Królowa baluTekst

Z serii: Brzydsza siostra #2
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Dla Kaleba

– kocham, tęsknię i jestem z Ciebie

bardzo dumna

Rozdział 1

− Gdzie my jesteśmy? – wyszeptałam, kiedy mój chłopak Jake Kingston zatrzymał samochód i zgasił silnik.

Wspominał, że zamierza zabrać nas gdzieś do centrum Los Angeles. W nocy. Nie działały latarnie, wszędzie walały się śmieci, a popękane ściany były pokryte graffiti. Okolica nie wyglądała na szczególnie bezpieczną. Wiem, dzięki mojemu bogatemu, sławnemu ojcu artyście wyznacznik bezpieczeństwa stanowiła dla mnie służba oraz najnowocześniejsze systemy alarmowe, ale tu było naprawdę strasznie.

− Pokażę ci.

Otwarł drzwi i wysiadł.

Co? Serio? Przywiózł mnie na róg Morderców i Rabunkowej i z premedytacją opuszczał naszą strefę bezpieczeństwa?

Obszedł samochód i spróbował otworzyć drzwi od mojej strony. Zablokowałam je. Spojrzał na mnie zdziwiony i nacisnął guzik na kluczykach, a srebrny zamek wyskoczył w górę. Wcisnęłam go z powrotem. Naprawdę oczekiwał, że dołączę do jego szaleństwa?

− Til, nie świruj. Nie ma się czego obawiać. Otwórz drzwi.

Ech. Musiał mnie nazwać Til. Tylko Jake tak mnie nazywał – skrót od Tilki, która była skrótem od mojego pełnego imienia, Matilda. W szkole wszyscy nazywali mnie Mati, w domu Tilka, a Jake mówił na mnie Til. Rymowało się z „mnóstwo dobrych chwil”. Które mi regularnie serwował. Użycie tego zdrobnienia działało na mnie jak kryptonit na Supermana.

Z czego Jake doskonale zdawał sobie sprawę.

Rzucając mu złe spojrzenie, odpięłam pas i pozwoliłam otworzyć swoje drzwi. Jego dżentelmeńskie zachowanie również zaliczało się do kategorii kryptonitu. (Do której należały też między innymi wszystkie sytuacje, kiedy mnie dotykał lub całował. A to działo się często).

Jakby na potwierdzenie moich słów Jake wziął mnie za rękę i poprowadził na chodnik, po czym złożył miękki i uroczy pocałunek na mojej prawej skroni. Zamknął drzwi samochodu, co zabrzmiało zupełnie jak zamykająca się cela więzienna.

Ruszył ulicą, a ja przywarłam do jego ręki. W odpowiedzi wzmocnił uścisk i posłał mi jeden ze swoich hollywoodzkich uśmiechów, na widok których kolana się pode mną uginały. Po przeciwnej stronie ulicy mamroczący do siebie mężczyzna pchał wózek sklepowy z całym dobytkiem. Prawdę mówiąc, bezdomnych też się bałam. Pewnie dlatego, że z rzadka ich widywałam. Nie chciałam myśleć, że jestem hobofobką.

Nie miałam jednak trudności, żeby przyznać się do bycia przestępcofobką, a obawiałam się, że w tutejszej okolicy gościć może wielu kryminalistów. Jake’owi nic by się nie stało – był postawny i wysportowany. A gdyby nie był się w stanie obronić, to zmusiłby niemal każdego do uległości urokiem osobistym.

Ale ja? Ja miałabym przerąbane.

− Jesteśmy na miejscu.

Zatrzymaliśmy się przed starym, opuszczonym budynkiem pokrytym farbą w sprayu i zasypanym szkłem z potłuczonych okien. Wywołał we mnie dreszcze z gatunku tych mało przyjemnych.

− Poznajesz to miejsce? – spytał.

− Tak. To tu zostaniemy zamordowani.

Pokręcił głową i się roześmiał, wyciągając z kieszeni klucze.

− Skąd masz klucz? – spytałam.

− Tata zna odpowiedniego człowieka. – Mogłam się tego była domyślić. – Chodź.

Weszliśmy po kamiennych schodach, a Jake otwarł potężne drzwi wejściowe. Zaskrzypiały tak, że dreszcz przebiegł mi po plecach.

− W horrorze widzowie właśnie krzyczeliby, żebyśmy nie wchodzili do tego strasznego budynku.

− Wiesz, że nigdy nie pozwoliłbym, żeby coś ci się stało.

Dobrze, że był taki zachwycający. Tylko dlatego weszłam za nim do środka.

No i dlatego, że byłam w nim po uszy zakochana.

Kiedy znaleźliśmy się już w środku, Jake zamknął za nami na klucz skrzypiące drzwi. Więżąc nas w środku. Następnie włączył w telefonie latarkę. Widzieliśmy zaledwie na metr do przodu, cała reszta tonęła w całkowitych ciemnościach. I strasznie śmierdziało. Zwierzętami, śmieciami i czymś, czego wolałam nie identyfikować. Zakryłam wolną dłonią nos i usta.

− To Alban Havelock Hotel. Swego czasu to miejsce było kultowe. – Jego słowa odbijały się wokół nas niepokojącym echem. Sufit musiał być wysoko. – Wszystkie gwiazdy filmowe lat dwudziestych i trzydziestych przychodziły tu tańczyć, nielegalnie pić i balować do świtu.

− Wciąż tu są? I straszą?

To go rozśmieszyło, ale ja wciąż miałam mdłości i zawroty głowy. A jeśli to był znak, że jestem opętana, ale nie zdawałam sobie z tego sprawy?

Zaskoczyło mnie, że byłam takim strasznym cieniasem. Przed wejściem do Hotelu z Horroru uważałam się, prawdę mówiąc, za twardzielkę.

Jeśli to tu zamierzał zaprosić mnie na bal, to podjął kiepską decyzję. Mogłabym mu nawet kazać długo czekać na odpowiedź, skoro tak bardzo mnie wystraszył, zabierając w to miejsce. Wiadomo, że bym się zgodziła, bo – no błagam – to najważniejsza chwila w życiu nastolatki, a jak już wspominałam, tak się składa, że kocham tego gościa. Ale zasłużył sobie na odrobinę niepewności.

Aż trudno uwierzyć, ale nie tak dawno temu zakładałabym, że Jake zwabił mnie tu, żeby jego przyjaciele (a moi wrogowie) Scott i Mercedes mogli zadrwić sobie ze mnie w stylu Carrie. Teraz jednak czułam się przy nim bezpiecznie. A przynajmniej tak było, zanim przyprowadził mnie do dziwacznego budynku przywodzącego na myśl morderstwa.

Z oddali dobiegł mnie jakiś odgłos i nie wytrzymałam. Wrzasnęłam i rzuciłam się w ramiona Jake’a. Nie w ramach podstępu, ale dlatego że byłam serio przerażona.

− To na zewnątrz, nie w środku – powiedział i widziałam, że próbuje się nie roześmiać.

− Masz pewność, że jesteśmy tu sami? – wyszeptałam, nie chcąc podnosić zbytnio głosu i obrazić duchów.

− Tak, hotel jest zamykany na cztery spusty. Jesteśmy bezpieczni.

Tak, bo zamki bardzo często powstrzymują morderców z tasakami.

− W zasadzie – powiedział, zbliżając swoje usta do moich – jesteśmy tak bardzo sami, że moglibyśmy się tu całować, ile wlezie.

W najmniejszym stopniu nie kusiło mnie, żeby pocałować mojego chłopaka, co stanowiło żywy dowód na stopień mojego spanikowania. Bo o ile moją supermocą była twarz pokerzysty, to wszystkie supermoce Jake’a lokowały się centralnie na jego ustach. Chłopak umiał całować.

A może moja niechęć do pieszczot była znakiem nadciągającej apokalipsy. Która, rzecz jasna, rozpoczęłaby się w tym zrujnowanym hotelu.

− Nie, dziękuję.

Znów się roześmiał i choć uwielbiałam dźwięk jego śmiechu, to miałam ochotę mu przyłożyć.

− Tędy – rzucił.

Szliśmy w milczeniu, nadstawiałam uszu, by wyłapać najlżejszy szmer, prawdziwy czy wyimaginowany. Zastanawiałam się, czy powinnam przesłać testament mojej siostrze Elli. Zostawiłabym jej swoją kolekcję filmów Johna Hughesa, a tacie mangowe ilustracje. Matka mogła zachować sobie jako schedę swoje gorzkie rozczarowanie moją osobą.

Jake wreszcie się zatrzymał, a moim oczom ukazał się fragment parkietu.

− Wiesz, że próbowałem wymyślić, co chcę zrobić ze swoim życiem, skoro nie zostanę prawnikiem?

Skinęłam głową, choć nie mógł tego zobaczyć.

− No.

− To właśnie chcę robić.

− Włóczyć się po starych, przerażających budynkach?

Włosy na przedramionach stanęły mi dęba. O Buddo, zaraz powie mi, że postanowił zostać seryjnym zabójcą, a to będzie jego kryjówka.

− Nie. Pozwól, że ci pokażę. Zostań tu.

I… puścił moją rękę! Widziałam, jak odchodzi, bo trzymał telefon, ale lodowaty strach ścisnął mnie za serce i przyprawił o drżenie. Jeśli wyskoczą na mnie jakieś przerażające lalki albo goście z piłami mechanicznymi, to Jake będzie musiał radzić sobie sam.

− Czemu zostawiłeś mnie w ciemnościach? – spytałam.

A właściwie wyjęczałam.

− Nie myśl, że są przerażające. Pomyśl, że są romantyczne.

− Nie są – poinformowałam go przez zaciśnięte zęby.

− Ja uważam, że są.

− Ha. I to mówi facet, który krzyknął „nareszcie” na zakończenie Dirty Dancing.

Położył telefon na podłodze, a chwilę później nastąpiła eksplozja światła, wypełniając całe pomieszczenie. Musiałam zamknąć na moment oczy. Kiedy byłam je w stanie na powrót otworzyć, zobaczyłam olbrzymie reflektory w rogach ogromnej, pięknej sali. Balowej? Była w trakcie odnawiania. Pod ścianami stały duże metalowe rusztowania, a drewnianą podłogę pokrywały płachty brezentu. Murale na suficie wyglądały olśniewająco. Ktoś szalenie utalentowany wymalował freski z królewskimi motywami. Miałam ochotę wspiąć się na rusztowanie, żeby im się przyjrzeć z bliska.

Jake podszedł i stanął koło mnie.

− Tata ma takiego klienta, Johna Biltmore’a, który zaczął przywracać hotel do stanu z czasów jego świetności. Wpadł ostatnio na kolację, zaczęliśmy rozmawiać i dotarło do mnie, że to właśnie chcę robić. Chcę być architektem. Chcę tworzyć budynki takie jak ten.

Wow. To zdecydowanie lepsze niż zamiar zostania seryjnym zabójcą. Pomyślałam o wszystkich skomplikowanych projektach z lego w pokoju Jake’a i wydało mi się logiczne, że chciałby zostać architektem.

− To wspaniale! – odparłam słabym głosem, czując wreszcie, jak krew wraca do moich palców u rąk i nóg.

 

− Pokażę ci.

Złapał mnie za rękę i splótł nasze palce, co zawsze sprawiało, że czułam się na swoim miejscu, jakby nasze dłonie były do tego stworzone.

− Dzisiejsze sale balowe w hotelach są zwykle bardziej nijakie, żeby mogli z nich korzystać różni ludzie na różne sposoby. Ale ta sala? Spójrz na jej styl. Jaki jest oryginalny. Człowiek, który założył ten hotel, pochodził z Australii. Zbił fortunę na kopalniach złota i ewidentnie uwielbiał filmy. Przyjechał do Stanów Zjednoczonych, żeby żyć w otoczeniu gwiazd kina. Pragnął stworzyć miejsce, w którym sławy chciałyby spędzać czas. Wszystko musiało być prima sort. Ostatecznie zatrudnił do zaprojektowania budynku Giovanniego Battistę, który należał do czołówki najbardziej znanych architektów tamtych czasów.

Przyglądałam mu się, gdy opowiadał coś o wpływach hiszpańskiego i włoskiego renesansu, złoconych łukach, kopułowych sklepieniach, i byłam zachwycona pasją, z jaką mówił. Jak bardzo wciągnął go ten wywód.

Kiedy uszła z niego para, odezwałam się:

− Kiedy dostaniemy się na studia, powinieneś wybrać to jako swój kierunek.

− Wiedziałem, że zrozumiesz.

Objął mnie i mocno przytulił, po czym zaczął wirować ze mną w ramionach. Nie mogłam powstrzymać chichotu. W wyjątkowo mało dystyngowany sposób.

Postawił mnie z powrotem na ziemi i przytulił. To musiało być to. Ta chwila. Serce mi mocniej zabiło, kiedy sięgnął do kieszeni i wyjął z niej… telefon? Salę wypełniła wolna piosenka mojego ulubionego irlandzkiego zespołu.

− Zatańcz ze mną.

Może i nie znosił romantycznych filmów, ale dobrze wiedział, jak być romantycznym partnerem. Może w ten sposób przygotowywał grunt. Kołysaliśmy się w takt muzyki, przytulał mnie, a jego dłoń powoli wędrowała w górę i w dół moich pleców. Znów poczułam dreszcze, tym razem jednak nie z gatunku tych lękowych. Ale Jake nic nie mówił. Ani o nic nie pytał. Po prostu tańczyliśmy.

Zazwyczaj by to w zupełności wystarczało. Ale niecierpliwiłam się i czasu było coraz mniej.

− Czy chodziło o coś jeszcze? Może chciałeś mnie o coś zapytać?

Odsunął głowę i spojrzał na mnie ze zdziwieniem. Szczerym zdziwieniem.

− Na przykład o co?

Zanim zdążyłam wyjaśnić, jak to sądziłam, że przygotowuje grunt, zadzwonił jego telefon i przerwał piosenkę. Jake spojrzał na numer, a twarz spochmurniała mu na moment.

− Daj mi chwilkę, Til.

Dziwne. Przeszedł na drugą stronę sali, poza zasięg głosu. Jake nigdy się w ten sposób nie zachowywał. Miałam wrażenie, że coś przede mną ukrywa.

Nagle nerwowe dreszcze przestały mieć cokolwiek wspólnego ze zrujnowanym budynkiem, a zaczęły wiązać się z tym, jak bardzo dziwacznie Jake postępował. Widać było wyraźnie, że jest zdenerwowany. Co się działo?

Rozłączył się. Stał jeszcze przez chwilkę, marszcząc z powagą brwi.

Kiedy do mnie wrócił, spytałam:

− Wszystko w porządku?

− Tak, w porządku. – Sprawiał wrażenie rozkojarzonego, jakby nie zważał na to, co mówiłam. – Ja… musimy się zbierać. Muszę oddać klucz ojcu.

− Chcesz pogadać o rozmowie telefonicznej? Kto dzwonił?

− Powiedziałem, że wszystko jest w porządku, Til. Zostawmy to – powiedział ostro.

Naprawdę ostro. Ostatnio zdenerwował się na mnie, zanim zaczęliśmy ze sobą chodzić. Nie wiedziałam, czy czuję się bardziej zraniona, czy zła.

Jake wyłączył światła, po czym poprowadził mnie przez w dalszym ciągu upiorny hotel. Tyle że tak bardzo skupiłam się na tym, co właśnie zaszło, że zapomniałam o strachu. Bo coś ważnego wydarzyło się podczas tej rozmowy telefonicznej. Coś, co go głęboko wzburzyło.

Coś, o czym nie chciał mi powiedzieć.

Czyżby mi jeszcze nie ufał? Czy nie wiedział, że zrobiłabym wszystko, by mu pomóc? Czemu mnie odtrącał?

Kiedy wróciliśmy do auta i odjechaliśmy, zdałam sobie sprawę, że ze wszystkich złych rzeczy, które się właśnie wydarzyły, jedna była absolutnie najgorsza.

Jake nadal nie zaprosił mnie na bal.

Rozdział 2

− Naprawdę cię nie zaprosił? – Ella była kompletnie zaskoczona. – Kiedy powiedział, że chce ci coś pokazać, pomyślałam, że… − Urwała.

Szłyśmy przez szkolny parking. Jake napisał, że nie da rady mnie rano podwieźć, więc pojechałam razem z Ellą.

− Naprawdę mnie nie zaprosił.

W każdej innej szkole byłoby oczywiste, że pójdziemy razem na bal. Ale nie w Malibu Prep. Te wszystkie wymyślne zaproszenia widoczne w internecie. Chłopcy chwytający się wybitnie kosztownych i wydumanych pomysłów, żeby zaprosić dziewczynę na bal. Taka stylistyka panowała w naszej szkole od dziesięcioleci. Przyjęła się też w innych miejscach, kiedy media społecznościowe pozwoliły podzielić się nią ze światem. Podczas gdy niektóre licea tego zakazywały ze względu na rozpraszanie uwagi uczniów i uczennic, nasza kompletnie się temu szaleństwu poddała i pozwalała młodym na oszałamiające zaprosiny.

Ostro rywalizowano, kto wpadnie na najlepszy pomysł, taki, który zyska popularność w sieci i uprawni chłopaka do przechwalania się tym do końca roku. Co oznaczało, że niektórzy zapraszali wcześnie, wykładając wszystkie karty na stół. Chcieli być pierwsi, na wypadek gdyby ktoś inny miał zaplanowane podobne zaprosiny. Innych niewiele to obchodziło, szli po linii najmniejszego oporu i decydowali się na zaproszenia wypisane na wieczkach rozmaitych wypieków („Byłoby SŁODKO, gdybyś poszła ze mną na bal”, „Bądź dobrą BABECZKĄ i chodź ze mną na bal!” albo „Masz ochotę na CIACHO, to pójdź ze mną na bal!”).

Byli i tacy, którzy czekali niemal do ostatniej chwili, obserwując bacznie konkurencję w nadziei, że ich nieszablonowe, wypasione zaprosiny znokautują wszystkie poprzednie. Czasem przypominało mi to wyścig zbrojeń z lat osiemdziesiątych.

Liczyłam jedynie na to, że Jake zwleka, bo intuicyjnie wyczuwa, jakie to dla mnie ważne, i chce zrobić to we właściwy sposób. Że pojmuje, że ten bal będzie zwieńczeniem mojej kariery przewodniczącej samorządu uczniowskiego i punktem kulminacyjnym licealnego życia (jeśli wierzyć filmom Johna Hughesa). Że zrobi to z kiczowatym rozmachem, który chwyci mnie za serce, a potem przeżyjemy ze sobą najwspanialszy wieczór balowy.

− Czy Trent już cię zaprosił?

Sprawy między moim przyjacielem i siostrą nie wyglądały zbyt dobrze. Ella niewiele na ten temat mówiła, ale czułam to za każdy razem, kiedy o nim przy niej wspominałam.

− Nie sądzisz, że gdyby to zrobił, opowiedziałabym ci wszystko ze szczegółami?

Prawda. Ella opowiedziałaby to pewnie całej szkole podczas porannych ogłoszeń. Albo wynajęła samolot, żeby wypisał to na niebie i oznajmił całemu miastu.

Podobnie jak hałaśliwe maszyny, które właśnie znajdowały się nad naszymi głowami i wypisywały: „Vanesso, bal?”.

Zamyślona nie patrzyłam, gdzie idę, i o mały włos nie potknęłam się o Randalla Haywortha. Leżał na asfalcie pokryty czymś przypominającym krew, otoczony zarysem białej kredy. W jednej dłoni trzymał bukiet słoneczników, a w drugiej napis: „Allison, nie reanimuj, tylko chodź na bal!”.

− Ktoś cię przejedzie i naprawdę będziesz potrzebował kredowego obrysu! – powiedziałam, ale nawet na mnie nie spojrzał, kiedy przechodziłam nad jego ciałem. – Naprawdę sądzi, że to romantyczne? Żadna dziewczyna nie marzy o dniu, w którym chłopak zaprosi ją na bal, używając świńskiej krwi.

W zasadzie, jeśli spojrzeć na horrory, do których oglądania zmuszała mnie Ella, połączenie świńskiej krwi i balów nie kończyło się dobrze.

Ella wzruszyła ramionami.

− To nawet nie jest oryginalne. Nie pamiętasz, jak jego starszy brat zrobił dokładnie to samo parę lat temu? Tyle że on upozorował wszystko w swoim pokoju wraz z fałszywymi glinami, taśmą policyjną, morzem krwi i szlochającą mamą. O mało nie przyprawił swojej dziewczyny o zawał.

Boszsz. Nic dziwnego, że inne szkoły zaczęły wprowadzać zakazy.

Usłyszałam, jak gdzieś za naszymi plecami Allison i Vanessa piszczą i krzyczą, przyjmując zaproszenia, a wszystko było nagrywane.

− Posłuchaj ich – powiedziała Ella z westchnieniem. – My nie będziemy takie żałosne, prawda?

− Proszę cię. Jasne, że będziemy. Gdybyśmy były końmi, musieliby nas odstrzelić. – Obie byłybyśmy upojone i równie piskliwe, i podekscytowane.

Gdyby do tego w ogóle doszło.

Dostrzegłam nasze odbicie w drzwiach wejściowych. Stanowiłyśmy z Ellą kompletne przeciwieństwa. Ona była drobniutka, blond, niebieskooka i doskonała, a ja wysoka, krągła, zielonooka i obecnie miałam niebieskofioletowe włosy. Twierdziłam, że zainspirowała mnie swoim teledyskiem pewna gwiazda muzyki pop, ale prawda była taka, że kolorami przewodnimi balu były fioletowy i srebrny, a ja chciałam pasować.

Widzicie? Wielka żenada. Ktoś powinien wybawić mnie z opresji.

− Wiesz co, mamy dwudziesty pierwszy wiek. Możesz po prostu sama zaprosić Jake’a – powiedziała Ella, przez co o mało nie potknęłam się o własne nogi.

Jakkolwiek wydawałoby się to seksistowskie, dziewczyny nie zapraszały na bal w Malibu Prep. Nieliczne zapraszały chłopaka, ale ten, jeśli się zgodził, musiał i tak zrobić coś wyrafinowanego na oczach wszystkich. Była to swego rodzaju nagroda pocieszenia. Nie było mowy, żebym zaprosiła Jake’a i zachowała godność.

− Zrobię to, gdy tylko ty zaprosisz Trenta.

Posłała mi znaczące spojrzenie.

− Bądź poważna.

Ha.

− Słuchaj, kociołku, garnek przypomina ci, że smolisz.

Do moich uszu dotarł dziwny odgłos, jakby ktoś wysypał właśnie wielką torbę m&m’sów do ogromnej miski. Odwróciłam się i zobaczyłam Ximenę Veracruz otoczoną setkami podskakujących piłeczek do ping-ponga. Usta miała otwarte, oczy wychodziły jej z orbit. Nadal trzymała dłoń na drzwiczkach swojej szafki, jakby je właśnie otwarła i została zalana pingpongową lawiną. Z szafki zwisał napis o treści: „Pójdź ze mną na bal. Piłka po Twojej stronie”.

Ella westchnęła tęsknie, a ja usiłowałam umniejszyć rozmach gestu.

− Próba sprzątnięcia tego wszystkiego w kwadrans, zanim rozpoczną się lekcje, odbiera sytuacji nieco romantyzmu.

Bo choć nasza dyrektorka pani Rathbone pozwalała na zaprosiny, to nie tolerowała bałaganu. Usiłowałam dojść do tego, czy Porter naprawdę chciał zabrać Ximenę na bal, czy zafundować im obojgu kozę i wykluczenie z imprezy. Doprawdy genialne. W ten sposób odhaczyłby zaproszenie, ale nie musiałby wcale iść na bal.

Siostra pociągnęła mnie za rękę.

− Chodź. Spóźnimy się.

Ella była moją zastępczynią, a także kapitanką drużyny cheerleaderek, i więcej godzin spędzała na pracach na rozmaite cele dobroczynne, niż powinna to robić jakakolwiek nastolatka. Wciągnęła mnie nawet w program korepetycji dla dzieci ze szkoły podstawowej. Ella należała do dziewczyn, które sprawiały wrażenie, jakby ptaszki i wiewiórki pomagały im sprzątać w domu. Ale kiedy czegoś chciała, nie było z nią żartów.

Zgłosiła się na ochotniczkę na przewodniczącą komitetu do spraw balu na dokładkę do wszystkich pozostałych zobowiązań. Co oznaczało, że to ona odwalała czarną robotę i codziennie obowiązki, podczas gdy ja byłam wizjonerką, której plan wcielała w życie, bo taka jestem łaskawa. Ale oznaczało to też, że kiedy postanowiła zwołać zebranie kontrolne, wszyscy musieliśmy się na nim stawić.

Pod salą samorządu uczniowskiego stali Parminda (Mindi) Kandhari i Victor Kim, skarbniczka i reprezentant trzeciej klasy. Zasysając się nawzajem, jakby to był jedyny sposób na dostarczenie tlenu do płuc. Stanowili szalenie dziwaczną parę. Victor był wzorowym uczniem, chodził na wszystkie kursy rozszerzone i uczestniczył w naukowym dziesięcioboju. Był zawsze poważny. W zasadzie nie byłam w stanie przypomnieć sobie, żebym kiedykolwiek widziała go uśmiechniętego. Mindi natomiast lubiła się dobrze bawić. Na tyle dobrze, na ile pozwalali jej bardzo surowi rodzice. Uwielbiała się śmiać, tańczyć, zachowywać tak niepoważnie, jak tylko się dało, i zawsze ledwo przechodziła z klasy do klasy.

Jakby czytając mi w myślach, Ella powiedziała:

− Wciąż nie pojmuję, co łączy tych dwoje.

− W tej chwili? Głęboko zakorzeniona potrzeba wyczyszczenia sobie nawzajem migdałków.

− Fu.

Właśnie wtedy minęła nas pani Rathbone, a mnie zaciekawiło, czy Ximenie się oberwie. Nie zatrzymując się, dyrektorka powiedziała:

− Panie Kim, panno Kandhari, o ile żadne z państwa nie wymaga resuscytacji, proszę powstrzymać się od publicznego okazywania uczuć. Dziękuję!

Pod wpływem słów dyrektorki odsunęli się od siebie. Spodziewałam się niemal usłyszeć odgłos odrywających się przyssawek.

 

− O, cześć.

Mindi pomachała do nas i weszła za nami do sali. Ella wyjęła telefon i zarządziła natychmiastowe rozpoczęcie zebrania. Przesunęła wzrokiem po swojej liście, upewniając się, czy wszyscy wykonali powierzone im zadania i czy wszystko szło zgodnie z planem.

Zdawałam sobie sprawę, że ani Jake, ani Trent się nie zjawili, choć powinni. Głównie dlatego, że należało to do obowiązków członków samorządu uczniowskiego, ale także dlatego, że najwyraźniej potrzebowali przypomnienia o świętej powinności, by zaprosić swoje dziewczyny na cholerną imprezę.

Organizacja tego balu stanowiła największe zwycięstwo mojej kadencji. Z obietnic wyborczych – udało mi się również uzyskać miejsca parkingowe dla najstarszego rocznika i nieformalne piątki. Rada odmówiła ustąpienia w sprawie inicjatywy „zdrowy lunch”, która zabraniała nam przynoszenia własnego jedzenia z domu i usiłowała zmusić nas do jedzenia paskudztw podawanych w stołówce. Choć nie uznawałam tego za całkowitą porażkę – przynajmniej kwitł czarny rynek batoników z przemytu.

Byłam jednak zdeterminowana, żeby w kwestii balu wszystko poszło po mojej myśli. Bo każdej imprezie w Malibu Prep towarzyszył cel dobroczynny. Zawsze brali w nich udział absolwenci. Bal nigdy nie był tylko po to, żeby licealiści dobrze się bawili i zrelaksowali. Nie wspominając już o tym, że trochę trudno byłoby przeżyć magiczny bal pod czujnym okiem taty i jego dziewczyny (nieważne, jak bardzo by się ją lubiło).

Przekonałam radę, żeby ta potańcówka należała wyłącznie do uczniów. Od nastolatków dla nastolatków. Musieliśmy jedynie przygotować setki dodatkowych zbiórek pieniędzy, żeby zrekompensować utracone fundusze.

Było warto.

Sięgnęłam po wymięty katalog balowy leżący na stole. Po raz kolejny otwarłam go na swojej ulubionej stronie. Motywem przewodnim balu było hasło „Marzenia się spełniają”, co świetnie korespondowało z tym, że moje życie stało się niemal doskonałe. Ponieważ nie musieliśmy się martwić o robienie wrażenia na dorosłych, mogliśmy zamówić wszelkie kiczowate dekoracje, na jakie mieliśmy ochotę. Ogromną karocę w kształcie dyni. Olbrzymi zegar niemal wskazujący północ. Obraz zamku do powieszenia na ścianie. Ciasto również w kształcie zamku. Ozdoby stołów składające się z kalii etiopskich pomalowanych sprayem na srebrno i stojących w fioletowych wazonach wypełnionych konfetti w kształcie zamków. Fioletowe orchidee zwisające z żywych roślin doniczkowych porozstawianych po sali. Prawdziwe papierowe serpentyny i łuki z balonów. Nie mogłam się doczekać, żeby zobaczyć końcowy efekt.

Odhaczywszy wszystkie punkty listy, Ella wyłączyła telefon i podziękowała nam za przybycie. Ale nie wszyscy przybyli. Opuszczanie zebrania nie było w stylu Jake’a. Wiedziałam jednak, że nie powinnam czuć się zaskoczona, że Trent się nie pofatygował. Odkąd powiedział nam o rozwodzie swoich rodziców, w zasadzie zerwał z nami kontakty. Nie rozmawiałam z nim od miesięcy, po części dlatego, że prawie w ogóle nie przychodził do szkoły. Ella odbywała z nim sporadyczne rozmowy, które podtrzymywały w niej nadzieję, bo nie potrafiła na nikim postawić krzyżyka. Bardzo chciałam, żeby Trent stał się na powrót sobą i przestał ignorować moją siostrę.

Tak naprawdę nie zerwali, ale czasem miało się takie wrażenie.

− Chłopcy tak robią – powiedziała kiedyś Ella. – Kiedy w ich życiu dzieje się coś trudnego, wyłączają emocje. Pozbiera się.

Jeszcze do tego nie doszło.

Jeden z członków komitetu miał do mojej siostry jakieś pytanie.

− Idź – rzuciła Ella. – Dogonię cię.

Gdy tylko wyszłam na korytarz, poczułam, że czyjaś dłoń wsuwa się w moją. Westchnęłam. Usiłowałam być lepszym człowiekiem, jak Ella. Mniej gburowato sarkastycznym. Przez co Mindi doszła do wniosku, że jesteśmy przyjaciółkami. Tak jakby.

Moje próby życzliwości odbijały się spektakularnym rykoszetem.

I trafiały we mnie.

Proszę, oto co dostawałam za wysiłki, by nad sobą pracować. Słusznie mówią, że żaden dobry uczynek nie ujdzie nikomu na sucho.

− Mówiłam ci, do jakich wniosków doszłam wczoraj wieczór na temat Victora, mojego chłopaka?

Ponieważ stawiałam na milszą, łagodniejszą Mattie Lowe, nie powiedziałam tego, co cisnęło mi się na usta. Czyli: „O, Victor to twój chłopak? Już o tym zapomniałam, bo nie wspominałaś o tym przez całe pół minuty”. Zamiast tego zdecydowałam się na:

− Do jakich?

− Uświadomiłam sobie, co będzie najlepsze w wyjściu za Victora, mojego chłopaka.

Kiedy po raz pierwszy poznałam Victora, naprawdę sądziłam, że nazywa się Victor Mójchłopak. Bo Mindi zawsze tak o nim mówiła.

− Sądzisz, że poślubisz Victora?

Musiałam się ugryźć w język, żeby nie dodać na końcu zdania „twojego chłopaka”.

Przytaknęła.

− Z pewnością. A kiedy już weźmiemy z Victorem, moim chłopakiem, ślub podczas pięknej ceremonii na plaży o zachodzie słońca, będę mogła zachować swoje inicjały.

Ponieważ miałam pozbawioną wyrazu twarz, ciągnęła:

− Bo oba nasze nazwiska zaczynają się na „K”.

Traktując moje milczenie jako zgodę na dalszą rozmowę, uśmiechnęła się do mnie.

− Będziemy mieli przeurocze kor-induskie dzieci.

Ja martwiłam się o partnera na bal, a ona planowała swoje przyszłe wesele. Nie łączyła nas żadna nić porozumienia, a moją głowę wypełniały niewypowiedziane obelgi. Udało mi się jednak zachować wszelkie sarkastyczne riposty dla siebie. Mindi i tak by ich nie zrozumiała. Wyzłośliwiałabym się na marne.

− Idę w tę stronę! – rzuciła. – Pa-aa!

Nie. Wolno. Kpić.

Moment później zjawiła się Ella.

− Odsiecz powinna nadciągać znacznie szybciej – poinformowałam ją.

Rzuciła mi zaskoczone spojrzenie, po czym uniosła telefon.

− Teraz już wiem, że komitet dobrze się spisuje, a krawcowa zadzwoniła, żeby mi powiedzieć, że daje radę z poprawkami.

Uśmiechnęłam się na te słowa. Znalazłam najdoskonalszą srebrną suknię balową. Taką, którą znałam z poprzedniego wcielenia. (Być może. Wciąż nie byłam pewna, o co chodzi z tą całą reinkarnacją i czy naprawdę istnieje). Suknia wyglądała jak z filmu, wielka, obszerna, szyta z koła spódnica z obcisłym gorsetem w kształcie serca pokrytym maleńkimi kryształkami i cekinami. I była srebrna.

Tak żeby pasowała do balu.

− I potwierdziłam fryzjera i mani-pedi.

Spojrzałam na nią ze zdziwieniem.

− A to po jakiemu?

− Mogłabyś przez pięć minut być dziewczyną?

Zacisnęłam mocno usta, żeby się nie roześmiać. Dzięki obecności Elli w moim życiu dobrze wiedziałam, o co chodzi. Nie byłam jednak przekonana, czy mam ochotę na fryzjera. Ostatnio kiedy poszłam z nią do salonu, przyczepili mi przedłużenia, które sama musiałam usuwać. Po części dlatego, że mnie drażniły, a po części dlatego, że Jake uwielbiał przegarniać palcami moje włosy, kiedy mnie całował.

Ja też byłam tego gorącą zwolenniczką.

− Pięć minut? Chyba mogłabym być dziewczyną przez pięć minut – powiedziałam teatralnym tonem. – Jeśli w ogóle pójdziemy na bal.

Szturchnęła mnie w ramię.

− Jasne, że pójdziemy. Chłopcy się opamiętają.

Pospiesznie wypowiedziałam w myślach życzenie, żeby jej optymizm i wiara w Trenta nie okazały się chybione. Żeby ją zaprosił.

A także żeby Jake zaprosił mnie.

Inne książki tego autora