Zefiryna i księga urokówTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział piąty,

w którym borta spełnia jedno życzenie, a księżniczka Maria zabiera głos w dyskusji

Kilka mil od pałacu, w małym warsztacie stolarskim wciśniętym między stajnie należące do gospody „Pod Głową Jelenia” a pracownię alchemiczną, młody czeladnik wyjrzał niespokojnie na ulicę, a kiedy zobaczył, że długi cień ratuszowej wieży sięga już prawie fontanny na placu Wierzbowym, cofnął się i zaczął pospiesznie układać narzędzia. Zamiótł trociny, zatrzasnął okiennice, odwiesił na hak swój roboczy skórzany fartuch i wyszedł z warsztatu, zamykając drzwi wielkim kluczem, który powiesił sobie potem na szyi. Kiedy znalazł się na ulicy, poza bezpieczną przestrzenią warsztatu, jego kalectwo od razu stało się bardziej widoczne: szedł, ciągnąc za sobą sztywną lewą nogę, a prawe ramię znajdowało się wyraźnie wyżej, tak że niemal dotykało ucha.

Czeladnik przemierzył plac, a następnie zagłębił się w labirynt zaułków na zachód od ratusza, którymi kluczył, aż dotarł do drewnianego domu z zarwanym balkonem. Przed budynkiem zebrał się już spory tłum. Czeladnik przekradł się na tyły i wszedł do środka, niezauważony przez nikogo. Karylion na wieży ratusza zaczął właśnie wydzwaniać pełną godzinę.

Chłopiec wspiął się po krzywych schodkach na skromnie urządzone poddasze i zaczął zrzucać z siebie codzienne ubranie z szorstkiego płótna. Ostatni promień zachodzącego słońca wyślizgnął się powoli z pokoju, kiedy czeladnik podszedł do szafy i wyjął z niej białą koszulę, karmazynowo-złoty kubrak ozdobiony wstążkami i spodnie w turkusowo-zielone pasy. Ubierał się powoli, a kiedy był już gotowy, wymacał w kieszeni małe pudełko, z którego wyjął cukrową kuleczkę, kryjącą w środku ziarnko anyżu. Rozgryzł ją i ten znajomy smak najwyraźniej dodał mu animuszu, bo jego ruchy stały się pewniejsze i bardziej zamaszyste. Chwilę później wyszedł z domu i stanął przed zebranym tłumem. Kolorowe wstążki zatańczyły, gdy zaplótł ręce na piersiach, i prowokacyjnie wysunął przed siebie lewą, chromą nogę. Jego chłodne spojrzenie omiotło wyczekujące, pełne nadziei twarze. Wszyscy milczeli.

– Ty – rozległ się głos borty. Wskazał na starszą kobietę w brązowej chustce na głowie. – Czego sobie życzysz?

*

Nikt nie wie, dlaczego właśnie w Sarbancji, stolicy, od której nazwę wzięło całe księstwo, w każdym pokoleniu rodzi się dwoje dzieci obdarzonych niezwykle silnym, naturalnym talentem magicznym – jedno w rodzinie książęcej, a drugie w mieście – i dlaczego oboje bezpowrotnie tracą swoje moce w dniu osiemnastych urodzin. To po prostu jedna z tych rzeczy – tak jak to, że Żar-Ptaki żyją tylko w Koryncji, a aislingowie upodobali sobie malgreckie Bryn. Mimo to wysłannicy Rady Magicznej uparcie próbują wyjaśnić sarbancki fenomen, opiekując się przy okazji magicznymi dziećmi. Jeden z czarodziejów zajmuje się książątkiem i stara się skierować jego talenty ku tak chwalebnym dziełom jak budowa akweduktów lub tępienie stonki, zaś jego konfrater uczy bortę, dziecko urodzone w mieście, jak spełniać życzenia, nie wyrządzając nikomu krzywdy. Nie wiadomo, co wysłannicy Rady zdążyli dotąd ustalić w kwestii fenomenu, bo czarodzieje rzadko uznają za konieczne dzielić się swoimi odkryciami, jednak powszechnie uważa się, że borta ma być przeciwwagą dla magicznego dziecka z książęcego dworu – na wypadek gdyby zaczęło używać swoich mocy w niewłaściwy sposób i zagrażało zwykłym ludziom.

Łatwo zrozumieć, że zazwyczaj borta staje się kimś w rodzaju ludowego bohatera, nawet jeśli nie ma potrzeby ruszać na pałac. Spośród zwykłych mieszkańców stolicy Sarbancji wyróżnia go kolorowy strój, który otrzymuje, kiedy tylko się ujawni. No właśnie – dość łatwo stwierdzić, które z dzieci książęcej pary jest magicznie uzdolnione, jednak jeśli chodzi o bortę, może się on urodzić w każdej rodzinie i sam decyduje, czy i kiedy da o sobie znać. Gdy to następuje, borta zaczyna spełniać życzenia mieszkańców – zwyczajowo trzy dziennie o zachodzie słońca.

Krążą legendy o tym, jakich cudów życzyli sobie kiedyś mieszkańcy stolicy: nieludzkiej siły, wiecznego życia, ożywienia umarłych, worków złota, ręki księżniczki, magicznych pierścieni. Wszystkie te historie kończą się spektakularnie i bardzo, bardzo krwawo. Trudno uwierzyć, ile nieszczęść może sprowadzić nawet tak umiarkowanie zuchwałe życzenie, by mieć najbujniejszą brodę na świecie. Obecnie, już od paru pokoleń, sarbancjanie zgadzają się co do tego, że najwięcej pożytku przynosi spełnianie życzeń prostych i życiowych. „Życzę sobie dwóch worków pszenicy, niespleśniałej”. „Życzę sobie, aby ulubiony kot mojej córki wrócił do domu”. „Żeby statek męża zawinął szczęśliwie do portu”. „Żeby róże przetrzymały zimę”. „Żeby ludzie często zachodzili do mojej piekarni”. „Żeby mnie w kościach nie łupało na zmianę pogody”. „Żebym zdał egzamin na bakałarza”. I tak w nieskończoność.

*

Kiedy życzenie kobiety w brązowej chustce zostało spełnione, borta wrócił do domu i zamknął za sobą drzwi, odcinając się od tłumu. Kiedy tylko zniknął im z oczu, przygarbił się, prawa, silniejsza noga ugięła się pod nim i zadygotała, a lewe ramię zjechało jeszcze niżej niż zwykle. Oparł się o ścianę i czekał, oddychając z trudem.

Za pierwszym razem, kiedy spełnił tylko jedno zamiast trzech życzeń, było jeszcze gorzej, miał wrażenie, że ta pełna wyczekiwania cisza zmiażdży go jak imadło. Teraz, kiedy usłyszał, że tłum powoli się rozchodzi, osunął się na podłogę i ukrył twarz w dłoniach. Wiedział, że wrócą – znów pełni nadziei, cierpliwi i ufni, że borta zachowuje się tak, bo ma swoje powody.

*

W tym samym czasie, o zachodzie słońca, książęca rodzina: księżna Duszka, mała Maria z piastunką, Linnea oraz jej gość, raczyła się deserem, podawanym na dworze w Sarbancji zarówno po obiedzie, jak i po kolacji. Zefiryna uznawała ten zwyczaj za doskonały pomysł i właśnie zastanawiała się, czy skosztować teraz sorbetu malinowego, czy raczej zakończyć posiłek wytrawną nutą konfitury z gorzkiej pomarańczy rozsmarowanej na przyrumienionych, chrupiących waflach. Już miała sięgnąć po sorbet, kiedy złowiła rozbawione, impertynenckie spojrzenie nadwornego harfisty, który przygrywał im podczas kolacji. Z trudem powstrzymała się, żeby nie pokazać mu języka i z wyniosłą miną nałożyła sobie i sorbetu, i wafli.

Poza harfistą i dwoma gwardzistami, którzy stali przy drzwiach nieruchomi jak posągi, w salonie znajdowały się same kobiety. Zefiryna, przyzwyczajona do ciągłej obecności Narretesa i tego, że przy stole na malgreckim dworze zawsze przeważali liczebnie mężczyźni, na początku czuła się nieco dziwnie w wyłącznie damskim gronie – zwłaszcza że honorowe miejsce władcy zajmowała jako księżna regentka wybitnie kobieca Duszka.

Kiedy cztery lata wcześniej Siedem Księstw obiegła wieść, że książę Mezut bierze za żonę księżniczkę z odległego Raksan, niewiele starszą niż własna córka, w siedmiu pałacach zawrzało od plotek, a na uroczystości ślubne w Sarbancji przybyli bez wyjątku wszyscy zaproszeni (a także kilka niezaproszonych przez przeoczenie dalszych książęcych kuzynek i ciotek, które nie darowałyby sobie przegapienia takiego widowiska nawet za cenę własnej godności).

Panna młoda okazała się czarującą istotą o wielkich, poważnych oczach i śnieżnobiałej cerze, którą, jak szeptały między sobą arystokratki, musiała zawdzięczać jakimś tajemniczym raksańskim eliksirom. Kiedy po ceremonii zaślubin książę Mezut zgodnie z tradycją zdjął z jej głowy welon i uwolnione z zapięcia włosy Duszki opadły jak ciężka fala aż do jej stóp, okrywając ją jak płaszcz, przez tłum przetoczyło się zbiorowe westchnienie. Nikt już nie dziwił się wyborowi księcia Mezuta. Nikt też nie domyślał się wtedy, że to małżeństwo potrwa tak krótko, zakończone tragiczną śmiercią księcia na polowaniu.

Zefiryna zamrugała, zdając sobie sprawę, że od dłuższej chwili gapi się bezmyślnie na księżną, i spróbowała nadążyć za konwersacją. Wyglądało na to, że piastunka Elene, spełniając uprzejmą prośbę Linnei, od dłuższej chwili opowiadała o postępach małej Marii w raczkowaniu. Zapewne mogłaby mówić jeszcze długo, gdyby nie dyskretny znak, który dała jej księżna.

– Podobno ten nowy borta spełnia tylko jedno życzenie na tydzień – powiedziała Duszka i odsunęła się nieco od stołu, aby jej ulubiona kotka, Ludmiła, mogła wskoczyć jej na kolana.

– Cóż, może taki ma styl. Ostatecznie każdy borta jest inny – odparła Linnea obojętnie.

– Słyszałam też, że jest dość wyniosły. – Ludmiła ułożyła się wygodnie na sukni księżnej, która zaczęła pieszczotliwie drapać ją pod brodą. Pod delikatnym dotykiem jej dłoni kotka zmrużyła z rozkoszą jadowicie zielone oczy.

– I tak go uwielbiają. – Linnea wzruszyła ramionami i sięgnęła po kandyzowane wiśnie.

– Ale jeśli to jest tylko jedno życzenie na tydzień, a pod jego domem zawsze zbiera się taki tłum… Mogliby przecież przyjść do ciebie, czyż nie? Na pewno byś im nie odmówiła, moja droga – zauważyła Duszka, po czym zerknęła szybko na rzeźbiony fotel na lwich łapach, który podczas wszystkich posiłków stał pusty.

Nieobecność d’ary Romanii była równie dotkliwie odczuwalna jak brak zmarłego księcia Mezuta i Zefiryna zauważyła, że zarówno Duszka, jak i Linnea niemal za każdym razem, kiedy się odzywają, zerkają odruchowo na fotel czarodziejki, jakby w poszukiwaniu aprobaty. Wydawało jej się to zabawne, dopóki nie przyłapała się na tym samym.

– Oczywiście, ale nie przyjdą – odparła Linnea z pobłażliwym uśmiechem. Bawiło ją, że Duszka, chociaż spędziła w Sarbancji już tyle czasu, dalej nie bardzo wyznaje się na tutejszych zwyczajach. – Ja jestem od spraw państwa: powodzi, huraganów, wojny, nieurodzaju, plag i zarazy, borta zaś od spełniania życzeń, jak złota rybka. Zawsze tak było. I choćby ten nowy borta był najmilszym chłopcem pod słońcem, nie ośmieliłabym się mieszać do jego spraw.

– Agu! Pfff! – powiedziała księżniczka Maria i plasnęła rączką w oparcie swojego wysokiego krzesełka. Chwilę później przed nosem małej księżniczki przefrunęło kilkanaście ogromnych motyli o nieistniejących kolorach. Zefiryna wytrzeszczyła oczy, ale zanim spróbowała nazwać w myślach ich barwy (niezielononiefioletowy? nadbłękitny?), motyle rozprysnęły się w powietrzu jak mydlane bańki.

 

– Oj. – Linnea elegancko zakryła usta dłonią, jakby zdarzyło jej się kichnąć w towarzystwie, i zerknęła niespokojnie na pusty fotel na lwich łapach. – Nie powinnam trwonić mocy na takie głupoty. Ale ona jest taka słodka.

Rzeczywiście była. Córka księżnej Duszki i przyrodnia siostra Linnei należała do tych ruchliwych i ciekawskich dzieci, które – spuszczone na moment z oka – natychmiast wsadzają sobie do buzi ogrodowe ślimaki albo paprochy z popielnika, a skarcone uśmiechają się tak figlarnie, że nie sposób się na nie gniewać. Miała żywe szare oczy i malinowe usteczka, a jej pięknie ukształtowaną główkę pokrywał płowy meszek cienkich i słabych jeszcze włosów. Była również dumną posiadaczką czterech, maleńkich jak ziarenka ryżu i ostrych jak brzytwa ząbków; niedawno udało jej się przegryźć przez skórzaną rękawicę gwardzisty, który chciał ją połaskotać pod bródką. Cały dwór za nią przepadał.

– Agu – powiedziała z dezaprobatą Maria i wypuściła z ust kilka bąbelków śliny. Siedząca obok piastunka spojrzała na nią z dumą i zachwytem, a potem rozejrzała się, czy wszyscy widzieli ten niesamowity wyczyn. Księżna Duszka skinęła jej głową z uśmiechem, a kotka Ludmiła syknęła cicho, niezadowolona, że pani nie poświęca jej w pełni uwagi.

Zefiryna uznała, że skoro nawet księżniczka Maria dołączyła do dyskusji, może spróbować zadawać ostrożne pytania bez wzbudzania podejrzeń. Udało jej się odzyskać już nieco równowagi po wydarzeniach w ogrodzie, a ból głowy osłabł na tyle, że wreszcie mogła się skupić.

– A czy Rada przysłała już opiekuna dla borty?

Księżna Duszka i Linnea spojrzały po sobie.

– Jeszcze nie. Wszystko się tak pechowo złożyło… Chciałam do nich napisać od razu, kiedy zginęła d’ara Romania, ale – Linnea zawahała się – pomyślałam, że może by sobie tego nie życzyła. Zdarzało jej się znikać na kilka dni bez słowa. Ale niedługo potem ujawnił się borta i wtedy już musiałam się z nimi skontaktować. Odpisali mi, że…

– Ach! – Duszka podskoczyła, jakby czarna, aksamitna sierść Ludmiły nagle zaczęła ją parzyć w palce.

– Co się stało?

– Kleszcz. Musiał się wbić niedawno, bo jest jeszcze chudy – powiedziała księżna, przypatrując się z obrzydzeniem małej brązowej kuleczce, którą wyczuła za uchem kotki. – Elene – zwróciła się do piastunki – zawołaj, proszę, pokojowych, żeby go wyrwali i rozgnietli.

– Nie, nie – zaprotestowała łagodnie Linnea i zrobiła w powietrzu okrężny ruch, jakby nawijała nitkę na palec. Od kociego futra oderwała się mała kropka i powoli popłynęła w powietrzu w stronę otwartego okna. – Kleszcz też chce żyć.

– I co odpisała Rada? – zapytała szybko Zefiryna, próbując nie patrzyć na fruwającego po salonie kleszcza, bo nie podzielała słynnej sympatii Linnei dla absolutnie wszystkich żyjątek.

– Najwyraźniej uznali, że ja najpilniej wymagam pomocy. Napisali, że potrzebują trochę czasu, żeby wyznaczyć odpowiedniego opiekuna dla borty, a póki co wysyłają czarodzieja, który pomoże mi dokończyć „wszystkie magiczne projekty, nad którymi pracowałam z d’arą Romanią” – powiedziała Linnea i mrugnęła porozumiewawczo do Zefiryny.

Sława Linnei jako dziecka obdarzonego wyjątkowo silną mocą już dawno dotarła do Rady Magicznej i myśl, że księżniczka pozostaje bez nadzoru, na pewno poruszyła czarodziejów o wiele bardziej niż objawienie się borty. Magiczne projekty magicznymi projektami, ale ktoś musiał czuwać przede wszystkim nad tym, żeby niepokorna Linnea nie zaczęła nagle biegać po pałacu i, upojona mocą, wrzeszczeć „Uciąć mu głowę!” albo coś w tym stylu.

– Mhm – mruknęła Zefiryna. Nie przepadała za d’arą Romanią, władczą i kłótliwą staruszką, która podczas uroczystej audiencji z okazji dwunastych urodzin Zefiryny miała dla niej tylko takie magiczne porady jak „nie garb się” i „wyjmij ręce z kieszeni”, ale w tej chwili naprawdę ucieszyłaby się na jej widok. Ciekawe, kogo przyślą na jej miejsce. – To kiedy on przyjeżdża?

– Spodziewamy się go lada dzień – odparła księżna Duszka. – Nazywa się… hm, poczekaj…

– Sorg. D’ar Sorg – powiedziała Linnea, z roztargnieniem patrząc, jak kleszcz wylatuje za okno i znika w mroku. Wyglądała bardzo ładnie w granatowej wieczorowej sukni, z włosami roziskrzonymi w blasku świec, może tylko trochę blado. Zefiryna, tknięta nagłą myślą, uniosła pod światło pusty kieliszek z zielonego kryształu, przymknęła jedno oko, a drugie zmrużyła i spojrzała przez barwione szkło na księżniczkę Linneę.

– Słuchaj, Zefiryno, a czy Narretes… Ee, co robisz? Coś nie tak z tym kieliszkiem? – zapytał lis, unosząc czarną wargę, spod której błysnęły ostre zęby.

Rozdział szósty,

w którym Zefiryna kłóci się sama ze sobą, a księżna Duszka szuka złotej weszki

Po kolacji Zefiryna powiedziała, że idzie do ogrodu zaczerpnąć świeżego powietrza, co było jak na nią wyjątkowo elegancką wersją powiedzenia, żeby wszyscy dali jej spokój, bo chce pobyć trochę sama. Przez chwilę błądziła, szukając odpowiedniego miejsca, aż zaszła pod starą rozłożystą jabłoń. Rosła pod nią jedwabista trawa i Zefiryna zdjęła trzewiki, żeby pochodzić po niej na bosaka, bo tak jej się lepiej myślało. Tym razem jednak nie bardzo to pomogło; minuty mijały, wieczorne powietrze powoli nasiąkało chłodem i mrokiem, a księżniczka nie mogła się skupić.

„Powinnam komuś powiedzieć. Tylko komu? Tak naprawdę nikogo poza Linneą tu dobrze nie znam. Księżna Duszka jest z Raksan, więc pewnie niewiele wie o tutejszej magii wpływu. Poza tym nie wiadomo, jak to jest między nią a Linneą, zwłaszcza po śmierci księcia Mezuta. I gdybym się myliła… Gdybym się myliła… – Zefiryna przystanęła i zaczęła skubać dolną wargę. – Niedobrze byłoby namieszać między księżniczką i jej macochą, to pewne. Ale jeśli coś naprawdę jest na rzeczy i tylko ja to zauważyłam… No dobrze, a jeśli rzeczywiście miałabym komuś powiedzieć, to niby co?”

– Wydaje mi się, że księżniczka Linnea jest pod wpływem złego uroku – pomyślała na próbę Zefiryna, wznawiając swój spacer po wilgotnej od rosy trawie.

– Ach tak, moja droga… I udało ci się to stwierdzić po jednym dniu? Cóż takiego zobaczyłaś? – odezwał się w jej głowie wyimaginowany głos, chłodny i drwiący.

– Widziałam, jak z jej twarzy wyłania się pysk lisa, jakby wysuwał się z zarośli.

– Więc księżniczka Linnea wygląda jak lis i nikt inny w pałacu się nie zorientował? A to ciekawe.

– Nie, nie… Ona była sobą i lisem równocześnie. I to trwało tylko chwilę, mgnienie oka. Myślę, że można to zauważyć tylko przy właściwym świetle – kiedy powietrze faluje od upału albo promień rozszczepia się w kolorowym szkle…

– Szkle? Jakim szkle? – zapytał surowo głos.

– To był pusty kryształowy kieliszek.

– Pusty? A co było w nim wcześniej?

– Wino porzeczkowe… – odpowiedziała z ociąganiem.

– No to chyba wszystko jasne – parsknął drwiący głos.

– A co z tym, co widziałam w ogrodzie?

– W upale nietrudno o zwidy. A poza tym chyba cały dzień słabo się czułaś, prawda? – powiedział głos powoli i z namysłem. – Może o tym powinnaś komuś powiedzieć, hm? Może to nie na Linneę rzucono urok?…

– Nie, nie – zaszeptała Zefiryna, przyciskając dłonie do uszu. – Nie, nie.

*

Ze złymi urokami jest jak z przeziębieniem: najpierw łamie cię w kościach, boli to tu, to tam, coraz trudniej zebrać myśli, sztywnieje ci kark, a potem… cóż, to zależy od organizmu. Niektóre się po prostu poddają, inne, wyjątkowo silne, są w stanie całkowicie przezwyciężyć zły wpływ, o ile nie jest on ponawiany.

Najgorzej, gdy organizm przyzwyczaja się do złego uroku: nie daje sobą zawładnąć do końca, ale też nie potrafi go zwalczyć. Wtedy urok toczy ciało i duszę skrycie jak robak, niewidoczny dla innych, a po pewnym czasie nawet dla ofiary. Zdumiewające, że ludzie całymi latami potrafią sobie wmawiać, iż nic im nie jest, a kolejne objawy zauroczenia przypisują na zmianę to złej pogodzie, to ciśnieniu krwi, to przepracowaniu albo niestrawności. Wydaje się, że wręcz współpracują z rzuconym na nich urokiem, strzegąc go starannie, jakby był jakimś cennym nabytkiem, a nie śmiertelną trucizną.

Słyszy się czasem opowieści o takich, którzy aż do śmierci pozostawali pod złym wpływem i nikt się nie zorientował, dopóki podczas nocnego czuwania ciało szanowanego powszechnie burmistrza lub dobrodusznego stryjka nie obracało się nagle w poczerniałe truchło wilka albo nie zaczynało podskakiwać na marach i chichotać, klekocząc zębami. Wtedy nagle wszyscy sobie przypominają jakieś niepiękne postępki burmistrza tudzież stryja, dziwne upodobania czy niechęć do zapachu świątynnych kadzideł, dotąd niewyjaśnione. I korci ich, żeby powiedzieć: „Tak, tak, zawsze czułem, że on był, no sami wiecie…” i mądrze pokiwać do tego głową. Nie są w stanie pojąć, jaką udrękę przeżywa człowiek owładnięty magicznym wpływem, który dusi w sobie złe skłonności i nie chcąc wierzyć w rzucony urok, żyje w ciągłym strachu przed samym sobą – a jednak nie popada w szaleństwo.

O wiele rzadziej dochodziłoby do takich sytuacji, gdyby dało się łatwo odróżnić urok pośredni od bezpośredniego. Ten pierwszy, rzucany za pomocą drobnego przedmiotu lub części odzieży, jest jak najbardziej uleczalny; bywa również, że sam się wyczerpuje po jakimś czasie. Niezależnie od tego, jak bardzo jest szkodliwy, łączy się zwykle z przykrymi objawami, takimi jak nawracająca migrena, podwójne widzenie, częściowe zaniki pamięci, ociężałość ducha czy drgawki. Te symptomy mogą być na tyle niepokojące, że ofiara drobnego nawet uroku (wywołującego na przykład niepohamowaną chęć kichania w świątyni, nierozróżnianie kolorów albo głuchotę na konkretne słowa) nie prosi o pomoc, bojąc się, co też takiego wykryją u niej adepci magii.

Paradoksalnie urok bezpośredni, o wiele groźniejszy, może nie wykazywać żadnych objawów, duchowych ani fizycznych. Dzieje się tak, gdyż człowiek, na którego rzucono taki urok, znajduje się całkowicie pod czyimś wpływem, przestaje być sobą i nie dostrzega na przykład, że przemożna chęć, by przegryzać dzieciom gardła, jest cokolwiek niepokojąca – choćby przedtem był najłagodniejszym z ludzi. Urok bezpośredni jest rzucany na konkretną część umysłu lub duszy, przez co organizm zwykle nie podejmuje z nim żadnej walki lub trwa ona krótko. Bywa jednak uleczalny – jak zapewnia treść Odezwy Specjalnej z 276 roku d.c. wydanej przez Radę Magiczną i zalecającej, by zgłaszać każdy wątpliwy przypadek stacjonującemu najbliżej czarodziejowi-rezydentowi, który przekazywał wiadomość dalej, do Nenad D’ar, siedziby Rady. Odezwę poparł sam cesarz i wszyscy władcy Ligi Siedmiu Księstw, dodając od siebie kilka co bardziej pomysłowych kar dla tych, którzy zatajają informacje o zauroczonych.

W pierwszym roku zgłoszono pięćset podejrzanych przypadków, z czego ponad połowę Rada zdiagnozowała jako faktyczne ofiary uroków. Tylko dziewięć osób cierpiało z powodu uroku bezpośredniego i nimi czarodzieje z Nenad D’ar zajęli się najgorliwiej, a kilka miesięcy później Rada ogłosiła, że są już pierwsze przypadki wyleczenia. Szczególnie spektakularnym sukcesem miało być uwolnienie spod uroku Vissy, młodej służącej z Dalen w Sarbancji. Vissa została nawet przedstawiona na cesarskim dworze, które to wydarzenie ściągnęło na plac Fałszywych Wróżb prawdziwe tłumy. Wszyscy ucichli, gdy przed tronem stanęła smukła postać w prostej białej sukience. Ci, co przepchnęli się najbliżej, mówili, że twarz miała dziwnie płaską i ściśle owiniętą bandażami, podobnie jak dłonie. Wydobywający się spod nich głos Vissy miał metaliczne i głuche brzmienie, jakby była zamknięta w pustym pokoju. Powoli, poprzedzając każde słowo krótką pauzą, opowiadała o głosie nakazującym jej dosypywać trujących ziół do gorącego mleka podawanego wieczorem hrabiemu, u którego pracowała. Słuchaczom nie było dane poznać tej fascynującej historii do końca, gdyż Vissa nagle, w pół słowa zamilkła, a spod bandaży zaczęła przesączać się jasna krew. Natychmiast podbiegli do niej gwardziści oraz nadworni czarodzieje i wyprowadzili ją, bezwolną jak szmaciana lalka.

Rada Magiczna nie dała się zniechęcić tym niepowodzeniem i kontynuowała badania, wkrótce jednak zaczęło im brakować materiału, jako że zwykli ludzie wyciągnęli z przypadku Vissy zupełnie inne wnioski niż czarodzieje. Odtąd zgłoszenia podejrzeń o zauroczenie zamieniły się w donosy, których liczba wahała się od dziesięciu do dwudziestu rocznie. Co stało się z Vissą i pozostałymi osobami pozostającymi pod opieką Rady w Nenad D’ar, nie wiadomo.

 

*

„To na pewno nic takiego – zapewniała się Zefiryna, której wreszcie udało się przekrzyczeć we własnej głowie ten drugi, drwiący głos. – A już z pewnością za wcześnie na to, by komukolwiek mówić i narażać biedną Linneę na magiczne śledztwo – pomyślała troskliwie, ale tak naprawdę martwiła się raczej o biedną Zefirynę. – Zresztą, czy da się w ogóle rzucić zły urok na osobę władającą magią? Może najpierw po prostu zapytam o to d’ara Sorga, kiedy się tu pojawi. Przy odrobinie szczęścia okaże się mniej bystry niż d’ara Romania i nie domyśli się od razu, o co chodzi”.

W tym momencie w górze coś zaszeleściło i z korony drzewa wyleciał szaro-błękitny ptak, a na głowę Zefiryny spadło małe twarde jabłko.

– To chyba znak, że już dosyć tych rozmyślań – mruknęła do siebie i ruszyła z powrotem do pałacu. Służący zapalili pochodnie oświetlające ścieżki i zapach dymu, zmieszany z woniami ogrodowych roślin i wciąż zaskakującym dla Zefiryny zapachem morza, napełnił ją nieoczekiwanym zachwytem.

„Muszę po prostu spokojnie poczekać i trzymać język za zębami” – powtarzała sobie, zmierzając ku swojej sypialni. Gdy wchodziła na drugą kondygnację wschodniego skrzydła, gdzie mieściła się jej komnata, natknęła się na księżną Duszkę, która wracała właśnie z pokoju dziecinnego.

– Ach, jesteś, Zefiryno. Linnea cię szukała, chciała ci pokazać swoje tamy.

„Szlag, tamy! Powinnam była zapytać o nie przy kolacji!” Zefiryna aż się skrzywiła. Mogła sobie być księżniczką-dzikuską wskakującą do wychodków, ale podstawowe zasady uprzejmości wymagały, aby jako gość okazała zainteresowanie dla konika Linnei.

– Nie martw się tak, kochanie. Możesz przecież obejrzeć je rano – powiedziała łagodnie Duszka, po czym dodała, utkwiwszy w Zefirynie poważne spojrzenie ciemnych oczu: – Chyba że chodzi o coś innego. Coś się stało?

– Boję się, że ktoś rzucił na mnie urok. – Słowa same wyfrunęły z ust Zefiryny, niczego z nią nie konsultując. Sprawił to chyba pełny słodyczy smutek, który otaczał księżną jak obłok delikatnych perfum. Tego wieczoru Duszka nie wyglądała na dumną władczynię drugiego co do wielkości państwa Ligi Siedmiu Księstw – była teraz po prostu młodą kobietą zagubioną w obcym kraju i bardzo samotną po śmierci męża. Zgodnie z obyczajami panującymi w jej rodzinnym Raksan nosiła na znak żałoby czarną suknię, która kontrastowała z jej jasną cerą i podkreślała kruczą czerń spiętych wysoko włosów.

Przyglądała się przez chwilę bez słowa spłoszonej Zefirynie, a potem ujęła ją za rękę. Jej dłoń była chłodna i miękka w dotyku.

– Chodź do mojej komnaty, dziecko.

*

W garderobie księżnej Duszki pachniało pudrem, ambrą, pszczelim woskiem i jabłkami, które leżały przed lustrem w szklanej misie. Zefiryna, bardzo wrażliwa na zapachy, rozkoszowała się tą dziwnie kojącą mieszanką z przymkniętymi oczami, podczas gdy osobista służąca Duszki, Aglaja, pomagała jej zdjąć suknię.

– Aglaja jest bardzo zręczna – zapewniała księżna, szukając czegoś pomiędzy swoimi strojami. – Jeśli ktoś zaszył ci coś w ubraniu albo dołożył jakiś dodatkowy guzik, od razu się zorientuje. Dobrze, a teraz wejdź tutaj za parawan i podaj Aglai bieliznę. Wszystko, co masz na sobie.

Zefiryna posłusznie skryła się za zasłoną wyszywaną w syreny i morskie smoki i rozebrała do rosołu. Mimo że był środek lata, nocą mury położonego tuż nad klifami pałacu szybko traciły ciepło i księżniczka od razu zaczęła dzwonić zębami z zimna.

– Na razie włóż to i usiądź przy kominku – powiedziała Duszka, podając Zefirynie nad parawanem swój szlafrok z czerwonego jedwabiu. Kiedy księżniczka wyszła zza zasłony, zobaczyła, że księżna też się przebrała, jakby szykowała się już do snu; miała teraz na sobie kremową koszulę nocną i perłowe pończoszki. Usiadły obie na kobiercu przed kominkiem, gdzie Duszka sama przygotowała w specjalnym tygielku gorący napój.

– Co to takiego? – zapytała Zefiryna, kiedy księżna podała jej czarkę, nad którą unosił się obłoczek pary. Pachniało orzechami i kwiatem lipy, ale w smaku przypominało mleko z miodem.

– To tikka-nard’ih, zioła na piękną cerę. Z Raksan. Pewnie nic ci to nie mówi – zauważyła Duszka, odkładając tygielek i podwijając pod siebie nogi, żeby usiąść wygodniej.

– Nic – przyznała Zefiryna i piła dalej. Szybko zrobiło jej się ciepło i przyjemnie. Nie wyglądało na to, żeby księżna oczekiwała, że Zefiryna będzie ją zabawiać rozmową – wpatrywała się w ogień i milczała, spokojna i zamyślona. Nagle, nie wiadomo skąd, na kobierzec wślizgnęła się kotka Ludmiła i położywszy głowę na kolanach Duszki, zaczęła głośno mruczeć. Zefiryna, która całkowicie poddała się sennemu ciepłu ognia i kojącej obecności księżnej, miała ochotę zrobić to samo. Drgnęła, gdy nagle z kąta dobiegł ją cichy głos służącej.

– Nic nie znalazłam.

Aglaja ułożyła ubranie Zefiryny na małym krzesełku i usunęła się w kąt garderoby, czekając na dalsze polecenia. Księżna Duszka uniosła głowę i wymieniła spojrzenia ze służącą.

– Sprawdzimy jeszcze jedno. Zefiryno, usiądź przy toaletce.

Księżniczka posłusznie przeniosła się na wyściełane atłasem krzesełko, a Duszka stanęła za nią i sięgnęła po gęsty grzebień.

– Słyszałam kiedyś opowieść o tym, jak na prababkę księcia Mezuta ktoś rzucił urok za pomocą złotej weszki.

– Brr! – wzdrygnęła się Zefiryna. Wypięła szpilkę z włosów i wsunęła ją w szeroki rękaw szlafroka.

– Ale to oczywiście może być też coś innego – powiedziała szybko Duszka, rozczesując delikatnie loki księżniczki. – Plamka farby na skórze głowy albo zawiązana na włosach niteczka. Nic się nie martw.

Zefiryna się nie martwiła. Dotyk chłodnych dłoni Duszki był tak miły, że właściwie nie miałaby nic przeciwko temu, żeby księżna zajmowała się jej włosami przez cały wieczór, chociaż dotąd zawsze mówiła, że wiatr ją czesze, i stroniła od szczotek i grzebieni. Prawdę mówiąc, ktoś mógłby spokojnie ukryć w jej rozwichrzonej czuprynie nawet i zaczarowanego jeża albo trupę tresowanych myszy. Zefiryna przymknęła oczy, a jej głowa odchylała się łagodnie to na lewo, to na prawo, zgodnie z ruchami grzebienia, jakby kołysały ją do snu morskie fale. W końcu wystraszyła się, że naprawdę zaśnie, siłą rozwarła więc powieki i zaczęła się bawić barwiczką do ust leżącą na blacie toaletki. Bezmyślnie otworzyła pudełeczko i przesunęła zanurzonym w pomadce pędzelkiem po grzbiecie dłoni, żeby sprawdzić, jakiego jest koloru. Karminowa.

– Skończyłam. Nic nie ma.

Zefiryna drgnęła i wstała szybko, zrzucając pomadkę. Nie zdążyła jej podnieść, bo wyprzedziła ją zręczna Aglaja. Księżna i jej służąca stały teraz obok siebie, wpatrując się bez słowa w księżniczkę. Zefiryna, nagle speszona, chciała wejść za parawan, ale Duszka ją powstrzymała.

– Możesz iść do sypialni w moim szlafroku, a swoje ubranie zabrać ze sobą.

– Dobrze. Dziękuję za… um, za wszystko – wymamrotała księżniczka. – Może to tylko zwykły ból głowy. Byłam pewnie zmęczona po podróży i…

– A jak się czujesz teraz?

– Dobrze. Chyba – powiedziała niepewnie Zefiryna, która już sama nie wiedziała, jak się czuje, co jej się wydawało i dlaczego w ogóle zwierzyła się księżnej. Wpięła we włosy szpilkę z rubinem i zebrała swoje rzeczy, żeby pokazać, że chciałaby już iść do siebie, ale Duszka wydawała się nie zauważać tej sugestii.

– Może jednak coś przeoczyłyśmy. Jesteś pewna, że nikt nie miał dostępu do twoich rzeczy podczas podróży albo tutaj?

– Nie. Nikt – powiedziała Zefiryna i w tej samej chwili przypomniała sobie o aislingu. We wpatrzonych w siebie czarnych oczach Duszki dostrzegła krótki błysk, jakby odbicie własnej myśli.

„Tak, zauważyła, że kłamiesz” – powiedział bezlitośnie drwiący głos w jej głowie i ból w okolicach skroni od razu powrócił.

Inne książki tego autora