Miłość w czasach wojny

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Rozumiem, jak do tego doszło – powiedziała częściowo do siebie. – Radykalne towarzystwo u Bentincków, kontrowersyjne tematy dyskusji… – Westchnęła.

– Nie wspominając o pani własnej chęci prowokowania – dodał. – Sama pani przyznała się, że niekiedy próbuje skandalizować.

– Owszem, droczyłam się z panem, ale kiedy mówiłam o swojej pracy, nigdy nie przypuszczałam, że pan zrozumie… Nie, to po prostu nie do uwierzenia! Czy pan sobie wyobraża, że Bentinckowie, że pańska własna siostra utrzymywaliby ze mną znajomość, gdyby tak było?

Jego pociągłe policzki zaczynały pokrywać się czerwienią. Mary jednak nie wiedziała, czy przyczyną jest gniew, czy zażenowanie.

– Harriett ostrzegała mnie, że będę zdziwiony tym towarzystwem. Pani sama twierdziła, że nie wierzy w małżeństwo.

– A pan, chcąc pokazać, że nic nie jest w stanie pana zdziwić, pomyślał o mnie wszystko, co najgorsze. Ma pan rację, nie wierzę w małżeństwo. Zostałam tak wychowana, że wierzę w wolny związek umysłów i serc. W związek, którego podstawą jest miłość, a nie prostytucja.

– Popełniłem błąd – powiedział sztywno – ale usprawiedliwiony okolicznościami.

– Okolicznościami?

– A tak. Kiedy mówiła pani o swoim zakładzie, zachowywała się pani tak, jak gdyby z jego prowadzeniem wiązał się skandal, i nie omieszkała pani poinformować mnie, że jej reputacja jest w ruinie. Co miałem prawo w takiej sytuacji pomyśleć? Mój wniosek był jak najbardziej uzasadniony.

Mary jęknęła z oburzenia.

– Kompletnie nieusprawiedliwiony, milordzie. A może pan, będąc hrabią, ma zwyczaj składania takich propozycji każdej kobiecie, która wpadnie panu w oko?

– Z całą pewnością nie, natomiast pani, ze swoimi postępowymi poglądami, powinna docenić moją uczciwość. Przyjemności szukam u kobiet, które rozumieją, że małżeństwo nie wchodzi w rachubę. Nie jestem święty, panno Endacott. Jest wiele pań w mojej sferze, mężatek, których mężowie prowadzą własne życie i pozostawiają żonom jednakową swobodę znajdowania przyjemności poza małżeńskim łożem. W przeszłości miałem wiele związków tego rodzaju. Nie czynię też tajemnicy z faktu, że od czasu do czasu wiązałem się z kobietami bardziej podejrzanej konduity.

– I dobrze im pan płacił za ten przywilej… To godne pogardy.

– Czyżby naprawdę godne pogardy było to, że dwie dorosłe osoby zawierają porozumienie, które da im obu satysfakcję, panno Endacott?

W serce Mary wkradła się niepewność. Randall, zamiast błagać o wybaczenie, chełpił się powodzeniem u dam, a najgorsze było to, jak ona na to reagowała. Chciała rzucić mu się w ramiona i prosić go, żeby ją jeszcze raz pocałował i pokazał, jak satysfakcjonujący by był w roli kochanka.

Wreszcie gniew wziął w niej górę. Była zła na niego i na siebie za to, że mu pozwoliła dokonać w niej takiego emocjonalnego zamętu.

– Pan wybaczy. – Cofnęła się o krok. – Nie mamy sobie nic więcej do powiedzenia. – Wyszła na ścieżkę wiodącą do domu, z trudem powstrzymując łzy. Odgłos kroków, które słyszała za plecami, świadczył o tym, że hrabia idzie za nią. Przyspieszyła.

– Proszę zaczekać! Mary, panno Endacott! – Złapał ją za ramię. – Nie może pani wrócić w takim stanie do domu. Pani zdenerwowanie nie ujdzie uwagi. Moja siostra nie spocznie, dopóki nie wyciągnie z pani prawdy o naszej rozmowie.

– Nie jestem zdenerwowana – wykrzyknęła. – Jestem wściekła!

Wyjął z kieszeni chustkę do nosa i podał jej. Miała ochotę wysłać go do diabła, ale trudno było zachować godność z cieknącym nosem. Wzięła chustkę i osuszyła nią twarz.

Chustka zachowała przyjemny zapach mydła, w którym była prana, ale, poza świeżością, pachniała tak jak lord Randall, kiedy ją całował. Nawet w tej chwili Mary gotowa była rzucić mu się znowu w ramiona. Niewiarygodne, jak mogła myśleć o czymś podobnym, mimo że potraktował ją w taki sposób. Co z tego, że go prowokowała?

– Ma pani powód do wściekłości – powiedział spokojnie. – Obraziłem panią i nie miałbym pani za złe, gdyby chciała pani ujawnić przed światem moje karygodne zachowanie. Zasługuję na to, ale proszę pomyśleć o skutkach, jakie miałoby to dla innych, mianowicie dla mojej siostry i pani kuzynki.

– Nie tylko pańskie zachowanie było karygodne – odparła cicho, uspokoiwszy się nieco. – Ja też nie popisałam się dobrymi manierami i skromnością.

Pamiętała, w jakiej pozie zastał ją nad strumieniem. Z zadartą do kolan spódnicą i obnażonymi łydkami. Czy nie miał prawa pomyśleć, że ona go świadomie kokietuje?

– A cóż takiego sobie pani zarzuca, oprócz tego, że ulitowała się nad nieznajomym i sama mu się przedstawiła u Bentincków?

Więc nie zinterpretował na jej niekorzyść spotkania nad strumieniem, zauważyła w duchu. Poczuła ulgę, ale także rozczarowanie. Siedziała z obnażonymi do kolan nogami, a on ich nawet nie zauważył.

– Źle pani odpłaciłem za dobre serce, nie chciałbym jednak pogarszać jeszcze sytuacji, narażając na szwank pani przyjaźń z Hattie.

– Z bólem muszę przyznać, że ma pan rację – powiedziała z goryczą. – Nie chciałabym, żeby ktokolwiek dowiedział się o naszej rozmowie. Już mi lepiej. Wracajmy do domu. Zapomnijmy, że ta rozmowa kiedykolwiek miała miejsce.

– Jak pani sobie życzy. Idziemy?

Ruszyli w pewnej odległości jedno od drugiego, jak wypadało niezbyt bliskim znajomym. Kiedy wreszcie dotarli do domu, lord Randall przytrzymał jej drzwi wejściowe. Mary nie miała odwagi spojrzeć mu w twarz, ale zatrzymała wzrok na jego piersi. Przypomniała sobie, jak przyjemnie było złożyć głowę na tym wykwintnym żakiecie.

– Wyjeżdżam pojutrze – poinformował. – Pożegnam się z państwem Bentinckami już teraz i tym sposobem nie będzie okazji do naszego ponownego spotkania.

– Doskonale – odparła. – Dopilnuję, żeby obie pańskie chustki do nosa zostały do tego czasu wyprane i zwrócone.

Poprzedziła go do salonu. Jeszcze tylko trochę, a ta przykra sytuacja zakończy się.

– Jesteście wreszcie. Już miałam kazać was szukać! – Mary poczuła, że znowu się czerwieni pod wpływem znaczącego spojrzenia Harriett.

– Zupełnie niepotrzebnie – odpowiedział chłodno lord Randall i Mary zachciało się śmiać. Jego ton świadczył o oburzeniu, że siostrze mogłyby przyjść do głowy jakieś zdrożne myśli o tym, co zatrzymało ich w ogrodzie. – Zatrzymaliśmy się, żeby podziwiać rododendrony na zachodnim tarasie.

– Nieprawdaż, jak się pięknie przyjęły? Sprowadziłem je ze szkółki Loddigesa w Hackney. – Graveney był zachwycony, że hrabia podziela jego zainteresowanie ogrodnictwem.

Mary usiadła obok Harriett, zadowolona, że rozmowa zeszła na inne tematy, chociaż i tak w niej nie brała udziału. Aż podskoczyła, kiedy Harriett chwyciła ją za rękę.

– Jak to dobrze, że przyjechałaś, Mary. Naprawdę musisz wyjeżdżać w sobotę?

– Naprawdę, wierz mi – odpowiedziała. – Moje zastępczynie w szkole są bardzo kompetentne, ale piszą mi, że w Brukseli panuje wielki ruch…

– Nie wiedziałem, że pani szkoła mieści się w Brukseli – wtrącił lord Randall.

Mary spojrzała mu przelotnie w oczy.

– Ponieważ o tym nie wspominałam, milordzie.

– Nie. Dziwne, że Harriett też o tym nie wspominała.

– Wypadło mi to z głowy, bracie, ale to bardzo dla ciebie szczęśliwa okoliczność.

– Nie rozumiem… – Mary pokręciła głową.

– Kiedy spacerowaliście po ogrodzie, my wymyśliłyśmy doskonały plan – ciągnęła niewzruszona Harriett. – Pani Bentinck i ja doszłyśmy do wniosku, że będziemy spokojniejsze, jeśli ty, Mary, nie udasz się w tę długą drogę sama. Randall będzie ci w niej towarzyszył!

ROZDZIAŁ TRZECI

– Nie!

– Wykluczone! – Stanowczy wykrzyknik lorda Randalla niemal zagłuszył słaby jęk sprzeciwu Mary. – Wykluczone – powtórzył. – Wyjeżdżam w piątek i będę musiał jechać bardzo szybkim tempem.

– Chyba nie tak szybkim, skoro będą ci towarzyszyły dwie karety?

– Ale ja będę jechał wierzchem.

– Jestem pewna, że Mary nie będzie miała nic przeciwko temu, żeby jechać samej w jednej z nich.

– Nie zgadzam się – wtrąciła Mary, czerwona jak piwonia. – Nie zamierzam narzucać swojego towarzystwa lordowi Randallowi.

– Nie bądź dziecinna – upomniała ją pani Bentinck. – Przecież to wspaniała okazja. Co prawda, będziesz musiała wyruszyć dzień wcześniej, niż zamierzałaś, ale popłyniesz prywatnym jachtem, który czeka na lorda Randalla w Folkestone. Czy to nie wygodniejsze niż podróż statkiem pocztowym z Dover?

– Nie chcę tracić ostatniego dnia z wami – oponowała stanowczo Mary.

Randall wymownie patrzył na siostrę, by zaprzestała tej farsy, ale ona nie zwracała na niego uwagi.

– Naturalnie, będzie im przykro, ale pan i pani Bentinck pocieszą się tym, że wyruszysz w podróż nie sama, lecz w męskiej eskorcie.

– Nie potrzebuję męskiej eskorty, Harriett, jestem kobietą niezależną.

– To oczywiste, ale jesteś jednocześnie kobietą rozsądną. Teraz, kiedy Wellington przeprawia na kontynent takie ilości wojska, możesz napotkać trudności ze zdobyciem miejsca na statku, nie mówiąc o kłopotach na kontynencie. Justin ma mnóstwo wolnego miejsca w swoich dwóch karetach, sama widziałam w dniu jego przyjazdu. Justinie, powiedz coś.

Randall rozejrzał się po twarzach obecnych w pokoju. Odmowa byłaby grubiaństwem i czymś sprzecznym z jego poczuciem honoru. Z drugiej strony widział, że cała ta sytuacja była nie na rękę Mary. Jedyne, na co potrafił się zdobyć, to sztywny ukłon.

– Jeśli panna Endacott zgodzi się zająć miejsce w mojej karecie, będę zaszczycony, że nadarza mi się sposobność eskortowania jej do Brukseli.

Mary spiorunowała go wzrokiem. Miała nadzieję, że on zasłoni się jakimś niepodważalnym argumentem. Gdyby teraz odrzuciła jego propozycję, kuzynka i Harriett zaczęłyby dociekać dlaczego i nie spoczęłyby dopóty, dopóki nie poznałyby prawdziwej przyczyny jej odmowy.

 

Przedłużające się milczenie przerwał pan Graveney.

– Biedna panna Endacott. Przecież wszyscy znamy jej zasady. Akceptacja pomocy ze strony mężczyzny jest wbrew nim. Nie dość, że to mężczyzna, to jeszcze hrabia. Wiem, że wolałaby pani samodzielnie odbyć tę podróż.

– Otóż to.

– Ale moja żona ma rację. W obecnej sytuacji w Europie nie jest bezpiecznie i rozsądnie zrobi pani, przyjmując propozycję lorda Randalla. Wszyscy będziemy spali spokojniej.

– Nie upieraj się, Mary – poprosiła Hattie. – Znasz motto Latymorów. Semper Laurifer. Zawsze zdobi nas wieniec laurowy. Z nami nie wygrasz.

– Panno Endacott – odezwał się do Mary lord Randall. – Wiem, że znamy się od bardzo niedawna i różnimy poglądami. Proszę mi jednak wierzyć, że w tym, co tu zostało powiedziane, jest sporo racji. Czasy są niespokojne i niebezpieczne dla podróżującej samotnie młodej kobiety. Jeśli obdarzy mnie pani zaszczytem swojego towarzystwa w tej podróży, będzie pani traktowana z szacunkiem i kurtuazją. Daję pani słowo.

Mary wiedziała, że nawiązywał do incydentu w ogrodzie i przekonywał ją, że może mu zaufać.

– A zatem przyjmuję pańską propozycję, milordzie, i dziękuję. – Skinęła głową.

Po pokoju przeszedł pomruk zadowolenia, jak gdyby wszyscy obecni czekali z zapartym tchem na jej zgodę. Harriett zaklaskała w dłonie.

– No to załatwione. Randall zabierze cię ze sobą. Podróżuje z dość liczną świtą w dwie karety, z lokajem i masztalerzem. Jestem pewna, że tak przyjemnie jeszcze nigdy nie podróżowałaś.

Mary przypomniała sobie słowa Harriett, kiedy wczesnym rankiem w piątek wsiadała do eleganckiego ekwipażu lorda Randalla. Kareta była dobrze resorowana, siedzenia i oparcia grubo tapicerowane. Co do wygód, nie miała najmniejszych wątpliwości, ale po tym, co zaszło między nią a hrabią, nie czuła się w jego obecności zanadto swobodnie. Jedynym pocieszeniem było to, że hrabia podróżował konno, więc nie będzie musiała rozmawiać z nim w drodze.

Jechali w zawrotnym tempie, zatrzymując jedynie na bardzo krótkie postoje. Mary nie zawsze zdążyła nawet napić się kawy i zjeść herbatnika, lecz kiedy hrabia uprzejmie zapytał, czy nie życzyłaby sobie dłuższych odpoczynków, zaprzeczyła.

– Ostrzeżono mnie, że podróżuje pan w takim tempie, milordzie – powiedziała, kiedy prowadził ją do karety. – Jestem przygotowana.

– Muszę jak najszybciej dołączyć do swoich żołnierzy. Zasiedziałem się w Anglii.

– Proszę więc nie zważać na mnie. Nie chcę pana opóźniać – dodała lekko poirytowana.

– Nie opóźnia mnie pani.

– Nie liczę na szczególne względy.

– Więc nie rozczaruje się pani.

Z zaciśniętymi ustami Mary wsiadła do pojazdu. Nieznośny człowiek, pomyślała. Uwziął się, żeby ją denerwować. Dobrze, że przynajmniej w drodze nie musi znosić jego towarzystwa.

Naraz drzwi karety otwarły się gwałtownie. Lukę wypełniła postać lorda Randalla.

– Panno Endacott, przed nami jeszcze długa droga. Żadne z nas nie chciało tej sytuacji, ale powinniśmy starać się zachowywać wobec siebie uprzejmie.

– Ma pan rację, milordzie – poczuła się zmuszona odpowiedzieć.

– Zazwyczaj podróżuję sam, dlatego nie jestem przyzwyczajony do oglądania się na wygody innych. Jeśli ma pani jakieś potrzeby, proszę mi o nich mówić. Nie chciałbym, żeby czuła się pani niekomfortowo.

– Dziękuję, będę o tym pamiętała.

Zamknął ponownie drzwi, a Mary usadowiła się na poduszkach. Uśmiechnęła się do siebie. Zaskoczył ją. Nie wątpiła, że mówił szczerze. Wysunął do niej tę gałązkę oliwną dokładnie w momencie, w którym uznała, że jest nieznośny i despotyczny.

Do Folkestone dotarli tuż przed kolacją. Właściciel gospody bez mrugnięcia okiem przyjął wiadomość, że lord Randall potrzebuje drugiego pokoju dla panny Endacott. Jeśli nawet wydawało mu się dziwne, że samotna dama podróżuje z hrabią bez przyzwoitki, chociażby w osobie pokojówki, nie okazał niczego i poprowadził ich do prywatnego saloniku.

– Domyślam się, panno Endacott, że zechce pani chwilę odpocząć i odświeżyć się przed posiłkiem. – Lord Randall wyciągnął zegarek. – Godzina wystarczy?

– Godzina to aż nadto. – Mary pokiwała głową.

– Doskonale. – Spojrzał wymownie na oberżystę, a ten ukłonił się nisko.

– Kolacja będzie gotowa za godzinę, milordzie.

Mary podążyła za służącą do przeznaczonego dla niej pokoju. Lord Randall nie zaszczycił jej nawet spojrzeniem od chwili, kiedy pomógł jej wysiąść z karety. Możliwe, że jej towarzystwo go krępowało, ale Mary zaczynała sądzić, że tego rodzaju oschłość po prostu leży w jego naturze. W pokoju umyła twarz i ręce i zabrała się do szczotkowania potarganych w podróży włosów.

Gdy gdzieś w głębi domu zegar wybił godzinę, Mary zaczęła pospiesznie upinać wyszczotkowane włosy. Zaraz zje kolację w obecności hrabiego i nie będzie mogła okazać skrępowania.

– Czy pokój odpowiada pani?

– Owszem, dziękuję bardzo.

Przytrzymał jej krzesło, kiedy siadała do stołu. Nie widziała jego twarzy, czuła tylko jego obecność za plecami. Potem było jeszcze gorzej. Usiadł naprzeciwko i wbił w nią swój przenikliwy wzrok. Aby na niego nie patrzeć, zaczęła sprawdzać zawartość poustawianych na stole półmisków.

– Czy to rozsądne jeść kolację, skoro wypływamy o północy?

– Cierpi pani na chorobę morską, panno Endacott?

Dobrze, że nie zwraca się do niej po imieniu, chociaż jedli bez asysty służby. Mary postanowiła nie denerwować się. Przecież dał słowo, że będzie ją traktował z szacunkiem.

– Jak do tej pory nie miałam złych doświadczeń, ale też nigdy nie płynęłam podczas sztormu. – Wskazała w stronę okien, którymi szarpał wiatr. Hrabia wzruszył ramionami.

– To zaledwie lekka bryza, nic poważnego. Rozmawiałem z kapitanem, gwarantuje nam szybką podróż. – Podał jej półmisek. – Niech pani spróbuje kurczaka, jest wyborny. Zapewniam panią, że po dobrej kolacji poczuje się pani znacznie lepiej.

Mary wcale nie była tego pewna, ale poczęstowała się kurczakiem. Dołożyła sobie jeszcze ryżu i jarzyn. Atmosfera była dość przyjemna, rozmowa nie zbaczała na żadne kłopotliwe tematy. Jedzenie smakowało, wino jeszcze bardziej, więc kiedy posprzątano ze stołu i pojawiły się na nim słodycze, poczuła się w towarzystwie hrabiego zupełnie swobodnie.

– Wspomniała pani o swoich poprzednich doświadczeniach. Czy to znaczy, że często pani przekracza Kanał?

– Nie, robię to po raz trzeci.

– Od dawna mieszka pani za granicą?

– Od około siedmiu lat. Pojechałam do rodziców do Brukseli tuż po ukończeniu nauki na pensji panny Burchell.

– Ale pani rodzina pochodzi z Anglii?

– Tak. Papa, korzystając z pokoju zawartego z Napoleonem w Amiens, postanowił przenieść się na kontynent. Ponieważ miał przyjaciół w Brukseli, wybrał właśnie to miasto.

– Jego radykalne poglądy budziły kontrowersje w rodzinnym kraju, jak się domyślam.

W głosie lorda Randalla nie było śladu potępienia, Mary odpowiedziała więc tak szczerze, jak to miała w zwyczaju tylko w gronie najbliższych przyjaciół.

– Tak. Jego poparcie dla rewolucyjnego rządu we Francji przysporzyło mu rozgłosu, na który nie zasługiwał. Owszem, nie krył swoich opinii, popierał nowy rząd i redystrybucję dóbr, lecz kiedy stwierdził, że demokracja, prawdziwa demokracja, jest łamana podczas rządów terroru, wypowiadał się przeciwko nim równie stanowczo, co przedtem w obronie ideałów rewolucji. Niestety, za późno. Jego nazwisko zbytnio się już skojarzyło z rewolucją. Mama mocno to przeżywała, zwłaszcza po… śmierci mojej siostry.

– Musiało być pani bardzo trudno.

– Owszem. – Mary uniosła serwetkę do ust. Temat był wciąż bardzo bolesny, chociaż od tamtego czasu upłynęło wiele lat. – Ojciec narobił ponadto dość dużych długów i jedynym sposobem uniknięcia więzienia była ucieczka za granicę. Rodzice założyli szkołę dla dziewcząt w Brukseli, opartą na założeniach programowych Mary Wollstonecraft, ale nie odnieśli sukcesu. – Zdobyła się na niewyraźny uśmiech. – Brukselczycy nie byli bardziej postępowi niż Anglicy. Nieliczni uważali, że należy dawać dziewczętom takie samo, a nawet lepsze wykształcenie niż chłopcom, więc papa był zmuszony obniżyć loty i włączyć do programu więcej lekcji tańca i gry na fortepianie kosztem łaciny i greki. Po przyjeździe do rodziców zostałam nauczycielką w ich szkole.

– Doprawdy? Przecież była pani prawie dzieckiem.

– Miałam siedemnaście lat. I wystarczająco dobre kwalifikacje, by uczyć młodsze od siebie dziewczęta, wręcz doskonałe, zapewniam pana. Pańska siostra była w tej samej szkole, co ja. Na pewno pan wie, jak gruntowną edukację zapewnia pensja panny Burchell.

– Harriett wyniosła z niej wiele niebezpiecznie postępowych idei.

– Uczenie kobiet samodzielnego myślenia nie jest czymś niebezpiecznie postępowym! – Roześmiała się. Wiedziała, że się z nią nie zgadzał.

– Przejęła pani szkołę po śmierci ojca? – zapytał.

– Tak. Ojciec nalegał, bym po przyjeździe do Brukseli kontynuowała naukę, więc do tego czasu byłam przygotowana do nauczania także starszych dziewcząt.

– Kiedy umarł?

– Cztery lata temu. Matka zmarła rok wcześniej, zostałam więc sama. Przejęłam szkołę, nie pozostawało mi nic innego. Gdybym ją sprzedała, nie uzyskałabym tak dużych pieniędzy, żeby mogły mi długo starczyć na utrzymanie.

– Nie brała pani pod uwagę zamążpójścia?

Mary czuła się już w obecności lorda Randalla na tyle pewnie, że postanowiła rzucić mu wyzwanie.

– Doradzałby mi pan małżeństwo, podczas gdy sam nie bierze go pan pod uwagę dla siebie? Czy to nie hipokryzja, milordzie?

– W żadnym wypadku. Przy odrobinie szczęścia możliwe są dobrane związki małżeńskie. Hattie i jej mąż są ze sobą bardzo szczęśliwi.

– Wydaje mi się, że nie jest to kwestia odrobiny szczęścia. Dobry związek wymaga pracy i poświęcenia obu stron.

– Zapewne ma pani rację. Ale jeśli nie myślała pani o małżeństwie, to w gronie pani radykalnych znajomych nie znalazł się nikt, kto mógłby panią… wesprzeć?

– Nigdy nie miałam dla nikogo tyle uczucia, żeby zrezygnować ze swojej niezależności.

– Dla nikogo? Nawet gdyby w grę wchodził tylko krótkotrwały związek?

– Pyta pan, czy miałam kochanka? – Wytrzymała jego wzrok. – Nie miałam, lordzie Randall.

Jeśli Mary spodziewała się, że wprawi go w zakłopotanie i usłyszy przeprosiny, to myliła się.

– Nie o to pytałem. Wiem, że musiałby to być ktoś bardzo wyjątkowy, żeby dostać taką nagrodę, jaką jest pani, panno Endacott.

Nie spodziewała się komplementu i zaczerwieniła się. Żeby zyskać na czasie, sięgnęła po paterę ze słodyczami. On zaś kontynuował jak gdyby nigdy nic.

– Więc została pani przełożoną szkoły. Zapewne nie było pani łatwo.

– Rzeczywiście, podjęłam się bardzo trudnego zadania, ale przecież włączyłam się w prowadzenie szkoły natychmiast po przyjeździe do Brukseli i wiedziałam, na czym to polega. Zrezygnowałam z najradykalniejszych elementów programu, które papa wprowadził, i skoncentrowałam się na tym, czego potrzebują młode oświecone kobiety. Uczymy angielskiego, francuskiego i włoskiego, arytmetyki, geografii, historii naturalnej, a także tańca, śpiewu, gry na harfie i fortepianie. Byłam zmuszona, wbrew swoim przekonaniom, włączyć elementy wychowania religijnego, ale dla równowagi wprowadziłam w starszych rocznikach wstęp do filozofii. Dobra opinia o szkole rozniosła się i jest ona teraz najważniejszą placówką oświatową w Brukseli. Oprócz dziewcząt z miejscowych rodzin, kształcimy sporo Angielek – dodała z uśmiechem. – Mój ojciec nie był jedynym Anglikiem, który ze względu na swoje finanse musiał uciekać z Anglii. Dbam jednak o to, żeby czesne było opłacane z góry.

– Podziwiam pani zmysł organizacyjny. Trzeba wiele odwagi i determinacji, żeby odnieść sukces.

– Teraz, kiedy zaangażowałam właściwy, kompetentny personel, idzie mi o wiele łatwiej… Co ja takiego powiedziałam? Dlaczego pan tak na mnie patrzy?

– Zastanawiam się, jakie słowo scharakteryzowałoby panią najdokładniej.

– Zawzięta? – podpowiedziała. – Bezczelna? Irytująca?

– Nie… Raczej nieustraszona.

Znowu ją komplementował i nie wiedziała, jak zareagować. Kiedy tylko poczuła się swobodnie w jego towarzystwie, wytrącił ją z równowagi. Przypomniała sobie motto Latymorów. Semper Laurifer. On zawsze musi być górą? Kątem oka zauważyła, że sięgnął po zegarek.

 

– Wysłałem karety z naszymi bagażami do portu. Sami przespacerujemy się tam piechotą. Ponieważ mamy jeszcze ponad godzinę, proponuję, żebyśmy położyli się do łóżka… Och, nie! Nie razem, proszę pani – dodał, widząc jej zaalarmowane spojrzenie. – Twierdzi pani, że jest osobą inteligentną, proszę więc używać mózgu.

– Używam, milordzie. I wciąż pamiętam o pańskiej propozycji!

– Wynikła z nieporozumienia. Od tamtej pory traktuję panią z należnym szacunkiem. Jestem żołnierzem, panno Endacott, i wyrażam się prosto. Jeśli to obraża pani wrażliwość, przepraszam, ale proszę nie oczekiwać ode mnie poetyckich, omownych sformułowań.

– Zaczynam to rozumieć – wyjąkała. – Ma pan rację. Godzina odpoczynku bardzo mi się przyda, gdyż obawiam się, że na morzu nie zmrużę oka.

Mary wyszła z pokoju z hardo uniesioną głową, lecz kiełkowało w niej podejrzenie, że lord Randall mógł pomyśleć, że ustąpiła mu pola. Semper Laurifer! Nigdy nie przegrywa. Cóż za irytujący człowiek!

Kiedy wychodzili z gospody, Mary z zadowoleniem stwierdziła, że wiatr nieco ucichł. Na niebie pojawił się wielki księżyc. Wszystko było skąpane w jego srebrzystym świetle. W porcie trwał ożywiony ruch. Szli nabrzeżem ku wysmukłemu statkowi z wysokim masztem, którego sylwetka odcinała się od nocnego nieba. Lord Randall wprowadził ją przez wąski trap na pokład. Tam czekał na nich kapitan.

– Witam na pokładzie, milordzie. Zgodnie z poleceniem, przygotowałem kabinę dla pani. Boy zaprowadzi panią.

Podeszli do dużego, ciemnego otworu, w którym zniknął chłopak. Mary zawahała się, zanim zeszła po stromej drabinie.

– Pani pozwoli?

Zanim zdążyła zaprotestować, lord Randall uniósł ją w górę i zarzucił sobie na ramię. Jego zachowanie było na tyle nieoczekiwane, że Mary zaniemówiła. Przytrzymując ją jednym ramieniem za uda, zszedł pod pokład. Postawił ją na podłodze. Na szczęście pod pokładem było dość ciemno. Mary miała nadzieję, że czekający na dole boy nie mógł widzieć jej skrępowania. Wydawało się jej jednak, że uśmiechał się do siebie.

– Tędy, proszę pani – wskazał drogę.

Kabina była mała, lecz wygodna. Mary wyciągnęła się na koi. Powoli dochodziła do siebie po upokorzeniu doznanym ze strony hrabiego.

Jacht kołysał łagodnie. Mary położyła się na boku z dłonią pod policzkiem. Żeby chociaż przeprosił, mówiła sobie w duchu. Niemożliwy człowiek. Pozbawiony manier i wyczucia. Nic dziwnego, że musi płacić za swoje przyjemności, jak je nazywa. Żadna kobieta nie chciałaby mieć z nim do czynienia… Na tę myśl przypomniała sobie, jak błyszczały jego niebieskie oczy, kiedy ją całował, i ponownie spłonęła rumieńcem.

– Panno Endacott! Niedługo wpływamy do Ostendy.

Ze snu wyrwał Mary okrzyk boya. Przeciągnęła się, rozkoszując się ciepłem i wygodnym posłaniem, ale natychmiast wróciła do rzeczywistości. Podkręciła knot lampy przymocowanej do ściany i zaczęła doprowadzać do porządku ubranie. Suknia była niemiłosiernie wygnieciona, ale na to nie mogła nic zaradzić. Narzuciła na ramiona pelerynę, odnalazła torebkę i wyszła z kabiny. Przed schodkami zebrała w garść spódnice i wspięła się po stopniach. Na szczęście nikt na nią nie patrzył, bo wszyscy, włącznie z hrabią, byli już na pokładzie.

Wstawał szary dzień. Srebrny księżyc zniknął. Szarość nieba i wody zlewała się ze sobą. Mary otuliła się szczelniej peleryną, którą zrywał z niej wiatr. Na wschodzie rysowała się linia brzegowa. Od nieba odcinały się dwie budowle – wieża kościelna i latarnia morska. Kiedy podpłynęli bliżej, znaleźli się pomiędzy innymi statkami zmierzającymi do portu.

Wśród krzątającej się na pokładzie jachtu załogi Mary dostrzegła lorda Randalla. Stał przy burcie. Ruszyła ku niemu.

– W porcie jest duży ruch. Jacht musi poczekać na swoją kolej, zanim przybije do nabrzeża – wyjaśnił sytuację. – My dostaniemy się na brzeg szalupą i udamy do gospody. Widzi pani jej szyld z wymalowanym statkiem? Zjemy śniadanie, a w tym czasie załoga wyładuje nasze karety i bagaże.

Mary wyjrzała za reling. Wzdłuż kadłuba kołysała się na wodzie mała łódka. Marynarze u wioseł czekali na pasażerów. Mary z przerażeniem patrzyła na sznurową drabinkę, która była zupełnie prostopadła do powierzchni wody. Już schodził nią ordynans lorda, Robbins. Drabinka huśtała się niebezpiecznie z każdym jego krokiem.

– Proszę się nie martwić – powiedział Randall. – Zniosę panią.

– Znowu? Co to, to nie! – Cofnęła się, ale nie dość szybko. Tak samo jak wieczorem po prostu zarzucił ją sobie na ramię. Próbowała stawiać opór, ale trzymał ją w żelaznym uścisku, wolną ręką odgarniając z twarzy jej obfitą pelerynę i spódnice.

– Lepiej niech pani ze mną nie walczy, tylko dobrze się mnie trzyma – doradził i przerzucił nogę za reling.

Oczywiście miał rację. Mary zamknęła oczy i przywarła do niego. Drabinka kołysała się przerażająco pod ich ciężarem. Randall niezmordowanie spuszczał się po niej w dół. W końcu wrzucił Mary bezceremonialnie do szalupy i sam usiadł obok. Mary była zbyt oburzona, żeby cokolwiek powiedzieć. Kuliła się pod peleryną, podczas gdy marynarze wiosłowali ku piaszczystej plaży. Ale tam czekał ją dalszy ciąg upokorzeń. Łódka osiadła na dnie kilka stóp od suchego lądu. Hrabia zdjął buty, oddał je Robbinsowi i wskoczył do wody. Sięgała mu do kolan. W milczeniu odwrócił się do Mary. Jedno spojrzenie na jego nieprzejednaną twarz wystarczyło, by zrozumiała, że nie warto się sprzeciwiać. Wyciągnął ją z szalupy. Tym razem przynajmniej nie niósł jej na ramieniu jak worek.

Zarzuciła mu ramiona na szyję i od razu poczuła jego zapach, mieszaninę wody kolońskiej, potu, brandy i wody morskiej. Szedł pewnie ku plaży, ani razu się nie zachwiał, chociaż o jego łydki rozbijały się kolejne toczące się ku brzegowi fale. Miała przed oczami jego profil z długim nosem i wyrazistą brodą. Niezaprzeczalnie był mężczyzną obdarzonym siłą charakteru. Pomyślała, że znalazłaby się niejedna kobieta, która uznałaby go za atrakcyjnego. Naturalnie nie ona!

Wreszcie postawił ją na lądzie.

– Już po wszystkim. Przynajmniej ma pani względnie suche buty.

Nadal obejmował ją w talii. Patrzył na nią z góry roziskrzonym wzrokiem, na ustach błąkał mu się uśmiech, który bynajmniej nie uśmierzył jej irytacji. Czy on myśli, że mnie ułagodzi takimi uprzejmościami?

Gdy tylko poczuła grunt pod nogami, wyrwała mu się i z wysoko uniesioną głową pomaszerowała do gospody.

Co, u diabła, dzieje się z tą kobietą, zadawał sobie pytanie Randall, patrząc za oddalającą się Mary. Wiatr nadymał jej obszerną pelerynę. Drobne stopy pozostawiały ślady na piasku. Chyba nie wolałaby sama brodzić w słonej wodzie?

– Proszę, panie pułkowniku. – Robbins podał Randallowi ręcznik. – Mam też parę suchych skarpetek w kieszeni.

Gospoda należała do raczej drogich przybytków tego rodzaju i Randall zastanawiał się jak jej właściciel, Gaston, przyjmie drobną, skromnie ubraną Angielkę. Zdążył dojść do gospody na czas, by usłyszeć, jak tłumaczy ona swoją obecność. Zrobiła to nienaganną francuszczyzną. Gaston kłaniał się jej tak nisko, że niemal dotykał nosem kolan.

Wprowadzono ich do prywatnego saloniku, gdzie stał już stół zastawiony mięsem, chlebem i pieczywem, które oberżysta przyniósł, kiedy tylko zobaczył jacht milorda u brzegu. Zaraz też pojawiło się wino. Wychodząc, zapewniał, że pozostaje na każde wezwanie, gdyby milord i mademoiselle życzyli sobie jeszcze czegoś.

Randall ponaglił gadatliwego gospodarza i zamknął drzwi. Oparł się o nie plecami i obserwował Mary, która zdążyła zdjąć pelerynę i teraz nerwowymi ruchami, chodząc po pokoju, ściągała rękawiczki. Gdy zorientowała się, że na nią patrzy, zatrzymała się.

– Jak śmiał pan potraktować mnie w taki sposób? I to na oczach ludzi? – wybuchła.

– Chciała pani w sukni schodzić ze statku po drabince sznurowej, panno Endacott?

– Chciałam mieć możliwość zastanowienia się, jak mam zejść.

– Próbowała pani kiedykolwiek tego wcześniej?

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?