Córka piekarzaTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Córka piekarza
Córka piekarza
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 72,80  58,24 
Córka piekarza
Audio
Córka piekarza
Audiobook
Czyta Oskar Hamerski
39,90  29,53 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

‒ „Spokój, jasność ludziom wszem”...

Skrzypce zamilkły, ale jego głos ciągnął dalej:

‒ „Tylko Kanclerz pełen mocy strzeże Niemiec w dzień i w nocy”...

Zanim chłopiec skończył śpiewać, zaczęto serwować kolację. Szczękały talerze roznoszone przez kelnerów na lakierowanych tacach; mieniące się jak klejnot wino lało się do czekających kieliszków. Jakaś kobieta śmiała się zbyt głośno.

‒ „Zawsze chroni nas. Zawsze chroni nas”.

Elsie przymknęła oczy.

‒ Wina? – zapytał kelner zza jej pleców.

‒ „Cicha noc! Święta noc!”...

Głos chłopca ani razu się nie załamał, nie zgubił swego doskonałego tonu.

Elsie czuła, jak w gardle rośnie jej gula z nagromadzonych i dotąd tłumionych emocji.

‒ Ma wspaniały głos – powiedział Josef.

Kiwnęła głową i zamrugała wilgotnymi oczami.

‒ Skąd on jest?

‒ Śpiewał dla więźniów przywiezionych do obozu w Dachau – wyjaśnił Josef. – Usłyszał go Sturmscharführer Wicker i kazał mu śpiewać podczas kilku swoich przyjęć. Wszystkim się podobało. Ma niezwykły głos, potrafi zahipnotyzować, jeśli się niebacznie zapomni, skąd pochodzi.

‒ Tak, wyjątkowy. – Elsie przywołała się do porządku.

‒ „Łaskę, zdrowie niesie nam, Niemcom wielką moc, Niemcom wielką moc” – zakończył chłopiec.

Skrzypek podszedł do mikrofonu.

‒ Zacytuję naszego Führera: „Cała praca przyrody to gigantyczna walka siły ze słabością, odwieczne zwycięstwo silnego nad słabym”. ‒ Stuknął obcasami i uniósł smyczek w powszechnym geście. – Guten Apetit.

W tłumie zebranych zapanowała teraz kakofonia dźwięków: szczęk srebrnej zastawy mieszał się z rozmowami. Skrzypek zagrał nowy utwór, a chłopiec zaczął śpiewać, lecz Elsie nie mogła nic dosłyszeć z powodu panującego w jadalni hałasu.

‒ Czy on jest Żydem? – zapytała Josefa.

‒ Jego matka była żydowską śpiewaczką, a ojciec polskim kompozytorem. Ma muzykę we krwi. – Josef przełamał wzdłuż bułkę i obie połówki posmarował masłem.

‒ Mój siostrzeniec Julius też śpiewa. Hazel mówi, że jest niezły.

‒ Musimy go kiedyś poprosić, żeby nam zaśpiewał. – Położył jedną połówkę na talerzu Elsie. – Dziś jest ostatni występ tego chłopca. Jutro wraca do obozu. Przy tym wszystkim, co się dzieje w Ardenach... ‒ Przerwał i ułamał kawałek pieczywa. – Przepraszam. To nie jest temat na Boże Narodzenie.

O obozach usłyszała pierwszy raz wiele lat temu, gdy państwo Grün, rodzina kupców sprzedająca najlepsze mydła i szampony w okolicy, zniknęli w środku nocy. Elsie bywała w ich sklepie co najmniej raz w miesiącu. Ich syn, Isaac, dwa lata starszy od niej, był najprzystojniejszym chłopakiem w mieście. Raz mrugnął do niej, gdy kupowała mleczno-miodowe mydło. Potajemnie wyobrażała go sobie, leżąc w ciepłej wannie, w wonnych oparach spowijających ją niczym welon. Teraz wstydziła się tego wspomnienia. Choć Grünowie byli Żydami, cieszyli się w sąsiedztwie wielką sympatią. A potem, pewnego dnia, ich sklep został zabity deskami i oznaczony Juden, a oni zniknęli.

Tydzień później, czekając w kolejce w sklepie mięsnym, podsłuchała, jak żona szewca szepce do rzeźnika, że Grünowie zostali wysłani do obozu w Dachau, gdzie ich zmyto rozcieńczonym ługiem jak bydło, a szamponu nie potrzebowali, bo głowy im ogolono. Elsie nie wytrzymała i uciekła ze sklepu. Gdy Mutti zapytała o jagnięcinę, powiedziała, że rzeźnik nie miał, choć oczywiście miał w zagrodzie kilka sztuk. Nigdy nie powiedziała rodzicom ani nikomu innemu o tym, co usłyszała, ani też nie pytała ich o Grünów. Nikt o nich nie mówił. I choć żona szewca nie była taką plotkarką jak inne kobiety w mieście, Elsie wolała jej nie wierzyć. Teraz jednak nie mogła już zaprzeczać: mały chłopiec miał ogoloną głowę.

Josef powąchał wino i upił łyk.

‒ Chciałbym porozmawiać o czymś innym. – Sięgnął do marynarki munduru i wyjął małe pudełeczko. – Kiedy to zobaczyłem, poczułem, że to znak. – Otworzył wieczko, ukazując złoty pierścionek zaręczynowy wysadzany rubinami i diamentami. – Myślę, że będziemy razem bardzo szczęśliwi. – Nie czekając na odpowiedź, wsunął go jej na palec.

Przeszkodzili im kelnerzy, ustawiając między kandelabrami wielkie półmiski. Naprzeciwko Elsie znalazł się pysk pieczonego prosięcia; upieczone gałki oczne patrzyły mętnie, a przypieczone uszy zdawały się nasłuchiwać. Po bokach świni ustawiono miski piure ziemniaczanego, a z tyłu białą kiełbasę, niczym jakiś demoniczny ogon. Choć takie ilości jedzenia Elsie widziała po raz pierwszy w życiu, z odrazy aż zaciskał jej się żołądek.

‒ Zostaniesz moją żoną?

Elsie poczuła dzwonienie w uszach. Josef był niemal dwa razy starszy od niej. Był znajomym jej ojca, uwielbiała go jak dobrego wujka czy może starszego brata, ale nie jako kandydata na męża. Spojrzenia rzucane ukosem przez innych gości, oficerów SS, zdawały się naciskać ją niczym drewniane zęby dziadka do orzechów. Josef czekał, z typową dla siebie pewnością swego. Czy zawsze widział ją w ten sposób? Czy była tak naiwna, że niczego nie zauważyła?

Szlachetne kamienie błyskały czerwienią w świetle świec.

Elsie opuściła dłonie na kolana.

‒ To zbyt wiele – powiedziała.

Josef wbił widelec w brzuch prosięcia i nałożył na swój talerz kawał żylastego mięsa. Wziął talerz Elsie i zrobił to samo.

‒ Wiem, nie powinienem pytać cię dzisiaj, kiedy tyle się dzieje, ale nie mogłem się powstrzymać. – Roześmiał się i pocałował ją w policzek. – Wspaniała uczta świąteczna!

Elsie skupiła uwagę na stojącym przed nią jedzeniu, zamiast na pierścionku na ręce. Jednak wieprzowina była tak tłusta, że nie musiała jej wcale żuć; galaretowata skóra spływała w dół przełyku. Szare w kolorze ziemniaki miały konsystencję papki. Kiełbasa była mączysta i niedogotowana. Przepłukała to czerwonym winem, które smakowało jak wino mszalne podczas pierwszej komunii. Kwas szczypał ją w gardło. Chleb. Ugryzła kawałek posmarowanej masłem bułki; ten smak i zapach były znajome i kojące.

Przez cały posiłek się nie odzywała. Pod koniec dania głównego skończył się również występ chłopca. Orkiestra, po krótkiej przerwie, wróciła na scenę i szykowała się do grania podczas deseru oraz tańców. Poprzez tłum siedzących Elsie dojrzała, jak esesmanka wyprowadza swego śpiewającego ptaszka w klatce z powrotem na korytarz i przez drzwi służbowe.

‒ Czy ten chłopiec – zwróciła się do Josefa – musi tam wracać?

Srebrne kandelabry odbijały puste wnętrze prosięcia i mundury esesmanów na co drugim krześle.

Josef zatrzymał w powietrzu ostatnią łyżkę szpecli.

‒ To Żyd – odparł i wrzucił podłużne kluseczki do ust, zanim kelner zabrał jego pusty talerz.

Elsie usiłowała zabrzmieć zdawkowo.

‒ On jest tylko pół-Żydem... no i ten głos. – Lekko poruszyła ramionami. – Odróżnia się od pozostałych.

‒ Żyd to Żyd. – Josef ujął jej dłoń i dotknął palcem pierścionka. – Masz za miękkie serce. Zapomnij o tym. Dzisiaj świętujemy.

Nad świecami unosiły się falujące refleksy gorąca. Skronie Elsie pulsowały. W głowie narastał wibrujący świst.

‒ Josefie, przepraszam cię na chwilę. – Odsunęła krzesło i wstała.

‒ Czy wszystko w porządku?

‒ Nie chciałabym przeszkadzać, ale muszę...

‒ Ach. – Josef pokiwał głową. – Toaleta jest na końcu korytarza po prawej. Nie zgub się, bo będziemy musieli wysłać po ciebie gestapo. – Roześmiał się.

Elsie przełknęła ślinę i zmusiła się do wątłego uśmiechu. Powoli przeszła przez lśniącą salę bankietową, lecz gdy tylko znalazła się sama w półmroku korytarza, przyspieszyła. Minęła napis „toaleta” i doszła do podwójnych drzwi prowadzących na tył budynku.

Rozdział 4

Niemiecka piekarnia U Elsie

Trawood Drive 2032

El Paso, stan Teksas

5 listopada 2007 r.

Telefon Reby zabuczał.

‒ Przepraszam.

Przeczytała wiadomość: ZALATWIAM FURGONETKE NIELEGALNYCH. BEDE W DOMU POZNO. Westchnęła i wrzuciła telefon z powrotem do torebki.

‒ Problem? – spytała Jane.

‒ Nie, tylko jedzenie na wynos z Rudy’s Bar-B-Q. Zamawiam tam regularnie.

‒ Jasne, złotko. – Jane zabębniła palcami o stół. – Chłopak?

‒ Nie do końca. – Reba poprawiła zawartość torebki, żeby zasunąć zamek błyskawiczny.

‒ Och, śmiało, tak tylko między nami kobietami. – Jane zrobiła ruch, jakby zamykała usta na klucz.

Reba zamilkła. Jane znowu przekraczała, i to nachalnie, linię oddzielającą osobę dziennikarza od tematu. Rozmawianie o swoich związkach było nieprofesjonalne. Jej zadaniem było skłonić rozmówców do mówienia o ich życiu. Później to opisywała, a czasopismo drukowało w tysiącu egzemplarzy do publicznej konsumpcji. Słynęła z artykułów okolicznościowych. Potrafiła wyciągać najintymniejsze historie od każdego, kogo jej wskazał wydawca. Ale swoje prywatne życie chroniła i zamierzała się tego trzymać. Tę kobietę, Jane, dopiero poznała. Była jej całkowicie obca. Nie, to by było nie na miejscu.

Jednak było w niej coś, jakaś siła spokoju dająca poczu-cie – prawdziwe czy złudne ‒ że można jej ufać. Tak naprawdę Reba nie miała w El Paso zbyt wielu znajomych. Większości tutejszych ludzi nie ufała. Była już zmęczona nagminnym mówieniem przez nich jednego, a robieniem czego innego. Czyli w sumie kłamaniem. Nie żeby kogoś obwiniała. Ona też codziennie miała na sumieniu jakieś kłamstwa – większe lub mniejsze – nawet wobec siebie samej. Wmawiała sobie, że nie potrzebuje znajomych. Jest niezależna, samowystarczalna i wolna. Riki był jedyną osobą, której odważyła się tu zaufać, i to w ograniczonym zakresie. Jednak ostatnio nawet z nim coś się psuło. Czuła pączkującą w niej samotność, a wraz z tym uczuciem ogarniała ją znajoma pustka, która już raz chciała ją całkiem połknąć. Tęskniła za starszą siostrą Didi i za mamą. Rodzina. Osoby, które zostawiła, wyjeżdżając tysiące kilometrów od domu.

 

W ciche wieczory w El Paso, gdy Riki pracował do późna, czasem zżerała ją samotność, podobnie jak w dzieciństwie. Nalewała wtedy kieliszek wina i otwierała okno w kuchni, a wiatr od pustyni poruszał lniane zasłonki. Wracała wówczas myślą do swej ostatniej sierpniowej niedzieli w Richmond. Didi przyszła z dwiema butelkami château morrisette. Piły je, siedząc boso na świeżo skoszonym trawniku; resztki ściętej trawy oklejały im palce stóp. Drugi korek wyskakujący z butelki tego wieczoru uwolnił nie tylko wino. Upojone złudnymi marzeniami, zapomniały o dziewczęcych smutkach i szybowały w romantycznych wizjach przyszłości tak długo, że nawet świetliki pogasiły już swoje światła. Po raz pierwszy zrozumiały, dlaczego ich tata pił burbona jak lemoniadę. Miło było udawać, że świat jest wspaniały, zapijać lęki, tłumić wspomnienia, uśpić wewnętrzną czujność i po prostu się cieszyć, choćby tylko przez kilka godzin.

Czując lekkie drżenie, Reba potarła czoło.

‒ To mój narzeczony – przyznała.

‒ Naprawdę? – Jane odchyliła się na krześle. – A gdzie pierścionek?

Reba sięgnęła po wiszący na szyi łańcuszek i wyciągnęła spod koszuli zawieszony na nim pierścionek z pojedynczym kamieniem.

‒ Ale błyskotka – stwierdziła Jane. – Dlaczego nie na palcu?

‒ Przeszkadza mi w pisaniu. Chyba jest za ciasny.

‒ Można go powiększyć, wie pani?

Reba podniosła dyktafon i głaskała przyciski.

‒ Kiedy wesele? – ciągnęła Jane.

‒ Jeszcze nie ustaliliśmy daty. Oboje jesteśmy bardzo zajęci.

‒ A kiedy się zaręczyliście?

‒ Mmm... ‒ Reba przejrzała w myślach kalendarz. – W sierpniu.

Jane pokiwała głową.

‒ Lepiej zacznijcie planować. Teraz to trochę trwa, dużo zachodu ze wszystkim. Pokażę zaraz nasz katalog tortów weselnych, żeby dać pojęcie, jak to wygląda.

Reba żałowała, że cokolwiek powiedziała, i natychmiast wróciła do wypróbowanej taktyki dziennikarskiej ‒ przekierowania.

‒ A pani jest mężatką?

Jane ściągnęła przewieszoną przez ramię szmatkę i zakręciła nią wokoło jak gimnastyczka.

‒ Ha. Jestem już starszą panią. Najlepszy czas minął. – Pochyliła się i oparła łokcie na stole. – Nic to, że w oczach mamy nikt nie byłby dostatecznie dobry, o ile nie miałby lamówek na pagonach. Oczywiście, nigdy nic w tym guście nie powiedziała, ale zawsze czułam, że chciałaby mnie wydać za wojskowego jak mój tata, z armii Stanów Zjednoczonych, niemieckiej Luftwaffe lub czegoś takiego. Ale ja nie jestem dziewczyną dla żołnierza. Całe to wariactwo z krochmalonymi wstążeczkami... Proszę mnie źle nie zrozumieć, ja szanuję ich pracę. Doceniam ich służbę i poświęcenie dla naszego kraju. To zawód przynoszący zaszczyt i za każdym razem, gdy żołnierze wracają do domu do Fort Bliss, zanoszę tam całe nasze pieczywo i ciasta, i to bezpłatnie. Ale nie chcę takiego w swoim łóżku ani nie chcę za takiego wychodzić. – Srebrne pasmo włosów opadło jej na oczy; założyła je starannie za ucho. – Nigdy nawet nie przyprowadziłam chłopaka do domu. Nie widziałam w tym sensu. – Wyprostowała się na krześle i uniosła głowę, patrząc na Rebę z powagą. – Ale mam kogoś. Jesteśmy razem od bardzo dawna. Kiedy byłam jeszcze chuda i piegowata. Nigdy nie poprosił mnie o rękę. To akurat może nie brzmi dobrze, ale proszę mi uwierzyć, sama by się pani przekonała, że trudno jest dochować wierności, nie mając żadnego papierka, nie mogąc powiedzieć, że druga osoba jest „moja”. To okropnie trudne.

Jane skupiła wzrok na pierścionku wiszącym na piersiach Reby. Reba poprawiła się na krześle, jakby chciała strząsnąć z siebie jej wzrok. Odchrząknęła.

‒ Wygląda na to, że jedziemy na tym samym wózku. Mnie też się nie spieszy do ołtarza.

‒ Ładny ten pierścionek – orzekła Jane.

Dzwonek nad drzwiami zadźwięczał i wszedł mężczyzna w szarej wojskowej bluzie.

‒ Mogę w czymś pomóc? – zapytała Jane.

Wstała, zabrała lawendowy sprej i wróciła za kasę.

‒ Tak. ‒ Mężczyzna gorączkowo lustrował produkty za szybą lady sklepowej. – Żona prosiła, żebym zamówił tort. Na urodziny syna. Próbowała upiec sama, ale ciasto opadło. Za kilka godzin jest przyjęcie, więc przyszedłem tutaj. – Pocierał knykciami dłonie złożone w pięści. Na jego prawym nadgarstku wytatuowany był pazur amerykańskiego orła. – Proszę zrobić, co pani może. Ona, moja żona, pochodzi z Niemiec. Przenieśliśmy się do Bliss w zeszłym miesiącu i ona tu nikogo nie zna. Znajomi i rodzina zostali w Stuttgarcie. Mówiła, że nie może znaleźć wszystkich potrzebnych składników w Albertsons, a zwykły lukrowany placek, który kupiłem dziś rano, wyrzuciła. Chce, żeby to było ciasto jak domowe. – Podniósł na Jane niebieskie, proszące oczy. – A ja chcę, żeby była zadowolona. Jeśli macie w kuchni na zbyciu jakieś niemieckie ciasto...

Jane kiwnęła głową.

‒ Porozmawiam z mamą. Ona potrafi zrobić coś z niczego. – Przez zasłonę w drzwiach wyszła na tył sklepu.

Reba spodziewała się jakiegoś łomotu czy okrzyku, ale nic takiego nie nastąpiło. Już po chwili Jane była z powrotem.

‒ Da nam pan dwie godziny?

Zwolnił oddech i rozluźnił pięści.

‒ Przyjęcie jest o trzeciej.

‒ Będzie gotowe.

‒ Dziękuję bardzo. Naprawdę doceniam – powiedział mężczyzna i odwrócił się, by wyjść. Jane jednak go zatrzymała.

‒ Jak ma na imię syn?

‒ Gabriel, Gabe.

‒ Napiszemy to na torcie.

‒ To się żonie spodoba. Jemu też. Jeszcze raz dziękuję. Nie ma pani pojęcia, ile to dla nas znaczy. – Wyszedł, a wiatr zatrzasnął za nim drzwi.

‒ Oto jest miłość. – Jane roześmiała się. – Mężczyzna z całego serca chce pomóc swojej pani urządzić przyjemne party dla ich dzieciaka. – Zapisała imię na kartce papieru. – Nigdy mnie nie zwiodły wielkie romantyczne gesty. Miłość polega na małych rzeczach, codziennej trosce, czułości i wybaczaniu.

Reba zawsze wyobrażała sobie miłość jako dziką i niepowstrzymaną. Prawdziwa miłość to ogień namiętności, płonący jasno, dopóki się go nie ugasi. Nie żaden ćmiący się płomyczek, stłumiony banalną codziennością. Pomyślała o tym, jak zachowywali się w ostatnim czasie oboje z Rikim: każde słowo starannie dobrane, tak deprymująco grzeczne, jakby to aktorzy odtwarzali scenariusz. Schowała łańcuszek z pierścionkiem z powrotem pod bluzkę.

‒ No ale, skoro mamy to zamówienie, nie jestem pewna, czy mama będzie mogła dziś rozmawiać. Będzie pani mogła przyjść jeszcze raz?

Przekraczając próg piekarni, Reba zamierzała uzyskać wszystko, czego potrzebowała, podczas jednej wizyty, ale teraz, po spędzonej tu zaledwie godzinie, nie miała nic przeciwko złożeniu jej ponownie. A nawet pomyślała, że będzie jej miło.

‒ Tak, oczywiście. Następnym razem wezmę aparat. Czasopismo przyśle tu fotografa, ale chciałabym sama zrobić trochę zdjęć, jeśli pozwolicie.

Dekoracyjne stosy różnokolorowych słodyczy w szklanej gablocie ładnie wyjdą na zdjęciu. Na ich widok aż jej ślinka ciekła.

‒ Pozwolimy! Proszę. – Jane otworzyła tył gabloty. – Tak długo pani czekała. Proszę coś wziąć. Mama zawsze mawia, że ze strudlem nigdy nie jest się samotnym. – Wyjęła kawałek oblany śmietankowym serkiem.

‒ Nie, nie mogę – odparła Reba uprzejmie. – Nie jem nabiału.

Jane zatrzymała rękę.

– Och, biedactwo. Czy nie ma na to jakiegoś lekarstwa? – Położyła kawałek z powrotem w rządku.

Reba pokręciła głową.

‒ Nie mam nietolerancji laktozy. Wolno mi jeść nabiał. Ale nie jem. Na uczelni działałam w PETA. Na rzecz praw dla zwierząt, przeciwko piciu mleka i takie tam.

Jane uniosła wysoko brwi.

‒ Mleka?

‒ Była taka kampania PETA – wyjaśniła Reba.

‒ O! – Jane zrobiła zdziwioną minę. – No to może pierniczków? To specjalność mamy. Używa do nich oleju migdałowego. Bez masła. To rodzinna tajemnica. Proszę obiecać, że pani nikomu nie powie.

Z całą pewnością Jane nie wypuściłaby jej z pustymi rękami, więc Reba się zgodziła.

‒ Dobrze, obiecuję.

*

Tego wieczoru Reba siedziała sama przy stole w kuchni, nadgryzając brzeg pierniczka. Kwadratowe ciastka, udekorowane płatkami migdałów w kształty kwiatów, wydawały jej się za ładne, żeby je zjeść. Lecz po długim dniu nie miała siły, by się powstrzymać. Gęsta melasa i cynamonowy proszek stanęły jej w gardle, więc nalała sobie szklaneczkę odtłuszczonego mleka. Mleko spieniło się lekko i zabarwiło szklankę na perłową biel.

Zaraz po powrocie do domu położyła pudełko z niemieckiej piekarni na blacie w kuchni, postanawiając nic nie ruszać, ale wyrzucić ciastek nie była w stanie. Kuchnia, salonik i cały apartament, aż po ich pokój, gdzie siedziała na łóżku, przepisując notatki, wypełniły się słodkim zapachem. W końcu, gdy słońce już wtopiło się w pustynię i pojawił się jesienny księżyc, pomarańczowy jak biszkopt, samotność ją zmogła i zeszła na dół znaleźć pocieszenie w słodkiej przekąsce.

Zastanawiała się, czy powinna zostawić jedno ciastko dla Rikiego, ale wtedy on zapytałby, jak minął dzień, a ona nie miała siły mu tłumaczyć, dlaczego po ponadgodzinnej rozmowie z Jane nie ma nagranego ani słowa. Na pewno chciałby wiedzieć, o czym rozmawiały, a nie zamierzała otwierać puszki Pandory. Jednak jakoś nie mogła ani odsunąć swych myśli od Jane i piekarni, ani ciastek od ust.

Umoczyła ostatni kwadracik w mleku, włożyła do ust i pogryzła. Co z oczu, to z głowy – czy nie tak mówi porzekadło? Popiła mlekiem i wypłukała szklankę, nie zostawiając śladów.

Wszystko zaczęło się od takiego małego kłamstwa: udawania, że nie jada nabiału. Teraz, gdy robiła to już od tak dawna, nie wiedziała, jak to przerwać.

Zaczęło się w college’u. Koleżanka Reby z pokoju, Sasha Rose, córka ekspatriantów z Singapuru, była drobną dziewczyną o dwóch wielkich pasjach: weganizmie i sztuce włoskiej. Nie uczestniczyła w nocnych imprezach przy pizzy pepperoni ani nie chodziła do barów na skrzydełka kurczaka. Zamiast tego pochłaniała miseczki groszku sojowego i rubinowych organicznie uprawianych fig, jednocześnie studiując Botticellego i Tycjana.

W dzień odwiedzin na pierwszym roku rodzice Sashy przylecieli zza oceanu. Jej matka, mówiąca z wyraźnym brytyjskim akcentem, mimo przetykanych siwizną włosów wyglądała jak siostra-bliźniaczka.

‒ Kochanie, jak ja za tobą tęskniłam – mówiła czule, przytulając Sashę tak autentycznie szczerze, że Reba musiała odwrócić wzrok, bo aż ją zakłuło w piersi.

Ojciec Sashy, pochodzący z Tallahassee, był wysoki i opalony, miał zaraźliwy uśmiech i radosną powierzchowność. Charyzma promieniowała od niego jak słońce Florydy. Z ramion matki Sasha powędrowała w jego ramiona. Reba czekała na jakiekolwiek objawy zazdrości, obawy czy niechęci u pani Rose, lecz widok Sashy w objęciach ojca sprawiał tylko, że cała promieniała.

‒ Reba, idziesz z nami na kolację! – nalegał pan Rose, jednak gdy delikatnie dotknął jej pleców, wzdrygnęła się tak mocno, że dodał: ‒ Oczywiście, jeśli masz inne plany, zrozumiemy.

Nie miała, ale w tym momencie czuła taki dyskomfort, że obawiała się, by nie towarzyszył jej przez cały posiłek.

‒ W poniedziałek mam test – skłamała, a z jego lekko skrzywionego uśmiechu widać było, że to czuje.

Mama i siostra Reby w tamten weekend nie przyjechały, miały inne sprawy. Mama miała raut w Junior League, a Didi ‒ kursy podyplomowe. Z początku Reba była im za to wdzięczna, ale widząc Sashę z jej doskonałymi rodzicami, poczuła dojmującą tęsknotę za kimś bliskim: mamą, Didi, nawet tatą. Było to beznadziejne uczucie.

‒ Przyjemnej nauki – powiedział pan Rose z paniami rozlokowanymi u obu jego boków.

I cała trójka wymaszerowała.

Zamykając za nimi drzwi, Reba zerknęła na swoje odbicie w lustrze. Stanowiło tak jaskrawy kontrast ze ślicznym państwem Rose, że natychmiast włożyła bluzę z kapturem i zaszyła się w kocach swego łóżka jak nornik.

Zawsze była melancholiczką, niezadowoloną u siebie prawie ze wszystkiego. Gruba tam, gdzie powinna być chuda, płaskie piersi i za duży wzrost, przez co nigdy nie pasowała do szkolnych cheerliderek ani chórzystek – małych sióstr przyjaciółek własnej siostry. W wieku lat szesnastu, gdy zmarł tata, całkowicie zamknęła się w sobie. Wszystkie przerwy na lunch i czas po szkole spędzała w czytelni czasopism nad rozkładówkami gazet i milczącymi fotografiami.

W czasie pierwszego semestru Reby w college’u Didi poradziła jej, żeby poszła na jakieś zajęcia samodoskonalenia, np. jogę, taniec, pływanie, sztukę. „Zacznij wszystko na nowo”, powiedziała. A Reba zamiast tego zapisała się do uniwersyteckiego klubu bokserskiego. Wkładała sznurowane rękawice i robiła sparing z trenerem. Wszyscy na kampusie znali ją ze zdjęć w „Daily Cavalier”: wargi rozdymane ochraniaczem na zęby, ciemne, kędzierzawe włosy wymykające się spod kasku, rękawice uniesione, gotowe do walki. W rodzinie Adamsów uważali ją za anomalię. Była córką szanowanego weterana z Wietnamu i prawnuczką jednego z największych właścicieli hut żelaza w Richmond. Didi debiutowała wspaniale. Zawsze uśmiechnięta, z kolorami na policzkach, już studiowała prawo. Natomiast Reba... Reba wciąż zapisywała coś w notesie i bawiła się w przebieranki z chłopakami. Czuła, że mama i siostra załamują nad nią ręce.

 

Toteż w nagłym porywie rozsądku postanowiła naśladować Sashę, uczyć się od niej i skierować swój rozwój na właściwe tory. Pierwszy krok: weganizm. Zrobiła szybki rekonesans w czytelni na temat tej diety i stylu życia. Podstawowe wymogi były trudne do przełknięcia. Żadnych produktów zwierzęcych. Kropka. Reba zdecydowała, że warto byłoby mieć na względzie jakiś cel, bronić jakiejś sprawy, ale całe królestwo zwierząt wydawało się istotne. Wybrała więc krowy. Zero jogurtu i sera, masła i wołowiny. Z każdą niezjedzoną porcją lodów uratuje jakąś krowę. Udawało jej się przez prawie trzy tygodnie.

Potem nadeszły walentynki i Sasha przypomniała jej, że do produkcji czekolady używa się mleka odciągniętego krowom-matkom karmiącym cielaki. Sasha i jej chłopak poszli na imprezę PETA „Wegewiagra”, a Reba została w domu.

Tego wieczoru smutek ogarnął ją silniej niż kiedykolwiek, aż ją ściskało w dołku. Tata mówił na to „głodny wilk”. Gdy Reba i Didi były małymi dziewczynkami, opowiadał im, w stanie upojenia, jak zakrada się do niego spomiędzy cieni za dnia, a nocą szatkuje na drobne kawałeczki. Po czym nalewał sobie następny kieliszek bursztynowego płynu, popijał, uśmiechał się i wesoło prosił, żeby nic o tym nie wspominały mamie. Obiecywały, choć za plecami krzyżowały palce. Zresztą cokolwiek by zrobiły, nie miało znaczenia. Mama i tak to zbywała.

‒ Strachy na lachy. Za dobrze go znacie, żeby brać poważnie cokolwiek z tego, co mówi, gdy jest w takim stanie. Idźcie już spać i kolorowych snów, kochane.

Po śmierci taty, pomagając porządkować jego biuro, Reba znalazła jego historię choroby. Miał za sobą lata leczenia elektrowstrząsami na ostrą depresję i do samej śmierci co czwartek odwiedzał psychiatrę klinicznego w Medical College w Wirginii. Doktor Henry Friedel odnotował, że przed wysłaniem na front jej ojciec cierpiał na chroniczne przygnębienie, lęk i poczucie beznadziei; niezdolność do podejmowania decyzji; poczucie winy; ekstremalne huśtawki nastrojów oraz zmienione poczucie rzeczywistości. Czytając tę listę symptomów, ściągnęła usta z obawą – takie same można by stwierdzić u niej. Doktor Friedel pisał dalej, że wszystkie te wcześniej istniejące objawy były u rekrutów powstrzymywane, ale nasilały się w warunkach wojennych.

Do dokumentu dołączony był plik odręcznych notatek z sesji terapeutycznych taty. Gdy je podniosła, żeby włożyć do kartonu, z metalowego uchwytu wyleciała pojedyncza kartka i spadła na podłogę. Choć były to sprawy osobiste, ciekawość w niej zwyciężyła i zaczęła czytać:

28 lutego 1985 r.

Oprócz poprzednio zgłoszonych dolegliwości i wymienionego uprzednio leczenia klinicznego p. Adams nadal cierpi na bezsenność z powodu nocnych ataków przerażenia i napadów wspomnień na jawie, powiązanych z jego aktywną służbą wojskową podczas wojny w Wietnamie. W trakcie rozmowy ciągle skupia uwagę na kobiecie z dystryktu So’n Tịnh i jej nastoletniej córce, które, jak twierdzi, zgwałcił, będąc pod wpływem środków psychotropowych, uzyskanych nielegalnie od miejscowego Wietnamczyka. P. Adams mówi, że później widział, jak czarny wilk pożera zmasakrowane ciała tych kobiet. (Nadal nie stwierdziłem, czy ten wilk był autentycznym zdarzeniem, czy, co bardziej prawdopodobne, jest po prostu manifestacją jego podświadomego poczucia winy). Szczególną uwagę pacjent kieruje na insygnia kompanii wycięte na nagich klatkach piersiowych ofiar. P. Adams nie może sobie przypomnieć, czy ten akt okaleczenia został popełniony przez niego, czy przez jego kolegów żołnierzy, ani nie jest pewny, czy przyczyniło się to do ich śmierci. Jednak nasze rozmowy ogniskują się głównie na rozważaniu tej kwestii, co wzmaga jego niepokój, poczucie winy, drastyczne wahania nastroju i w rezultacie autofobię. Oscyluje on między racjonalizacją a samooskarżaniem.

Dziś p. Adams znów opisał w najdokładniejszych szczegółach otrzymany drogą służbową rozkaz zaatakowania i zabicia wszystkich z Wietkongu w pewnej małej wiosce. Zapytany, co czuł, napadając na cywilnych mężczyzn, kobiety, dzieci i starców, p. Adams powiedział: „Kazali nam wymazać ich na zawsze z powierzchni ziemi. Wypełnialiśmy rozkazy. Starałem się być dobrym żołnierzem. Nie chciałem tam być. Chciałem być w domu z rodziną”. Zapytany, czy gwałt został również polecony przez dowództwo, p. Adams wpadł w skrajne emocje i stał się nieobliczalny, co wymagało zastosowania dawki domięśniowej środka uspokajającego. Sesja skończyła się wcześniej. Przepisałem mu lorazepam i wyznaczyłem dodatkową konsultację we wtorek 5 marca.

Reba włożyła kartkę z powrotem do pliku i natychmiast zapragnęła cofnąć czas i podnieść ją z podłogi z zamkniętymi oczami. Nie chciała znać tajemnic swego taty. Wystarczająco mroczne były jej własne wspomnienia. Zapakowała teczki z dokumentami do kartonu, który okleiła podwójnie szeroką taśmą klejącą, z nadzieją, że zamyka w przeszłości i grzebie na zawsze „wilka” swego taty.

Lecz w tamte walentynki, siedząc sama w pokoju akademickim, słyszała, jak on wyje z osamotnienia, tak przenikająco, że czuła to nawet skórą. Poszła więc do oświetlonego neonami kampusowego sklepiku i kupiła kartonik mleka oraz największe pudełko czekoladek wiśniowych, jakie było na półce.

‒ Ten chłopak to ma szczęście – zauważyła kasjerka-studentka.

Reba skinęła głową i uśmiechnęła się.

‒ Tak, ma.

Wróciła do domu i sama zjadła całe pudełko, pocieszając się kolejnymi rządkami czekoladek wiśniowych i podbudowując wyobrażeniem kasjerki, że ona ma kogoś wspaniałego, z kim je razem zje. Mleko wypiła prosto z kartonika. Jako owoc zakazany jeszcze bardziej smakowało.

Jakiś czas później, gdy kartonik w koszu na śmieci zaczął wydawać przykry zapach, Sasha zapytała ją, co to było.

‒ Mleko sojowe – odparła Reba. – Chyba z jakiejś zepsutej partii.

Sasha popatrzyła na nią przez chwilę i wzruszyła ramionami.

‒ Mnie też się to raz zdarzyło. Następnym razem kup organiczne. Zawsze jest dobre.

I tak właśnie to się zaczęło. Z początku taka błahostka. Ale z górą dziesięć lat później Reba nadal kłamała. Problem polegał na tym, że jej kłamstwa dotyczyły już nie tylko błahostek. Rozprzestrzeniały się jak pleśń w różnych dziedzinach jej życia, psując efekty jej wysiłków.

Zmyślanie było najłatwiejszą drogą do stworzenia siebie na nowo. Mogła zapomnieć o swojej rodzinie i dzieciństwie: o atakach rozkojarzenia i histerii u taty, po których znów ogarniało go przygnębienie; o jego oddechu zalatującym whisky podczas wieczornej modlitwy; o chowaniu się w szafie, gdzie łaskotały ją w nos koronki odświętnych sukienek. O tacie leżącym bezwładnie na podłodze, z czerwonymi pręgami od liny na szyi, o wyciu karetek i mamie we łzach; o gniewie i winie, jaką czuła, stojąc nad jego grobem, bo wybrał najłatwiejszą drogę, bo zostawił je całkiem same.

Nie musiała być tamtą Rebą. Wystarczyło ułożyć historię, a jej rodzina stawała się tak doskonała, jak to udawała mama. Tata był bohaterem z Wietnamu, a nie mężczyzną prześladowanym przez upiory przeszłości, który ubierał się w uśmiech jak w kolorowy krawat, dopóki węzeł nie zaczął się zaciskać.

Nigdy nie zrozumiała, dlaczego mama tak często go usprawiedliwiała. Gdyby otwarcie powiedziała córkom, że jest chory, może byłyby w stanie mu pomóc, nie dopuścić do samobójstwa. Może razem we trzy dałyby mu wystarczająco dużo miłości, by poczuł się dobrze. Ilekroć jednak Reba usiłowała znaleźć winowajcę, przypominały jej się dochodzące przez ścianę krzyki taty, cichy płacz mamy, brzęk tłuczonego szkła, a rano zapach placków pekanowych. Po każdym trudnym wieczorze taty mama rano robiła placki pekanowe. Zabijały unoszący się z desek podłogi zapach burbona. Były mdląco słodkie, ale zjadały ich z Didi całe sterty, jakby to był ich ostatni w życiu posiłek ‒ żeby tylko zrobić jej przyjemność. Mama udawała z tych samych powodów co Reba: przyjemnie było wierzyć w kłamstwa. Jedyna rzecz, jaką Reba wiedziała na pewno, to to, że mama tatę kochała, a miłość potrafi sprawić, że przymyka się oczy na wszystko.