Chilling Adventures of Sabrina. Ścieżka NocyTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



Zapraszamy na www.publicat.pl

Tytuł oryginału

Chilling Adventures of Sabrina. Path of Night

Projekt okładki

© ADAMS CARVALHO

Typografia książki

© KATIE FITCH

Koordynacja projektu

SYLWIA MAZURKIEWICZ-PETEK

Redakcja

URSZULA ŚMIETANA

Korekta

BOGUSŁAWA OTFINOWSKA

Redakcja techniczna

LOREM IPSUM – Radosław Fiedosichin

© 2020 Archie Comics Publications, Inc. All Rights Reserved. Archie Comics are trademarks and/or registered trademarks of Archie Comics in the U.S. and/or other countries.

© Netflix 2020. Used with permission.

Polish-language edition published by WYDAWNICTWO DOLNOSLASKIE – PUBLICAT S.A., by arrangement with Scholastic Inc., 557 Broadway, New York, NY 10012, USA.

© 2020 for the Polish translation by Archie Comics Publications, Inc.

Translated by DONATA OLEJNIK

Polish edition © Publicat S.A. MMXX (wydanie elektroniczne)

Wykorzystywanie e-booka niezgodne z regulaminem dystrybutora, w tym nielegalne jego kopiowanie i rozpowszechnianie, jest zabronione.

All rights reserved.

ISBN 978-83-271-6027-0

Konwersja: eLitera s.c.


jest znakiem towarowym Publicat S.A.

PUBLICAT S.A.

61-003 Poznań, ul. Chlebowa 24

tel. 61 652 92 52, fax 61 652 92 00

e-mail: office@publicat.pl, www.publicat.pl

Oddział we Wrocławiu

50-010 Wrocław, ul. Podwale 62

tel. 71 785 90 40, fax 71 785 90 66

e-mail: wydawnictwodolnoslaskie@publicat.pl

Spis treści

Karta redakcyjna

Dedykacja

Motto

Greendale

Piekło

Greendale

Piekło

Greendale

W drodze

Piekło

Greendale

Piekło

Greendale

W drodze

Greendale

Greendale

Piekło

Greendale

Piekło

Greendale

W drodze

Piekło

Greendale

O autorce

Przypisy

Dla Beth, przyjaciółki z pracy,

podziękowaniami za zaproszenie mnie do chatki wiedźmy

Ojcowie i nauczyciele, myślę: „Czym jest piekło?”.

I sądzę tak: „To cierpienie, że nie można

już bardziej kochać”[1].

– Dostojewski

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20


Więc gdy świat błędem obecność porywa,

przyczyna błędu wewnątrz was spoczywa[2]. – Dante

Obudziły mnie promienie słońca, które zamieniły szybki okien w pryzmy złotego światła. Przeturlałam się w stronę czarnej aksamitnej kulki mojego śpiącego chowańca i ukryłam uśmiech w poduszce. Ale do plątaniny snów ciepłych jak pościel wkradła się nagle lodowata myśl.

Coś strasznego stało się twojemu chłopakowi.

Natychmiast otworzyłam oczy. Usiadłam prosta jak struna, palce zacisnęłam na grubej, mięsistej poduszce.

Wylegiwałam się w ciepłym łóżku dzięki Nickowi, co jawiło mi się jako zdrada wobec niego.

Rozejrzałam się dookoła, popatrzyłam na żelazną ramę łóżka, lustro z ramą w róże, pokój, który należał do mnie od zawsze. Każdy kąt był tu dobrze znany, a jednocześnie wszystko wydawało się obce, ponieważ nie istniał nawet cień szansy, że Nick teleportuje się w któryś ze skąpanych słońcem kątów, mroczny i zabójczo przystojny. Tyle razy miałam do niego pretensje o te jego niespodziewane teleportacje, teraz dałabym wszystko, żeby się tu pojawił.

Salem ziewnął i się przeciągnął. Zaczął ugniatać łapami kołdrę w gwiazdki.

Jest zbyt wcześnie na tak poważne lęki egzystencjalne, Sabrino.

Zeskoczył z łóżka, popchnął nosem drzwi i ruszył na poszukiwanie czegoś do jedzenia. Aromatyczny zapach potrawy gotowanej przez ciotkę Hildę uniósł się na piętro i zagnieździł w moim pokoju. Przy moim szczęściu ciotka zapewne gotowała coś zawierającego gałki oczne.

Westchnęłam i podniosłam się z łóżka, wiedząc, że już i tak nie zasnę. Wskazałam na siebie palcem i natychmiast zostałam ubrana w lekki sweterek i krótką spódniczkę. Tym razem jednak nie okręciłam się przed lustrem, jak to miałam w zwyczaju – ubrałam się tylko dlatego, że ostatnio ciągle mieliśmy towarzystwo.

– Skarbie, jakoś wcześniej dzisiaj wstałaś. – Ciotka Hilda rozpromieniła się na mój widok.

Jej włosy unosiły się jak złocisty obłok nad parującymi garnkami, miała na sobie fartuch z postacią legendarnej seksownej wiedźmy – prezent od partnera, doktora Cerberusa. Uśmiech przygasł na jej twarzy, gdy zobaczyła moją minę.

Ciotka lubiła gości, ponieważ oznaczało to zwykle, że więcej osób pochwali jej kuchnię. Poza tym była aktualnie jedyną osobą z rodziny Spellmanów, której życie uczuciowe kwitło. Chłopak mojego kuzyna Ambrose’a zginął z rąk łowców czarownic. Mąż ciotki Zeldy, Ojciec Blackwood, uciekł z kraju po próbie wybicia w pień wszystkich członków Akademii. A mój własny chłopak tkwił uwięziony w piekle.

Jednak bez względu na to, jak spieprzone było moje życie, nie chciałam przysparzać zmartwień ciotce Hildzie.

Uśmiechnęłam się do niej z trudem.

– Dzień dobry.

Chwilę później zniknęłam w jej objęciach. Ciotka pachniała rozmarynem i bylicą, ziołami czarownic, oraz miłością z dzieciństwa. Pogładziła mnie po włosach.

– Usiądź, a ja szybko przygotuję ciasto na gofry.

Zajęłam miejsce przy kuchennym stole i wbrew sobie poczułam się dobrze. Miło było spędzić chwilę sam na sam z ciotką.

Ledwo o tym pomyślałam, a drzwi do kuchni otworzyły się gwałtownie. Westchnęłam, ale zaraz poweselałam.

W domu wypełnionym po brzegi wiedźmami pojawił się bowiem śmiertelnik.

Do kuchni wszedł Harvey, jeden z trojga moich najukochańszych przyjaciół. Na rękach niósł nastoletnią czarownicę – Elspeth – owiniętą w koc, obejmującą go za szyję.

Na mój widok się uśmiechnął.

– Hej, Brina – powiedział.

Dopiero gdy napomniałam się surowo, że mam się koniecznie zmusić do kolejnego uśmiechu, uświadomiłam sobie, że przecież już się uśmiecham. Zielona flanelowa koszula Harveya była pognieciona, jego brązowe włosy zmierzwione, a uśmiech, zawsze delikatny i zawsze słodki, wydawał się nieco zaspany.

– Hej. Nie wiedziałam, że tu jesteś.

Ułożył Elspeth na bujanym fotelu i starannie otulił ją kocem.

– Elspeth nie chciała spać sama, więc zostałem na noc. Pani Spellman się zgodziła – dodał z zakłopotaniem. Wstydził się mówić do ciotki Hildy po imieniu, chociaż ta od lat na to nalegała. – Mam nadzieję, że się nie gniewacie.

– Nigdy – odparłyśmy zgodnym chórem.

Uśmiechnęłyśmy się do siebie i do niego – trzy punkty światła odbijające w sobie nawzajem promienie pozostałych.

 

Harvey przyklęknął przy fotelu bujanym.

– Przyniosę ci poduszkę, dobrze?

– Doskonale, piękny śmiertelniku – odpowiedziała Elspeth z zadowoleniem.

– Dziwnie mnie nazywasz. – Poklepał ją po dłoni i wyszedł z kuchni na poszukiwanie poduszki.

Gdy Ojciec Blackwood próbował wszystkich wymordować, jego córka, Prudence, ocaliła kogo tylko mogła. Niedobitki studentów Akademii Sztuk Niewidzialnych zamieszkały w naszym domu. Wiedźmy i czarownicy spali teraz na podłodze i dochodzili do siebie po próbie otrucia przez Najwyższego Kapłana. Moi śmiertelni przyjaciele natychmiast pospieszyli z pomocą, Harvey był wyjątkowo poruszony widokiem cierpienia i natychmiast zgłosił się na ochotnika do dostarczania chorym leków i jedzenia, a także – na ich wyraźne życzenie – przenoszenia ich w wybrane miejsce.

Większość moich znajomych z Akademii odzyskała już siły. Przypuszczałam, że Elspeth także, tylko wykorzystuje sytuację do granic możliwości.

Gdy tylko drzwi zamknęły się za Harveyem, młoda wiedźma zaczęła się gwałtownie kołysać na fotelu.

– Nie uwierzycie, jakie straszne rzeczy zrobił ze mną ten śmiertelnik wczoraj w nocy! – rzuciła.

Drewniana łyżka wypadła z rąk ciotki Hildy i uderzyła z łoskotem o podłogę.

– Taaak? – zapytałam.

Elspeth spojrzała na mnie szeroko otwartymi oczami.

– Zaprosiłam go, żeby został ze mną na noc.

– Taaak? – powtórzyłam. W moim głosie pojawił się nerwowy ton.

– Zgodził się, a ja pomyślałam: „No wreszcie!”. Już miałam zdjąć sukienkę, kiedy on oznajmił, że nie muszę spać sama, jeśli się boję, a potem przyniósł mi koc i gorącą czekoladę! – Elspeth nie kryła oburzenia.

Zasłoniłam usta dłonią, żeby ukryć uśmiech.

– Włożył mi pianki marshmallow do czekolady! – Elspeth kontynuowała swoje narzekanie. – Nigdy w życiu nie zostałam potraktowana w taki sposób przez żadnego mężczyznę. Już sposób jego mówienia dogłębnie zszokowałby moją matkę! Kto wie, jakie jeszcze niecne rzeczy chciałby robić pod osłoną nocy?

Harvey wrócił z poduszką na sam koniec jej przemówienia i wydał się zszokowany tym, co usłyszał.

– Nie wiem, o kim mówisz, ale to jakiś okropny facet.

Elspeth opadła na poduszkę i westchnęła teatralnie – zupełnie jakby była zbyt słaba, żeby choć dłużej utrzymywać podniesione powieki.

Ciotka Hilda pstryknęła palcami i łyżka poszybowała jej prosto do ręki. Ciotka odwróciła się do kuchenki, a Harvey od razu ruszył w jej stronę, jakby przyciągany niewidzialną siłą.

– Coś tu pięknie pachnie.

Okręciłam się na krześle i zaczęłam gorączkowo machać w jego stronę. Na próżno – już zaglądał pod przykrywki. Zostało mi tylko bierne przyglądanie się temu, co nieuniknione.

– Robię szatańską zapiekankę pasterską w takiej ilości, żeby dla wszystkich wystarczyło. Spróbuj, słodki Harveyu.

– Z przyjemnością – odparł i z entuzjazmem przyjął miseczkę potrawy. Co prawda nie był tak wygłodzony jak studenci Akademii, ale przecież był nastolatkiem, a do tego w domu sam musiał gotować.

– Chciałam zrobić coś wyjątkowego dla tych dzieciaków – zdradziła ciotka Hilda, a Harvey pokiwał głową, zanurzając łyżkę w misce. – Dlatego jako wkładu mięsnego nie użyłam wnętrzności zaskrońca – nic tak podrzędnego, skądże. To pyton królewski. Najlepszy z najlepszych!

Harvey zamarł z łyżką w ustach.

Ciotka Hilda uśmiechała się promiennie.

– Smakuje?

– Bardzo – odpowiedział słabym, przerażonym głosem.

– Łał! – Elspeth natychmiast otworzyła oczy. – Wnętrzności węża? Poważnie?

Harvey poderwał się z miejsca z prędkością – nomen omen – węża. Porwał Elspeth w ramiona, posadził przy stole, położył przed nią miseczkę, w rękę wsunął jej łyżkę.

– Jedz.

Zawahała się.

– Chcesz się ze mną podzielić?

– Nie! Musisz odzyskać siły. Chcę, żebyś zjadła wszystko, do dna.

– Naprawdę?

Pokiwał zdecydowanie głową.

Elspeth zacisnęła dłonie na misce.

– Czy tak właśnie wygląda miłość? – szepnęła.

Harvey poklepał ją po plecach.

– Nie. Tak wygląda podejście do wężowych wnętrzności – wyjaśnił i poszedł zrobić kawę.

Dziewczyna zabrała się do jedzenia, machała przy tym radośnie przykrytymi kocem nogami. „Lepiej ona niż ja”, pomyślałam, chociaż od czasu czarnego chrztu byłam w stanie przełknąć bez problemu potrawy czarownic. Tyle że nie miałam ku temu okazji, pomieszkujący bowiem u nas studenci Akademii Sztuk Niewidzialnych rzucali się na talerze jak stado wygłodniałych hien. Przez to jeszcze bardziej nienawidziłam Ojca Blackwooda. Pomyśleć, że tak im szczędził jedzenia. Nick mieszkał w Akademii, powinnam była codziennie zapraszać go na obiad.

– Proszę, Brino. – Harvey postawił mi pod nosem kawę.

Oparłam się o jego ramię, ale po chwili odsunął się ode mnie i usiadł na krześle obok. Zdjął z ramienia broń, z którą ostatnio się nie rozstawał, i umieścił między nami. Wypiłam duży łyk kawy.

Salem, który dostał już swoją śmietankę, ale najwyraźniej było mu za mało, wspiął się na blat i wydawał się rozczarowany, że piję kawę czarną jak Ścieżka Nocy. Harvey pogłaskał go po sierści.

– Cześć, kotku.

Głupi śmiertelnik – powiedział Salem. – Niewdzięcznik. Powinieneś był ze mną podzielić się wężem. Za uszkiem, mówię – drap bardziej za uszkiem.

Harvey nie rozumiał Salema, czasami miałam wrażenie, że tak jest najlepiej. Teraz uśmiechnął się, Salem bowiem wsunął mu swój łeb w dłoń. Pogłaskał go znów za uchem.

– Kto jest takim słodkim kociakiem?

– Na pewno nie Salem. – Zaśmiałam się, po czym ziewnęłam do kawy.

– Muszę iść po lasardię – mruknęła pod nosem ciotka Hilda. – Zrobię ci napar uspokajający na noc, Sabrino.

– Lasardię? – powtórzył Harvey.

– Roślina, którą uprawiam na grobach – wyjaśniła ciotka tym swoim pogodnym tonem. – Karmi się zwłokami. Kiedy Sabrina wypije napar z lasardii, będzie spała spokojnie przez całą noc. Uważaj jednak na owoce, kochany Harveyu. Nasiona są śmiertelną trucizną!

– Och – powiedział Harvey cicho. Ciotka wymaszerowała z kuchni. – Poszła sobie?

Pokiwałam głową, a wtedy poderwał się z miejsca i rzucił do zlewu. Zaczął pić wodę prosto z kranu, po czym podłożył głowę pod strumień, a gdy się podniósł, kropelki połyskiwały mu w zmierzwionych włosach niczym deszcz.

– Wnętrzności węża? Nieźle. Eee, może mógłbym zjeść płatki? Żeby pozbyć się tego smaku...

– Nie lubisz wężowych jelit? – Elspeth nie kryła zdumienia.

Harvey znalazł płatki. Studenci Akademii podejrzliwie traktowali paczkowane jedzenie śmiertelników. Nikt inny nie chciał jeść muesli zostawionego przez Ambrose’a, a mój kuzyn przebywał daleko stąd – wraz z Prudence tropił Ojca Blackwooda, aby ten zapłacił za swoje zbrodnie.

Ambrose przez lata tkwił magicznie uwięziony w naszym domu. Przyzwyczaiłam się więc do tego, że codziennie mogę go widywać, i teraz ogromnie za nim tęskniłam.

Nie tylko za nim. Z nim przynajmniej sprawa była jasna – wiedziałam, że gdzieś tam wędruje po świecie, a nie cierpi w piekle, kto wie jak bardzo.

Sięgnęłam drżącymi rękoma po filiżankę z kawą, jednak nie trafiłam. Harvey odłożył łyżkę i splótł palce z moimi palcami. Pozwoliłam sobie na tę chwilę słabości.

– O nie, Sabrino! – odezwała się Elspeth. – Smucisz się, ponieważ Nick jest w piekle?

Studenci Akademii nie wiedzieli, dlaczego właściwie Nick się tam znalazł, ale przeszli nad sprawą do porządku dziennego. Większość taktownie nie drążyła tematu, no ale Elspeth nie należała do taktownych osób.

– Nie pomagasz, Elspeth – rzucił ostrzegawczo Harvey.

– Ale chyba nic nie pomoże, prawda? – Dziewczyna nie dawała za wygraną. – Nicka już nie ma! Biedna Sabrina. Został ci już tylko jeden chłopak, a to śmiertelnik, więc... Bez obrazy, śmiertelniku. Jestem pewna, że starasz się jak możesz, ale... pewnie brakuje ci seksu z czarownikiem. Nick Scratch był w łóżku jak kula ognia!

Natychmiast puściliśmy z Harveyem swoje dłonie – nomen omen, jak oparzeni.

– To fajnie – odezwał się Harvey bez emocji.

Upiłam łyk wzmacniającej kawy. Chodziłam wcześniej do szkoły dla śmiertelników, co oznaczało śmiertelnych przyjaciół i typową dla śmiertelników edukację seksualną aż do szesnastego roku życia. Dopiero powoli przyzwyczajałam się do zupełnie innych zwyczajów świata czarownic.

Nie brakowało mi seksu z czarownikiem, ani z nikim innym, ponieważ – gwoli ścisłości – nigdy go jeszcze nie uprawiałam. Nick dał mi wyraźnie do zrozumienia, że kolejny krok należy do mnie – taki po prostu był: najlepszy. Spotykaliśmy się od niedawna, a on miał ogromne doświadczenie, co mnie onieśmielało. Poza tym ciągle nam przeszkadzały rzeczy typu procesy o morderstwo czy wilkołaki.

Sądziłam, że nie ma co się spieszyć, że mamy mnóstwo czasu.

Postanowiłam zignorować tę uwagę Elspeth i zamiast tego skupić się na czymś innym, co powiedziała.

– Mam tylko jednego chłopaka.

Elspeth pokiwała głową.

– Wiem. Drugi przepadł w piekle.

– Mam tylko jednego chłopaka, Nicka Scratcha, który aktualnie przebywa w piekle – uściśliłam.

– Jak to: obecnie? – Elspeth zmarszczyła czoło. – Przecież nikt stamtąd nie wraca.

Spojrzeliśmy po sobie z Harveyem, a potem utkwiłam wzrok w filiżance.

– Nie chodzimy ze sobą – powiedział szybko Harvey. – Jesteśmy przyjaciółmi.

Pokiwałam głową, nie podnosząc jej znad kawy. Słyszałam, jak Elspeth odstawia pustą miseczkę.

– A nie byłaś czasem zakochana w tym śmiertelniku, Sabrino? Wszyscy o tym mówili. No chyba że coś pomyliłam i chodziło o tego drugiego... eee... Theo?

Wydawała się autentycznie zaskoczona, a mnie przyszło teraz objąć rozumem świat alternatywny, w którym mogłabym chodzić z kolejną osobą z grona moich najbliższych przyjaciół.

– Nieeee... Nie chodziłam z Theo... Ja... spotykałam się z Harveyem. Kiedyś.

Kochałam Harveya. Kiedyś.

– Zerwaliśmy ze sobą – wyjaśnił mój były chłopak. – Ale rozstaliśmy się w przyjaźni.

O ile przyjacielskim rozstaniem można nazwać sytuację, w której wskrzesiłam jego brata z martwych, po czym Harvey dowiedział się o istnieniu wiedźm i czarowników, pochował ponownie brata, a potem mnie rzucił.

– Dlaczego? – zapytała Elspeth. Zaczynałam marzyć o tym, by zamienić ją w rzepę. – Przecież Nick sugerował, że możesz mieć dwóch chłopaków. Słyszałam od Trzech Sióstr, że takie miał plany.

– Na pewno nie miał takich planów – warknął Harvey. Spojrzał na Elspeth z rozczarowaniem i nabrał do ust wielką porcję płatków.

– Być może coś takiego sugerował – przyznałam. Harvey zakrztusił się płatkami i zaniósł się kaszlem. – Ale powiedziałam... – W sumie to nie powiedziałam „nie”, byłam zbyt zdumiona, żeby wykrztusić choć słowo. – Ale wyszło inaczej!

Elspeth spojrzała na mnie ze współczuciem.

– Co za pech, Sabrino.

Dopiłam resztę kawy i zaczęłam wpatrywać się w dno filiżanki. Harvey porzucił płatki i mierzwił sobie włosy palcami.

– Dzięki, Nick – wymamrotał w stronę podłogi. – Siedzisz w piekle, a jednak serwujesz nam takie krępujące sytuacje. Nieważne, jak postępują wiedźmy, a czasami także ludzie z wielkich miast, i bez względu na to, jak chore żarty mógł opowiadać Nick, zanim się poznaliśmy – bo ten gość mnie nie cierpi – mam nadzieję, Elspeth, że rozumiesz, jak to wygląda. Jesteśmy z Sabriną dobrymi przyjaciółmi! Wszystko jest bardzo proste i nie ma powodu, by to komplikować! Słyszę, że wraca ciotka Hilda, więc teraz wszyscy się przymkniemy i koniec rozmowy o kłopotliwych sprawach!

Ja też już słyszałam podśpiewującą cicho ciotkę. Chwilę później weszła do kuchni z naręczem owoców i kwiatów – krwistoczerwonych oraz lawendowych z czerwonymi serduszkami.

– Czy śmiertelnicy czują zakłopotanie, rozmawiając o seksie w obecności autorytetu? – zapytała Elspeth.

– O Boże! – zawołał Harvey.

Młoda czarownica spojrzała na niego z przerażeniem.

– Nie wymawiaj imienia fałszywego boga w obecności dam!

– Przepraszam – mruknął.

Zapadła cisza, w której wyraźnie dał się słyszeć dźwięk otwieranych frontowych drzwi. Wszyscy zamarli. Ponieważ pod naszym dachem przebywały czarownice nie w pełni sił, rzuciliśmy mnóstwo zaklęć ochronnych na nasz dom. Ataki łowców czarownic, niezliczonych demonów oraz samego Szatana nauczyły nas ostrożności. Zaledwie kilka osób mogło teraz przekroczyć nasz próg.

 

Kwiaty i owoce lasardii wypadły ciotce Hildzie z rąk i rozsypały się na stole niczym krwawy deszcz. Spomiędzy solniczki i pieprzniczki wychylił się pysk Salema. Ciotka odwróciła się ku drzwiom, złocista wściekłość przyodziana w fartuch z napisem „Seksowna wiedźma”.

– Salvus! – szepnęła.

Elspeth podniosła się z miejsca, koc osunął się na ziemię.

– Salvus.

Trzy wiedźmy, tak jak trzeba, chociaż nie mogłam powiedzieć, że czuję jakąś szczególną mistyczną więź z Elspeth.

– Ardens – dopowiedziałam cicho.

Delikatne pasemka niebieskiego światła owinęły się wokół srebrnych pierścieni na moich palcach. Ogień piekielny przychodził do mnie jak na zawołanie.

– Dracarys – wymamrotał Harvey, po czym obrzucił mnie uśmiechem. – To z serialu. Próbuję wam pomóc.

Chociaż się uśmiechał, zauważyłam, że natychmiast sięgnął po opartą o krzesło broń. Położyłam mu rękę na ramieniu, drugą pokazałam na drzwi. Blada poświata bijąca z mojej dłoni przesunęła się, gdy drzwi się otworzyły szeroko, i opadła – niczym światło reflektora – na zaskoczoną twarz Roz. Tuż za nią stał Theo.

– Ups. Przepraszam.

Roz i Theo – przyjaciele z ławy szkolnej, którym ufałam bezwarunkowo. Każde moje zaklęcie ochronne ich przepuszczało.

Odwróciłam się, słysząc szuranie krzesła Harveya, który właśnie podnosił się, rozpromieniony z radości.

– Hej! Mój facet – powiedział i przybił Theo żółwika, po czym ujął w dłonie twarz Roz. – Hej – dodał cicho. – Moja dziewczyna.

I pocałował ją w usta. Przedłużał celowo ten pocałunek, trzymając się blisko uśmiechu Roz, jakby nie mógł się z nim rozstać. A kiedy podeszli razem do stołu, obejmował ją ramieniem. Podniósł jeden z lawendowych kwiatów i musnął płatkami ciemne policzki dziewczyny. Pocałował kwiat, po czym zacisnął na łodyżce palce Roz. Harvey uwielbiał drobne gesty i symboliczne podarunki, czułe dowody na to, że obiekt miłości zawsze jest obecny w jego myślach. Dobrze to pamiętałam.

– Dziękuję – szepnęła Roz i odwdzięczyła się kolejnym uśmiechem.

– Tylko nie dotykaj owoców – ostrzegł ją chłopak. – Są silnie trujące.

Roz przysunęła się do stołu, żeby dyskretnie odłożyć kwiat. Spojrzała na mnie i poruszyła palcami na znak powitania.

Pomachałam do niej w odpowiedzi.

– Spodziewałam się was później.

– Obudziłam się dzisiaj wcześnie – wyjaśniła. – A Theo zawsze wstaje o nieludzkiej porze, więc po drodze po niego wstąpiłam.

– Wiecie, jak to jest – powiedział Theo. – Praca na roli ma swoje wymagania.

Przeczesał palcami jeżyka na głowie i podszedł do stołu. Kiwnął niepewnie w stronę Elspeth, która – nawet na siedząco – była od niego wyższa. Większość osób górowała wzrostem nade mną i Theo, ale lubiłam myśleć, że nasza obecność jest zaznaczona w inny – ważniejszy – sposób.

Przybiłam żółwika z Theo, podobnie jak zrobił to wcześniej Harvey, a poświata oplatająca moje palce zamigotała po raz ostatni i zgasła.

– Prowadzimy dom pogrzebowy, więc jasne, że wiemy – wyjaśniłam.

Chwilę później przyszedł mi do głowy żart na temat tego, że trupy nie podnoszą się zbyt wcześnie, ale wiedziałam, że Harveya nie rozbawi nekromantyczny dowcip. Tym bardziej że na schodach dał się słyszeć stukot małych bezcielesnych nóżek, a ja zauważyłam, jak mój były chłopak się wzdryga.

– Nie przejmuj się, Harvey – powiedziała ciotka Hilda. – To tylko duchy dzieci.

Po korytarzach Akademii krążyły duchy młodych osób, które tam zmarły – jak się okazało, żywi studenci uczelni musieli być jej duszą, nawet bowiem zjawy przeniosły się wraz z nimi do naszego domu. Jakby mało nam było gości.

– Te duchy mnie prześladują – wyznał Harvey cicho, po czym zamrugał z niepokojem. – To znaczy, nie dosłownie. Po prostu często o nich myślę. Ale nie boję się, ani nic takiego!

Ciotka Hilda położyła rękę na zgięciu jego łokcia w kojącym geście. Harvey spojrzał z zaskoczonym zadowoleniem na czubek jej głowy. Zawsze wydawał się zdumiony tym, że moja ciotka czuje do niego sympatię, chociaż przecież wiecznie dawała mu do zrozumienia, że jest jej ulubieńcem.

– Pomyślałam, że moglibyśmy zacząć trochę wcześniej nasze spotkanie Klubu Strachów. – Roz oparła się o moje krzesło.

Uśmiechnęłam się do niej z wdzięcznością.

– Świetny pomysł.

Theo przyglądał się z zainteresowaniem temu, co ciotka Hilda gotowała na piecyku, na szczęście Harvey odsunął go na bezpieczną odległość i powiedział bezgłośnie: „węże”. Theo popatrzył na niego skonfundowany.

– Dlaczego zmieniliście nazwę waszego klubu? Jak ona brzmiała wcześniej? WICCA? – dopytywała się ciotka.

– WICCA to była organizacja szkolna – wyjaśniła Roz. – Wspierająca kobiety i zwalczająca niesprawiedliwości systemowe. Nasz klub to bardziej osobista eskapada.

Ciotka podsunęła Theo łyżkę z potrawą, ale ten zerknął na Harveya i mądrze pokręcił głową.

– Co masz na myśli, mówiąc „eskapada”?

Nie sądziłam, że ciotka Hilda cokolwiek podejrzewa. Po prostu lubiła wykazywać zainteresowanie moimi śmiertelnymi przyjaciółmi – po części dlatego, że ciotka Zelda wyraźnie dawała mi do zrozumienia, iż wolałaby, abym nie bratała się ze śmiertelnikami.

– No więc... – zaczęła Roz. – To tylko nasza czwórka. Badamy zło i staramy się czynić dobro.

Niestety, moi śmiertelni przyjaciele nie potrafili kłamać.

Uśmiechnęłam się przebiegle do ciotki Hildy.

– Może któregoś dnia zorganizujemy sprzedaż ciasteczek? A teraz chodźmy na zebranie!

– Nie chcecie gofrów?

Harvey i Theo wydawali się bić z myślami, za to Roz bohatersko zwalczyła pokusę.

– Ja chcę gofry – odezwała się nagle Elspeth. – I chcę, żeby wysłannik niebios zaniósł mnie z powrotem na sofę słabości, gdzie je skonsumuję.

– Jak mnie nazwałaś? – zapytał Harvey.

– Łowca czarownic. – Elspeth uśmiechnęła się szeroko. – Śmiertelnik.

Harvey pokręcił przecząco głową.

– Harvey – poddała się.

– No widzisz? To wcale nie jest trudne. – Chwycił ją w objęcia i ruszył ku drzwiom.

Roz wydawała się niewzruszona widokiem swojego chłopaka noszącego na rękach inną dziewczynę. Domyśliłam się, że nie ma powodu do niepokoju, wszak Harvey bezgranicznie ją uwielbiał, czego wyrazy dawał niejednokrotnie.

Theo i Roz ruszyli do wyjścia, ale zanim zdołałam zrobić krok w ich stronę, ciotka Hilda złapała mnie za rękę.

– Sabrino, mogę zamienić z tobą słowo?

Serce mi załomotało, ewidentny dowód poczucia winy.

– Oczywiście – odparłam, a kiedy znalazłam w sobie odwagę, by spojrzeć na cioteczkę, okazało się, że spogląda na mnie łagodnym wzrokiem, bez cienia oskarżeń.

– Tak się cieszę, że spędzasz czas ze swoimi śmiertelnymi przyjaciółmi – szepnęła. – Wiem, że odwracają twoją uwagę od... od tej okropnej historii z biednym Nickiem. Dobrze robisz, moja kochana, odważna dziewczyno!

– Mam nadzieję – odparłam, odwracając wzrok. Moje ciotki nie miały bladego pojęcia, co razem kombinujemy.

Uścisnęłam cioteczkę i uciekłam na górę, w ślad za swoimi przyjaciółmi. Udaliśmy się na strych, gdzie mieścił się pokój Ambrose’a. Co prawda mój kuzyn wyjechał wiele tygodni wcześniej, ale nam bardzo brakowało miejsca. Staraliśmy się jednak utrzymać porządek w jego sypialni, tak jakby w każdej chwili miał wrócić. Wiedziałam i tak, że Ambrose z chęcią użyczyłby mi swojego pokoju.

Co też wykorzystałam.

Harvey wszedł do środka jako ostatni. Zamknął za sobą drzwi i przekręcił klucz w zamku. Stanęłam na wprost członków Klubu Strachów – moich przyjaciół od wczesnego dzieciństwa.

Przyjaciół, którzy teraz – zgromadzeni na rzuconych na podłogę poduchach – stanowili moją drużynę. Roz siedziała z podkulonymi nogami, wygładzając nerwowo sztruksową spódniczkę. Theo obejmował rękoma kolana i wydawał się bardzo zdeterminowany. No i Harvey, który położył na ziemi pistolet, a sam pochylał się do przodu z łokciami na kolanach wytartych dżinsów i wbijał we mnie spojrzenie swoich ciemnych oczu.

Wszyscy oni byli mi tak bliscy, wszyscy tak bardzo zaangażowali się w nasze tajne przedsięwzięcie. Poprosiłam ich o pomoc, a oni obiecali, że zrobią, co w ich mocy.

– No dobrze – powiedziałam. – Przeanalizujmy, co wiemy.

Uniosłam rękę i nad flagą brytyjską należącą do Ambrose’a pojawił się biały ekran. Widniało na nim zgrabne pismo Roz, bazgroły Theo oraz moje własne imponujące zawijasy (ciotka Zelda uczyła mnie kaligrafii, gdy miałam pięć lat). Harvey wykonał ilustracje.

Wszystkie słowa i rysunki były powiązane ze sobą siatką linii, a każda czarna kreska narysowana na białej tablicy w moich oczach wyglądała jak droga do piekła.

Ciotka Hilda chciała, żebym zapomniała o tym, co się wydarzyło, ale to było po prostu niemożliwe. Nieważne, że byłam córką Lucyfera, a nie pociechą Edwarda Spellmana, jak do niedawna wierzyłam. Co z tego, że w moich żyłach nie płynęła ani kropla krwi Spellmanów? Kogo to obchodziło? Postanowiłam, że jestem Spellmanówną, że jestem wiedźmą, która będzie żyła jedną nogą w świecie śmiertelników, a drugą pośród wiedźm, z wybranymi przyjaciółmi i wybraną rodziną. Że już nigdy nie skorzystam z mojej dziwnej mocy. Że będę szczęśliwa.

Ale zanim będzie mogło to nastąpić, musiałam zrobić jeszcze jedną rzecz.

Musiałam odzyskać Nicka.

Nic nie było tak ważne, jak dostanie się do piekła. Musiałam całkowicie poświęcić się dla Nicka – tak jak on to zrobił dla mnie. Uśmiechnęłam się do jego portretu, do przystojnego chłopaka w smokingu, uśmiechniętego tak, jakby sądził, że nigdy nie spotka go nic złego. Ten portret znajdował się na środku naszych przecinających się dróg.

Z pomocą magii Nick uwięził Szatana w swoim własnym ciele, tym samym niwecząc jego plany dotyczące córki oraz całego świata. Nick zrobił to dla mnie – z miłości. Lilith, Matka Demonów i nowa Królowa Piekieł, porwała go w czeluść swojego królestwa, by Szatan nigdy nie mógł uciec i odzyskać tronu.

Dlatego właśnie Nick tkwił w Piekle. Dlatego zrobiłabym wszystko, żeby go uwolnić. Nawet nie próbowałam sobie wyobrazić, co on musi tam znosić.