doświadczony władca robił to o wiele bardziej wprawnie; nie miał też w zwyczaju uśmiechać się przy tym zalotnie i trzepotać rzęsami).

Scharf odłożył miecz i półpancerz na stół, po czym podszedł do porysowanej, starej szafy.

Niewiele osób wiedziało, że w siedzibie gwardii pałacowej znajduje się podręczna biblioteka; prawdę mówiąc, w przeważającej większości nie wiedzieli o tym nawet sami strażnicy – a nawet ci, którzy wiedzieli, nie zaglądali tam zbyt często. Podwładni kapitana Scharfa żywili bowiem głębokie przekonanie, że czytanie tekstów dłuższych niż odezwa świąteczna lub przepis na zupę cebulową prowadzi do melancholii, obstrukcji i ogólnego uwiądu sił witalnych. Sam Scharf – starając się być dla swoich ludzi przykładem męstwa na każdym polu – odważał się niekiedy sięgać po coś w miarę lekkostrawnego, jak dawne księgi raportów, i dlatego zdawał sobie sprawę, że zawartość biblioteczki może mu pomóc.

 

Drzwi szafy otwarły się z okropnym skrzypieniem i na Scharfa wionęło lekko zatęchłe powietrze pachnące kurzem i starym pergaminem. Kapitan przesunął palcem po grzbietach stłoczonych na półkach ksiąg, a potem wybrał gruby, nieporządnie zszyty notes. Autorem zamieszczonych w nim zapisków musiał być jakiś dawny dowódca straży, ale Scharfowi nie udało się ustalić, który konkretnie, bo wspominał tylko o wybranych wydarzeniach, wyraźnie poprzedzających jego czasy. Poza ciekawostkami historycznymi opisywał interesujące prawne precedensy, przykłady zwyczajowych kar stosowanych przy danym wykroczeniu, wygodne interpretacje zapomnianych, ale wciąż obowiązujących praw, oraz podawał mnóstwo praktycznych wskazówek, takich jak receptury na ziołowe maści przyspieszające gojenie ran od miecza czy sposoby na odpędzenie senności na nocnej warcie. Dla kogoś takiego jak Scharf, łaknącego wiarygodnych autorytetów i nieco przedwcześnie obarczonego ogromną odpowiedzialnością, była to kopalnia wiedzy. Ta mała pękata książeczka była mu przyjacielem i doradcą, a czytając spiczaste, nierówno stawiane litery, kapitan czuł krzepiące duchowe pokrewieństwo łączące go z autorem notatek. Teraz miał nadzieję, że ów dawny dowódca straży zetknął się z podobnym problemem jak on i spisał tu gdzieś swoje doświadczenia w kwestii poskramiania wysoko urodzonych cudzoziemców bez wywoływania międzynarodowego skandalu.

Wertował przez chwilę chropawe, zażółcone stronice, aż nagle jego wzrok padł na zdanie: „…zaś księcia-hulakę, który cały dwór zgorszył niegodnem prowadzeniem się, czem prędzej odstawiono pod strażą do granic ojczyzny, taką porutę mu czyniąc, iże nigdy więcej w Sarbancji się nie pokazał”. Kapitan zaznaczył to miejsce, wtykając kciuk między kartki, po czym przeniósł się pod okno, żeby spokojnie przestudiować interesujący go fragment. Nie zdążył jednak nawet zacząć czytać, gdy do kwatery gwardzistów wszedł energicznym krokiem Fosse Beck.

Scharf zesztywniał i rzucił mu surowe spojrzenie: Beck był jednym ze starszych strażników, którzy służyli księstwu o wiele dłużej niż on sam i na różne dyskretne sposoby nie dawali mu o tym zapomnieć. Beck co prawda nigdy nie sprawiał problemów dyscyplinarnych, ale za to promieniował obraźliwie dobrą wolą i wręcz uprzedzał rozkazy Scharfa, co doprowadzało kapitana do starannie skrywanej furii. Na widok Scharfa Beck przystanął na moment, wyprostował się przepisowo i przycisnął zwiniętą pięść do klatki piersiowej na wysokości mostka, po czym podszedł do niego swobodnie – zbyt swobodnie – i bezceremonialnie zajrzał mu przez ramię.

– O, co widzę – rzucił wesoło, zupełnie jakby był w stanie przewidzieć, jak wstrząśnie Scharfem to, co za chwilę powie, po czym wymienił nazwisko znienawidzonego zdrajcy korony: – Osobisty notatnik kapitana Linzego!

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?

Inne książki tego autora