Zefiryna i księga urokówTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta redakcyjna

Dedykacja

Motto

Prolog, w którym pewnego złodzieja spotyka niemiła niespodzianka

Rozdział pierwszy, w którym Zefiryna zamyka kufer, a czytelnik dowiaduje się nieco o księżniczce, która wskoczyła do wychodka

Rozdział drugi, w którym Zefiryna wykorzystuje okazje, ale – na szczęście dla cesarskiego cenzora – nie wszystkie

Rozdział trzeci, w którym Zefiryna wstaje późno i odkrywa, że ktoś próbował grzebać w jej snach

Rozdział czwarty, w którym Zefiryna poznaje kapitana Scharfa

Rozdział piąty, w którym borta spełnia jedno życzenie, a księżniczka Maria zabiera głos w dyskusji

Rozdział szósty, w którym Zefiryna kłóci się sama ze sobą, a księżna Duszka szuka złotej weszki

Rozdział siódmy, w którym Zefiryna i czytelnik dostają wskazówkę, ale przynajmniej jedno z nich nic nie zauważa

Rozdział ósmy, w którym kapitan Scharf zdejmuje koszulę i udaje się do biblioteki

Rozdział dziewiąty, w którym piastunka Elene opowiada baśń o ciemnoliczce

Rozdział dziesiąty, w którym Linnea pracuje do późna, a w pałacu pojawia się nowy gość

Rozdział jedenasty, w którym nareszcie można posłuchać o tamach

Rozdział dwunasty, w którym dużo się plotkuje

Rozdział trzynasty, w którym księżna Duszka zagląda do srebrnej misy

Rozdział czternasty, w którym nos prowadzi Zefirynę na dach

Rozdział piętnasty, w którym dzieją się rzeczy niewyjaśnione, a Zefiryna przemawia do portretu cesarza

Rozdział szesnasty, w którym księżna Duszka zamyka drzwi

Rozdział siedemnasty, w którym kapitan Scharf wypełnia rozkazy

Rozdział osiemnasty, w którym Zefiryna dla odmiany okazuje się zbyt bystra, by jej to wyszło na zdrowie

Rozdział dziewiętnasty, w którym Zefiryna zaprzedaje się za kanapkę z serem

Rozdział dwudziesty, w którym Zefiryna postanawia popływać

Rozdział dwudziesty pierwszy, w którym Deru ma sześć nóg, a Zefiryna osiem

Rozdział dwudziesty drugi, w którym kapitan Scharf ma wszystkie klucze, a Zefiryna staje w płomieniach

Rozdział dwudziesty trzeci, w którym Narretes ląduje w worku, a Zefiryna odkrywa kolejne korzyści wynikające z noszenia piżamy

Rozdział dwudziesty czwarty, w którym d’ar Sorg wygląda dość niezdrowo

Rozdział dwudziesty piąty, w którym coś się zmienia

Rozdział dwudziesty szósty, w którym Deru mówi zbyt wiele

Rozdział dwudziesty siódmy, w którym Zefiryna się poświęca

Rozdział dwudziesty ósmy, w którym Zefiryna dokonuje ważnego odkrycia

Rozdział dwudziesty dziewiąty, w którym Zefiryna traci cenną pamiątkę

Rozdział trzydziesty, w którym kapitan Scharf spotyka starego znajomego

Rozdział trzydziesty pierwszy, w którym służąca Doris upuszcza świecę, a Zefiryna jest jeszcze wyższa niż dotąd

Rozdział trzydziesty drugi, w którym Zefiryna i kapitan Scharf mają zajęte ręce

Rozdział trzydziesty trzeci, w którym dowiadujemy się nieco o naturze magicznych pojedynków

Rozdział trzydziesty czwarty, w którym dzieje się tyle rzeczy, że nie sposób wybrać

Rozdział trzydziesty piąty, ostatni

Podziękowania

Opieka redakcyjna: DOROTA WIERZBICKA

Redakcja: PAWEŁ CIEMNIEWSKI

Korekta: MARIA ROLA, BARBARA TURNAU, MAŁGORZATA WÓJCIK

Ilustracja na okładce: Cover artwork © Lois van Baarle

Projekt okładki: Paweł Panczakiewicz/PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN www.panczakiewicz.pl

Ilustracja mapy na s. 6: MICHAŁ GAŁEK

Redaktor techniczny: ROBERT GĘBUŚ

© Copyright by Sasza Hady

© Copyright for this edition by Wydawnictwo Literackie, 2021

Wydanie pierwsze

ISBN 978-83-08-07165-6

Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o.

ul. Długa 1, 31-147 Kraków

tel. (+48 12) 619 27 70

fax. (+48 12) 430 00 96

bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40

e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl Księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl

Konwersja: eLitera s.c.

Dla dużej Marii i małego Edwarda


.

...w każdym pokoleniu dwoje dzieci: książątko i borta, nierówne urodzeniem, lecz jednako obdzielone mocą, z której użytek chwalebny czynić mogą, aż ich czas się wypełni.

D’ar Tenevery, 471 r. p.c.

Prolog,

w którym pewnego złodzieja spotyka niemiła niespodzianka

Bezgłośnie przypiął sakiewki do pasa, zamknął pustą szkatułę, odwrócił się – i dopiero wtedy ją zobaczył.

Stała przy drzwiach, zanurzona w gęstych cieniach, niczym półprzejrzyste widmo. Uśmiechała się lekko.

Nie był przesądny, ale przeszły go ciarki. Odruchowo sięgnął po swój nóż do rzucania i zacisnął palce na rękojeści.

Przez chwilę stali wpatrzeni w siebie bez słowa.

Książęcy pałac w Bryn, stolicy Malgrecji, był pogrążony w ciszy. Burza, na którą zanosiło się przez cały dzień, nie nadeszła, a noc nie przyniosła ulgi – ciemności zapadły jak dusząca pluszowa kurtyna, a powietrze dalej smakowało upałem. Wiatr ucichł. W garderobie księżnej nie drgnęły ani zasłony w otwartych oknach, ani malowane pawie na rozpiętych przy toaletce parawanach. Zalegające w komnacie zapachy: puder, drzewo różane, zwietrzałe perfumy, zawisły w powietrzu warstwami, ciężkie i nieruchome. W ogromnym lustrze ujętym w pozłacane ramy odbijały się zastygłe postaci złodzieja i dziewczyny, nierzeczywiste i pomniejszone, jakby oboje znajdowali się na dnie ciemnego jeziora.

On oprzytomniał pierwszy. Wyciągnął przed siebie rękę z nożem, znacząco ważąc go w dłoni.

– Tylko spróbuj krzyknąć, a przebiję ci gardło.

Energicznie potrząsnęła głową i postąpiła o krok do przodu, wychodząc z cienia.

Teraz widział, że ma przed sobą dziewczynę z krwi i kości. I że ta dziewczyna trzyma miecz. Bardzo, bardzo pewnie.

Na widok jego miny uśmiechnęła się szerzej i wtedy uświadomił sobie, że to nie jest jakaś dręczona bezsennością pokojówka, tylko ta stuknięta malgrecka księżniczka. Wszystko, co o niej słyszał, sprawiło, że wyobrażał ją sobie jako wścibskiego dzieciaka, powiedzmy, dwunastoletniego, tymczasem stała przed nim postawna, niemal dorosła dziewczyna, na którą w innych okolicznościach popatrzyłby zapewne o wiele przychylniej.

 

I wtedy nagle dotarło do niego, że wszystko skończone.

Że jeśli choćby tknie ją palcem, jest martwy. Nie wiedział, jakie konkretnie kary grożą za napaść na członka rodziny książęcej w Malgrecji, bo każde z Siedmiu Księstw miało swoje własne prawa, ale podejrzewał, że w grę wchodzi łamanie kołem, rozrywanie dzikimi końmi i inne tego rodzaju ponure atrakcje.

Nie czuł złości ani strachu, tylko jakby urazę. Nie zasłużył sobie na to. Przecież był naprawdę dobrze przygotowany. O wszystkim pomyślał. Nikt go nie znał w Bryn. Trzymał się z daleka od gospód i targu, żeby się nie rozpraszać drobnymi pokusami. Przez dwa tygodnie obserwował pałac, to w dzień, to w nocy. Wiedział, kiedy zmieniają się straże i który gwardzista spędza swoją wartę nie na korytarzach, tylko w alkowie pewnej uroczej damy dworu. Uśpił psy. Wdrapał się po prawie pionowej ścianie, używając samych haków. Był dobry, naprawdę dobry. Tak dobry, jak tylko może być ktoś, kto przy kradzieży nie posługuje się magią.

– Psy – podpowiedziała, wyraźnie czytając mu w myślach. – Nie słyszałam psów. W taki upał byłyby niespokojne całą noc.

Zacisnął zęby, aż zgrzytnęło. Malgrecka księżniczka patrzyła na niego wyczekująco i jakby z nadzieją, obracając miecz w ręku.

Rzucił się do ucieczki.

*

Na początku próbował biec bezgłośnie, ale kiedy popędziła za nim, dudniąc piętami i wrzeszcząc tak, że umarłego zerwałaby z grobu, zrozumiał, że hałas jest jego sprzymierzeńcem. Był pewien, że zaraz pojawią się straże, pokojówki, ktokolwiek – i powstrzymają tę nieszczęsną wariatkę. Niestety, nic takiego nie nastąpiło.

Owszem, mijali zaskoczonych gwardzistów, wyrwane ze snu panny pokojowe, a nawet wpadli kolejno na kogoś, kto nawet w koszuli nocnej i szlafmycy zachował takie dostojeństwo, że musiał być co najmniej podczaszym, ale wszyscy tylko patrzyli z rozdziawionymi ustami i wcale nie kwapili się do interwencji.

Złodziej i księżniczka przemknęli przez korytarz na drugim piętrze, zbiegli po schodach, wbiegli do pralni, gdzie on wpadł na stos cynowych miednic, a ona na moment zaplątała się w rozwieszone prześcieradło, wybiegli w kakofonii ogłuszającego hałasu – i znów na schody. Wszystko to powoli zaczynało przypominać senny koszmar.

Kiedy mijali wejście do północnej baszty, obejrzał się przez ramię: sadziła za nim długimi susami i wymachiwała mieczem. Z wrażenia potknął się i przejechał kilka jardów na tyłku po wypolerowanej posadzce, aż uderzył w małe drewniane drzwi. Zamek odskoczył ze zgrzytem i drzwiczki uchyliły się, wypuszczając falę kwaśnego fetoru. Złodziej jednak nawet się nie skrzywił, tylko zerwał na równe nogi i wpadł do środka, pewny, że wybawienie jest blisko. Trafił do wieży ustępowej – w mroku majaczył cuchnący otwór, przez który nieczystości spadały do fosy.

Księżniczka już go doganiała, więc odpiął od pasa jedną z sakiewek wypełnionych klejnotami księżnej i z całej siły cisnął nią w dziewczynę. Dobiegło go zduszone „uumpf” i szczęk upadającego miecza.

Chwilę później złodziej ścisnął palcami nos i skoczył szczupakiem w cuchnącą ciemność książęcego wychodka.

Rozdział pierwszy,

w którym Zefiryna zamyka kufer, a czytelnik dowiaduje się nieco o księżniczce, która wskoczyła do wychodka

– Co ty sobie w ogóle myślałaś? Że złapiesz go w locie? – zapytał książę Narretes, wychylając się z okna, żeby splunąć pestką moreli prosto w kurka na dachu sąsiedniej wieży. Rozległ się satysfakcjonujący brzdęk, a kogutek z cienkiej złotej blaszki zafalował, rozsiewając dookoła drżące słoneczne refleksy. Był środek lata i cały pałac w Bryn tonął w miodowym, gęstym świetle późnego popołudnia. – Nie bałaś się, że złamiesz sobie kark? Przecież wiesz, jak to wysoko.

– Miałam miękkie lądowanie – mruknęła jego siostra, księżniczka Zefiryna, próbując domknąć wieko ciężkiego kufra. – A tak naprawdę to myślałam tylko o tym...

– Że Linnea cofnie zaproszenie – wszedł jej w słowo – kiedy o tym usłyszy?

Zefiryna rzuciła mu ponure spojrzenie spod rzęs. W każdym innym przypadku zarzuciłaby mu, że jest po prostu zazdrosny, bo to ona złapała złodzieja, ale po tym, jak skandaliczne plotki o księżniczce, która wskoczyła do wychodka, obiegły wszystkie Siedem Księstw, sama musiała przyznać, że tym razem być może odrobinę przeholowała.

– Zresztą, może tak byłoby lepiej? – powiedział Narretes z przewrotnym uśmieszkiem. – Nie wiem, czy to na pewno najlepszy moment na odwiedziny. Pogrzeb jej ojca był ledwo trzy miesiące temu, a teraz jeszcze zaginęła d’ara Romania...

– Skoro dla Linnei to był dobry moment, żeby mnie zaprosić, to dla mnie jest dobry, żeby przyjechać – mruknęła księżniczka, mocując się z kufrem. Zerknęła na brata, czy nie zamierza jej pomóc, ale Narretes przyglądał się tym zmaganiom z pogodnym zainteresowaniem i ewidentnie nie miał zamiaru opowiadać się po żadnej ze stron. Zefiryna prychnęła, po czym z rozmachem usiadła na skrzyni, a wtedy wieko wreszcie opadło i zamek zaskoczył z metalicznym trzaskiem.

– W każdym razie, gdyby z tym zaproszeniem nie wyszło, mogłabyś po prostu jechać ze mną do Koryncji – powiedział lekko Narretes. Zefiryna uśmiechnęła się pod nosem, wyczuwając w jego głosie tęskną nutę – pierwszy raz w życiu mieli się rozstać na dłużej i przyjemnie było stwierdzić, że Narretes też czuje się z tym nieswojo.

– I co miałabym tam robić? – Wymierzyła skrzyni solidnego kopniaka. – Siedzieć na trybunach, powiewać wstążką i patrzyć, jak popisujesz się przed Hiacyntą?

– Muszę wygrać wszystkie walki na turnieju. Znam swoje obowiązki. – Uśmiechnął się z wyższością.

Zefiryna prychnęła pogardliwie i przewróciła oczami.

To zwiewne i wdzięczne imię nadała jej kochająca matka, bardzo szybko jednak okazało się, że ma się ono nijak zarówno do wyglądu księżniczki, jak i jej charakteru. Prawdopodobnie już zaskakująco dziarskie wrzaski niemowlęcia powinny dać księżnej do myślenia i podpowiedzieć jej, że tym razem ma do czynienia z nieco innym typem córki, ale jako że dwie starsze nazwała Laurencja i Akwilina, Zefiryna wyszło tak trochę z rozpędu. Książę Narretes urodził się dwadzieścia minut po Zefirynie i krzyczał równie wytrwale i głośno jak ona, ale po chłopcach tego przecież należy się spodziewać.

Nie byli identycznymi bliźniętami, na całe szczęście – jak mawiał ich ojciec – bo wtedy wcale nie dałoby się ich odróżnić. Siedemnastoletni Narretes był przystojny – to od razu rzucało się w oczy. Orzechowe loki, ścięte tuż nad karkiem i podwijające się za uszami, błyszczące, lekko skośne oczy, orli nos i śmiała postawa, jakby nieustannie szykował się do skoku na głęboką wodę – słowem: śliczny i gładki jak dobrze ubite masło, jak mawiała z kolei pałacowa kucharka, z którą wiecznie głodne bliźnięta były w dobrej komitywie.

Jeśli zaś chodzi o Zefirynę, wyglądało na to, że Stworzyciel zaczął od Narretesa, a potem odbił Zefirynę od tej samej sztancy, wprowadzając tylko najbardziej niezbędne poprawki w sferze tego, co różni książęta od księżniczek. Księżna matka biadała nad ciemną karnacją córki, jej wystającymi, wiecznie podrapanymi i poobijanymi kolanami, chłopięcą sylwetką, a nawet nad uroczą przerwą między górnymi jedynkami, przez którą tak wspaniale dało się pluć na odległość. „Może ona jeszcze z tego wyrośnie” – pocieszała się księżna. Owszem, Zefiryna wyrosła – obecnie była wyższa o całe dwa cale od Narretesa i pozostawało tylko mieć nadzieję, że tak wyraźna przewaga ją zadowoli i na tym poprzestanie.

O wiele więcej trosk przysparzało jednak księżnej zachowanie córki, które początkowo próbowała naprostować odpowiednią edukacją: sprowadziła dla małej Zefiryny najlepsze guwernantki i mistrzynie etykiety, które miały się nią zajmować, podczas gdy Narretes uczył się władania mieczem i tropienia zwierzyny w lesie. Szybko jednak stało się jasne, że bliźniąt nie uda się rozdzielić nawet na czas trwania lekcji: zawstydzone guwernantki snuły się po pałacowych korytarzach, nawołując młodą księżniczkę, podczas gdy Zefiryna bawiła się w najlepsze z Narretesem na strzelnicy albo ścigała się z nim konno po lesie. Księżna w końcu zlitowała się nad biednymi nauczycielkami i odesłała je, co dla Zefiryny było ostateczną przepustką do biegania boso, gwizdania na palcach, łażenia po drzewach i przyjaźnienia się z koniuszymi.

Księżna liczyła, że kiedy Zefiryna nieco podrośnie, zacznie spędzać więcej czasu ze swoimi starszymi siostrami i pod ich zbawiennym wpływem zmieni się z opalonego i rozczochranego dzikusa w nieśmiałą, dobrze ułożoną panienkę – albo chociaż przestanie wycierać nos w rękaw. Nic z tego. Zefiryna obchodziła je z daleka, jak cenne eksponaty, które można łatwo zabrudzić albo potłuc, aż w końcu Laurencja i Akwilina, nie zdziaławszy zbyt wiele w kwestii ujarzmienia młodszej siostry i nie mając nic lepszego do roboty, dorosły i kolejno wyszły za mąż, po czym opuściły rodzinny kraj. Teraz zaś bliźnięta miały wyjechać: Narretes na turniej rycerski do Koryncji, a Zefiryna na sarbancki dwór, by odwiedzić przyjaciółkę z dzieciństwa, księżniczkę Linneę.

– Coś ty tam napakowała? – dziwił się Narretes, próbując przesunąć ciężką skrzynię po podłodze.

– Same najpotrzebniejsze rzeczy.

– Ale chyba nic mojego? – Dotknął metalowego zamka i syknął, kiedy siostra dała mu po łapach.

– Skąd! – burknęła, mając nadzieję, że Narretes odkryje brak swojego ulubionego noża i jeszcze kilku drobiazgów dopiero, gdy ona już wyjedzie.

– To chyba największy kufer w całym pałacu. Sam bym się tam zmieścił.

– Może to nie najgorszy pomysł. Linnea byłaby zachwycona. Pamiętasz, jak jej się oświadczyłeś, kiedy mieliśmy po pięć lat?

Narretes zaśmiał się z bezduszną radością kogoś, kto przez kolejne dwanaście lat złamał serca kilkunastu innym panienkom, czasem nie musząc nawet kiwnąć przy tym palcem. Teraz był zaręczony – naprawdę zaręczony – z księżniczką Hiacyntą i wkrótce miał dokonać na jej cześć wielu śmiałych czynów. Zefiryna długo się tym gryzła, bo mdła jak budyń Hiacynta nijak nie pasowała w jej opinii do Narretesa. Istniała oczywiście możliwość, że księcia o wiele bardziej pociągały bohaterskie czyny niż sama Hiacynta, a w takim razie wyszaleje się na turniejach i wróci, nie ma się więc czym martwić. Ale Zefiryna się martwiła – odkąd ogłoszono zaręczyny Narretesa i Hiacynty, z dnia na dzień miała coraz gorszy humor, narzekała, że coś ją gniecie w żołądku, znikała gdzieś bez przerwy i prawie straciła apetyt – aż przyszedł list od Linnei, która zapraszała ją do siebie. Był to zaiste zbawienny zbieg okoliczności. Zefiryna, gdy tylko upewniła się, że to ona wyjedzie z domu pierwsza, od razu odzyskała werwę.

W Lidze Siedmiu Księstw, położonych wokół Morza Seremackiego, panował zwyczaj wzajemnego zapraszania księżniczek na zaprzyjaźnione dwory. Młode damy robiły mnóstwo szumu, celebrując wyjazd, na który oczywiście należało uszyć z tuzin nowych sukien, po czym spędzały miesiąc w sąsiednim księstwie, opychając się ciastkami z lukrem i plotkując na potęgę. Pozornie były to czysto kurtuazyjne wizyty, ale ich polityczny kontekst dawało się łatwo wyczuć. Ponieważ Zefiryna pochodziła z Malgrecji, księstwa, którego nikt w Lidze nie brał całkiem serio, nie miała specjalnych nadziei, że ktokolwiek gdziekolwiek ją zaprosi.

List od Linnei – pierwszy po wielu latach – był dużym zaskoczeniem; Zefiryna myślała, że sarbancka księżniczka całkiem zapomniała o niej i Narretesie, chociaż kiedyś byli sobie tak bliscy. Sama Linnea zaś nie dawała o sobie zapomnieć – jako słynne magiczne dziecko pozostawała od zawsze wdzięcznym tematem plotek. W dzieciństwie Zefiryna uznawała zdolności Linnei za coś naturalnego; oczywiście, czary były cudowne – mniej więcej tak samo jak stanie na rękach i kąpanie się zimą w przeręblu. Teraz, kiedy w pełni zdawała sobie sprawę z możliwości Linnei, kręciło jej się w głowie na samą myśl, czego mogły razem dokonać – zwłaszcza pozbawione nadzoru d’ary Romanii, czarodziejki z Rady Magicznej, która od lat opiekowała się Linneą, a niedawno zniknęła w niewyjaśnionych okolicznościach.

– Nie zrobisz tam nic głupiego, prawda? – Narretes uniósł brew na widok rozmarzonego uśmiechu, który błąkał się na ustach Zefiryny.

– Ja? W życiu.

– Hm. Zobaczymy. Pozdrów ode mnie Linneę. I nie zapomnij tego. – Podszedł do zabałaganionej toaletki siostry i ujął w palce srebrną szpilkę do włosów z rubinem.

– Nie zapomnę – burknęła Zefiryna, wyrwała mu ją z ręki i spięła spiętrzone nad czołem loki. Dzięki przygodzie z wychodkiem zyskała – poza wątpliwą sławą – nową fryzurę, gdyż trzeba było ściąć jej włosy, oraz tę właśnie zapinkę, którą księżna matka wybrała dla niej z odzyskanego łupu. Zefiryna nigdy dotąd nie nosiła biżuterii, ale dla szpilki z rubinem zrobiła wyjątek i zakładała ją z dumą, niczym trofeum wojenne.

 

Następnego dnia po schwytaniu złodzieja, który połasił się na klejnoty księżnej, zeszła do pałacowych lochów, żeby z nim porozmawiać. Miała niejasne wrażenie, że połączyło ich coś szczególnego, jakiś rodzaj duchowej więzi – w końcu był jej pierwszym złodziejem. Wyobrażała sobie, że będą prowadzić długo w noc fascynujące rozmowy i szermierki słowne, i kto wie... Niestety złodziej okazał się nabzdyczonym mężczyzną o żenująco wąskich horyzontach, który za nic miał uciechy salonowej konwersacji. Nie chciał opowiadać jej o swoim dzieciństwie, podróżach i dokonaniach, a kiedy zapytała, czy może coś dla niego zrobić, po namyśle poprosił o omastę do kaszy i grubszy koc. Zefiryna poczuła się dotknięta, wyczuwając jego niechęć – zupełnie jakby to nie on sam wkradł się do pałacu, tylko ona ściągnęła go tam podstępem, prosto w zastawioną pułapkę. Po tym rozczarowaniu uznała, że już nic jej nie trzyma w Malgrecji i jest całkowicie gotowa do wyjazdu.

Inne książki tego autora