Ostatni wieczórTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Sarra Manning

Ostatni wieczór


ISBN: 978-83-65521-23-1

TYTUŁ ORYGINAŁU: After the Last Dance



Copyright © by Sarra Manning, 2015

All rights reserved


Copyright © for the Polish translation by

Zysk i S-ka Wydawnictwo s.j., Poznań 2016


Redakcja: Joanna Brodniewicz

Projekt okładki i stron tytułowych: Tobiasz Zysk

Projekt graficzny i opracowanie techniczne: Rafał Kłos


Wydanie I


Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67, faks 61 852 63 26 Dział handlowy, tel./faks 61 855 06 90 sklep@zysk.com.pl www.zysk.com.pl Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

Spis treści

PODZIĘKOWANIA

PROLOG

ROZDZIAŁ I

ROZDZIAŁ II

ROZDZIAŁ III

ROZDZIAŁ IV

ROZDZIAŁ V

ROZDZIAŁ VI

ROZDZIAŁ VII

ROZDZIAŁ VIII

ROZDZIAŁ IX

ROZDZIAŁ X

ROZDZIAŁ XI

ROZDZIAŁ XII

ROZDZIAŁ XIII

ROZDZIAŁ XIV

ROZDZIAŁ XV

ROZDZIAŁ XVI

ROZDZIAŁ XVII

ROZDZIAŁ XVIII

ROZDZIAŁ XIX

ROZDZIAŁ XX

ROZDZIAŁ XXI

ROZDZIAŁ XXII

ROZDZIAŁ XXIII

ROZDZIAŁ XXIV

ROZDZIAŁ XXV

ROZDZIAŁ XXVI

ROZDZIAŁ XXVII

ROZDZIAŁ XVIII

ROZDZIAŁ XXIX

ROZDZIAŁ XXX

ROZDZIAŁ XXXI

ROZDZIAŁ XXXII

ROZDZIAŁ XXXIII

ROZDZIAŁ XXXIV

ROZDZIAŁ XXXV

ROZDZIAŁ XXXVI

ROZDZIAŁ XXXVII

ROZDZIAŁ XXXVIII

EPILOG

KODA

NOTA OD AUTORKI

Wszystkim kobietom i mężczyznom,

którzy bywali w Rainbow Corner.

Dziękuję Wam za inspirację, odwagę i poświęcenie.

PODZIĘKOWANIA

Wiele osób zanudzałam niemądrymi rozmowami o Rainbow Corner i opowiadałam, że pewnego dnia napiszę o klubie powieść. Dziękuję, że to znosiłyście, Julie Mayhew, Anno Carey i Sarah Franklin. Sam Baker — dziękuję za nasze epickie spotkania przy pizzy i winie Prosecco. Sophie Wilson i Sarah Bailey jestem wdzięczna za przyjaźń, Lesley Lawson — za literackie rozmowy przez ocean.

Tysiąc podziękowań dla mojej agentki Karoliny Sutton za wsparcie, a także dla Norah Perkins, Lucy Morris, Melissy Pimentel i wszystkich w Curtis Brown.

Bardzo dziękuję mojej redaktorce Manpreet Grewal za jej wnikliwą i czułą redakcję, która naprawdę nadała tej powieści pożądany przeze mnie kształt. (Nigdy nie wspomnę o dwudziestu tysiącach słów, które kazała mi wyrzucić).

I dziękuję Ci, Kate Hodges, za to, co nas łączy.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

PROLOG
Londyn, wrzesień 1943 roku

Stacja King’s Cross okazała się rozległa, wyższa niż katedra i zatłoczona ludźmi.

Była godzina dwudziesta, co prawdopodobnie nie oznaczało późnej pory w Londynie, w którym mieściły się nocne kluby, restauracje z pięknymi lnianymi obrusami i srebrnymi kubełkami na szampana, a mężczyźni w ciemnych garniturach i kobiety w etolach jadali kolację po spektaklu w teatrze. W Durham ludzie nie włóczyli się po nocach, ponieważ nie mieli dokąd pójść — poza pubami, a ona, no cóż, nie znała nikogo, kto bywał w pubach.

Tutaj, w Londynie, widziała jednak dziesiątki osób przemieszczających się szybko z opuszczonymi głowami i zaciętymi, pozbawionymi uśmiechów twarzami. Żołnierzy. Marynarzy. Wszędzie, gdzie spojrzała, mundury khaki i granatowe. Starszy mężczyzna z walizką, gdy poczuł na sobie jej wzrok, uchylił kapelusza. Jakaś kobieta usiłowała sobie poradzić z licznymi bagażami, dwójką małych dzieci i niemowlęciem.

Jej uwagę przykuły dwie dziewczyny, niewiele starsze od niej, w mundurach WAAF1, z nienagannie podwiniętymi włosami. Trzymając się pod rękę, energicznie maszerowały przed siebie. Ich niebieska serża była niemal w tym samym odcieniu co jej oczy, toteż pomyślała, że może mogłaby również dołączyć do WAAF, kiedy wiek pozwoli jej zgłosić się na służbę. Chociaż… Tym dziewczętom nie pozwalano latać samolotami. A szkoda, bo nauka latania wydawała się taka ekscytująca.

Im dłużej tam stała, tym częściej zamiast pędzącym przed siebie ludziom przyglądała się osobom, które się nie śpieszyły. Przeciągające się zbyt długo pożegnalne uściski: ręce z napięciem ściskające kurczowo czyjeś barki, szlochy nie w pełni zagłuszone przez odgłosy odległej orkiestry dętej i kakofonię zatrzaskiwanych drzwi pociągu. Odwróciła głowę od młodej pary — dziewczyna płakała w ramionach swojego kaprala, zasłaniając twarz chusteczką.

Nagle poczuła się tutaj bardzo mała i bardzo samotna. Zbyt wystraszona, by postawić jedną stopę przed drugą i wybrać kierunek, w którym chciałaby pójść. Nie miała się dokąd śpieszyć, nie było też nikogo, kogo mogłaby żegnać i rodziło się w niej podejrzenie, że jednak popełniła straszny błąd. Zawsze ją strofowano, że działa pod wpływem impulsu, chociaż coś więcej niż impulsywność kazało jej wskoczyć do pociągu do Londynu z „pogrzebowym” futrem matki na ramionach i wciśniętymi do walizki dwiema najlepszymi sukienkami siostry.

Do tej pory znaleźli już pewnie głupią, mściwą karteczkę, którą wsunęła za zegar na gzymsie kominka.

Wcale nie całowałam Cedrica. To on usiłował pocałować mnie! Uważam za podłe, że nie zgodziliście się mnie spokojnie wysłuchać, a zamiast tego oczekiwaliście, że natychmiast po odebraniu świadectwa ukończenia szkoły uszczęśliwiona dam się wyekspediować gdzieś na koniec świata, gdzie przyłączę się do Land Girls2.

No cóż, nie jadę. Gdy to przeczytacie, będę przeżywać najrozmaitsze przygody w Londynie, zamiast odgarniać do końca wojny świński gnój i spulchniać pola w sztruksowych pumpach i obrzydliwych, topornych buciorach.

 

Być może był to jej najbardziej pochopny, najbardziej impulsywny wyczyn. Och, gdyby tylko pomyślała o konsekwencjach swoich kroków…

— Hej, ty! Uważaj, gdzie tym machasz — wykrzyknął ktoś po lewej stronie.

Odwróciła się gwałtownie i zobaczyła dwóch mężczyzn z workami marynarskimi. Byli w mundurach, lecz ich khaki wyglądały na wyjątkowo świeżo wyprasowane i szykowne, a czapki przekręcili zawadiacko. Jeden miał włosy jasne, drugi — ciemne, obaj jednak byli silnymi, postawnymi chłopiskami i ani trochę nie przypominali chudych, bladolicych brytyjskich towarzyszy.

Zrównali się z nią, a ona stała z rozdziawionymi ustami, ponieważ pochodzili z tej czarodziejskiej krainy gwiazd filmowych, Broadwayu, tancerek w mieniących się kostiumach i wszystkiego, co było dobre, wspaniałe i w cudownym technicolorze.

Przeszli tuż obok niej, żartując głośnymi, radosnymi głosami i nagle przestał się dla niej liczyć fakt, że jest sama, pozbawiona celu i tkwi po uszy w straszliwych kłopotach. Ruszyła za nimi tak szybko, że walizka obijała jej się o nogi.

— Przepraszam! Halo, przepraszam! — krzyczała, doganiając ich, aż mogła szarpnąć któregoś za rękaw munduru khaki. — Proszę! Musicie mnie zabrać do Rainbow Corner!

* * *

Londyn, wrzesień 2003 roku

Dziewczyna wysiadła na stacji King’s Cross i stała przez chwilę ze spuszczonym wzrokiem.

Jakoś znalazła się w Londynie, chociaż zamiast Londynu równie dobrze mogła to być Afryka albo jakiekolwiek inne miejsce na Ziemi. Nic z tego wszystkiego nie wydawało się rzeczywiste.

Jedyną realną rzeczą był plik banknotów, tak gruby, że ledwie mogła go objąć palcami. Trzymała je od tak dawna, że aż ścierpła jej ręka, a zewnętrzne banknoty od jej potu zmieniły się w papkę. Już nawet nie przypominały pieniędzy. Nigdy zresztą tak o nich nie myślała. Od chwili, gdy je podniosła, były raczej tykającą bombą zegarową.

Usłyszała za sobą jakiś hałas i odsunęła się na tyle daleko, żeby mężczyzna w garniturze również mógł wysiąść z pociągu. Jej spojrzenie spoczęło na czubkach jego wyglansowanych czarnych butów; otworki w ich skórze tworzyły jakiś wzór. Buty lśniły tak mocno, że gdyby patrzyła wystarczająco intensywnie, mogłaby w nich dostrzec własne odbicie. Odwróciła od nich wzrok.

— Wiesz, dokąd zmierzasz? — Nigdy nie słyszała, żeby ktoś mówił w ten sposób. Jak gdyby każde słowo miało osobne, prawdziwe znaczenie.

A ponieważ słowa nigdy nie działały na jej korzyść, nie odezwała się.

Nie wiedziała, czego mężczyzna od niej chce. Miał piękny głos, buty i ubranie… Ale po mężczyznach w garniturach nigdy nie można się spodziewać niczego dobrego, tyle wiedziała na pewno.

— Dokąd chcesz pójść? — Tym razem spytał tak ostro, że aż się cofnęła. Objęła się ramieniem w pasie. Zauważyła na własnym podkoszulku smugi krwi, które nie były już czerwone, lecz zaschły do ciemnego, rdzawego brązu. — Znasz kogoś w Londynie? Rozumiesz, co mówię? — Przerwał na moment. — Mówisz po angielsku?

Wzruszyła ramionami.

— Boże, dopomóż — mruknął. Prawie położył rękę na jej ramieniu. Jednak się powstrzymał. — W takim razie lepiej chodź ze mną.

Nie miała wyboru. Potrafiła o siebie zadbać — o ile mogła się nigdzie nie ruszać i nie zdradzać żadnych tajemnic.

Nigdy wcześniej nie zastanawiała się, jak wygląda świat. Niemal nie myślała o życiu poza domem, poza pokojem z łóżkiem, pod którym znów dziś rano się obudziła. A jednak jakimś sposobem znajdowała się teraz w Londynie i nie miała zielonego pojęcia, jak tu trafiła.

I miała tylko tego mężczyznę, który prawie ją dotykał i mówił do niej jak do kogoś ważnego.

— Weźmiemy taksówkę — powiedział, po czym machnął ręką nad jej ramieniem, a wtedy ruszyła wraz z nim.

Jej palce, zaciśnięte na pliku banknotów, ponownie zadrżały.

1 WAAF — żeńska służba pomocnicza w Royal Air Force (przyp. tłum.). [wróć]

2 Land Girls — młode kobiety zatrudnione w czasie wojny przy pracach rolnych (przyp. tłum.). [wróć]

ROZDZIAŁ I
Czasy obecne

Nawet w Las Vegas, kiedy do baru weszła dziewczyna w ślubnej sukni, ludzie odwracali się i patrzyli. Panna młoda bez pana młodego chyba nie zdawała sobie sprawy z ich zainteresowania. Podeszła prosto do baru, postawiła walizkę i wspięła się na wysoki stołek obok stołka Leo.

Wtedy zrozumiał, że nie gapi się na nią z powodu jej szerokiej falbaniastej białej sukni, lecz ze względu na urodę. Lubił uważać, że uodpornił się na kobiece piękno. Spędził ubiegły rok w Los Angeles, gdzie nie sposób pójść po karton mleka do okolicznej bodegi1 i nie spotkać co najmniej jednej kobiety, która wydała tysiące dolarów na poprawę swojego wyglądu. Tu trochę przyciąć, tam trochę dodać…

Ta dziewczyna była jednak naprawdę oszałamiająca; aż poczuł wdzięczność, że usiadła obok niego, dzięki czemu mógł się wpatrywać w idealne rysy jej twarzy i zachwycać się nienaganną całością, na którą się składały. Och, poprawiała urodę, tak, lecz ingerencje były bardzo dyskretne. Kilka ostrzyknięć botoksem, ot, odrobina, która wciąż pozwalała okazywać emocje.

Jej włosy w miodowym odcieniu blond były ułożone w fantazyjną fryzurę i przystrojone diademem. Z wyraźnego nawet w słabo oświetlonym barze błysku kamieni Leo wnosił, że diadem przyozdobiono sporymi prawdziwymi brylantami.

Więcej brylantów połyskiwało na jej palcu serdecznym, ale nie dostrzegł obrączki, co mogło wyjaśniać, dlaczego duże, kształtne usta ułożyły się w smutną podkówkę. Chociaż, kiedy przykuł jej spojrzenie, skwitowała jego zainteresowanie mało entuzjastycznym wydęciem warg.

— Witaj — zagaiła ze znacznie wyraźniejszym brytyjskim akcentem niż jego i rozsiadła się wygodniej, a wtedy pełne fałdy spódnicy białej sukni rozłożyły się wokół niej niczym płatki kwiatu.

— Cześć — odparł, lecz zanim zdążył cokolwiek dodać, gburowaty barman, który wcześniej, zanim go obsłużył, długo go ignorował, w rekordowym czasie stanął przed dziewczyną i niecierpliwie oczekiwał na jej zamówienie.

Niepewnie przyjrzała się kolekcji butelek za barem.

— Szybko opuściłaś męża, co? — spytał barman, a ona gwałtownie zamrugała powiekami.

— Nie jestem mężatką — stwierdziła obojętnie. Wskazała na metry tiulu i jedwabnej tafty. — Pozory mylą.

— Czyli uciekająca panna młoda? Stchórzyłaś w ostatniej chwili?

Być może w pierwszym momencie zamierzała się obruszyć i uciszyć mężczyznę, zamiast tego jednak się uśmiechnęła.

Zanim to zrobiła, już była piękna. Ale kiedy wraz z jej szczerym uśmiechem błękitne oczy zamigotały równie mocno jak jej brylanty, zmieniła się w absolutny, cholerny ideał! Na ten widok Leo o mało nie pociekła ślinka.

— Och, kochany — zaszczebiotała do barmana, który teraz przestał udawać, że poleruje trzymaną w rękach szklankę. — To naprawdę strasznie nudna historia.

Chociaż dziewczyna wydawała się opanowana, ramiona wyprostowała tak sztywno, że Leo na samą myśl o tym poczuł bolesne współczucie — jak gdyby trzymała się prosto jedynie dzięki nadludzkiemu wysiłkowi, podczas gdy w rzeczywistości pragnęła się po prostu osunąć.

— Więc… zerwałaś czy…

Podniosła rękę na znak protestu.

— Proszę, żadnych pytań. Póki nie dostanę drinka.

— Co ci podać? Na koszt firmy, rzecz jasna — dodał barman, prawdopodobnie sądząc, że mimo tłustych, rzadkich włosów ułożonych w smutny mały czub, drżącego podbródka i faktu, że poleruje szklanki i serwuje drinki w jakiejś spelunie, ma u niej szansę. Ale przecież każdy ma prawo próbować.

— Poproszę kieliszek szampana.

Barman zagapił się na nią jak na kogoś, kto mówi po marsjańsku.

— Nie sprzedajemy szampana na kieliszki. W ogóle go nie mamy.

— Naprawdę? To niesłychane! — Odwróciła się do Leo i potrząsnęła głową, sugerując, że powinien podzielić jej niedowierzanie. Wzruszył ramionami, za co tym razem nagrodziła go konspiracyjnym uśmieszkiem, po czym znowu spojrzała na barmana. — No dobrze, kochany, co zatem serwujecie?

Zadowoliła się drinkiem dirty martini. Kiedy wypiła pierwszy łyk, zmarszczyła nosek, a wtedy barman wreszcie zrozumiał, że wcale, ale to wcale nie ma u niej szans, więc skupił uwagę na miseczkach z niespecjalnie świeżymi przekąskami i zostawił dziewczynę w spokoju.

Siedzieli we dwoje w milczeniu. Zwróciła się do Leo dopiero, gdy dopijała drinka.

— Jutro kończę dwadzieścia siedem lat — oznajmiła.

Nie był pewny, do czego zmierzała ani czy w ogóle chciałby się tego dowiedzieć. Kobiety, które wyglądały tak jak ona i które nosiły tej wielkości brylanty, na pewno oznaczały wyłącznie kłopoty. Ale czy kiedykolwiek wcześniej taka myśl go przed czymś powstrzymała?

— Wszystkiego najlepszego, z góry. — Podniósł szklaneczkę ze szkocką i lekko stuknął o ściankę jej kieliszka.

Przysunęła się, a on pomyślał, że mógłby zatonąć w jej ciepłym, słodkim zapachu.

— Rzecz w tym, kochany… Złożyłam przysięgę, że wyjdę za mąż przed ukończeniem dwudziestu siedmiu lat.

— Dwadzieścia siedem to nie tak znów dużo — zauważył. — Mnie się udało przetrwać bez ślubu znacznie dłużej.

— Z mężczyznami jest inaczej — upierała się, patrząc na swój pierścionek zaręczynowy. — Dla kobiety dwadzieścia siedem lat… No cóż, trudno to wyjaśnić.

Poczekał, aż dziewczyna przynajmniej spróbuje, ona jednak tylko nerwowo przekręcała na palcu ogromny kamień, który lśnił w świetle górnego reflektora tak mocno, że błyski oślepiały Leo.

— Słuchaj, najwyraźniej masz zły dzień, ale…

— Najgorszy ze złych. — Wyciągnęła dłoń przed siebie i wpatrywała się w pierścionek jak w obiekt odpowiedzialny za wszystkie jej obecne nieszczęścia. — Najgorszy, odkąd pamiętam.

— Wiesz — rzucił bez zastanowienia — mógłbym się z tobą ożenić. Jeśli chcesz.

Bogini zachłysnęła się łykiem martini.

— Ożeniłbyś się ze mną?! — spytała, kiedy już doszła od siebie. — Dlaczego, do diabła, miałbyś to zrobić?

Wzruszył ramionami.

— Kiedyś byłem skautem. Nadal lubię robić codziennie jeden dobry uczynek.

Przesunęła się na stołku i wpatrzyła w swego rozmówcę. Jej przypominająca ubitą pianę spódnica ocierała się o jego kolano w dżinsach.

— Nie jesteś żonaty, prawda?

— Nie. — Wyszczerzył zęby, widząc jej zmieszanie. Odpowiedziała nieśmiałym uśmiechem, a on uznał, że zaczyna lubić ich grę, nawet jeśli nie zna zasad.

— Masz narzeczoną albo dziewczynę, z którą dobrze się rozumiesz?

— Nie.

— Jesteś gejem? Nie żeby to w ogóle miało znaczenie, ale…

— Nie jestem!

Rozłożyła szeroko ręce.

— A jednak, kochany, zaskoczyłeś mnie. Podaj mi jeden dobry powód, dla którego powinnam za ciebie wyjść.

Istniało mnóstwo kiepskich powodów — na przykład, że małżeństwo należało do nielicznych rzeczy, których jeszcze nie spróbował. Poza tym to musiało być przeznaczenie: do baru wchodzi olśniewająca dziewczyna absolutnie gotowa powiedzieć: „ślubuję”, a brakuje jej tylko pana młodego. Przywołał barmana i zamówił dla niej kolejną whisky oraz wódkę z tonikiem, skoro dirty martini niezbyt jej zasmakowało.

— Podaj mi jeden dobry powód, dlaczego nie? — spytał.

Kiedy barman postawił przed nią drinka, pokręciła głową.

— Od czego by tu zacząć…?

— Do północy zostało ledwie kilka godzin. Myślałem, że ci się śpieszy.

Zrobiła kwaśną minę i poszukała wzrokiem bardziej odpowiedniego kandydata. Nie znalazła. Było tu tylko kilku starszawych gości, z których każdy przez ostatnią godzinę powoli sączył butelkę piwa, oraz mężczyzna w odległym rogu wpatrujący się w pustą szklankę z takim smutkiem, jakby dopiero co postawił oszczędności całego życia na czarne, a wypadło czerwone. Niemniej jednak dziewczyna zmrużyła oczy i rozważała dostępne opcje.

— Nie musisz za mnie wychodzić — powiedział Leo, czym znów przyciągnął jej uwagę. — Ale wypijmy po drinku i pogadajmy, a za godzinę czy dwie zobaczymy, co myślimy o tym pomyśle. Umowa stoi?

Podniosła szklankę i posłała mu kolejny z tych uśmiechów, które sprawiały, że Leo chciał natychmiast znaleźć kałużę i rzucić na nią kurtkę, po której dziewczyna mogłaby przejść.

— Stoi.

1 Bodega — mały latynoski sklepik spożywczy (przyp. tłum.). [wróć]

 

ROZDZIAŁ II
Wrzesień 1943 roku

Dwaj amerykańscy żołnierze przez jakiś czas się zastanawiali.

— Dlaczego musisz się dostać do Rainbow Corner? — zapytał jeden z nich. — Któryś z naszych zrobił ci krzywdę i twój papcio czeka tam ze strzelbą?

— Co takiego? — Zadarła głowę i zagapiła się na niego. Miał oliwkową cerę i ciemne oczy, i w innej sytuacji może uznałaby go za atrakcyjnego, ale nie teraz, skoro podejrzewała, że sobie z niej kpi, gdy tak stała w futrze matki, solidnych sznurowanych butach i skarpetach do kostek, a kusicielską czerwoną szminkę zdążyła już niemal całkowicie zlizać z ust. Jednak nie miał powodu traktować jej jak latawicy.

— Och…! Och nie! Absolutnie nic takiego. Chodzi o to tylko, no cóż… Przyjechałam tu aż z Durham… Znacie Durham?

Pokręcili przecząco głowami i uśmiechnęli się do niej z pobłażaniem jak do dziecka, które zeszło życzyć dorosłym dobrej nocy.

— Oczywiście, że nie znacie, ponieważ jest to najbardziej żałosne, najnudniejsze miejsce w Anglii, a ja… Zbombardowano nas i teraz nie mam rodziny ani domu, więc zdecydowałam, że skoro brak mi środków do życia, równie dobrze mogę biedować w Londynie. Rainbow Corner zobaczyłam w jakiejś kronice filmowej, w której lektor powiedział, że klubu nigdy nie zamykają, bo wyrzucili klucz do drzwi wejściowych, żeby zawsze były otwarte dla wszystkich, którzy chcą przyjść…

Trochę się wstydziła z powodu głupot, które tak łatwo płynęły z jej ust. Jeśli jednak ktoś nie znał wszystkich okoliczności, które doprowadziły ją do ucieczki z Durham, mógłby ją postrzegać w bardzo kiepskim świetle. Wyższy, bardziej tyczkowaty żołnierz, ten z gęstą czupryną włosów w kolorze pszenicy, nie wyglądałby wtedy na aż tak zmartwionego.

— Biedne dziecko, to okropne — powiedział, chociaż przecież nie była już dzieckiem. Dwa tygodnie temu skończyła siedemnaście lat. — Nie masz jakiejś rodziny, u której mogłabyś się zatrzymać?

Potrząsnęła głową.

— Nie. Zostałam zupełnie sama. — Westchnęła i wyobraziła sobie, że na pewno wygląda na całkiem opuszczoną. — Po prostu muszę się nauczyć jakoś sobie radzić sama.

Tymczasem jego przyjaciel patrzył na nią wzrokiem, który jej się nie spodobał.

— Zamiast się pchać do Rainbow Corner lepiej znajdź najbliższą siedzibę YWCA1.

Zrobiła zasmuconą minkę.

— Ale YWCA jest za bardzo chrześcijańskie i niedostatecznie młodzieżowe.

Tym razem obaj się roześmiali, a potem blondyn powiedział:

— Daj spokój, Danny. Minęły wieki, odkąd pomogliśmy damie w opałach.

— Ile masz właściwie lat? — spytał ów Danny.

— Dziewiętnaście — odpowiedziała natychmiast jak osoba, która wcale nie musi się zastanawiać nad takim pytaniem, gdyż ukończyła dziewiętnaście lat wiele miesięcy temu, jednak Danny prychnął, jak gdyby i w to jej nie uwierzył.

— W porządku, zabierzemy cię do Rainbow Corner, ale dość kłamstw, bo zacznę cię uważać za szpiega. A wtedy może cię raczej odprowadzę na najbliższy posterunek policji.

— Nie przejmuj się nim — rzucił drugi żołnierz, kiedy sapnęła z oburzeniem. — W zeszłym tygodniu opieprzył go dowódca naszej kompanii. Od tamtej pory jest w strasznym dołku. Mam na imię Phillip, ale wszyscy nazywają mnie Phil.

— Ja jestem Rosem… Rose — poprawiła się.

Blondyn błysnął w uśmiechu oślepiająco białymi zębami i podniósł jej walizkę. W metrze zapłacił za jej bilet i znalazł dla niej miejsce siedzące. I nawet mu nie przeszkadzało, że nie skupiała uwagi wyłącznie na nim, lecz również na wesoło oświetlonym wagoniku metra, siedzącej naprzeciwko niej dziewczynie w upragnionym, ekstrawaganckim kapeluszu na głowie, huśtających się wraz z ruchem pociągu przedmiotach, a nawet na ogłoszeniach. Tak wiele nowych rzeczy wzbudzało jej podziw.

Wszystko byłoby naprawdę fascynujące, gdyby tylko potrafiła przestać stale zerkać na zegarek i wyobrażać sobie, co dzieje się teraz w Durham. Na pewno już znaleźli karteczkę. Shirley powiedziała coś nienawistnego w stylu: „Nawet kiedy nie ma jej tutaj, i tak stanowi prawdziwe utrapienie!”, matka przypuszczalnie poszła do łóżka z typową dla siebie migreną, a ojciec zamknął się w swoim gabinecie. Odkryli już także, że zabrała futro i pożyczyła sobie czarną krepdeszynę Shirley oraz jej jasnoniebieską taftę, co tylko pogorszyło sprawę.

— O co chodzi? Jesteś zbyt ładna, żeby tak się smucić.

Zarumieniła się. Nikt nigdy przedtem nie nazwał jej ładną, chociaż uważała, że gdy zrobi jedną z min i nieco zmruży oczy, wygląda trochę jak Hedy Lamarr. To jednak nie wystarczy, żeby podobać się ludziom.

— To bardzo miłe, ale nie jestem…

— Byłabyś jeszcze ładniejsza, gdybyś się uśmiechnęła — naciskał Phil i wtedy posłusznie wykrzywiła usta, a on udał, że mdleje.

Danny w tym momencie chrząknął. Zdecydowała, że najlepiej go zignorować.

Następnym przystankiem był Piccadilly Circus.

Już samo wejście po schodach prowadzących ze stacji na ulicę podziałało na Rose ożywczo. Z powodu zaciemnienia nie widziała oczywiście ani pomnika Erosa, ani sławnych bill boardów, lecz już po kilku sekundach kształty i zarysy w nieprzeniknionej nocy zmieniły się w przechodniów. Czekali na przyjaciół lub paląc papierosy, chronili się w progach domów albo wystawali w kolejkach przed restauracjami i nocnymi klubami. Zewsząd docierały odgłosy ich śmiechu i rozmów.

Z niecierpliwości i podniecenia aż trzęsły jej się dłonie i podwijała palce u nóg w sznurowanych butach. Odnosiła wrażenie, że wszystko, co dobre i wspaniale, skupiło się w tym jednym miejscu, łącznie z gromadką wystrojonych dziewczyn, które zebrały się na rogu ulicy.

— Hej, panowie żołnierze, potrzebuje któryś partnerki do jive’a? — zawołała jedna z nich na widok Phila i Danny’ego.

— Dam całusa, jeżeli wprowadzicie mnie do Rainbow Corner — obiecała kolejna, trącając Rose biodrem, że aż się potknęła, zanim jednak zdążyła kopnąć dziewczynę lub szturchnąć ją łokciem, Danny chwycił mocno jej ramię i pchał ku wejściu.

— Lubisz się pakować w kłopoty, co? Dam ci pewną radę, dziecko: spędź noc na koszt Wuja Sama, a potem wracaj do domu.

— Ale powiedziałam ci, że mój dom zbombardowano. Nie mam już właściwie dokąd…

— Jasne, jasne. Bujać to my, ale nie nas! — wycedził, ciągnąc ją. Ponieważ tłum wokół nich gęstniał, przesuwali się coraz wolniej. — Wracaj do domu albo skończysz jak one.

Rose podążyła za jego spojrzeniem ku następnej grupie na przeciwległym narożniku. Wydawały się całkiem niewinne. Nawet ładne, chociaż wiedziała, że rzeczywiście istnieje pewne określenie dla tego rodzaju dziewcząt, które wystają na ulicznych rogach i wołają mężczyzn, których bez wątpienia nie znały. I pomyśleć, że właśnie ją ktoś nazwał rozpustnicą, gdyż rzekomo zachęcała do amorów syna dyrektora banku, okropnego tłustego Cedrica.

— Nie wydają się takie złe. Co ci się w nich nie podoba?

— W panienkach z Piccadilly? — odpowiedział z jakimś suchym chichotem, który był naprawdę dalekim krewnym śmiechu. — Dostatecznie szybko się dowiesz, jeśli nadal będziesz nagabywała amerykańskich żołnierzy na dworcach.

— No cóż, mnie się podobają! I wcale was nie nagabywałam!

— Przestań, Danny — syknął ostro Phil, otwierając wielkie szklane drzwi klubu. — Pani pierwsza.

Rose marzyła o tej chwili od bardzo długiego czasu, teraz jednak pochłonęła ją sprzeczka z tym pełnym nienawiści mężczyzną, a potem musiała się przeciskać obok garstki hałaśliwych żołnierzy, którzy akurat wychodzili… A teraz znalazła się w środku…

Zostawiła za sobą szary, monotonny świat — świat zajmujący się wyłącznie przetrwaniem, zaciskaniem pasa i oszczędzaniem rzeczy na lepsze czasy, które nigdy nie nadeszły. Chcąc przejść te drzwi i znaleźć się w niebie na ziemi, kłamała i kradła, uciekła i zaczepiła obcych mężczyzn.

Rainbow Corner!

„Marzenia nie mają zupełnie żadnego sensu, jeśli ze wszystkich sił nie staramy się ich urzeczywistnić” — pomyślała, rozglądając się wokół siebie. Prawdę mówiąc, oceniając ogromny hol, poczuła lekkie rozczarowanie. Miała przed sobą tablicę ogłoszeń z tymi samymi, urzędowo wyglądającymi znakami, które widziała wszędzie. Chociaż była tu także strzałka wskazująca wschód z napisem: BERLIN — 600 MIL. I kolejna, wycelowana w przeciwnym kierunku, ze słowami: NOWY JORK — 3271 MIL. A z balkonu powyżej, do którego prowadziły imponujące schody, dumnie powiewała amerykańska flaga. Gdy Rose zastygła i starała się nie słuchać osób rozmawiających i krzyczących do siebie w ten szybki, łatwy sposób, który wydawał się typowy dla Amerykanów, wówczas dotarły do niej odległe dźwięki zespołu grającego jakiś swingowy, zaraźliwy utwór. Tu chciała być…

— Rosie?

Phil szarpnął ją delikatnie za rękaw i poszli do recepcji obsługiwanej przez dwie kobiety w ciemnoszarych mundurach. Trzymała się na uboczu, kiedy obaj żołnierze się meldowali i pytali, czy plotki o gorącym prysznicu są prawdziwe. Nadal słyszała muzykę zespołu; kołysała się w miejscu, jedną stopą wybijając rytm, aż zauważyła, że obie recepcjonistki patrzą na nią z lekkim zdziwieniem.

— Dzień dobry — odezwała się, miała nadzieję, że pewnym siebie głosem. — Jestem z nimi.

— Uwierzycie, że to młodsza siostrzyczka Phila aż z Des Moines? — Danny posłał kobietom spojrzenie, którego Rose nie widziała, ale jedna z nich, brunetka wyglądająca na formalistkę, uśmiechnęła się.

— Nie będę sprawiać kłopotów — zapewniła Rose. — Naprawdę!

Druga kobieta, która wydawała się jeszcze bardziej nadgorliwa, nie dała się przekonać.

— Ma na pewno zabawny akcent jak na tamtą część świata — oznajmiła oschle.

— Tak, jest trochę pretensjonalna — przyznał Danny, a Rose syknęła przez mocno zaciśnięte zęby. „Jak on śmiał?”. — Podczas pobytu tutaj ma nadzieję upolować księcia.

Nagle wejście do Rainbow Corner nie było teraz aż tak ważne jak pchnięcie Danny’ego mocno między łopatki, na szczęście recepcjonistki się roześmiały.

— Zdaje mi się, że tam gra w bilard hrabia… Lepiej trzymaj siostrę z dala od niego.

— Dziękuję. Bardzo, bardzo wam dziękuję. Nawet nie dostrzeżecie mojej obecności tutaj — obiecała Rose Philowi, kiedy się oddalali. Uśmiechnęła się do niego szeroko. — Przez minutę było niebezpiecznie. — Odwróciła się do Danny’ego. — Dziękuję ci za pomoc — dodała chłodno.

— Nie ma za co, dziecko — odparł i dotknął czapki, udając, że salutuje. — Zobaczymy się później.

Poczuła ulgę, gdy odszedł. Phil również podniósł swój worek marynarski. Rose wiedziała, że da sobie tu radę, ponieważ wszyscy zgodnie twierdzili, że jankesi są bardzo przyjacielscy i nie robią ceregieli, a ponadto przebywała przecież pod opieką Amerykańskiego Czerwonego Krzyża, więc nic złego nie mogło jej się przytrafić.

— No… Strasznie miło było was poznać i jeszcze raz dziękuję — podsumowała pogodnie i wesoło. — Na pewno wszystko będzie teraz w idealnym porządku.

— To świetnie, nie? — mruknął Phil, a jego dobra, otwarta twarz nieco posmutniała. — Myślałem, że się zaprzyjaźnimy.

— Zaprzyjaźniliśmy się. Naprawdę, równy z ciebie gość, ale nie musisz się o mnie martwić — zapewniła go z beztroską, w którą sama nie wierzyła. — Jestem pewna, że masz w klubie wielu przyjaciół, z którymi chciałbyś spędzić czas i nie chciałabym przeszkadzać.

— Raczej nie chcesz, żebym ja przeszkadzał tobie — odparował, trochę przesuwając worek. — W Stanach takie jak ty określamy pewnym słowem…