Córka piekarzaTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Córka piekarza
Córka piekarza
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 72,80  58,24 
Córka piekarza
Audio
Córka piekarza
Audiobook
Czyta Oskar Hamerski
39,90  29,53 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Ta własna ułomność przerażała Rebę. W miarę dorastania jej pragnienie ucieczki od rzeczywistości rosło. Czasami, będąc na lotnisku, dworcu kolejowym czy w innym tymczasowym miejscu pobytu, wśród ludzi, których nigdy więcej miała nie zobaczyć, Reba udawała kogoś zupełnie innego. A najbardziej przerażało ją, że w takich chwilach wierzyła we własne oszustwa.

Kiedyś, w pociągu z Richmond do Waszyngtonu, nawiązała rozmowę z siedzącym obok biznesmenem, przedstawiając się jako olimpijka panczenistka jadąca do stolicy spotkać się z resztą zespołu. Biznesmen zafundował jej lunch, wniebowzięty, że może jeść posiłek ze sportsmenką tego kalibru. Gdy się pożegnali, nagły przypływ wyrzutów sumienia przyprawił Rebę o mdłości. Zwróciła w toalecie nowojorski stek, modląc się do Boga, żeby nie kwalifikowała się jako osobowość wieloraka, psychicznie chora czy maniaczka, jak jej tata.

Rozwiązanie widziała w przeprowadzce na Zachód, by zacząć wszystko od nowa. Mogła być każdym, kim chciała. Mogła być sobą. Choć nie do końca była pewna, kim jest. Gdy po raz pierwszy spotkała Rikiego, nie była sobą. Po raz kolejny próbowała udawać, grając rolę zblazowanej reporterki, która po kilku randkach wskoczyła do łóżka, mówiąc, że wierzy w miłość od pierwszego wejrzenia. Tak naprawdę to tylko chciała w nią wierzyć. Miała nadzieję, że głośne wyznanie miłości będzie wszechstronnym lekarstwem dla jej serca. Nie było, zaczęła się więc zastanawiać, czy miłość wystarcza.

Dlatego właśnie nie nosiła zaręczynowego pierścionka. Gdyby wyszła za Rikiego, miałaby dwie możliwości: kłamać do końca życia albo odkryć swoje prawdziwe ja, ryzykując, że go straci. Chciała, żeby ją znał taką, jaka jest, bez potrzeby wyjaśniania mu swojej przeszłości. Zanim będzie w stanie za kogoś wyjść, musi rozszyfrować, gdzie kończy się jej prawda, a gdzie zaczynają kłamstwa.

Kuchnię rozświetliły reflektory auta, a po chwili otworzyły się drzwi frontowe.

‒ Reba? – zawołał Riki.

‒ Tu jestem.

Wszedł i zapalił światło.

‒ Dlaczego siedzisz po ciemku?

Nagła jasność poraziła jej oczy.

‒ Nie po ciemku. Pali się światło w kuchence.

‒ Praktycznie po ciemku. – Opróżnił kieszenie z drobnych monet i opakowań gumy do żucia, wrzucił wszystko do pustej miski na owoce stojącej na stole. – Tylko nie okaż się wampirem. – Pocałował ją w czubek głowy, zdjął kurtkę z emblematem Straży Granicznej i usiadł.

‒ Trudny dzień?

Znała odpowiedź, patrząc na jego podkrążone oczy.

‒ Złapaliśmy rodzinę mieszkającą w swoim czterodrzwiowym sedanie na parkingu przy Walmarcie. Bardzo smutne. Jutro odsyłamy ich do Meksyku. Najmłodsze to jeszcze niemowlę. Pieluch nie miał zmienianych Bóg wie jak długo. – Riki podrapał się w policzek. – Coś takiego uwiera jak drzazga. Ojciec zwyczajnie próbuje dać swojej rodzinie lepsze miejsce, lepsze życie.

Codzienne porcje opowieści o nielegalnych imigrantach już dawno pozbawiły Rebę współczucia. Riki, dotychczas trzymający stronę amerykańskiego prawa, ostatnio wydawał się coraz bardziej bronić obywateli meksykańskich. Nie mogła nadążyć, komu chciałby, żeby współczuła, więc darowała sobie zbyt górnolotne rady.

‒ Staraj się być przyzwoitym człowiekiem – powiedziała. – Tak jak zawsze mówisz, istnieją przepisy, których musimy przestrzegać. Inaczej ponosimy konsekwencje. – Połknęła nasączony mlekiem okruszek, który odkleił się od zęba trzonowego. – Chcesz jeść? – zapytała, żeby zmienić temat. – Ja po wywiadzie wstąpiłam do Rudy’s, jeszcze trochę zostało, jeśli jesteś głodny.

‒ Jak ci poszło?

‒ W Rudy’s? – Nie chciała rozmawiać o wywiadzie. – Wiesz, że uwielbiam ich wędzonego indyka.

Wstała i podeszła do lodówki.

‒ Nie, z wywiadem do twojego artykułu, miss „Sun City”.

‒ Dobrze. Ale muszę pojechać tam jeszcze raz. Na pewno nic nie chcesz? – Zdjęła z półki papierową torbę z jedzeniem na wynos.

‒ Jadłem. Znów musisz jechać? Dlaczego? Osobiście też cię spławiła?

Reba wzruszyła ramionami.

‒ Zdobędę wszystko, co chcę, do tego artykułu. Ale teraz naprawdę chcę... ‒ ujęła jego rękę i oplotła się nią w talii ‒ ...już nic nie mówić. Cały dzień gadałam i gadałam. – Potrafiła zmieniać temat na dobre.

Riki wstał i przyciągnął ją do siebie.

‒ Co rozkażesz, szefowo.

Odetchnęła i poprowadziła go na górę. To była jedyna rzecz zawsze realna i modliła się, by Riki poczuł całą tkwiącą w tym prawdę.

Rozdział 5

Przyjęcie bożonarodzeniowe partii nazistowskiej

Gernackerstrasse 19

Garmisch, Niemcy

24 grudnia 1944 r.

Zaczął prószyć śnieg. Tysiące mieniących się połyskliwie płatków powoli, na oślep sunęło ku ziemi. Elsie odchyliła się w tył, pozwalając miękkiemu puchowi gromadzić się na twarzy. Chłód ją otrzeźwił, lecz mimo że trzęsła się z zimna, stała dalej w ciszy bocznej alejki i patrzyła, jak świat przebiera się w bajkową szatę. Śnieg wybielił brudną ulicę; ciemne gałęzie drzew obramował kryształem. Kochała świeży śnieg. On wszystko zmieniał.

Wiatr podwiewał jej sukienkę, nogi drętwiały z zimna, na plecach dostała gęsiej skórki. Skuliła ramiona na piersiach. Pierścionek od Josefa na jej palcu zrobił się lodowaty. Ściągnęła go i rozgrzała metal, rozcierając w dłoniach. Był to piękny pierścionek od dobrego mężczyzny, a ona czuła się taka malutka wobec tak wielkiej chwili. Obracała go w ręku: rubiny i diamenty, czerwone i białe. Dlaczego nie miałby to być jeszcze jeden prezent pod choinkę? Jak sukienka i szampan...

Zaczęła go wkładać z powrotem na palec, gdy coś na nim zauważyła. Zadrapanie? Nie, zbyt równo i dokładnie. Odwróciła pierścionek do światła w oknie. Prawie wytarty napis: Ani ledodi ve Dodi Li. Po hebrajsku.

Poczuła w całym ciele nagłą falę gorąca, aż pot oblał jej klatkę piersiową, po chwili zamarzając w lodowaty pancerz. Wiedziała, że gestapo konfiskuje wszystkie żydowskie kosztowności, ale nigdy nie zastanawiała się, co z nimi robi. Tak jak ich właściciele, po prostu znikały.

Śnieg padał coraz bardziej. Jego płatki nie były już lekkie, lecz kłuły jak lodowe szpileczki. Oczy łzawiły od wiatru. Zamrugała, żeby łzy spłynęły i pozwoliły jej wyraźnie widzieć pierścionek. To była czyjaś obrączka ślubna i Elsie przyszło do głowy pytanie, czy tej nieznanej dłoni brakuje teraz jej ciężaru na palcu.

Oparła się o zasłoniętą kocem skrzynię pod balkonem i mocno wdychała mroźne powietrze, aby serce przestało tak walić.

‒ A co ty tutaj robisz? – Z drzwi budynku wytoczył się Kremer.

Elsie wsunęła pierścionek na palec.

‒ Tak gorąco w środku... I chyba szampan niezbyt mi posłużył. Ale już dobrze. – Sięgnęła ręką do klamki u drzwi, lecz Kremer ją powstrzymał.

‒ Ależ... ty się cała trzęsiesz. Jak długo tutaj stoisz? – Chropowatymi palcami pomasował jej ramię.

‒ Powinnam wracać – odparła Elsie.

‒ Ktoś musi cię rozgrzać. – Zanim zdążyła się odsunąć, Kremer wciągnął ją pod swój płaszcz. Jego oddech zalatywał czerwonym winem i kiełbasą.

‒ Majorze Kremer, proszę... ‒ Elsie próbowała uwolnić ręce, ale były sztywne i zimne.

‒ Pachniesz jak córka piekarza. – Nachylił się bliżej. – Czy także smakujesz jak córka piekarza? – Pocałował ją w szyję.

‒ Puść! Przestań! – krzyknęła.

Kremer zasłonił jej usta dłonią.

‒ Cicho! – nakazał. – Jeśli będziesz hałasowała... ‒ warknął jej prosto w ucho, po czym odpiął kaburę pistoletu. – Oficerowie mają rozkaz rozstrzeliwania kobiet szpiegów, gdy te ich uwodzą. – Trzymając ją mocno jedną ręką, drugą szybko zadarł jej spódnicę i przesunął w górę po udzie.

‒ Wstrętna świnio! Jak śmiesz! – Kopnęła go mocno i próbowała się wyrwać. – Ja nie jestem szpiegiem! – Plunęła mu w twarz.

Uderzył ją, aż się obróciła.

‒ Taka ładna panienka, a taka bojowa. – Popchnął ją na skrzynię i przytrzymał obie ręce uniesione do góry. – Nie chcę ci zrobić krzywdy – mówił, gmerając przy sprzączce od paska.

‒ Ty bydlaku! – krzyknęła Elsie. – Powiem Josefowi!

Kremer uśmiechnął się.

‒ Myślisz, że on jeszcze będzie cię chciał, po tym jak się dowie, że mnie uwiodłaś? – Podciągnął szyfon jej sukni i rozpiął spodnie. – I to w taki święty wieczór jak dziś?

‒ Proszę. – Elsie była przerażona. – Ja nigdy...

Jego uda były szorstkie i gorące; sztywny mundur tarł o jej skórę przez wyszywaną kamyczkami suknię, kłując ją i raniąc.

‒ Jak myślisz, komu uwierzą, co? Niemoralnej konkubinie czy oficerowi Trzeciej Rzeszy?

‒ Boże, błagam! – krzyczała.

Kremer ścisnął mocno jej ręce i zaparł się nogami.

Nagle niczym wycie syreny powietrze przeciął straszliwie głośny, jednostajny pisk. Ku zdumieniu Elsie Kremer ją puścił. Upadła na ziemię. Kryształki śniegu spadały na błotniste ślady jego butów.

Upiorny dźwięk rozbrzmiewał nadal. Kremer zapiął spodnie i wyjął pistolet. Skierował go w lewo i w prawo, zanim zlokalizował źródło: drewnianą skrzynię za nimi. Ściągnął przykrycie.

W środku siedział żydowski chłopiec, w kocu narzuconym na głowę, jak postać w szopce. Z zakapturzonej twarzy wydobywał się dźwięk.

‒ Cicho! – rozkazał Kremer i walnął kolbą pistoletu o drewniane listwy.

Głos chłopca nie ucichł.

‒ Żydowski diabeł! – Odciągnął spust pistoletu.

Elsie doczołgała się do drzwi budynku, gdzie ujrzała buty wychodzącego Josefa.

‒ Elsie! – Podniósł ją na nogi. – Co się stało?

Kremer stał z wyciągniętą ręką; wypolerowana lufa celowała w głowę chłopca. Elsie ukryła twarz w ramieniu Josefa.

‒ Günther, odłóż broń! – huknął na niego Josef.

Chłopiec zamilkł.

 

‒ To Żyd. Po co tracić czas i wieźć go z powrotem do obozu? – Kremer sięgał palcem do spustu.

Josef wybił mu pistolet z ręki i pocisk ze świstem przeciął sypiące gęsto płatki śniegu.

‒ Nie masz prawa! – zagrzmiał.

Elsie po raz pierwszy widziała go w gniewie. Tak dzikim, że aż ona cała się trzęsła.

Josef podniósł pistolet z zasypanej śniegiem ulicy i opróżnił magazynek. Naboje bezdźwięcznie spadały na ziemię. Przytknął lufę do czoła Kremera. Nie odzywali się.

Mokry szyfon zesztywniał na mrozie, otaczając Elsie ostrym, lodowatym kokonem. Poczuła smak żelaza. Palec przytknięty do ust zrobił się czerwony. Miała od środka rozciętą wargę, więc possała ją, żeby zatrzymać krwawienie.

Koc zsunął się z głowy chłopca, ukazując białą czaszkę i zapłakane policzki. Broda mu się trzęsła, co przypomniało Elsie, jak jeden jedyny raz widziała swego siostrzeńca Juliusa. Odwiedzili Hazel w Steinhöring zaraz po jego urodzeniu. Julius płakał w kołysce, domagając się mleka. Jego łzy wydawały się za wielkie jak na taką małą i kruchą istotę. Podobnie wyglądał ten żydowski chłopiec. Obu miała ochotę wziąć na ręce i utulić.

‒ Josefie, mój przyjacielu – zaczął Kremer.

Josef przycisnął metal do jego skóry.

‒ „I wtedy zawoła przed swój trybunał tych wszystkich, którzy dziś posiadając władzę, depczą nogami sprawiedliwość i prawo... – Docisnął pistolet jeszcze mocniej i recytował jak w transie: – ...Którzy przywiedli nasz lud do nędzy i ruiny, a widząc nieszczęście ojczyzny, cenili swoje własne ego ponad życie społeczeństwa”. – Odsunął lufę, pozostawiając okrągłe wgłębienie na czole Kremera.

Josef opanował się.

‒ Dobrze ci zrobi, jeśli zrozumiesz nasz cel. – Oddał rozładowany pistolet Kremerowi, odchrząknął i pedantycznie poprawił mankiety swej wojskowej marynarki. – Podają deser. – Ujął za ramię Elsie i otworzył drzwi; radosne dźwięki skrzypiec eksplodowały aż na ulicę. – Chodź, Güntherze.

Kremer posłusznie wszedł za nimi.

Chłopiec w klatce był cicho. Elsie miała ochotę jeszcze raz się obejrzeć, lecz patrzyła przed siebie w obawie, by nie zamienić się w słup soli.

Rozdział 6

Niemiecka piekarnia U Elsie

Trawood Drive 2032

El Paso, stan Teksas

10 listopada 2007 r.

Przez resztę tygodnia piekarnia zajmowała się piątkowym weselem, więc Reba przyjechała znów w sobotę, z posta-nowieniem, że zdobędzie to, czego jej trzeba, a być może jeszcze kilka pierników.

Gdy zadźwięczał dzwonek nad drzwiami, Jane odwróciła się od półki z gorącymi bochenkami i bułkami.

‒ No proszę. Miło panią widzieć. – Obeszła kasę i uściskała Rebę.

Początkowo zaskoczona i spięta, Reba szybko zrelaksowała się w jej objęciach. Zapach perfum Jane – kapryfolium i drzewa sandałowego – przypomniał jej dzieciństwo i plaże latem. Spędzały z Didi całe dnie, pogryzając słodkie szypułki kwiatowe i budując na wydmach zamki z wyrzuconych przez morze kawałków drewna.

‒ Panią też – odrzekła, kołysząc się na obcasach do tyłu, jakby chciała z siebie strząsnąć falę nostalgii.

Od oświadczyn Rikiego nie odbierała żadnych telefonów Didi. Za każdym razem, gdy siostra dzwoniła, przekonywała siebie, że to nieodpowiedni moment, że jest zbyt zajęta na rozmowę, że oddzwoni później, i nie robiła tego. Mijał tydzień za tygodniem, a w końcu zebrało się tyle wydarzeń, że jakakolwiek rozmowa była niemożliwa – za dużo na jeden raz. Jutro napiszę e-mail do Didi, obiecała sobie.

‒ Była pani zapracowana? – zwróciła się do Jane.

‒ Tak. Jedna dziewuszka, którą znamy, odkąd nosiła pieluchy, wychodziła za faceta w Las Cruces. Pieczemy wspaniałe weselne torty. – Jane puściła do niej oko. – Proszę podać datę, a dla pani też upieczemy.

‒ Zanim podejmę decyzję, tort sczerstwieje – odparła Reba.

‒ Damy dwa razy więcej masy cukrowej. Nie przepuszcza powietrza. A w środku tort pozostaje lekki jak piórko. Szczerze. Jedna z naszych klientek trzymała kawałek w lodówce – nawet nie w zamrażalniku – aż do trzeciej rocznicy, i mówiła, że smakował tak samo jak w dniu ślubu! Nie zmyślam.

Reba roześmiała się w głos i ten śmiech zabrzmiał miło dla jej ucha.

‒ Założę się, że w nocy okropnie bolały ich żołądki.

‒ Możliwe, ale na pewno nie poszli spać z pustymi. – Jane odwróciła się w stronę kuchni. – Mamo! Przyszła Reba z „Sun City” na wywiad.

Przy jednym ze stolików siedział Meksykanin; miał przed sobą paluchy francuskie w czekoladzie i kawę ze śmietanką.

‒ To Sergio – przedstawiła go Jane. – Stały bywalec.

Sergio skinął głową.

‒ Nie potrzeba więcej cukru, mój miły? – zapytała.

‒ Słodyczy mam pod dostatkiem. – Wyraźny hiszpański akcent nadawał jego wypowiedzi specyficzną melodię.

Reba poczuła w powietrzu szczególne wibracje; coś takiego czuła zimą, pocierając stopą otuloną w skarpetkę o miękki dywan.

‒ Od jak dawna tu bywa? – zapytała, siadając.

‒ Hmm... jak długo już jesz moje bułki, Serg?

‒ Odkąd zaczęłaś liczyć drobne u swojej mamy. – Zamoczył ciastko w kawie.

Jane roześmiała się.

‒ To był sprawdzian, ale udało mu się wymknąć z zasadzki.

W Rebie rosła ciekawość.

‒ Miałam wtedy dziewiętnaście lat – ciągnęła Jane. – Pamiętam, jak wszedł tu po raz pierwszy. Nie znał ani krzty angielskiego, nie mówiąc o niemieckim. Wskazał na bułkę i podał mi monety, z których połowa to były peso. – Klepnęła dłonią w udo.

‒ To bardzo dawno. Ja poza rodziną nikogo tak długo nie znam – wyznała Reba.

‒ Czas płynie nieubłaganie. Sama zobaczysz, jesteś jeszcze młoda. – Przeniosła wzrok na Sergia, potem znów na Rebę. – Mama przyjdzie za chwilę.

Idąc do kuchni, Jane zatrzymała się i podała Sergiowi serwetkę. Choć o nią nie prosił, przyjął z uśmiechem i wytarł z ust rozpuszczoną czekoladę.

Reba rozłożyła się na stoliku: notes, długopis, dyktafon. Czekając, próbowała sobie wyobrazić dziewczynę z fotografii po z górą sześćdziesięciu latach.

Po chwili zza przesłoniętych drzwi do kuchni wyszła Elsie. Śnieżnobiałe włosy miała przycięte krótko i po bokach spięte brązowymi spinkami. Była przyjemnie zaokrąglona w biodrach, a w talii szczupła. Nosiła współczesne w kroju spodnie khaki i kremową bluzkę z podwiniętymi rękawami. Nawet przy swoich siedemdziesięciu dziewięciu latach miała stylowy wygląd i energiczny chód. Przyniosła talerz z dwoma kawałkami chleba z rodzynkami i cynamonem, który postawiła na środku stołu.

‒ Witam. – Wyciągnęła rękę. – Jestem Elsie Meriwether.

Reba uścisnęła jej dłoń.

‒ Reba Adams.

Uścisk Elsie był mocny i ciepły.

‒ Miło panią poznać. Przepraszam, że nie mogłam rozmawiać ostatnim razem. – Pomimo niemieckich naleciałości mówiła wyraźnie. Usiadła i przysunęła talerz bliżej Reby.

‒ Jane mówi, że nie może pani jeść mleka, więc upiekłam bez. Dobre.

Reba nie chciała źle zaczynać wywiadu, więc wzięła kawałek i zjadła.

‒ Tak – wycedziła. – Bardzo smaczne. – I nie skłamała.

‒ Gut – rzekła Elsie, odłamała kawałek i włożyła sobie do ust. – A więc chce pani ze mną rozmawiać o starości.

Reba przełknęła tak szybko, że lekko się zakrztusiła.

‒ Nie, nie. Piszę o Bożym Narodzeniu. – Zebrała myśli. – Artykuł dla działu kultury o tym, jak się je świętuje w naszym mieście.

‒ Niemcy świętują tak jak wszyscy. W Wigilię jemy i pijemy. W pierwszy dzień świąt znów to robimy. Zdaje mi się, że Meksykanie i Amerykanie robią tak samo, prawda? – Elsie uniosła brwi pytająco.

Reba pukała długopisem o notes. To raczej nie była wypowiedź godna przytoczenia. Przynajmniej dla wymowy jej artykułu.

‒ Czy mogę to włączyć? – zapytała, szukając kciukiem przycisku w dyktafonie.

Elsie wzruszyła ramionami.

‒ Pod warunkiem, że obieca pani nie publikować tego w Internecie. Nie jestem aż taka stara, żeby nie zauważyć łajna, jakie tam zamieszczają. Same gołe tyłki i ohydny język. Szukałam „babeczki w lukrze” i nie uwierzy pani, co mi się wyświetlało.

Reba zakasłała.

‒ Przez całe swoje życie czegoś takiego nie widziałam.

‒ Mamo – odezwała się zza kasy Jane. – Reba nie chce słuchać takich rzeczy.

‒ Już nie powiem, co się działo, gdy próbowałam znaleźć przepis na „galaretkę w czekoladzie”.

Reba pochyliła twarz nad notesem, by ukryć, że się śmieje.

‒ Mamo!

‒ Tylko mówię pannie Adams, że nie chcę mieć z tym nic wspólnego.

Reba chrząknęła, by oczyścić gardło.

‒ Obiecuję. Nie będzie Internetu. I proszę do mnie mówić Reba. – Nacisnęła klawisz. Czas nagrywać odpowiedzi. – A więc pochodzi pani z Garmisch w Niemczech, tak? Jane opowiedziała mi trochę o tamtej fotografii. – Reba wskazała na przeciwległą ścianę. – Tej z Wigilii Bożego Narodzenia.

Elsie odłamała rożek chleba, pełen rodzynek.

‒ To stare dzieje. Dziwię się, że jeszcze nie wyblakła od słońca. Chyba lepiej by było. Minął szmat czasu. Zaraz potem wyjechałam z Niemiec.

‒ Czy nigdy pani tam nie wróciła? – pytała Reba. – Tęskniła pani za domem?

Elsie napotkała jej wzrok i długo patrzyła jej w oczy.

‒ Ludzie często tęsknią za rzeczami, które nie istnieją; które były, ale już ich nie ma. Więc tam czy tu, i tak bym tęskniła za domem, bo mojego domu już nie ma.

‒ Uważa pani Stany Zjednoczone za swój nowy dom?

‒ Doch! Ależ skąd! Jestem tu, w Teksasie, tu jest moja córka i tu jest pochowany mój mąż, ale to nie jest dom. Ja już nie znajdę domu, nie na tej ziemi. Taka jest prawda.

Reba wzięła głęboki oddech i oblizała wargi. Trzeba podejść inaczej. Nie idzie łatwo.

‒ Czy może mi pani opowiedzieć o typowym Bożym Narodzeniu w Niemczech? – Postanowiła pytać prosto i otwarcie, zdobywać informacje.

‒ Nie mogę. – Elsie wzięła do ust następny kawałek chleba i żuła go. – Dorastałam w czasie wojny, a wtedy nie było typowych świąt.

‒ No dobrze. – Reba narysowała w notesie kółko: cel, w który musi trafić. – A tamto Boże Narodzenie? – Pokazała głową na fotografię. – Może pani opowiedzieć o tamtym?

Wzrok Elsie minął Rebę i powędrował ku ścianie, na której wisiała nieco przekrzywiona fotografia.

Rozdział 7

Przyjęcie bożonarodzeniowe partii nazistowskiej

Gernackerstrasse 19

Garmisch, Niemcy

24 grudnia 1944 r.

Siedząc znów przy stole bankietowym obok Josefa, Elsie nadal cała się trzęsła.

‒ Proszę, zjedz coś gorącego. To ci pomoże – zaproponował.

Choć podano jej ulubiony cynamonowy pudding ryżowy, z trudem przełknęła parującą zawartość łyżki. Był bez smaku i parzył w język, a w piersiach dalej czuła lód.

Josef nie pytał, co robiła z Kremerem na dworze, i tak było lepiej. Nie mogłaby o tym mówić, chociaż bardzo by chciała wstać, pokazać go palcem i wykrzyczeć, jak ją obraził. Lecz on był cenionym oficerem gestapo, a ona ‒ córką piekarza. W sytuacji gdy Hazel uczestniczyła w programie Lebensborn, a dochody rodziny zależały od opieki SS, odpowiedzialność, jaka na niej spoczywała, kazała Elsie zapomnieć o honorze. Milczenie stanowiło dla nich wszystkich ochronę. Przynajmniej na razie.

Kelnerzy zebrali naczynia po deserze. Muzycy zagrali jakiś jazzujący kawałek i pary poderwały się ze swych miejsc w stronę parkietu.

‒ Proszę, chcę już iść do domu – szepnęła Elsie.

Wzięła rękawiczki z oparcia krzesła i wsunęła je na palce, przykrywając nowo nabyty pierścionek. Wypukłość diamentu i rubinów zakłócała doskonałą dotąd symetrię.

Josef ujął ją za brodę, przyciągnął ku sobie i spojrzał jej badawczo w twarz. Odwróciła wzrok. Ujął ją za rękę i pocałował w kostki dłoni.

‒ Oczywiście, panno Schmidt.

Kilka minut później wyprowadzał ją z sali bankietowej srebrzystym korytarzem do oczekującego z zapalonym silnikiem i już nagrzanego czarnego samochodu. Szybko przejechali przez miasto i zaparkowali przed piekarnią. W oknie na górze migotało światło. Mutti pewnie na nią czeka.

Odkąd Elsie i Josef wstali od stołu, nie odzywali się do siebie. Elsie, wciąż zmieszana i zszokowana ohydnym zachowaniem Kremera, obawiała się gniewu Josefa czy wręcz tego, że uzna ją za winną tego hańbiącego incydentu ze swym kolegą. Bawiła się guziczkami rękawiczek na nieco obluzowanych nitkach.

‒ Przepraszam, że przeze mnie musiałeś wcześniej wyjść. – To wszystko, co była w stanie powiedzieć bez uczucia panicznego lęku.

 

Musiała zachować spokój. Okazanie zbyt wielu emocji mogło w nim wzbudzić podejrzenia, że oskarżenia Kremera o szpiegostwo są słuszne.

‒ Ja i tak nie gustuję w późnych przyjęciach – odparł Josef, nie patrząc na nią, tylko za okno. – Przepraszam za to, co się stało. Mam nadzieję, że nic sobie nie zrobiłaś.

Elsie dotknęła palcem wargi. Przestała już krwawić, ale zaczynała puchnąć.

‒ Nie. – Przełknęła gorycz.

Josef odetchnął, lecz jego uwaga nadal krążyła gdzie indziej.

‒ Kremer jest dobrym oficerem. Dziś wieczór za dużo wypił. Zachowanie nie do przyjęcia. – Odchrząknął. – Ożenił się z rozsądku, nie z miłości. Czasem więc szuka jej tam, gdzie nie powinien.

Elsie kiwnęła głową, ale ciało miała sztywne z napięcia jak metalowy dziadek do orzechów. Zanim Josef odwrócił się w jej stronę, wziął głęboki wdech.

‒ Dotąd jeszcze nie otrzymałem odpowiedzi, Elsie.

I wtedy to ona odwróciła twarz w stronę drzwi piekarni. Jakżeby chciała już być bezpiecznie w środku, tam gdzie sennie rosły drożdżowe bułki. Musiała mu powiedzieć, co czuje. Ona to nie mama. Dla niej nie wystarczało być po prostu dobrą żoną i włos jej się jeżył na myśl o „małżeństwie z rozsądku” majora Kremera. Chciała dużo więcej. Chciała czuć takie podniecenie, jakie czuła, gdy Myrna Loy w Romantycznej pułapce prosiła Williama Powella, żeby się z nią ożenił. „Ruszamy na Księżyc” – powiedział Powell tuż przed pocałowaniem Loy. Tego właśnie pragnęła Elsie: Księżyca.

Odciążone ze śniegu chmury rozpościerały się nisko, przesłaniając Zugspitze i świecące gdzieś ponad górą gwiazdy, a całą dolinę otuliły kokonem niekończącej się zimy.

‒ Ja... ‒ Zmusiła się, by spojrzeć Josefowi w oczy. – Ja nie mogę... ‒ zaczęła, lecz Josef jej przerwał.

‒ Rozumiem. To twoje pierwsze oficjalne przyjęcie, Wigilia Bożego Narodzenia, oświadczyny i... ‒ Potarł głowę kciukiem. – Tyle rzeczy jednego wieczoru. ‒ Dotknął jej dłoni swoją ciepłą dłonią, a ona zapragnęła, by rozgrzał nią całe jej ciało, by je roztopił jak cukier na karmel. Josef otworzył drzwiczki i do środka auta wdarł się ziąb. – Przyjdę złożyć twojej rodzinie świąteczne życzenia.

Drżała z zimna. Miał rację: zbyt wiele tego wszystkiego jak na jeden wieczór. W Boże Narodzenie wszystkim im należało się trochę spokoju. Wytłumaczy mu później. Skinęła głową na dobranoc i wystawiła nogę z samochodu.

Josef przyciągnął ją z powrotem.

‒ Elsie?

Odwróciła się powoli, w obawie, że jednak zada to pytanie. Lecz zamiast tego Josef ją pocałował. W przeciwieństwie do mokrych ust Kremera i jego ostrych zębów na swojej szyi poczuła miękkie, precyzyjne dotknięcie warg Josefa. Było niczym lukier na ciasteczkach anyżowych. Wstrzymała oddech, jakby bała się zepsuć ich piękny wzór.

‒ Do zobaczenia jutro.

‒ Jutro – wyszeptała Elsie.

Wyszła z samochodu, ślizgając się na świeżym śniegu w swoich zniszczonych pantoflach. Klamka u drzwi była przymarznięta i musiała ją mocno szarpnąć, żeby drgnęła. Za ciemnym oknem samochodu Josef obserwował i czekał, aż Elsie wejdzie do środka. Dopiero wtedy ruszył.

Zamknęła drzwi. Zamek trzasnął metalicznie i zrobiło się cicho. Żadnych skrzypiec ani żydowskich słowików, żadnych porywów wichru czy krzyków. Nic prócz miarowego tykania zegara z kukułką. Odłożyła torebkę i wysunęła nogi z maminych pantofli. Zimne kafelki podłogi były cieplejsze od jej stóp.

‒ Elsie? – odezwał się cichy głos mamy. – To ty?

Elsie owinęła się szczelnie peleryną i podeszła do schodów. Na górze stała Mutti w nocnej koszuli, trzymając lichtarz ze świecą, której migotliwe światło pełzało po schodach.

‒ Tata zasnął, ale ja nie mogłam. Jak się udał bal? – zapytała dość żwawo jak na tę późną porę.

Elsie najchętniej rzuciłaby się mamie do stóp, zanosząc się płaczem aż do spazmów, ale nie była już dzieckiem i brzemię dorosłości przykuło ją do miejsca.

‒ Robiłaś to, co ci mówiłam? Byłaś grzeczna i miła? Czy Josef był zadowolony? ‒ Z zapartym tchem czekała na odpowiedź córki.

‒ Ja. – Elsie poczuła jeszcze większą gulę w krtani. Przełknęła ślinę, lecz to nie pomogło.

Mama uśmiechnęła się do niej.

‒ Masz szczęście, Elsie. Josef to przystojny mężczyzna.

Elsie kiwnęła głową.

‒ Idź już spać, proszę. Jest późno. Bo się rozchorujesz.

‒ Ja, dobranoc. Wesołych świąt, kochanie.

Światło świecy oddalało się i w końcu znikło. Elsie poszła do kuchni, rozpaliła ogień w piecu i nastawiła czajnik z wodą. Na posypanym mąką drewnianym stole leżały serca z piernika, Lebkuchen. Lukrowane wzory z zawijasków i kropek zastygały przez noc. Papa zrobił ich pięć: dla Maxa, Luany, Hazel, Elsie i Juliusa. Tradycyjnie zawsze wstawał pierwszy i wieszał je na najgrubszych gałęziach świątecznej choinki.

Z czajnika już leciała para. Rozpięła rękawiczki i zaczęła je zdejmować. Pierścionek zaczepił o delikatny materiał. Odczepiła go, obejrzała dziurkę i wyciągniętą nitkę. Nawet Mutti tego nie naprawi. Pierścionek połyskiwał w świetle płomienia kuchenki. Zdjęła go i poszukała hebrajskich liter na spodzie. Choć nie mogła ich dojrzeć, wiedziała, że tam są. Położyła pierścionek na stole i roztarła odciśnięte na palcu wgłębienie. Pomyśli o tym jutro. Ten wieczór i tak już trwa za długo. W głowie jej szumiało, oczy piekły. Pragnęła tylko napić się czegoś gorącego i wejść pod pierzynę.

Para unosząca się z czajnika wyglądała w ciemnościach jak jakiś gniewny duch. Elsie podniosła czajnik z ognia i wzięła trochę rumianku z wiszącego zbioru ziół mamy. Nagle poczuła na nogach lodowaty powiew zimna. Drzwi kuchenne były zamknięte na łańcuch, lecz uchylone. Przy pozostawionej szparze w pojemniku z lodem leżał karp, nie większy niż rozłożona dłoń Elsie. Tradycyjnie w Wigilię Bożego Narodzenia trzymano karpie na zewnątrz. Jedni twierdzili, że miał je błogosławić sam Święty Mikołaj. Według innych chodziło o to, by ryba przesiąkła zapachem alpejskiego powietrza. W ostatnich latach ta tradycja zanikła. Ludzie byli w desperacji. Kawałek bekonu wyrzucony psu chwytały dłonie głodującego. Elsie domyślała się, że Papa musiał sprzedać bardzo dużo pieczywa na czarnym rynku, żeby kupić tę małą rybę. Wysiłki Mutti, by podtrzymać tradycję, pozostawiając niedomknięte drzwi, robiły wrażenie bezsensownego przeżytku z dawnych, szczęśliwszych czasów, jednak Elsie nie mogła wyrzucać mamie, że każdego dnia robiła pewne rzeczy po swojemu. Nocne powietrze przesycone było zapachem palonej sosny. Zaciągnęła się nim głęboko.

Metalowe oczka łańcucha u drzwi pokryły małe igiełki lodu. Odłamała je i wyrzuciła na dwór. Gdy poszybowały na śnieg, coś w ciemności zaszurało. Elsie zamarła i wstrzymała oddech.

‒ Kto tam?

Wokół padał śnieg. Zesztywniałe pnie drzew skrzypiały na wietrze.

To śnieg płata jej figle, stwierdziła. Tego wieczoru nie jadła wiele i pierwszy raz w życiu piła szampana. Aż dziwne, że nie widziała białych myszek. Grzbietem dłoni dotknęła policzka. Nie wypiła jeszcze rumianku, a chyba już miała gorączkę. Szybko do łóżka, ot co.

‒ Proszę.

W dole drzwi pojawiła się jakaś wychudzona, blada twarz.

Elsie podskoczyła, strącając na podłogę koszyczki rumianku.

‒ Proszę – powtórzyła postać, wyciągając rękę ‒ po-móż mi.

Elsie rzuciła się do tyłu, zgniatając suszone zioła pod stopami.

‒ Idź stąd – syknęła. – Ty... ty duchu. Wynoś się stąd. – Podniosła wrzący czajnik. Ręka cofnęła się.

‒ Szedłem za waszym samochodem.

‒ Co?

Serce Elsie biło coraz szybciej. Uniesiona z ciężkim czajnikiem ręka drżała.

‒ Oni mnie zabiją. – Pochylił się i wcisnął twarz w szczelinę uchylonych drzwi, unosząc ku niej wzrok.

Wtedy go poznała. To był ten śpiewak, żydowski chłopiec.

‒ Co ty tu robisz?

‒ On uszkodził klatkę, otworzyła się, więc uciekłem – powiedział.

‒ Uciekłeś? – Odstawiła czajnik. – O Boże. – Potarła skronie, gdzie narastał ból. – Jeśli cię tu znajdą, aresztują nas wszystkich. Idź sobie! – Odpędzała go od drzwi. – Idź stąd!

‒ Ja ci pomogłem. Proszę, pomóż mi.

Stał przyciśnięty do framugi. Oddychał szybko i ciężko. Skórę miał siną od mrozu.

Był dopiero chłopcem, w podobnym wieku co Julius. Tak samo zły czy niebezpieczny jak każdy chłopiec, żydowski czy niemiecki. Zginie tam, czy to od sił przyrody, czy z ludzkiej ręki. Mogłaby go ocalić, gdyby tylko otworzyła łańcuch.

Wiatr smagał mu twarz, grube płatki śniegu oklejały rzęsy.

Przypomniała sobie oskarżenia Kremera. Najpewniej już ludzie mówili o niej i jej rodzinie. Jeśli chłopiec tu zostanie i umrze na ich schodach, gestapo niewątpliwie uzna, że brała udział w jego ucieczce. Zamknęła oczy. W głowie jej pulsowało. To było jeszcze dziecko. Nic ważnego ani groźnego. Mogła go jutro wyprowadzić, pokazać mu w lesie szlak do Eckbauer i puścić go tam jak w bajce o Jasiu i Małgosi. Jakie to ma znaczenie? Jeden chłopiec. Jeden Żyd. Zapragnęła, żeby po prostu zniknął.