Brzydsza siostraTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział 3

Na trzeciej lekcji mieliśmy niezapowiedzianą próbę alarmu przeciwpożarowego, która przeciągnęła się na czwartą, aż wreszcie pozwolili nam iść na lunch.

Trent zajął mi miejsce w kolejce. Nie było trudno go zauważyć. Przypominał trochę skrzyżowanie zombie i wysportowanego modela. W czasie wakacji rada szkoły postanowiła dokonać pewnych zmian. Pierwszą z nich było wprowadzenie wyjątkowo paskudnych mundurków z poliestru, które teraz musieliśmy nosić. Tak więc Trent miał swoje kolczyki, oczy pomalowane kredką i włosy nastroszone w trzydziestu różnych kierunkach jak prawdziwy emo, ale od szyi w dół wyglądał na porządnego ucznia w błękitnej koszulce polo i beżowych spodniach.

Nie mogłam nawet się z niego ponabijać, bo wiedziałam, że sama nie wyglądam lepiej.

− Hej – rzuciłam, dotarłszy do kolejki.

Miał w uszach słuchawki, więc mnie nie usłyszał. Wzięłam tacę i zaczęłam się zastanawiać, która z leżących przede mną rzeczy jest najmniej nieapetyczna. Poprawiłam okulary w czarnej rogowej oprawie, jakby mogły mi pomóc w dokonaniu wyboru. Nie miałam wady wzroku, po prostu mi się podobały.

Malibu Prep może i była świetną szkołą, ale miała zupełnie przeciętne stołówkowe żarcie.

W normalnych warunkach w życiu nie zobaczylibyście mnie w stołówce. Ale na dodatek do mundurków szkolna rada postanowiła zakazać przynoszenia lunchu z domu. Mieliśmy teraz obowiązek kupować posiłki w szkole.

Twierdzono, że ma to na celu zapewnienie wszystkim uczniom zdrowszej diety. Mnie się wydawało, że to sposób na zwiększenie dochodów, bo nic tu nie wyglądało jadalnie, a co dopiero zdrowo.

Rada mądrze podjęła tę decyzję latem, kiedy wszyscy byli na wakacjach. Nie nasza rodzina, bo dla taty wakacje polegały na tym, że spędzał w pracowni dwanaście godzin zamiast szesnastu. Ale wszyscy inni wyjechali, więc nie miał kto protestować.

Trent wreszcie mnie zauważył i na powitanie uniósł brwi. Ruszyłam za nim do stolika na Dalekiej Syberii. Najpopularniejsi uczniowie siedzieli pośrodku stołówki, a wokół nich rozlokowywały się poboczne grupki. My siedzieliśmy tak daleko od Jake’a Kingstona i jego przyjaciół, jak to tylko możliwe.

A ja, jak to miałam w zwyczaju od dziewiątego roku życia, obserwowałam Jake’a. Proszę. Śmiał się z czegoś, co powiedział Scott. Aż westchnęłam. Takie ciacho.

Najgorsze w sprawie Jake’a było nie to, że najprawdopodobniej nigdy się nawet do mnie nie odezwie, ale że znajdował się całkowicie poza zasięgiem. I nie mam na myśli wyłącznie naszego szkolnego statusu, ale też to – jak sobie stale powtarzałam – że był chłopakiem Elli. Nie żeby można było się co do tego zorientować. Prawie nigdy nie widywałam ich razem. Choćby dziś: Ella przyjechała do szkoły ze mną i z Trentem, a lunch jadała codziennie z nami, nie z Jakiem i jego świtą. Trudno się dziwić, bo kumple Jake’a byli absolutnie do bani.

Ale nawet gdyby niebo się rozstąpiło, rozbrzmiały trąby i stał się wielki cud, i Jake zaprosiłby mnie na randkę, musiałabym mu odmówić. Kodeks Dziewczyn zabraniał mi umawiania się z chłopakiem mojej przyrodniej siostry. A już zupełnie nie wolno było podejmować prób odbicia.

Nie żebym miała taką możliwość, ale przemknęło mi to przez myśl. (Choć w tamtym konkretnym scenariuszu byłam jakieś piętnaście centymetrów niższa, bardziej blond, szczuplejsza i emanowałam pewnością siebie).

Skoro już mowa o przyrodnich siostrach, kątem oka dostrzegłam Ellę. Należała do tych nielicznych dziewczyn z naszej szkoły, które wyglądały dobrze w mundurku. Nie mogłam pojąć, czemu na niej leżał tak dobrze, a na mnie tak koszmarnie. Zobaczyła mnie, pomachała, a potem podeszła, żeby się do nas przysiąść.

Co oznaczało, że nie miała zamiaru siedzieć z Jakiem. Znowu. Nie rozumiałam tego. Czy jedną z zalet spotykania się z najatrakcyjniejszym chłopakiem w szkole nie powinno być spędzanie każdej sekundy na pławieniu się w jego urodzie?

Byli najdziwniejszą parą, jaką w życiu widziałam.

− Cześć wam!

Czyżbym zapomniała napomknąć, jaka Ella była radosna? Wiem, że można się tego domyślić, skoro należała do cheerleaderek, ale była chyba najradośniejszą znaną mi osobą.

Wprawiało mnie to w ponury nastrój.

− Fajna sałatka. – Wskazałam tacę Elli.

Zwiędła sałata wyglądała wyjątkowo mało apetycznie.

− Coś muszę jeść – odparła Ella, ale wyglądała na równie zniesmaczoną jak ja.

− Sałata to nie jedzenie. Sałata to pożywienie jedzenia.

Byłam jedynym mięsożercą w naszej grupce. Zarówno Trent, jak i Ella byli wegetarianami. To boleśnie ograniczało wachlarz możliwości, kiedy szliśmy coś razem zjeść. Oboje przyjmowali odmienną taktykę mającą na celu przeciągnięcie mnie na ciemną stronę mocy. Trent ciągle próbował pokazać mi na telefonie zdjęcia z rzeźni. Ella usiłowała zaserwować mi tofu, twierdząc, że smakuje zupełnie jak mięso. Tylko wegetarianka mogła sądzić, że tofu i mięso smakują choćby w przybliżeniu podobnie. Przynajmniej Ella i Trent mieli wspólny temat – jaka ze mnie barbarzyńska dzikuska.

Dziś jednak pewnie mogliby coś wskórać, zważywszy na obrzydliwy wygląd mojego klopsa. Odsunęłam od siebie tacę.

− Zapomniałam o mleku – powiedziała Ella. – Macie na coś ochotę?

− Ja na przetworzony cukier.

Ella posłała mi pełne współczucia spojrzenie, po czym zwróciła się do Trenta, którego wciąż pochłaniał telefon.

− Trent?

Podniósł wzrok, a potem pokręcił głową.

− Dobra, zaraz wracam.

Kolejna rzecz, jaką ostatnio zauważyłam – jak Trent wodzi za Ellą spojrzeniem. Łączyła nas z Trentem dziwna przyjaźń. Popadliśmy w nią w gimnazjum jako dwoje społecznych wyrzutków. Spędzaliśmy razem czas, żartowaliśmy, pozwoliłam mu obejrzeć moją kolekcję filmów z lat osiemdziesiątych, ale szczerze mówiąc, nie wydawało mi się, żebyśmy mieli ze sobą zbyt wiele wspólnego oprócz zamiłowania do prawienia sobie złośliwości.

Nie należał do chłopaków, którymi mogłabym być kiedykolwiek zainteresowana, więc nie czułam zazdrości, że podoba mu się Ella, ale byłam trochę wkurzona, że zabrała jeszcze jednego chłopaka, na którym mi zależało.

Wiedziałam, że jestem niesprawiedliwa. Ella nie spotykałaby się z Trentem i nie starała się go sobą zainteresować.

Ale mimo wszystko.

− Wiem, że minęły zaledwie dwa dni, ale czy mogę powiedzieć, jak bardzo mam dość życia w tym faszystowskim stanie? Jeśli mam ochotę zjeść lunch składający się z czekoladowej babeczki i coli dietetycznej popity oranżadą w proszku, to mam do tego konstytucyjne prawo.

− To coś z tym zrób.

− Co?

Czyżby Trent Holden właśnie powiedział mi, żebym „coś z tym zrobiła”? Był urodzonym zblazowanym nicnierobem, któremu wszystko wisiało.

Wyciągnął jedną słuchawkę z ucha i wzruszył ramionami.

− Nie wiem. Może pora podjąć jakieś działania. Oboje narzekamy albo o czymś marzymy, a potem nie robimy nic, żeby poprawić sytuację. Chcesz znów przynosić własny lunch? To zrób coś.

W jego głosie pobrzmiewała nutka złości, co zaskoczyło mnie jeszcze bardziej. Nigdy wcześniej nie słyszałam, żeby się złościł.

− Co na przykład?

Znów wzruszył ramionami.

Potem przyszło mi do głowy, że już dwie osoby tego samego dnia zasugerowały, że powinnam się bardziej zaangażować. Może to znak z nieba. Albo zapowiedź katastrofy. Jedno z dwojga. Tata poważnie zaniedbał moją edukację religijną.

Zanim zdążyłam spytać Trenta, o co chodzi, zauważyłam, że w pobliżu naszego stolika kręci się Mercedes Bentley, rozmawiając z jedną ze swoich towarzyszek. Była naszą szkolną Cruellą De Mon, której osobiste kredo brzmiało: „Bezinteresowna nieżyczliwość”. Udawało mi się pozostawać w cieniu aż do zeszłego roku, kiedy w Malibu Prep zjawiła się Ella. Podejrzewam, że skoro nie mogła sobie pozwolić na podłość względem Elli, którą wszyscy uwielbiali, to ja stałam się łatwym celem. Dręczyła mnie, żeby dopaść Ellę czy coś w tym stylu.

Zbliżyła się do naszego stolika, żeby mieć pewność, że usłyszę jej następne zdanie.

− Prawdopodobieństwo jest równie wielkie, jak to, że Jake Kingston zaproponuje Mattie podwiezienie.

Kilka jej psiapsiółek roześmiało się w odpowiedzi.

Nie wiedziałam, czy to miał być eufemizm, czy mówiła dosłownie. Doszłam do wniosku, że nie jest wystarczająco inteligentna, żeby mówić z podtekstem.

Odkąd Jake skończył szesnaście lat i dostał dwuosobowy samochód – nie wiem, jakiej marki, jeden z tych czerwonych – ambicją wszystkich dziewczyn stało się zajęcie miejsca pasażera. Rzecz w tym, że Jake rzadko kogoś podwoził. Tych kilka dziewczyn, którym się udało, miało się czym chwalić. Można by pomyśleć, że Ella będzie się z nim woziła codziennie. Ja bym tak zrobiła. Ale chyba nigdy nie siedziała w jego samochodzie. Nie wiedziałam, czy on miał jakiś problem i tego nie proponował, czy proponował, a Ella odmówiła. NIE rozmawiałyśmy z Ellą o Jake’u z oczywistych przyczyn. Oczywistych przynajmniej dla mnie.

Rzecz w tym, że dziewczyny uciekały się w swoich staraniach do nieuczciwych i podstępnych zagrywek. Jedna udawała kontuzję, druga przebiła własną oponę. Przejażdżka z Jakiem stanowiła symbol statusu w Malibu Prep.

Jake nie wykluczał mnie więc jakoś szczególnie z cennych przejażdżek. Mimo to żołądek mi się zwijał, a w głowie powstawała pustka za każdym razem, kiedy Mercedes robiła jeden ze swoich przytyków.

W nietypowy dla mnie sposób zapominałam wtedy języka w gębie. Później przychodziła mi na myśl setka doskonałych ripost, ale nigdy wtedy, kiedy ich potrzebowałam.

W najlepszym razie byłam się w stanie zdobyć na:

− Prędzej zaproponuje mnie niż tobie.

Mercedes odrzuciła przedłużane blond włosy przez ramię swoją doskonale wymanikiurowaną dłonią.

 

− Tak myślisz? Naprawdę?

Nie powinno jej to obchodzić. Była dziewczyną Scotta. Choć gdybym ja była dziewczyną Scotta, podniosłabym standard do Jake’a szybciej, niż zdążylibyście powiedzieć „Nara!”. Chyba była po prostu wkurzona, że ośmieliłam się zareagować.

− Cóż – rzuciła półgłosem. – Muszę skonsultować to z Jakiem i dowiedzieć się, co o tym sądzi.

Nie miałam pojęcia, jakim cudem odkryła, że Jake mi się podoba. Ale wiele z jej uszczypliwych uwag krążyło wokół niego i tego, że ja mu się nie podobam. Posłała mi sztuczny, arogancki uśmieszek i odeszła jak kwoka z podążającymi w ślad za nią kurczakami.

Czterysta pięćdziesiąt siedem do zera dla Mercedes. Była w stanie pójść do Jake’a i zrobić ze mnie jakąś maniaczkę, której życiowym celem jest przejażdżka jego samochodem. Obserwowałam z niepokojem, jak usadowiła się koło Scotta, przytuliła do niego i zaczęła szeptać mu coś do ucha. Roześmiał się, a potem odwrócił i na mnie spojrzał.

Musiałam wbić wzrok w stół. Nie mogłam być świadkiem miny Jake’a, kiedy Mercedes robiła ze mnie wariatkę.

− Nie znoszę tej dziewczyny – wymamrotałam.

− Ktoś, kto został bez ironii nazwany na cześć dwóch samochodów, nie jest wart słuchania. Nie możesz traktować poważnie tego, co mówi.

Wiedziałam, że Trent ma rację. Mój mózg to wiedział. Wiedziałam, że Mercedes Bentley była bezmyślną, wysmarowaną samoopalaczem, napompowaną silikonem, posiadającą poprawiony nos marnacją przestrzeni. Wiedziałam też na logikę, że Jake nie był i nigdy nie miał być mną zainteresowany.

Czemu więc tak bardzo bolało, kiedy ktoś tak durny, jak Mercedes, mi to wytykał?

Rozdział 4

Patrzyłam, jak Trent i Ella schodzą po stopniach do jego samochodu. Ona coś powiedziała, a on odwrócił się do niej i uśmiechnął. Naprawdę się uśmiechnął. Rzadko kiedy się uśmiechał. A potem wyjął jedną ze swoich słuchawek i podał ją Elli. Ze mną nigdy nie dzielił się muzyką. Ona nie musiała się nawet wysilać – i proszę.

Ruszyłam ciężko korytarzem i zeszłam północno-zachodnimi schodami. Pani Rathbone powiedziała, że karę odbędę w sali dwieście trzy. Trzecie drzwi na prawo na drugim piętrze.

− Witaj, Mattie.

Przy biurku siedziała moja nauczycielka sztuki, pani Putnam, i patrzyła na mnie z czymś pomiędzy rozczarowaniem a uśmiechem. Słowo, które przyszło mi do głowy na jej widok, to „miękka” – jakby była rozmyta na krawędziach. Zauważyłam, że jasnobrązowe włosy upięła w niedbały kok przytrzymany ołówkiem, a jej twarz, ubranie i opuszki palców znaczyły wielobarwne smugi kredy. Należała do tych nielicznych nauczycieli, których lubiłam, i wstyd mi było, że dowiedziała się o mojej wpadce poza jej zajęciami.

Przy drzwiach stał otwarty laptop. Należało wpisać numer legitymacji uczniowskiej i hasło. Wprowadziłam numer i skorzystałam ze swojego podręcznego hasła, na które składała się data moich urodzin oraz nick ulubionego twórcy anime: tezuka827. Wcisnęłam enter.

Na ekranie pojawił się napis: „DZIĘKUJĘ, MATILDA LOWE. GODZINA ZGŁOSZENIA 14:37”.

Mówiłam, że to droga szkoła. (A poza tym pani Rathbone miała bzika na punkcie danych elektronicznych).

Sala dwieście trzy była jasna i przestronna. Okna na zewnętrznej ścianie zaczynały się gdzieś w połowie jej wysokości, wyginały się w narożniku, gdzie rozpoczynał się sufit, i biegły częściowo w dachu. Sale plastyczne znajdowały się w tym skrzydle ze względu na doskonałe doświetlenie. Na zewnątrz ekipa od architektury zieleni doglądała jasnozielonych terenów (nie boiska, skądże, tylko terenów).

Zorientowawszy się, że pani Putnam rzuca mi zdziwione spojrzenie, kiedy tak wyglądam przez okno, pospiesznie wybrałam ławkę pośrodku sali, siadłam i rzuciłam plecak na ziemię. Pochyliłam się i wyjęłam z niego szkicownik i ołówek. Wiedziałam, że pewnie powinnam odrabiać zadanie domowe, ale skoro miałam przez najbliższą godzinę siedzieć w milczeniu, to przynajmniej zamierzałam się rozerwać.

Właśnie zaczęłam szkicować prowizoryczny zarys mojej inspirowanej panią Rathbone wojowniczki, kiedy nagle caluteńka sala jakby się naelektryzowała.

Jake.

Byłam tak bardzo świadoma jego obecności, że to aż żałosne. Wiedziałam, kiedy wchodził do klasy, nawet jeśli go nie widziałam. Czułam to. Powietrze się zmieniało, kiedy Jake nim oddychał.

Usłyszałam stukanie klawiatury laptopa i spojrzałam, jak wpisuje swoje dane do komputera. Jake dostał odsiadkę? Tutaj? Ze mną?

Potem zaczęłam się zastanawiać, za co Jake mógł zostać ukarany. Nie należał do tych, którzy tu trafiali. Nie miał takich problemów ze zwierzchnikami jak ja. Co zrobił?

Podniósł wzrok, a ja spuściłam oczy na szkicownik. Nie wiedziałam, czy Mercedes już z nim rozmawiała, i nie chciałam zobaczyć litości, zniesmaczenia, dezorientacji czy jakichkolwiek innych emocji, jakie według mnie mógł odczuwać.

− Dzień dobry, proszę pani – odezwał się tym swoim głębokim, niskim, aksamitnym głosem.

Jego głos zdawał się roztapiać moje wnętrzności na papkę.

− Witaj, Jake’u – odparła pani Putnam z odrobinę kokieteryjną tonacją.

Żadna kobieta nie była odporna na potęgę uroku Jake’a Kingstona.

Wzrok utkwiłam w szkicowniku, wciąż nie miałam ochoty patrzeć na Jake’a. Zmagałam się ze sobą, bo uwielbiałam na niego patrzeć.

Wprawił mnie w osłupienie, kiedy z dwudziestu dziewięciu miejsc w klasie, które mógł zająć, wybrał to tuż przede mną. Wszędzie rozpoznałabym tył jego głowy. Z powodu naszych nazwisk, Kingston i Lowe, przez niemal całe życie siedziałam za nim na wszystkich zajęciach, na które razem chodziliśmy.

Wyjął z kieszeni telefon i zaczął pisać. Podczas odbywania kary nie wolno było korzystać z urządzeń elektronicznych, ale zasady zwykle nie dotyczyły Jake’a. Przechyliłam się na bok, żeby sprawdzić, czy pani Putnam coś powie, ale ona wyglądała na rozkojarzoną i nieco spiętą.

Zerkała co chwilę na zegar. Znów zwróciłam uwagę na kolorową kredę na jej palcach, bluzce i twarzy. Wyglądała jak artystka, która nad czymś pracuje i chce do tego wrócić. Znałam tę minę aż nadto dobrze, wierzcie mi.

Nie tylko ja zauważyłam jej niepokój.

− Proszę pani, jeśli się pani gdzieś spieszy, to myślę, że jesteśmy z Mattie wystarczająco odpowiedzialni, by się sobą zająć.

Znał moje imię! No jasne, że je znał. Umawiał się z moją przyrodnią siostrą. Ale chyba nigdy nie słyszałam, żeby wypowiedział je na głos. Serce zaczęło mi szybciej bić.

Kiedy minął pierwszy szok spowodowany dźwiękiem mojego imienia w ustach Jake’a, zdałam sobie sprawę z geniuszu jego planu. Gdyby pani Putnam sobie poszła, zostałabym sam na sam z Jakiem. Na całą godzinę.

− Pracownia plastyczna jest niedaleko – dodałam uczynnie. – Może pani wrócić i do nas zajrzeć, a my za godzinę się wylogujemy. Obiecujemy, że zachowamy ciszę i nie będziemy rzucać się w oczy.

Byłam godna zaufania. Dobrze mnie znała. A Jake był pępkiem wszechświata Malibu Prep. Przecież nie byliśmy recydywistami czy coś w tym rodzaju.

− Nie powinnam…

Miała wyrazistą twarz, widziałam więc, jak walczy w niej pragnienie, żeby wyjść, z poczuciem obowiązku, żeby zostać. Znów spojrzała na zegar.

− Nic nam nie będzie – zapewnił ją Jake.

Po parunastu sekundach podniosła się.

− Jeśli czegoś byście potrzebowali, będę w pracowni. Zajrzę tu do was.

Uśmiechnęłam się pod nosem. Wcale tu nie wróci. Jeśli była choć trochę podobna do mojego taty, to tak pochłonie ją to, co robi, że zanim sobie o nas przypomni, minie ładnych parę godzin.

Jej wysokie obcasy zastukały o laminowaną podłogę. Zatrzymała się przy drzwiach i rzuciła w naszą stronę surowe spojrzenie.

− Jestem tuż obok – przypomniała nam po raz ostatni, po czym wyszła.

Zostałam sama z Jakiem.

I nie miałam pojęcia, co z nim robić.

Tak często wyobrażałam sobie tę chwilę, a teraz, kiedy nadeszła, gardło mi się zacisnęło. Nie przychodziło mi do głowy nic, co mogłabym powiedzieć.

Nieprawda. Przychodziło mi do głowy mnóstwo rzeczy, ale nie miałam wielkich wątpliwości, że gdybym powiedziała Jake’owi, że chciałabym urodzić mu pierworodnego, to mógłby się nieco spłoszyć.

Można by się spodziewać, że skoro spotykał się z moją przyrodnią siostrą, to do tej pory mogliśmy mieć już jakiś kontakt, ale nie. Nigdy nie siedział u nas w domu. Zwłaszcza od czasu Incydentu w Łazience.

Było tak: brałam prysznic i podśpiewywałam kawałki Justina Biebera. Skończyłam i włożyłam cieniutkie, sięgające połowy uda kimono z niebieskiego jedwabiu, które kupiła mi mama. (Nie wiedziała, że je noszę, a ja nigdy bym się przed nią do tego nie przyznała). Tak czy inaczej, było znacznie bardziej obcisłe niż dawniej, bo jak zwykła mawiać moja ciocia Sarah, „eksplodowałam”. Twierdziła, że przytrafiało się to wszystkim kobietom Lowe tuż przed osiemnastymi urodzinami. Babcia nazywała to rozkwitaniem, ale ciocia Sarah się z nią nie zgadzała. Mówiła, że nie ma w tym nic powolnego ani stopniowego.

Ciocia Sarah miała rację. Jednego dnia byłam sobą, następnego stanik już na mnie nie pasował. Byłam wściekła. Wiedziałam, że pewnie większość dziewczyn byłaby zachwycona, ale ja nie czułam się sobą. Przywykłam do swojego wyglądu, a tu nagle zaczęłam przypominać… no, nie siebie.

Więc wyszłam z łazienki, wycierając ręcznikiem mokre włosy, i wpadłam na Jake’a. Gapiliśmy się na siebie jak dwa jelenie w świetle reflektorów. Mogłam czmychnąć z powrotem do łazienki. On mógł się odwrócić i odejść. Nie zrobiliśmy tego. Staliśmy i wpatrywali się w siebie chyba przez całą wieczność. Odchrząknął i powiedział cztery słowa: „Niezły masz, hmm, głos”. Potem pokręcił głową, wypuścił powietrze i wreszcie sobie poszedł. Wtedy właśnie zdałam sobie sprawę, że ja też wstrzymywałam oddech.

Nigdy więcej do nas nie przyszedł.

Jakby w odpowiedzi na moją panikę Jake odwrócił się powoli i położył lewą rękę na mojej ławce. Moja ręka leżała tuż koło jego przedramienia, czułam ciepło i energię, które z niego emanowały. Zmusiłam drżącą dłoń, żeby leżała nieruchomo, nie poderwała się i go nie dotknęła.

− Aprils cię tu przysłała?

Całkiem zaschło mi w ustach, ale zdołałam wydusić:

− No.

Posłał mi jeden ze swoich stuwatowych uśmiechów i powiedział:

− Nie powinnaś była przypuszczać ataku na Twaina.

Brzmiało to tak, jakby się ze mną droczył.

− Wiem.

Miałam ochotę powachlować się ręką, ale się powstrzymałam. Czułam, jak rumieniec wypływa mi na policzki, i siłą woli próbowałam je zmusić, by zachowały normalny kolor.

Słowa „Prowadzimy rozmowę! Prowadzimy rozmowę!” przewijały się w mojej głowie. Tyle że właściwie to Jake próbował prowadzić ze mną rozmowę, a ja niweczyłam jego wysiłki. Niweczyłam! Musiałam to naprawić, zanim pomyśli, że jestem kompletną idiotką.

− Skąd się tu wziąłeś?

Mój głos drżał tylko trochę. Miałam nadzieję, że Jake nie zauważył.

− Tu na Ziemi czy tu w kozie?

Kolejny uśmiech, bardziej ironiczny. Podobało mi się, jak marszczyły mu się kąciki oczu.

Odpowiedziałam uśmiechem.

− Chodziło mi o kozę.

− Opierałem się o ścianę, plecak zaczepił mi się o alarm przeciwpożarowy i go włączył.

Czy wspominałam, jak bardzo podobają mi się jego ciemnobrązowe oczy? Nie samo to, że były piękne (choć naprawdę były), ale że kiedy tak na mnie patrzył, czułam się jak najważniejsza osoba na całym świecie. Jakby poza rozmową ze mną nie pragnął niczego innego.

− To ty?

− No.

− Pani Rathbone musiała być nie w humorze, skoro ukarała cię za coś tak przypadkowego.

Chyba zirytowałam ją bardziej, niż mi się wydawało. Powinnam mieć wyrzuty sumienia, ale skoro doprowadziło to do obecnej sytuacji, nie byłam w stanie czuć zbyt wielkiej skruchy.

Wzruszył ramionami.

− Tak, zadzwonili do mojego taty.

Powiedział to z zaciśniętymi zębami i było widać, że sprawy nie poszły pomyślnie.

Zmiana tematu! Potrzebowałam więcej uśmiechu.

− Dobra strona jest taka, że wyrwałeś mnie z wiedzy o społeczeństwie. Zatem w imieniu własnym i mojej klasy dziękuję.

Roześmiał się, a moja myśl zmieniła się z: „Prowadzimy rozmowę!” na: „O mój Buddo, właśnie rozśmieszyłam Jake’a Kingstona!”. Potem wyobraziłam sobie, że tak mogłoby być codziennie, gdybyśmy oboje należeli do samorządu uczniowskiego. Pracowalibyśmy nad projektami i spędzali ze sobą masę czasu. Zobaczyłby, że jesteśmy dla siebie stworzeni, i odjechalibyśmy w stronę zachodzącego słońca.

 

A co z Ellą?, spytała mnie moja skruszona podświadomość. Odparłam, żeby się zamknęła.

− Z tego, co mówisz, wynika, że jesteś moją dłużniczką.

Hm?

− Dłużniczką?

Zastanawiałam się, czy pozwoliłby mi spłacić dług w pocałunkach.

− Mam coś do zrobienia. Czy mogłabyś mnie kryć?

Zmywa się? Teraz? Kiedy wreszcie zaczęliśmy prowadzić prawdziwą rozmowę?

Jake wyjął z plecaka notes i długopis. Napisał coś i wyrwał stronę, po czym mi ją wręczył.

− To numer mojej legitymacji i hasło. Gdybyś mogła mnie wylogować po upływie godziny, byłoby super.

Wzięłam kartkę i zobaczyłam numer 257893318 i ellaoklaska. Ella oklaska? Co? To nawet nie ma… A, chwileczkę. Nie Ella oklaska. Ella OK laska.

No tak.

Nie chodziło tylko o to, Jake prosił mnie o coś, co przyprawiało mnie o mdłości. Część mnie bardzo chciała powiedzieć „Jasne, nie ma sprawy, zajmę się tym”. Naprawdę mnie kusiło. Tak łatwo byłoby okłamać panią Putnam, bo mi ufała. Moje palce mocniej zacisnęły się na kartce, jakby chciały powstrzymać mnie przed oddaniem jej Jake’owi. Wyobraziłam sobie, jak by się do mnie uśmiechnął i mi podziękował, i jak żywiłby ciepłe uczucia wobec świetnej dziewczyny, która mu pomogła.

Ale nawet w stanie totalnej ułudy wiedziałam, że nie tak sprawy by się potoczyły. Nie rozmawiał ze mną z uprzejmości ani dlatego, że był zainteresowany tym, co mam do powiedzenia. Podlizywał się, żeby mógł wyjść i nie wpaść w tarapaty.

Wykorzystywał mnie.

I choć nie stroniłam od drobnych kłamstewek tu i ówdzie, to byłam dość uczciwą osobą. Tata może i zaniedbał sporo spraw, ale nauczył mnie, jak rozróżniać dobro od zła.

To było złe.

Obiecałam pani Putnam, że tu zostaniemy. Nie łamałam danego słowa. Nie chciałam nadwerężać jej zaufania.

Nawet Jake Kingston nie był wart poświęcenia mojej uczciwości.

− Gdyby pani Putnam wpadła do nas zajrzeć, powiedz jej, że musiałem pójść do łazienki czy coś. – Podniósł swój plecak i zarzucił go sobie na ramię. – Dzięki, Mattie. Naprawdę doce…

− Nie – przerwałam mu.

Tym razem zarówno mój głos, jak i ręce mocno się trzęsły. Wyciągnęłam przed siebie wyrwany kawałek kartki.

− Nie będę za ciebie kłamać.

Inne książki tego autora