Córka piekarzaTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Córka piekarza
Córka piekarza
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 72,80  58,24 
Córka piekarza
Audio
Córka piekarza
Audiobook
Czyta Oskar Hamerski
39,90  29,53 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział 2

Ośrodek Lebensborn

Steinhöring, Niemcy

20 grudnia 1944 r.

Droga Elsie.

Dowiedziawszy się, że Estonia jest w rękach Armii Czerwonej, piszę ten list z rosnącym niepokojem o nasze dobre wojsko niemieckie oraz z ciężkim sercem z powodu utraty naszych. Cały tutejszy kompleks w Steinhöring i sąsiednie domy mają okna zasłonięte na czarno. Kilka dziewcząt straciło członków rodziny – ojców i braci. Ponadto zginęło paru członków Lebensborn, wśród nich ojciec moich bliźniąt. Biedny Cristof. Widziałam się z nim tylko tamten jeden raz, ubiegłej wiosny. Nie miał jeszcze skończonych dwudziestu dwóch lat, a skórę delikatną jak nektarynka. O wiele za młody, by umierać. Budzi we mnie wściekłość to ciągłe marnowanie życia, ta wojna. Wiem, że nie ma lepszej śmierci niż śmierć za naszą Ojczyznę, ale przeklinam te cudzoziemskie diabły, co rozlewają aryjską krew. Nie damy się podeptać. To jedynie rozpali ogień pochodni naszej wspólnoty i Niemcy odniosą zwycięstwo! Jak powiedział Führer: „Ufność narodu niemieckiego będzie zawsze towarzyszyła jego żołnierzom”. I nasza ufność pozostanie niezłomna.

Zamiast pogrążać się w rozpaczy, nasz Ośrodek zamierza uczynić nadchodzące Święta spektakularnymi jak nigdy dotąd. Pomagam w organizowaniu dekoracji na obchody Julfest[1]. Niektórzy rekomendowani oficerowie przyjęli już zaproszenie Ośrodka. Nasi żołnierze bardziej niż kiedykolwiek potrzebują obecnie towarzystwa i wsparcia. Robimy przeszukania wśród miejscowej społeczności, żeby pozyskać mięso i warzywa, a ja postanowiłam dostarczyć dobrej jakości pieczywo i ciasta, takie jak w kuchni u Papy. Muszę jeszcze znaleźć piekarza, który dorówna swymi przepisami rodzinie Schmidtów, bo po jedzeniu tych wypieków ze Steinhöring czuję się, jakbym połknęła wyschniętą glinę.

Po urodzeniu bliźniąt nie mogę spędzać zbyt wiele czasu z Juliusem. Mam nadzieję, że będę mogła teraz, gdy niemowlęta są już w żłobku Lebensborn. Wyznam to tylko Tobie, siostro, ale martwię się o nie. Oba są mniejsze niż Julius, gdy się urodził. Mam nadzieję, że to po prostu skutek dzielenia wspólnego łona i że wkrótce będą okrąglutkie i zdrowe jak każde aryjskie dziecko. Nie mogę zostać uznana za rodzącą gorsze potomstwo. Już i tak zbyt wiele lat trwało, nim znów poczęłam. Pozwolono mi tutaj zostać wyłącznie dlatego, że sprawdziłam się jako wierna córka Rzeszy.

Oficerowie lubią moje towarzystwo, jednak nawet Tobie nie chcę i nie mogę powiedzieć, jakie rzeczy musiałam robić, żeby Julius pozostał przy mnie w Ośrodku. Niektórzy z tych mężczyzn, choć na zewnątrz wyglądają dostojnie, w sypialni mają wyuzdane oczekiwania. Ty, Elsie, jesteś dziewicą i nic nie wiesz, ale ja modlę się co wieczór, aby jakiś miłosierny Niemiec uczynił Cię najpierw żoną, a potem kochanką. Taką nadzieję mieliśmy z Peterem. Wspominam nasze ostatnie wspólne Boże Narodzenie, kiedy poprosił mnie o rękę i podarował nam kuchenny zegar z kukułką, a na głowie drewnianej figurki umieścił niczym koronę złotą obrączkę. Jakie to były wspaniałe święta! Kukułka wybijała godziny, a wraz z nią wyskakiwała obrączka. Mutti i Papa byli tacy dumni. Jakie proste i szczęśliwe było wtedy życie.

Jak tam świąteczne przygotowania? Czy pomimo braku przydziałów piekarnia ma dalej dużo klientów? Jedna z tutejszych dziewcząt ma rodzinę w Berlinie i powiedziała, że tam trudno zdobyć nawet przypalony okruszek. Berlińczycy wymieniają złoto i drogie kamienie na przaśny chleb i suszoną świńską skórę. Podejrzewam, że te plotki to kłamstwa rozpowszechniane przez szpiegów, by straszyć lojalnych obywateli. Tutaj wszystkiego brakuje, ale wciąż w dowolnym dniu można kupić słodkie ciasto i kufel ciemnego piwa. Jak to wygląda w Garmisch? Jak się miewają Mutti i Papa? Muszę do nich niedługo napisać. Przekaż im serdeczności, co i Tobie ślę.

Heil Hitler,

Hazel

*

Piekarnia Schmidtów

Ludwigstrasse 56

Garmisch, Niemcy

21 grudnia 1944 r.

Droga Hazel.

Miłego Dnia Świętego Tomasza! W piekarni o tej porze roku mamy mnóstwo pracy, bo jest nas tylko troje do wyrabiania ciasta, palenia w piecu, wykładania na półki i obsługiwania kasy. Nie mam ani chwili, żeby cieszyć się Bożym Narodzeniem. No i są też tacy klienci jak Frau Rattelmüller, wyjątkowo uciążliwa. Nie do zniesienia! Ciągle narzeka i robi niegrzeczne uwagi na temat tego, że mam włosy w nieładzie albo że jestem leniwa, albo że hoduję za paznokciami wczorajszy brud (to nieprawda, co wieczór je szoruję!). Robi takie sceny przy Mutti i Papie, traktując mnie wciąż jak dziecko. Przyganiał kocioł garnkowi. Dziwnie się ostatnio zachowuje.

Kiedyś przychodziła o normalnej porze, jak wszyscy inni, ale teraz nie. O wpół do szóstej rano już stoi pod drzwiami kuchennymi, zagląda do okien i stuka bambusową laską, chociaż dobrze wie, że zawsze otwieramy o szóstej. Myślę, że to demencja starcza. Nie mówiąc już o tym, że tuzin bułek to jakieś obżarstwo. Czyżby nie wiedziała, że brakuje mąki i mleka? Gdybyś zobaczyła te przydziały SS, na których bazuje Papa. Mleko w proszku i mąka po upieczeniu twarde jak kamień. Klienci skarżą się, że znajdują w bułkach kamyki i omal nie łamią sobie zębów. Teraz więc dodałam sobie zajęcie przesiewania wszystkiego, co dostajemy. Frau Rattelmüller grozi, że jeśli skaleczy sobie dziąsła i umrze na infekcję, będziemy mieli jej krew na swoich rękach. Ale mały kamyczek nie załatwi tej starej wiedźmy. Podejrzewam, że będzie przychodziła przez cały następny wiek, wyjadając nasze pieczywo i waląc tą swoją śmieszną laską, stuk-stuk-stuk. Nigdy się od niej nie uwolnimy.

Miałam już tak dość, że dziś rano obudziłam się wcześnie razem z Papą i zmusiłam się do wyjścia z łóżka pomimo chłodu. (Ta zima jest chłodniejsza niż poprzednia. Jest tak zimno, że nawet śnieg na okapie nie topi się w sople. Pamiętasz tamten grudzień, gdy jadłyśmy sople posypane cukrem? Mówiłaś, że chochliki śnieżne żywią się nimi co noc, a ja Ci wierzyłam, bo chciałam wierzyć... choć wiedziałam, że nie ma takich rzeczy). Zeszłam na dół z tacą gorących Brötchen, gdy ulicą, kuśtykając, nadeszła Frau w swoim długim palcie i czapce.

Nim zdążyła zastukać laską, otworzyłam przed nią drzwi. „Dzień dobry, pani Rattelmüller – powitałam ją uśmiechem szerokim jak Eibsee. – Bułeczki czekają na panią. O rety, ależ zimno. Chyba miała pani we śnie odwiedziny gnomów, że tak późno pani wstała. – Dla podkreślenia spojrzałam w tył na kukułkę. – No, już prawie minuta spóźnienia”.

To wywołało u Papy konwulsje. Śmiał się tak głośno, że drżały wszystkie szyby w oknach kuchni, a Frau była wściekła jak osa. Zamiast tego co zawsze, kupiła dwa bochenki chleba cebulowego. Mutti i Papa zmarnowali całą partię pierników, kropiąc ją słonymi łzami. Ale warto było. Szkoda, że tego nie widziałaś! Popłakałabyś się ze śmie-chu, tak jak zawsze, gdy na karnawał Papa wkładał czapkę błazna. Mutti jednak nie była zachwycona. Powiedziała, żebym nie drażniła się ze staruszką. Jej życie wisi na włosku, tak powiedziała. Ale ja odparłam mamie, że Frau już o wiele za długo drażni się ze mną. Poza tym mamy wojnę. Czyje życie nie wisi na włosku.

Mutti, jak to Mutti, w tej samej minucie wyjęła suszone porzeczki i upiekła bułeczki Thomasplitzchen, żeby je zanieść do Frau jako gest pokoju. Właśnie tam poszła, gdy to piszę.

Ciekawa jestem, co Ty porabiasz w Steinhöring. Strasznie za Tobą tęsknię. Czy uwierzysz, że nie ma Cię już sześć kolejnych świąt? Dla mnie ciągnie się to niby wieczność, a ta wojna jeszcze dłużej. U nas nic nowego. Na Zugspitze nudy. Nikt w tym roku nie jeździ na nartach. Chciałabym, żebyśmy mogły znów pojechać nad morze. Pamiętasz ten letni wyjazd na wybrzeże Jugosławii, gdy byłyśmy małe? Chodzenie po kamienistej plaży i jedzenie zimnych ogórków w słońcu? Byłyśmy wtedy takie szczęśliwe... Czuję się, jakby to było sto lat temu. Ale teraz nie możemy pojechać. Wojna, wojna, wojna. Wszędzie wojna, mam już jej szczerze dość.

Ale o czymś weselszym: czy słyszałaś nowiny? Nasz przyjaciel Josef Hub otrzymał awans na podpułkownika i został przeniesiony do SS w Garmisch. Podobno dostarcza meldunki z oddziałów górskich do Reichsführera Himmlera. Wyobrażasz sobie!? Ale on jest inny niż wszyscy. Ta ranga ani trochę go nie zmieniła. Nadal przychodzi do piekarni i w każdą sobotę razem z Papą je ciastka z rodzynkami. Mutti przysięga, że on ma najbardziej niebieskie oczy w całym kraju, ale ja ją zapewniłam, że wszędzie wokół jest mnóstwo idealnie niebieskich oczu. Ona ma słabość do Josefa za wszystko, co dla nas zrobił.

Jak tam Julius? Pisałaś, że przyjęli go do specjalnego przedszkola dla przyszłych oficerów. Papa mało nie pękł z dumy, gdy czytałam mu ten fragment. Wszyscy jesteśmy z Ciebie dumni.

Nie martw się o nas i o piekarnię. Przydziały z SS są małe i marnej jakości, ale mamy więcej niż inni piekarze w mieście. Josef ma z Papą układ. W niedzielę po południu gestapo przywozi pod kuchenne drzwi mąkę, cukier, masło i sól z SS, a Papa w każdy poniedziałek zawozi wózek pieczywa do ich kwatery. Biznes ma się bardzo dobrze. Wiem, że nie powinnam narzekać na długi czas pracy, kiedy tak wielu naszych rodaków ma dużo cięższe życie niż my.

Czy Mutti Ci powiedziała? Idę na partyjne przyjęcie bożonarodzeniowe. Josef stwierdził, że już czas, bym wzięła w nim udział. Podarował mi prześliczną kremową suknię. Wprawdzie metka jest wycięta, ale powiedział, że była kupiona w Paryżu. Najpierw pomyślałam, że nie powinnam jej przyjąć, ale on podarował też mamie puderniczkę z opalizującej muszli, a tacie fajkę z palisandru. Domyślam się więc, że to prezenty dla nas pod choinkę. Dość ekstrawaganckie! Nie mając swojej rodziny, Josef uwielbia Mutti i Papę jak własnych rodziców, wieczny odpoczynek racz im dać Panie. Dla nas jest on darem niebios i mam nadzieję, że oznacza to jeszcze więcej worków cukru i prezentów! Suknia świadczy o jego dobrym guście.

 

Poproszę Papę, żeby mi zrobił fotografię, zanim pójdę na przyjęcie. Chcę, żebyś zobaczyła sukienkę. Napiszę znowu w święta. Mam nadzieję, że szybko dostaniesz ten list. Poczta działa teraz wolniej.

Heil Hitler.

Twoja kochająca siostra

Elsie

Rozdział 3

Piekarnia Schmidtów

Ludwigstrasse 56

Garmisch, Niemcy

24 grudnia 1944 r.

‒ Elsie, pospiesz się! Nie chcesz chyba, żeby Herr Hub na ciebie czekał! – zawołała Mutti z dołu.

Elsie bawiła się guzikami swych dziecięcych rękawiczek. Nosiła je tylko raz, wiele lat temu, na swojej pierwszej komunii. Sprawiały, że wszystko było w dotyku jak świeżo wyrośnięte ciasto. Miała je na sobie podczas komunii, gdy pastor luterański podał jej kielich mszalny. Gładkość naczynia trzymanego przez rękawiczki zdawała się prawdziwie niebiańska; łyk czerwonego wina już nie tak bardzo. Po spróbowaniu cierpkiego najświętszego sakramentu instynktownie dotknęła ręką ust i ubrudziła palce prawej rękawiczki. Mutti uznała to za świętokradztwo i moczyła rękawiczki w wodzie z octem prawie cały dzień. Mimo to na palcu wskazującym pozostało nieco czerwieni.

Elsie położyła jeszcze odrobinę różu na dolnej wardze i dokładnie rozsmarowała, sprawdziła, czy wszystkie spinki we włosach są niewidoczne, i pomrugała mocno, żeby nadać oczom blasku. Była gotowa. To jej pierwsze wyjście na oficjalną imprezę, pierwszy publiczny występ, i lepiej nie mogła wyglądać. Suknia z jedwabnego szyfonu barwy kości słoniowej, wyszywana kryształami, leżała na niej idealnie, podkreślając mocniej biust i biodra, tak że wydawały się bardziej okrągłe, niż były w rzeczywistości. Ściągnęła usta przed lustrem i pomyślała, że wygląda dokładnie jak ta amerykańska aktorka, Jean Harlow, w Romantycznej pułapce.

Obie ze starszą siostrą Hazel spędziły kiedyś całe wakacje, wkradając się na dzienne seanse pirackich kopii filmów z Hollywood. Romantyczna pułapka była ulubionym filmem właściciela kina i zarazem operatora. Puszczał ją dwa razy w tygodniu. Elsie właśnie ukończyła w Grundschule skrócony kurs angielskiego, toteż z entuzjazmem wyłapywała znajome słówka i zwroty z wypowiedzi aktorów. Zanim rozpoczął się nowy rok szkolny, recytowała dla Hazel całe sceny w ich pokoju sypialnym, który dekorowały maminymi kapeluszami z piór i imitacją naszyjnika z pereł. Tak precyzyjnie naśladowała to opadającą, to wznoszącą się śpiewnie angielską intonację, że zdaniem Hazel mogła z powodzeniem uchodzić za sobowtór amerykańskiej blond seksbomby. Było to jeszcze, zanim Jean Harlow umarła, a strażnicy Rzeszy zamknęli kino za wyświetlanie amerykańskich filmów. Właściciel, jak wielu innych, zniknął bez wieści.

Wkrótce potem zaczęła obowiązywać przynależność do Bund Deutscher Mädel, żeńskiej sekcji Hitlerjugend. Elsie i Hazel brały udział w zamienianiu wszystkich tych ślicznych plakatów z Jean Harlow i Williamem Powellem na portrety nieugiętego Führera. Była to akcja ich miejscowego BDM ‒ Elsie nienawidziła tego robić. Właściwie nienawidziła prawie wszystkiego w BDM. W organizowanych treningach na „żonę‒matkę‒gospodynię” była bardzo kiepska; wyjątek stanowiły wypieki. Nie cierpiała spędzania sobót na grupowej gimnastyce. Podczas gdy Hazel rozkwitała i cieszyła się coraz większą sympatią, Elsie czuła się stłamszona surowym regulaminem związku i dusiła się w mundurku. Dlatego też w wieku zaledwie jedenastu lat ubłagała Mutti, by mogła pracować w piekarni. Podsłuchała rozmowę Papy na temat nowego sprzedawcy do przyjmowania zamówień i pomagania klientom w sklepie. Z pasją walczyła o tę posadę. Zwolniłoby ją to od BDM, a rodzina nie musiałaby nikomu wypłacać pensji. Chociaż Papa wyraził zgodę, jako zwolennik polityki narodowej zobowiązał Elsie do nauczenia się od starszej siostry doktryny młodych kobiet z Hitlerjugend. Zrobiła to, ale tylko po części, bo Hazel się zaręczyła, a BDM wykluczał ze swych szeregów dziewczęta zamężne. Gdy wyszło na jaw, że jest w ciąży, wyjechała do Steinhöring. Związek wykluczał także matki. Tak więc, gdy Elsie osiągnęła wiek odpowiedni do praktykowania tych zasad, nie miał jej kto ich nauczyć, a wojna sprawiła, że jej praca w piekarni zyskała znaczenie nadrzędne. Nie widziała wielkiej wartości w zalecanym przez BDM „harmonijnym rozwijaniu umysłu, ciała i ducha”, kiedy jej rodzina walczyła, żeby związać koniec z końcem.

Teraz, na kilka godzin przed oficjalnym przyjęciem partii nazistowskiej, żałowała, że nie przyłożyła się bardziej do nauk BDM z dzieciństwa. Czuła się, jakby próbowała wyobrazić sobie smak owoców widzianych na obrazach, lecz nigdy nieskosztowanych. Gdyby Hazel mogła jej teraz służyć radą. Jedyna wiedza Elsie na temat sztuki podkreślania urody pochodziła z tamtych dawnych wspomnień o gwiazdce paradującej z gracją po srebrnym ekranie. Dziś po raz pierwszy w życiu wychodziła w towarzystwie mężczyzny i nie mogła sobie pozwolić na popełnianie błędów.

‒ Bosko tańczysz – wyszeptała po angielsku do lustra, wyobrażając sobie Williama tańczącego z Jean, niczym połyskujący srebrzyście obraz.

‒ Elsie! – zawołał Papa.

Elsie szybko okryła ramiona bordową peleryną i rzuciła ostatnie spojrzenie w lustro. Podobała jej się wytworna kobieta, którą w nim zobaczyła. Potem zeszła na dół.

U podnóża schodów Mutti w swojej najlepszej dirndl, wyszywanej w szarotki, zmierzwioną szczotką z włosia zamiatała z okruszków wypolerowaną do połysku podłogę.

‒ Wątpię, czy Josef zwróci uwagę na okruszki chleba. Zostaw je myszom w prezencie pod choinkę.

Na jej widok Mutti przestała zamiatać i podparła się pięścią o biodro.

‒ Ach ja, będziesz się dobrze prezentowała dziś wieczór wśród tych wszystkich pięknych dziewczyn.

‒ Freilich! No ba! – Z kuchni nadszedł Papa. ‒ Josef będzie z ciebie dumny. – Objął Mutti ramieniem, a ona przysunęła się do niego.

‒ Obiecałam Hazel, że jej wyślę fotografię – oznajmiła Elsie.

Papa wyszedł poszukać aparatu fotograficznego marki Bosley.

Mutti wygładziła fałdy jej peleryny z kapturem.

‒ Pamiętaj, żeby się śmiać z jego dowcipów – powiedziała. – Wszyscy mężczyźni to lubią. I staraj się być powściągliwa. Führer ceni to u kobiet.

Elsie jęknęła.

‒ Wiem, wiem. Ale przestań już mnie pouczać, mamo.

‒ Proszę cię, kochanie, spróbuj.

Elsie odwróciła się gwałtownie.

‒ Papo, znalazłeś? – zawołała.

Mutti ciągnęła:

‒ Nie zachowuj się jak Cyganka czy Żydówka, one są nieprzewidywalne. Pamiętaj, że twoja siostra jest w Ośrodku. Pamiętaj o piekarni. Herr Hub jest bardzo wielkoduszny. – Odchrząknęła. – Gdyby nie jego dobroć, bylibyśmy tak biedni jak inni. Spójrz na Herr Kaufmanna. Gestapo przyszło w biały dzień i zgarnęło go do jednego z tych obozów. A on jedynie odmówił posłania swego syna do Deutsches Jungvolk dla najmłodszych chłopców. Tu może zaważyć jedno niewłaściwe słowo, Elsie.

Papa wrócił z aparatem.

‒ Nie jestem pewien, czy film jest dobry. ‒ Otworzył obiektyw i naciągnął kliszę.

‒ Kein Thema, nieważne – westchnęła Elsie.

Mutti za bardzo się martwiła. Jak większość kobiet w Niemczech, chciała, żeby jej dzieci były dobrze wychowane, małżeństwo wspaniałe, a dom świecił przykładem. Elsie natomiast, choć bardzo się starała, nigdy nie radziła sobie z przestrzeganiem ustalonych reguł.

‒ On może przyjść w każdej chwili. Pospiesz się, tato. – Elsie ustawiła się obok Mutti, modląc się w duchu, by tego wieczoru nie zawieść rodziców. Chciała, żeby byli z niej dumni.

‒ A oto – zauważył Papa – dwie z trzech najpiękniejszych kobiet w Niemczech. Będziesz dobrą żoną, Elsie. Jak mówi Führer – przerwał i podniósł do góry wyciągniętą dłoń ‒ „Twój świat to twój mąż, rodzina, dzieci, dom”. Mutti i Hazel są doskonałymi przykładami.

W ciągu ostatnich sześciu miesięcy Papa nieustannie nazywał ją materiałem na żonę i za każdym razem cytował Führera. To działało Elsie na nerwy. Nigdy nie rozumiała, po co ludzie cytują innych. Sama starała się nikogo nie cytować. Miała własne zdanie.

‒ Gut. Rozumiem. Postaram się jak najlepiej zachowywać. A teraz zrób zdjęcie.

Papa popatrzył przez obiektyw.

‒ Luano, przysuń się bliżej do swojej córki.

Mutti przysunęła się. Pachniała koprem i gotowanym ziarnem żyta. Elsie wyprostowała ręce tak, żeby do niej nie dotykać, bo bała się, że zapach przejdzie na nią.

‒ Gotowe? – Papa uniósł palec nad przyciskiem.

Elsie uśmiechnęła się do aparatu, a w duchu chciała, żeby Josef już przyszedł. Nie mogła się doczekać swojego pierwszego kieliszka szampana. Obiecał jej to.

*

‒ Jak tu pięknie! – powiedziała Elsie, gdy kierowca zatrzymał się przed salą bankietową przy Gernackerstrasse.

Drewniana willa zdobiona była balkonami rzeźbionymi w serca i kolorowymi malowidłami przedstawiającymi pasterzy w skórzanych spodniach, baronowe obwieszone klejnotami oraz anioły z rozpostartymi skrzydłami. W powiewach alpejskiego wiatru we wszystkich oknach zgodnym rytmem łopotały czerwono-czarne flagi ze swastyką. Ponad ośnieżonym dachem kunsztownie rozpięto kaskady lampek, które lśniły w lodowych soplach, tworząc nad budynkiem zachwycającą aureolę światła. Pokryte lodem okapy wyglądały jak Lebkuchen w polewie cukrowej. Bajkowy domek z piernika. Prosto z kart książek braci Grimm.

‒ Ty jesteś piękna. – Josef położył dłoń na kolanie Elsie. Jej ciepło przenikało przez wełnę peleryny i szyfon sukni.

Kierowca otworzył drzwiczki. Na śniegu rozłożono czerwony dywan, aby goście mogli przejść, nie ślizgając się i nie brudząc wypucowanych butów. Josef wziął Elsie za rękę i pomógł jej wysiąść z taksówki. Szybko stanęła, żeby wyszywane paciorkami kremowe zawoje skryły jej stopy. Josef kupił jej suknię, nie miała jednak pasujących do niej butów. Choć niechętnie, musiała pożyczyć najładniejszą parę maminych czarnych pantofli, które po godzinnym polerowaniu nadal wyglądały na zniszczone.

Josef ujął jej okrytą rękawiczką dłoń i położył ją na zgięciu swego ramienia.

‒ Nie masz powodu do zdenerwowania – zapewnił. – Nie z taką piękną germańską twarzą. Pokochają cię, gdy tylko cię zobaczą. – Palcem w skórzanej rękawiczce dotknął jej policzka. Poczuła ucisk w żołądku, tak samo gwałtowny jak wtedy, kiedy precle o mały włos nie spaliły się na cegłę. Wówczas wiedziała dobrze, co zrobić: biegiem wyjąć je z pieca i ostudzić przy oknie. Ale tutaj, w ubraniu filmowej gwiazdy, nie miała pojęcia. Wzięła więc głęboki wdech. Zapach palonej sosny podrażnił jej nozdrza. Oczy zaszły łzami. Światełka zlały się w jedno i kurczowo chwyciła ramię Josefa, żeby nie upaść.

‒ Już dobrze. – Poklepał ją po ręce. – Uśmiechnij się.

Zrobiła, jak prosił.

Drzwi do budynku stały otworem, a w powietrzu rozbrzmiewały dźwięki skrzypiec. W środku odźwierny wziął od niej pelerynę. W świetle lampy kryształowe paciorki błyskały tęczą kolorów na tle munduru Josefa.

‒ Heil Hitler, Josefie! – pozdrowił go przysadzisty mężczyzna ze sterczącym wąsikiem pod nosem, umazanym resztkami jedzenia.

Elsie wyobraziła sobie, co jeszcze może tam się znajdować, i próbowała ukryć odrazę.

‒ Któż to? – zapytał mężczyzna.

‒ Pragnę ci przedstawić Fräulein Elsie Schmidt. – Josef stuknął obcasami. – A to major Günther Kremer z Sipo.

Elsie kiwnęła głową.

‒ Miło mi.

‒ Urocza – rzekł Kremer do Josefa i mrugnął do niego.

‒ Z Güntherem znamy się od wielu lat. Był jednym z moich ludzi w Monachium. Czy Frau Kremer jest dziś z nami?

‒ Ja, ja. Gdzieś jest. – Machnął ręką. – Pewnie rozmawia o swoich cynowych łyżkach albo innych głupstwach. Napijemy się?

Szli wzdłuż korytarza udekorowanego flagami ze swastyką i jodełkami obwieszonymi kandyzowanymi owocami. Kremer perorował o winie, jedzeniu i przybyłych celebrytach. Elsie nie słuchała go, zafascynowana oglądanym przepychem. Było to wszystko, o czym marzyła, identycznie jak w okazałych salach balowych i na wystawnych przyjęciach znanych jej z hollywoodzkich filmów oglądanych w młodszych latach. Poczuła, jak przyspiesza jej puls. Och, jakże pragnęła tego świata. Świata Josefa: władzy, prestiżu i nieskończonej euforii. Wszyscy i wszystko wokół było tym nasączone jak ciasto ponczowe rumem. W tej chwili zapylona mąką stolnica piekarska i czarny popiół z pieca chlebowego poszły w niepamięć, a usmarowane, zapracowane ciężko monety i zaplamione kartki żywnościowe wydały się czyste jak łza. Przy boku Josefa mogła udawać, że jest kimś z tego świata, królewną Trzeciej Rzeszy. Mogła nie myśleć o tym, że świat na zewnątrz jest pełen głodu i strachu.

 

Korytarz doprowadził ich do wielkiej sali bankietowej. Zastawiona była rzędami białych stołów, a przy co czwartym krześle stał kandelabr. Na podeście siedział kwartet smyczkowy; smyczki muzyków poruszały się w idealnej zgodzie tam i z powrotem. Na parkiecie pary wirowały małymi kółeczkami jak miniaturowe figurki w zegarze. Mężczyźni mieli na sobie mundury SS: głównie galowe, z czerwoną opaską na ramieniu. Kobiety ożywiały scenerię intensywnymi barwami swych sukien: morelowy, śliwkowy, pomarańczowy i trawiasty – pełna gama kolorów oraz galeria starych i młodych pań.

Korpulentna brunetka w szkarłatnej sukni z jedwabnej lamy zmierzyła Elsie wzrokiem od góry do dołu, zatrzymując go na stopach. Elsie również tam spojrzała i zobaczyła czubek pantofla Mutti. Szybko schowała go pod skraj sukni. Podszedł kelner z tacą wysmukłych kieliszków jasnego płynu z bąbelkami. Josef podał jeden Elsie.

‒ Proszę. Ja zawsze dotrzymuję słowa. Ale pij ostrożnie. Nigdy nie wiadomo, jaki efekt wywoła szampan, póki się go nie spróbuje.

Szampan. Elsie poczuła w ustach napływ śliny. Do tej pory widziała tylko, jak gwiazdy ekranu sączyły ten trunek, wpadając w coraz bardziej upojny nastrój. Miała nadzieję, że i teraz będzie miał to samo magiczne działanie. Zaintrygowana wzięła kieliszek. Nie znała dotąd koloru szampana: był jasnozłoty jak kłosy pszeniczne tuż przed skoszeniem. Oczekiwała, że będzie słodki jak miód i pożywny jak chleb. Oblizała wargi i napiła się.

Wytrawny, brut. Cierpkie bąbelki mocno szczypały. Smakował jak łyk drożdży fermentujących w wodzie. Przełknęła jednym haustem, żeby pohamować chęć wyplucia z powrotem do kieliszka, ale nie zdążyła ukryć wyrazu swej twarzy.

‒ Przyzwyczaisz się – zaśmiał się Josef.

‒ Spróbuj następny łyk, i jeszcze jeden. Jeśli przy trzecim nie polubisz, wypiję za ciebie resztę. – Kremer krztusił się ze śmiechu. Guziki jego munduru ledwo się dopinały na grubym brzuchu.

Wbrew temu, co czuła, Elsie przypomniała sobie przestrogi Mutti i zmusiła się do słodkiego uśmiechu. W końcu to był kolega Josefa. Chciała, żeby ją polubił. Zrobiła więc, jak jej radził, i napiła się ponownie, starając się wypić do końca i mieć to za sobą.

‒ Prosit! Na zdrowie! Wygląda na to, że masz mocną Fräulein – skomentował Kremer. – Może zatańczymy, zanim Josef przyniesie ci drugi kieliszek?

Elsie poszukała wzroku Josefa.

‒ Nie tańczę za dobrze – powiedziała.

‒ Nie szkodzi. – Kremer ujął Elsie za łokieć i poprowadził na parkiet. – Obiecuję, że będę tańczył powoli. – Przyciągnął ją do siebie blisko i jedną rękę położył jej na karku, drugą chwytając za palce okryte rękawiczką. Sztywny materiał jego munduru wrzynał jej w ciało szkiełka sukienki, jakby się w nią naraz wbijały tysiące paznokci.

Spojrzała za siebie na Josefa. Uśmiechnął się i uniósł opróżniony przez nią kieliszek. Potem odwrócił się, by zawołać kelnera, a wtedy Kremer zsunął rękę w dół po jej plecach.

Elsie odsunęła się. Policzki jej płonęły.

‒ Herr Kremer!

Złapał ją za rękę i siłą przyciągnął do siebie.

‒ Cicho. To jest party. Nie rób scen, Fräulein. – Wyszczerzył zęby w uśmiechu i powirował z nią głębiej w roztańczony tłum. – Chciałem z tobą porozmawiać na osobności. Widzisz, są tacy, co uważają to za dziwne, że ktoś o pozycji Josefa zadaje się z niewykształconą córką zwykłego piekarza, mając dużo ciekawsze obiekty, choćby nawet twoją siostrę.

Skrzywiła się, gdy wspomniał o jej braku wykształcenia. Podczas gdy Hazel skończyła gimnazjum jako najlepsza w klasie, Elsie przerwała swoją edukację w Hauptschule i pracowała cały dzień w piekarni. Chociaż majora Kremera widziała pierwszy raz w życiu, on najwyraźniej miał dużą wiedzę o niej i jej rodzinie.

‒ Teraz jest tak dużo szpiegów, że każda nowa, piękna twarz jest podejrzana. – Pochylił się nieprzyjemnie blisko, oglądając jej twarz badawczo. Jego oddech parzył i cuchnął zgniłymi jajami.

Elsie szybko odwróciła policzek.

‒ Moja rodzina zna Josefa od lat.

‒ Ja, i kto wie, ile tajemnic już zebrałaś i przekazałaś wrogom.

‒ Nie jestem szpiegiem! – syknęła. – Mój tata piecze chleb dla kwatery Rzeszy w Garmisch. Moja siostra jest w Ośrodku Lebensborn.

‒ Oni mnie nie interesują. Interesujesz mnie ty. – Cmoknął obleśnie.

Tańczyli w kółko po parkiecie. Jakaś kobieta z pawimi piórami w siwych włosach skrzywiła twarz, gdy trąciły się łokciami. Elsie opanowała odruch niechęci. W głowie jej huczało. Była lojalną Niemką, ale jak mogła udowodnić swoją wierność? Mogła tylko o niej zapewnić.

Mundur Kremera zalatywał potem i papierosami. Bąbelki szampana podchodziły jej aż pod gardło. Miała ochotę go spoliczkować, zawołać Josefa, lecz symbol błyskawic na mundurze esesmana przypominał o możliwych konsekwencjach nie tylko dla niej samej, ale też dla całej rodziny. Przełknęła więc gorycz.

Piosenka się skończyła. Kwartet odjął smyczki od strun, wstał i ukłonił się.

‒ Proszę, kochanie.

Przestraszona Elsie podskoczyła, wytrącając kieliszek z ręki Josefa. Musujące wino chlusnęło na nich oboje.

‒ Przepraszam.

Starła krople z klap jego munduru. Nakrochmalone, nie pozwalały im wsiąkać. Jej suknia miała mniej szczęścia. Smugi szampana pokryły brzeg spódnicy.

‒ Nic się nie stało. – Josef ujął jej rękę. – Znam praczkę, która umie sprać wszystko za pomocą mydła ługowego i szczotki z sierści dzika. – Ucałował jej dłoń.

‒ Dziękuję za taniec. Był dla mnie wielką przyjemnością. – Kremer stuknął obcasami i z uśmieszkiem na ustach oddalił się.

Lider kwartetu wyszedł na podium.

‒ Panie i panowie, bardzo proszę zająć miejsca. Zaczynamy nasz koncert bożonarodzeniowy.

Josef zaprowadził ją do środkowej części stołu bankietowego. Na jego końcu siedział Kremer obok swej Frau, kobiety chudej jak patyk, o bladych policzkach i spiczastym nosie. Zauważywszy spojrzenie Elsie, zwęziła oczy. Żeby na nią nie patrzeć, Elsie zwróciła krzesło w stronę Josefa.

‒ Josefie – zaczęła. Głos jej się trząsł, więc odchrząknęła, by oczyścić gardło. – Muszę z tobą pomówić o...

‒ Zobacz, zobacz! – przerwał jej, pokazując na scenę. – Mamy niespodziankę. Lubisz muzykę? Wagnera, Hottera, Clemensa Kraussa?

Elsie poczuła drętwienie w palcach. Rozpięła guziki długich rękawiczek i pociągnęła za ubrudzone szampanem palce.

‒ Ja, ale nigdy nie byłam w operze.

Zmarszczył brwi i syknął:

‒ To przyślę ci trochę nagrań.

Elsie nie miała gramofonu, ale nie wiedziała, jak mu to teraz oznajmić. Zdjęła rękawiczki i od razu poczuła się jak naga. Powietrze natrętnie dotykało jej rąk. Splotła palce, by choć tak dodać sobie siły.

‒ Josefie... – spróbowała ponownie.

‒ A teraz – zaanonsował lider zespołu ‒ krótki występ muzyczny dla uprzyjemnienia kolacji. – Obniżył mikrofon, postawił przed nim mały stołeczek i usiadł ze skrzypcami na swoim miejscu.

Josef przyłożył palec wskazujący do warg.

‒ Potem – szepnął.

Przez tłum przeszedł szmer zaciekawienia, a następnie zapadła cisza. Tęga kobieta z żeńskiego SS-Gefolge, o gęstej siwej czuprynie, wprowadziła po schodkach na podest chłopca, najwyżej sześcio-, siedmioletniego. Ubrany był w prostą koszulę z białego lnu i dopasowane do niej rękawiczki, czarne spodnie i muszkę. Wyglądałby jak każdy inny chłopiec ubrany odświętnie na Wigilię, gdyby nie to, że był ogolony na łyso. Cerę miał tak ziemistą, że wyglądał prawie jak zjawa. Kobieta poleciła mu wejść na stołek, co zrobił z pochyloną głową. Potem ją podniósł i pokazał oczy, wielkie i lśniące.

Lider zaintonował na skrzypcach długą, wysoką nutę. Chłopiec przycisnął pięści do boków i wziął głęboki wdech, otworzył usta i zaśpiewał. Jego kontratenor popłynął przez korytarze. Wszyscy przestali rozmawiać i odwrócili się. Głos był czysty i gładki jak świeże masło, Elsie aż wstrzymała oddech. Tej bożonarodzeniowej kolędy słuchała przez całe życie, sama ją śpiewała, lecz nigdy dotąd Cicha noc nie brzmiała jak teraz.