Szkarłatna sukniaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Sarah Mallory
Szkarłatna suknia

Tłumaczenie

Alina Patkowska

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Agencja pani Killinghurst była szeroko znana jako ostatnia deska ratunku dla dobrze urodzonych młodych dam, które trudności życiowe zmusiły do poszukiwania zatrudnienia. Zależnie od ich umiejętności pani Killinghurst znajdowała im posady guwernantek, dam do towarzystwa, a nawet szwaczek. Agencja mieściła się przy Bond Street nad zakładem modystki. Młode damy szukające pracy mogły niespostrzeżenie przemknąć wąską alejką obok sklepu i zniknąć za świeżo odmalowanymi drzwiami z dyskretną mosiężną tabliczką.

Panna Lucy Halbrook odwiedziła przybytek pani Killinghurst przed dwoma tygodniami i zgodnie z zaleceniem właścicielki wracała teraz z wielkimi nadziejami na zatrudnienie, którego rozpaczliwie potrzebowała. Po śmierci ojca wiedziała, że życie jej i matki musi się zmienić, ale dopiero po pogrzebie doświadczyła, jak bardzo są biedne. Kaleka siostra pani Halbrook przyjęła je pod swój dach i mama znalazła sobie nowe miejsce w życiu jako opiekunka i towarzyszka pani Edgeworth, pan Edgeworth jednak okazał się wielkim miłośnikiem kobiecych wdzięków i Lucy już po kilku dniach zrozumiała, dlaczego wszystkie służące w domu ciotki były raczej w dojrzałym wieku. Dotychczas udawało jej się unikać nachalnych zalotów wuja, ale musiała jak najszybciej znaleźć sobie inny dom. Prawdę mówiąc, pragnęła również odrobiny niezależności. Śmierć ojca była bolesna, ale jeszcze większym ciosem stało się wyznanie matki, że są bez grosza. Nigdy nie były bogate, ale dla Lucy najgorsza była świadomość, że mama zatajała przed nią sytuację, a ojciec, którego zawsze podziwiała, nie był takim bohaterem, za jakiego go uważała.

Szybkim krokiem przemierzyła New Bond Street, dotarła do zakładu modystki i szybko zniknęła w alejce. Było tu ciemniej, niż się spodziewała, i dopiero po chwili dostrzegła jakąś postać. Ktoś stał na drugim końcu alejki, blokując dostęp światła.

Zawahała się, ale poszła dalej, wiedząc, że pani Killinghurst na nią czeka. Żałowała, że nie wzięła woalki, ale nic już nie mogła na to poradzić. Mężczyzna musiał przed chwilą wyjść z drzwi pani Killinghurst, a to oznaczało, że szuka pracy albo chce kogoś zatrudnić. To drugie, pomyślała Lucy, gdy jej wzrok przyzwyczaił się do półmroku i dostrzegła żakiet z najlepszej wełny, bryczesy z miękkiej koźlęcej skóry oraz wysokie czarne buty, wypolerowane do połysku. Cały strój leżał doskonale i wyglądał jak ze słynnego sklepu pana Westona.

Lucy śmiało uniosła głowę, nie zamierzając wbijać wzroku w ziemię jak pokorna sługa, i spojrzała na twarz nieznajomego. Była to twarz raczej wyrazista niż przystojna, z ciemnymi brwiami i głęboko rozszczepionym podbródkiem. Siła emanująca z całej postaci mężczyzny dziwnie kontrastowała z modnym strojem.

Zatrzymała się, ale nie pozwoliła się onieśmielić, i spokojnie oddała mu spojrzenie. W szarych oczach dostrzegła dziwne wyzwanie i znów przeszył ją dreszcz. Instynkt kazał jej odwrócić się i uciekać, by ocalić życie, a z drugiej strony chciała dowiedzieć się czegoś więcej o tym mężczyźnie.

Natychmiast stłumiła obydwa uczucia. Nie należała do kobiet, które uciekają od problemów, choć do tej pory rodzice chronili ją przed twardą rzeczywistością. Już myślała, że będzie musiała go poprosić, by się przesunął, ale w tej samej chwili on się cofnął i otworzył drzwi.

Wyminęła go w milczeniu i weszła na schody. Czuła na plecach jego wzrok, ale gdy się obejrzała, na dole nie było już nikogo.

Siwowłosa kobieta, która zarządzała niedużą recepcją, wprowadziła Lucy do gabinetu pani Killinghurst, wskazała jej miejsce i wyszła, zamykając za sobą drzwi. Lucy została sama. Złożyła płaszcz i razem z kapeluszem położyła na krześle. W pokoju nie było lustra, zatem przygładziła tylko miękkie, brązowe włosy, sprawdzając, czy wciąż są schludnie upięte w węzeł z tyłu głowy. Ubrana była w tę samą prostą suknię z szarej wełny z wysokim kołnierzem, co podczas pierwszej rozmowy i miała nadzieję, że wygląda jak uosobienie skromnej, bezpretensjonalnej dziewczyny, jakiej najczęściej szukają pracodawcy.

Ale gdy przez dłuższą chwilę w gabinecie nikt się nie pokazywał, poczuła niepewność. Wróciła myślami do poprzedniej wizyty, upewniając się, czy nie pomyliła daty. Nie. Dokładnie dwa tygodnie temu siedziała na tym samym krześle naprzeciwko pani Killinghurst.

– No i jestem – obwieściła, patrząc na puste ściany. – Jestem gotowa poznać swój los.

Drgnęła, gdy usłyszała dźwięk obracanej gałki w drzwiach i w progu wewnętrznego sanktuarium ukazała się właścicielka agencji. Z uśmiechem przeprosiła Lucy za to, że kazała jej czekać, i podeszła do biurka, zostawiając za sobą lekko uchylone drzwi.

– Na czym to stanęłyśmy, panno Halbrook? – Usiadła i przysunęła do siebie arkusz papieru. – Ach, tak! Pani referencje są doskonałe. Jak już wspominałam wcześniej, to dosyć nietypowa posada. Mój klient poszukuje młodej, dobrze wychowanej i dobrze urodzonej damy, która zechciałaby spędzić trochę czasu w jego domu na północy…

Urwała, gdy zauważyła drgnięcie Lucy.

– Zechce mi pani wybaczyć, ale rozumiem, że klient pani jest żonatym dżentelmenem?

Pani Killinghurst potrząsnęła głową.

– To wdowiec, ale jak najbardziej godny szacunku – dodała szybko, może nawet nieco zbyt szybko.

Serce Lucy ścisnęło się. Uznała, że najlepiej będzie mówić szczerze.

– Pani Killinghurst, czy w tej ofercie jest coś, hm… niestosownego?

– Ależ nie, nie, absolutnie nie. Mój klient zapewnia, że dostanie pani przyzwoitkę i podczas całego pobytu będzie pani traktowana z najwyższym szacunkiem. Ma pani zamieszkać w jego domu jako gość, za bardzo hojnym wynagrodzeniem.

Wymieniła sumę, od której brwi Lucy powędrowały wysoko w górę.

– Nie rozumiem. Pani, hm… klient chce mi zapłacić za to, żebym była gościem w jego domu?

– Tak.

– Dlaczego?

Pani Killinghurst przesunęła papiery na biurku.

– Chciałby, żeby odgrywała pani rolę gospodyni domu.

Lucy poczuła gorzkie rozczarowanie. Od dwóch tygodni wyczekiwała tego spotkania i rozmyślała o lukratywnym stanowisku, o którym napomykała pani Killinghurst. Sądziła, że zostanie guwernantką albo towarzyszką jakiejś starszej słabującej damy czy nawet dżentelmena. Fakt, że zatrudnienie miało być krótkotrwałe, mógł oznaczać, że ma uprzyjemnić komuś ostatnie miesiące życia. Teraz uświadomiła sobie, jak bardzo była naiwna. Nieżonaty mężczyzna, nawet wdowiec, nie mógł jej zatrudniać w żadnym zbożnym celu. Natychmiast pomyślała o natrętnych dłoniach wuja.

Podniosła się i powiedziała chłodno:

– Niezmiernie mi przykro, pani Killinghurst, ale nie na taką posadę liczyłam. Gdyby powiedziała mi pani nieco więcej już dwa tygodnie temu, obydwie zaoszczędziłybyśmy sobie kłopotu.

Odwróciła się do wyjścia, ale zatrzymał ją głęboki, męski głos, który odezwał się za jej plecami:

– Pani Killinghurst, zechce pani pozwolić, bym sam wyjaśnił wszystko tej młodej damie.

Lucy obróciła się na pięcie. W drzwiach do wewnętrznego sanktuarium pani Killinghurst stał mężczyzna, którego widziała wcześniej na dole. Jego potężna postać wypełniała niemal całą alejkę, a tutaj, w niewielkim gabinecie, wydawał się jeszcze większy. Pani Killinghurst podniosła się z krzesła. Mężczyzna zdjął kapelusz i Lucy zobaczyła czarne, bezlitośnie krótko przycięte włosy. Twarz miała spokojny wyraz, ale w dalszym ciągu wydawała się surowa.

Lucy znów poczuła emanującą od niego siłę. Wydawał się niebezpieczny. Była o tym przekonana, choć w głębi duszy musiała przyznać, że to bardzo atrakcyjne.

Zaniepokojona własną reakcją cofnęła się i sięgnęła dłonią do klamki.

– Naprawdę nie sądzę, by to było potrzebne.

– Ależ tak – odrzekł nieznajomy. – Czekała pani dwa tygodnie, by poznać szczegóły. To byłaby wielka szkoda, gdyby wyszła pani stąd, nie wiedząc dokładnie, na czym mają polegać pani obowiązki.

Wskazał jej krzesło i Lucy posłusznie usiadła.

– Zechciałaby mnie pani przedstawić?

– Tak, tak, naturalnie. Panno Halbrook, to jest lord Adversane, mój klient.

Adversane skłonił się przed Lucy z elegancją i wdziękiem zadziwiającym u tak dużego mężczyzny. Pochyliła głowę i w milczeniu czekała na to, co powie.

– Pani Killinghurst wyjaśniła już, że potrzebuję pani usług w moim domu w Yorkshire – zaczął. – Adversane to największa posiadłość i największy dom w okolicy. Od śmierci żony wiodłem tam bardzo spokojne życie, co jednak nie najlepiej wpłynęło na okolicę, bo nie zatrudniam zbyt wielu osób ani nie składam dużych zamówień u miejscowych kupców i rzemieślników. Sądzę, że pora już otworzyć dom i zaprosić gości, rodzinę i przyjaciół. Potrzebuję jednak pani domu.

Lucy skinęła głową.

– Rozumiem, milordzie, ale z pewnością ma pan w rodzinie jakąś damę gotową podjąć się tej roli.

W oczach Adversane’a pojawił się szyderczy błysk.

– Ależ naturalnie, co najmniej kilka tuzinów!

– W takim razie nie rozumiem…

– Chodzi o to – przerwał jej – że od niemal dwóch lat jestem wdowcem. Cała moja rodzina i znajomi, wszyscy, są przekonani, że byłbym znacznie szczęśliwszy, gdybym znów się ożenił, dlatego bezustannie nagabują mnie, żebym poszukał sobie żony. – Urwał na chwilę. – Panno Halbrook, ja szukam nie tylko pani domu, ale również narzeczonej.

Lucy patrzyła na niego z otwartymi ustami. Dopiero po dłuższej chwili wzięła się w garść i opanowała wyraz twarzy. Lord Adversane mówił dalej jak gdyby nigdy nic.

 

– Zaprosiłem na lato sporą liczbę gości do Adversane i potrzebuję kobiety, która będzie odgrywać rolę mojej przyszłej żony. Musi posiadać wszelkie zalety młodej damy pochodzącej z dobrej rodziny i cieszyć się nienaganną reputacją. Z tego, co mówi pani Killinghurst, pani doskonale się nadaje do tej roli.

– Dziękuję – odrzekła Lucy chłodno. – Chciałabym się upewnić, czy dobrze pana rozumiem. Chce pan zorganizować spektakl, żeby rodzina przestała pana nagabywać?

– Tak właśnie.

– Zechce pan wybaczyć, milordzie, ale choć pana nie znam, wydaje mi się, że nie należy pan do ludzi, którzy pozwoliliby się komukolwiek nagabywać.

Ralph popatrzył z uznaniem na jej drobną postać. Dziewczyna ubrana była w szarą sukienkę bez wyrazu, surową jak u zakonnicy, ale nie obawiała się wyrazić głośno swojego zdania ani spojrzeć mu wyzywająco w oczy. W kącikach jego ust zadrgał uśmiech.

– Ach, ale pani nie zna mojej rodziny. – To jednak jej nie przekonało. Ralph widział, że szuka odpowiednich słów, by uprzejmie odrzucić jego ofertę i wyjść, toteż dodał: – Zdaję sobie sprawę, że nie takiego stanowiska pani oczekiwała, panno Halbrook, ale rozważyłem tę kwestię i doszedłem do wniosku, że najlepszym wyjściem będzie wynajęcie pani domu. Jestem wykształconym człowiekiem – dodał z odrobiną zniecierpliwienia. – Jeszcze nigdy nie natrafiłem na problem, którego nie dałoby się rozwiązać. Proszę mi uwierzyć, że nie ma tu żadnego, najmniejszego nawet ryzyka dla pani dobrego imienia. Przeciwnie: jeśli mamy kogokolwiek przekonać, że zaręczyny są prawdziwe, to jest niezmiernie ważne, by pani pobyt w Adversane był absolutnie przyzwoity. Gdy nadejdzie czas rozstania, przeprowadzimy to tak, by wszyscy wiedzieli, że to była pani decyzja. I może być pani pewna, że ci, którzy mnie znają, zupełnie nie będą tym zdziwieni. Odejdzie pani z sumą pieniędzy, która pozwoli przeżyć wygodnie co najmniej rok. Moim zdaniem jest to godziwe wynagrodzenie za niecałe dwa miesiące pracy. – Zamilkł, by po chwili zapytać: – A zatem, panno Halbrook, jaka jest pani odpowiedź?

Oburzające. Niesłychane! To były pierwsze słowa, jakie przyszły Lucy do głowy, ale nie wypowiedziała ich głośno. Mieszkanie w domu wuja nie było ani wygodne, ani przyjemne. Spędzenie sześciu tygodni w roli gościa w niewątpliwie luksusowym domu lorda Adversane nie powinno być trudne, a do tego dzięki zarobionym pieniądzom nie musiałaby w pośpiechu szukać kolejnego zatrudnienia.

Zmusiła się, by oderwać wzrok od intrygujących szarych oczu Adversane’a i zwróciła się do pani Killinghurst:

– Czy może mnie pani zapewnić, że nie ma w tym niczego niegodnego?

– Absolutnie niczego, panno Halbrook. Propozycja jest niezwykła, ale zapewniam panią, że sprawdziłam wszystko dokładnie, zanim przyjęłam zlecenie lorda Adversane. W końcu muszę myśleć również o reputacji mojej agencji. – Pani Killinghurst postukała palcem w papiery na biurku. – Wszystko odbywa się zgodnie z prawem. Kontrakt jest już przygotowany, brakuje tylko pani podpisu.

Lucy zawahała się. Propozycja była bardzo kusząca, a pani Killinghurst nie miała dla niej alternatywy. W gazetach też nie było żadnej oferty. Jaki zatem miała wybór? Zaloty wuja stawały się coraz bardziej natarczywe i było tylko kwestią czasu, zanim zauważą to ciotka i matka. Lucy wiedziała, że byłyby wstrząśnięte.

– Dobrze – powiedziała. – Zgadzam się.

Ralph patrzył na nią w milczeniu, gdy podeszła do biurka, by podpisać umowę. Na krótką chwilę ogarnęły go wątpliwości. Może lepiej byłoby wynająć aktorkę? – zastanowił się. Ale wówczas szansa, że ktoś odkryje prawdę, byłaby znacznie większa, a sprawa była zbyt poważna, by ryzykować. Jego rodzina zapewne była w stanie sprawdzić pochodzenie rzekomej narzeczonej.

Nie, pani Killinghurst spisała się bardzo dobrze. Panna Lucy Halbrook miała wszystkie pożądane cechy, odebrała nieskazitelne wychowanie i jego rodzina do niczego nie będzie się mogła przyczepić. Co prawda, była nieco za niska, a jej włosy nie miały złocistego koloru, lecz miodowobrązowy. Miała również bardziej krnąbrny charakter, niż oczekiwał, ale podobał mu się błysk w jej oczach, gdy się z nią drażnił. Pomyślał, że będzie musiał na to uważać. Wpojono mu, że dżentelmen nie powinien flirtować z damą, która znajduje się pod jego opieką. Z drugiej strony rola powinna być odegrana przekonująco i jego wybranka musiała być w miarę atrakcyjna, a zdawało się, że pod tą ponurą suknią panny Halbrook skrywa się piękna figura. Zatrzymał wzrok na zaokrągleniu jej bioder, gdy pochyliła się nad biurkiem, by podpisać kontrakt. Tak, pomyślał, ale szybko przywołał się do porządku. Nie zatrudniał tej dziewczyny do romansów. Powód, dla którego chciał ją zabrać do Adversane, był znacznie poważniejszy. Śmiertelnie poważny.

ROZDZIAŁ DRUGI

Lord Adversane nalegał, by przysłać luksusowy powóz, który miał zawieźć Lucy na północ. Nigdy nie podróżowała w takiej wygodzie i wyjeżdżając z Londynu eleganckim ekwipażem, musiała przyznać, że bycie narzeczoną bogatego mężczyzny ma swoje dobre strony.

Dwa tygodnie minęły od wizyty w agencji pani Killinghurst. Lucy podpisała wówczas kontrakt i wyszła na New Bond Street z grubym plikiem banknotów w torebce. Nowy pracodawca prosił, by kupiła za te pieniądze wszystko, co będzie jej potrzebne na podróż do Adversane. Podał jej również nazwisko bardzo ekskluzywnej krawcowej i powiedział, że może na jego rachunek zamówić wszystko, co zechce.

Czuła się zobowiązana odmówić.

– Proszę mi wybaczyć, ale czy pańska żona… to znaczy, skoro od dwóch lat jest pan wdowcem, czy wciąż ma pan tam rachunek?

– Moja żona nigdy nie kupowała niczego od Celeste.

Gdy dotarło do niej, co powiedział, zarumieniła się i natychmiast oddała mu wizytówkę. Na widok jego uśmiechu znów odniosła wrażenie, że umyślnie się z nią drażni.

– Proszę się nie martwić. W pobliżu Adversane jest doskonała krawcowa, która dostarczy pani wszystkiego, czego będzie pani potrzebować w czasie pobytu. Każę jej przyjechać, gdy już się pani u nas rozgości.

Myśląc o tej rozmowie, znów zaczęła się zastanawiać, czy mądrze zrobiła, przyjmując zatrudnienie u obcego człowieka, tak daleko od domu. Zajrzała do herbarza wuja i dowiedziała się, że Ralph Adversane był piątym baronem w linii i właścicielem kilku posiadłości, a jego główną siedzibą było Adversane Hall w Yorkshire. Księga nie wspominała nic o żonie, ale to wydanie pochodziło co najmniej sprzed pięciu lat, było więc możliwe, że małżeństwo zostało zawarte później.

Dyskretne rozpytywanie w rodzinie nie zdało się na wiele. Ciotka, zagorzała czytelniczka rubryk towarzyskich w gazetach, przyznała, że słyszała o lordzie Adversane, ale zdawało się, że nieczęsto bywał w Londynie. A w każdym razie w kręgach, o których pisały gazety, pomyślała Lucy, choć klientki pewnej drogiej krawcowej być może znały go lepiej. Musiała zaufać pani Killinghurst, która zapewniała ją, że bardzo dokładnie sprawdza wiarygodność wszystkich swoich klientów.

Na wszelki wypadek zaszyła część pieniędzy, które dał jej lord Adversane, pod podszewką płaszcza. Nie było tego wiele, ale dość, by opłacić powrotną podróż do Londynu. Świadomość, że w razie potrzeby ma zapewnioną drogę ucieczki, pozwoliła jej swobodniej odetchnąć w wygodnym powozie i przygotować się na przyjemną podróż.

Lord Adversane wyczekiwał jej w swojej rodowej siedzibie. Ubrany był prawie tak samo jak dwa tygodnie wcześniej w Londynie, w niebieski żakiet i bryczesy z koźlęcej skóry. Gdy powóz zatrzymał się na podjeździe, otworzył drzwiczki i pomógł jej wysiąść.

– Witam, panno Halbrook. Jak minęła podróż?

– Była bardzo ciekawa. – Lucy zaśmiała się lekko na widok jego zdziwienia. W głowie wciąż jej wirowało od nowych wrażeń. – Jeszcze nigdy nie wyjeżdżałam dalej na północ niż do Hertfordshire, więc była to dla mnie przygoda. Oczywiście, podróż była tak przyjemna ze względu na to, że jechałam szybkim i wygodnym powozem, pańscy służący troszczyli się o wszystko i nocowaliśmy w najlepszych gospodach. Bardzo jestem panu wdzięczna, milordzie.

– Nie mogłem inaczej potraktować mojej przyszłej żony.

Lucy zarumieniła się, ale szybko zdała sobie sprawę, że powiedział to ze względu na służbę i z tego samego powodu ucałował czubki jej palców. W końcu, jeśli to przedstawienie miało się udać, wszyscy powinni im uwierzyć.

Zebrała myśli i spojrzała na dom. Był wielki, zbudowany w jakobińskim stylu. W ścianach ozdobionych ornamentami z różnobarwnej cegły osadzone były kamienne gzymsy i laskowane okna. W pierwszej chwili budynek wydawał się groźny i ponury, Lucy uznała jednak, że to przez pochmurne niebo. Zatrzymała wzrok na kamiennym frontonie nad wejściem, pośrodku którego znajdował się misternie rzeźbiony kartusz.

– Herb rodziny Adversane – wyjaśnił gospodarz, dostrzegłszy, gdzie patrzy. – Dom został zbudowany w okresie restauracji przez pierwszego barona Adversane.

Lucy nie potrafiła się powstrzymać, by nie zapytać:

– A czy cienie pańskich wspaniałych przodków zaakceptują mnie tutaj?

– Nie mam pojęcia. Wejdziemy do środka?

Otrzeźwiona chłodnym tonem jego głosu, poszła za nim do drzwi. Kamerdyner już czekał w holu, a za nim ustawiona w szereg służba. Wszyscy skłonili się, gdy przechodziła obok.

– Później Byrne przedstawi ich pani – oznajmił lord, wprowadzając ją do wielkiej sali. – Przebywa tu pani jako gość, ale wszyscy już wiedzą, że jesteśmy zaręczeni, bo wspomniałem o tym kuzynce w obecności gospodyni. Chodźmy, przedstawię ją pani. Czeka w salonie.

– Gospodyni? – powtórzyła Lucy, onieśmielona wspaniałością otoczenia.

– Moja kuzynka, pani Dean.

W jego głosie wyraźnie zabrzmiało zniecierpliwienie. Lucy wzięła się w garść. Było już za późno na wątpliwości. Musiała wejść w swoją nową rolę.

Ralph zaklął w duchu, zirytowany własnym zachowaniem. Może jego napięcie było zrozumiałe, zważywszy, jak ważne było, by dziewczyna perfekcyjnie odegrała swoją rolę, ale nie musiał być aż tak surowy. Westchnął w duchu. Kiedy po raz ostatni ktoś próbował z nim żartować? Teraz nawet siostry rzadko to robiły. Od czasu śmierci Heleny obdarzały go większym współczuciem, niż na to zasługiwał. Nie kochał jej przecież. Troszczył się o nią, ale życie z taką nerwową, nieśmiałą istotą, przy której musiał uważać na każde słowo, było bardzo męczące. Zapomniał już, że potrafi się śmiać.

Zaprowadził pannę Halbrook do bawialni, gdzie jego kuzynka nalewała właśnie herbatę.

– Ach, jesteś, Ralph. A to z pewnością jest nasz gość. – Ariadna odstawiła imbryk i podeszła, by ich powitać. Utkwiła w Lucy spojrzenie krótkowzrocznych oczu, zmarszczyła lekko brwi i popatrzyła na niego ze zdziwieniem, ale zanim zdążyła coś powiedzieć, Ralph odezwał się szybko:

– Tak, kuzynko. – On również spojrzał na Lucy i wyjaśnił: – Uznałem, że najlepiej będzie powiedzieć pani Dean prawdę. Przedstawi panią jako swoją młodą przyjaciółkę, która ma tu spędzić kilka tygodni, ale wszyscy uwierzą, że jest pani moją narzeczoną.

Ariadna rozpogodziła się i wzięła pannę Halbrook za ręce. Lucy. Musiał przyzwyczaić się do tego, by nazywać ją Lucy.

– To prawda. Nie masz pojęcia, moja droga, jak szybko plotki roznoszą się na wsi. Zanim pomówimy o innych sprawach, chciałabym tylko powiedzieć, że bardzo się cieszę, że kuzyn poprosił mnie o pomoc.

Ralph uśmiechnął się.

– Przekonałem Ariadnę, żeby opuściła swój przytulny domek w Bath i spędziła lato ze mną.

– Nie trzeba wiele perswazji, by sprowadzić mnie do Adversane, kuzynie. Dobrze o tym wiesz. – Pani Dean zaśmiała się. Przyciągnęła Lucy do siebie i pocałowała w policzek. – Witaj, moja droga. Ralph wszystko mi powiedział, choć naprawdę nie rozumiem… Ale w każdym razie bardzo miło będzie znów widzieć dom pełen ludzi.

Po tym życzliwym powitaniu Lucy rozluźniła się. Pani Dean pociągnęła ją na sofę, nie przestając mówić.

– Przygotowałam herbatę. Moim zdaniem herbata doskonale odświeża po długiej podróży. Ralph mówił, że przyjechałaś aż z Londynu. To ponad dwieście mil. Z pewnością jesteś wyczerpana.

– W takim razie brandy wydaje się odpowiedniejsza – wtrącił lord Adversane.

Lucy zignorowała go. Już raz potraktował ją z góry, toteż wolała nie ryzykować odpowiedzi na tę uwagę.

– Bardzo chętnie napiję się herbaty, pani Dean. Dziękuję.

– Och, moja droga, mam na imię Ariadna. Mów mi po imieniu. A ja będę zwracać się do ciebie: Lucy, jeśli mi na to pozwolisz.

– Będzie mi bardzo miło. – Lucy rozejrzała się, sprawdzając, czy są sami. – Czy tu można bezpiecznie rozmawiać?

 

– Tak, o ile nie będziemy podnosić głosu. – Lord Adversane nalał sobie brandy z karafki i usiadł naprzeciwko. – A o czym ma pani ochotę rozmawiać?

– Wydaje mi się, że to oczywiste. Nie mieliśmy jeszcze okazji omówić mojej roli. Jeśli ma być przekonująca, to musimy uzgodnić szczegóły.

Adversane odchylił się na oparcie krzesła i wyciągnął nogi przed siebie.

– Najrozsądniej będzie trzymać się jak najbliżej prawdy. Nie ma sensu wymyślać nieistniejących nazwisk ani rodzin. Poznaliśmy się w Londynie, ale nasze zaręczyny nie zostały jeszcze ogłoszone publicznie, ponieważ nosi pani żałobę po ojcu.

– Skąd pan o tym wie?

– Pani Killinghurst opowiedziała mi wszystko o pani.

– Naturalnie. – Lucy patrzyła na niego z narastającą niechęcią. – Zdaje się, że wie pan o mnie wszystko, milordzie.

– Nie wszystko, panno Halbrook – odrzekł z ironicznym błyskiem w szarych oczach. A zatem znów bawił się jej kosztem. Podniosła głowę wyżej.

– Ja wiem o panu tylko tyle, ile znalazłam w herbarzu. Nie jestem przygotowana do swojej roli.

Adversane lekceważąco machnął ręką.

– Pierwsi goście przyjadą dopiero za trzy tygodnie. Mamy dość czasu, żeby poznać się bliżej. Z przyjemnością opowiem pani wszystko, co chciałaby pani wiedzieć.

Lucy zgrzytnęła zębami, stłumiła jednak irytację i odrzekła równie chłodno:

– Chyba pierwsza rzecz, jaką powinniśmy uzgodnić, to dlaczego moja matka nie przyjechała tu razem ze mną.

– Jeśli mamy trzymać się prawdy, nie powiedziała jej pani o mnie. Ona sądzi, że została pani zatrudniona jako towarzyszka starszej damy o słabym zdrowiu, czy nie tak?

– Tak, to prawda. Ustaliłyśmy, że to jej właśnie powiem.

– A poza tym miała pani pretekst, by oddalić się od wuja i jego niechcianych awansów.

– O tym nic nie wspominałam pani Killinghurst – odrzekła Lucy z płonącą twarzą.

Pani Dean syknęła cicho i zajęła się imbrykiem, ale lord Adversane tylko wzruszył ramionami.

– Ale to prawda, czyż nie? Zanim panią zatrudniłem, panno Halbrook, zebrałem trochę informacji na własną rękę i z tego, co słyszałem o Silasie Edgeworcie, jest to człowiek, który nie potrafi utrzymać rąk z dala od ładnej, młodej kobiety mieszkającej pod jego dachem.

– Ralph, ta rozmowa jest krępująca dla panny Halbrook – upomniała go pani Dean, podając Lucy filiżankę. – Możesz być pewna, moja droga, że nic podobnego nie zdarzy się w Adversane. Mój kuzyn zatrudnił cię po to, żeby rodzina zostawiła go w spokoju, i zaprosił mnie tu w roli przyzwoitki, żeby cię upewnić, że podczas twojego pobytu nie zajdzie tu nic niestosownego. – Podniosła się. – Zechcecie mi wybaczyć. Muszę dopilnować, żeby zaniesiono twoje bagaże na górę.

Wyszła i w salonie zapadło niezręczne milczenie. Lucy zatrzymała spojrzenie na gospodarzu.

– Wiem – powiedział i jego oczy złagodniały w wyrazie zrozumienia. – Obiecała, że nie zajdzie tu nic niestosownego, i zaraz potem zostawiła nas samych. Obawiam się, że będzie pani musiała do tego przywyknąć. W końcu rzekomo jesteśmy zaręczeni.

– Tak, naturalnie.

– Przykro mi, jeśli poczuła się pani nieswojo.

Te przeprosiny zdziwiły ją. Odstawiła filiżankę i chcąc ukryć zdenerwowanie, popatrzyła na kominek.

– Bardzo pięknie rzeźbiony gzyms. Czy to Grinling Gibbons?

– Tak. Jeden z moich przodków zapłacił mu za ten gzyms całe czterdzieści funtów. Bóg jeden wie, ile to kosztowałoby dzisiaj.

– O ile znalazłby pan wystarczająco uzdolnionego rzemieślnika – stwierdziła Lucy. – Mój ojciec był artystą, ale z pewnością pani Killinghurst już panu o tym powiedziała. Ogromnie podziwiał dawnych mistrzów, takich jak Gibbons.

– Wiem o tym. Znałem pani ojca. – Na widok zdziwienia na jej twarzy wyjaśnił: – Spotkałem go w Somerset House. Mieści się tam Królewskie Towarzystwo Nauk, a także Królewska Akademia Sztuk. Spotkaliśmy się tam raz czy dwa razy, gdy przychodziłem na wykłady. Proszę przyjąć wyrazy współczucia z powodu pani straty.

Mimo że ton jego głosu był rzeczowy, Lucy poczuła pod powiekami piekące łzy. Nie chcąc okazywać słabości, podniosła się i podeszła do okna, za którym roztaczał się wspaniały widok.

– Papa czasami zabierał mnie do studia i zachęcał, żebym malowała.

– W Adversane jest wiele pięknych widoków, które może pani odtwarzać.

– Przywiozłam ze sobą szkicownik właśnie z tą myślą. Lubię pracować z olejem i akwarelą, ale nie jestem tak utalentowana jak papa. W dzieciństwie najbardziej lubiłam przycupnąć na fotelu i przyglądać mu się przy pracy. Lubił malownicze widoki, rozległe dramatyczne pejzaże. – Pomyślała, że ojciec byłby zachwycony krajobrazami w Adversane, i wzruszyła ramionami. – Ale wszyscy chcieli portrety.

– Widziałem kilka prac pani ojca. Był bardzo dobry.

– W takim razie zapewne zastanawia się pan, dlaczego muszę zarabiać na życie. – Lucy przygryzła usta. Jeszcze nigdy nie rozmawiała z nikim na ten temat, ale teraz czuła, że musi mu to wyjaśnić. – Za dużo pił i grał. Odkryłam to dopiero po jego śmierci. Przy jego talencie pieniądze, które zarabiał, wystarczyłyby na jeden z tych nałogów. Ale dwa?

– Katastrofa – powiedział Ralph śmiało. – A pani matka? Czy to było aranżowane małżeństwo?

– Tak. Miała duży posag. Mój ojciec był młodszym synem i musiał dobrze się ożenić. Niestety, umowa została źle spisana i bardzo niewiele pozostało na jej nazwisko. Pieniądze rozeszły się już dawno temu.

Pokój pociemniał. Słońce zasłoniła gruba chmura i gwałtowny wiatr ugiął drzewa. Zbliżała się burza. Lucy wróciła na sofę. Otrząsnęła się z melancholii i dodała pogodnie:

– Mimo wszystko bardzo się kochali.

Tak bardzo, pomyślała, że zgodnie ukrywali przede mną stan finansów. Na tę myśl znów poczuła się tak, jakby ktoś wbił jej nóż między żebra.

Ralph dostrzegł jej zmianę nastroju i ramiona obronnie skrzyżowane na piersiach. Przed czym chciała się bronić? Przed szczęściem rodziców? Wiedział z własnego doświadczenia, że nie we wszystkich aranżowanych małżeństwach były uczucia.

– W takim razie los był dla nich łaskawy – powiedział ostro w przypływie goryczy. Lucy popatrzyła na niego pytająco, ale nie miał ochoty niczego jej wyjaśniać. Poczuł ulgę, gdy drzwi się otworzyły. – Jest już Ariadna. Czy pokój dla naszego gościa jest gotowy? – Podniósł się, zadowolony ze sposobności, by się oddalić. Ta dziewczyna wytrącała go z równowagi. – Zechce mi pani wybaczyć, ale są pewne sprawy, którymi muszę się teraz zająć. Do zobaczenia przy kolacji, panno Halbrook.

Pani Dean zaprowadziła Lucy do pokoju. Usta jej się nie zamykały. Wiedziała wszystko o domu i nim dotarły na piętro, Lucy poznała już całą jego historię włącznie z listą zmian wprowadzonych przez czwartego barona, ojca Ralpha. Pozwoliła tamtej mówić, sama zaś przypatrywała się pięknym wnętrzom, barokowym rzeźbom i stiukom otaczającym wspaniałe malowidła.

– To jest Długa Galeria – powiedziała pani Dean, posapując po przebyciu długich schodów. – Po tej stronie korytarza znajdują się najważniejsze sypialnie, a na końcu galerii jest przejście do wschodniego skrzydła, gdzie umieścimy gości.

– Nigdy jeszcze nie widziałam takich wspaniałych wnętrz. – Lucy zatrzymała się, patrząc na dwóch służących, którzy ostrożnie wieszali na ścianie wielkie malowidło. Trzeci stał o kilka kroków z tyłu i udzielał wskazówek. – Czy to nowy zakup lorda Adversane?

– Nie, nie jest nowy. Kuzyn chyba uznał, że tu będzie wyglądał lepiej.

Lucy popatrzyła na obraz z zaskoczeniem. Był w ciemnych kolorach i nie wyróżniał się niczym szczególnym. Przedstawiał jakieś klasyczne ruiny i wydawał się nie na miejscu pośród portretów nieżyjących baronów i ich żon.

– Pójdziemy dalej? – Pani Dean dotknęła jej ramienia. Poprowadziła ją do mrocznego korytarza, który biegł równolegle do galerii, i otworzyła drzwi na końcu.

– Tu są dwie najważniejsze sypialnie. Zajmiesz sypialnię pani domu.

– Och, nie sądzę, żeby to było odpowiednie.

Lucy zatrzymała się w progu, ale pani Dean pociągnęła ją do środka i zamknęła za nimi drzwi.