Jak uspokoić swoje myśli

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Jeśli spędzisz więcej czasu na wybieraniu czcionki niż na pisaniu wypracowania, nigdy go nie oddasz.

Jeśli będziesz wciąż się wtrącać w to, co robi projektant wnętrz, on zrezygnuje z ciebie i stracisz zaliczkę.

Moim celem jest zatem pomóc ci ograniczyć zamart­wianie się i mądrze wydawać swoje FA.

Łatwo ci mówić, Knight. Gdybym był w stanie zapanować nad zamartwianiem się i zachować żelazną kontrolę nad swoimi czasem, energią i pieniędzmi, sam byłbym teraz na miejscu Jeffa Bezosa.

Hej, uspokój się! – Powiedziałam „ograniczyć”. Ja osobiście jestem rekordzistką w dyscyplinie codziennego zamartwiania się tym, że mogę umrzeć na raka. Nikt nie jest idealny. Ale kiedy zamartwianie się doprowadza cię do napadu histerii, powinieneś się zastanowić nad zasobami, które marnujesz na tak jałowe zajęcie.

Lęki i niepokoje? Gonitwa myśli jest jak nadmierne wydatki.

Smutek? Poświęciwszy całą energię na szlochy, zawodzenie, rwanie włosów z głowy i karmienie bestii-depresji, nie masz jej już na to, aby poradzić sobie z problemem.

Gniew? To prawdopodobnie najgorsze marnotrawstwo FA, bo zazwyczaj zwiększa twoje zadłużenie. Na przykład wtedy, kiedy rozwścieczony długim oczekiwaniem na połączenie z konsultantem ciśniesz smartfonem o ścianę, ekran pęknie, tynk się posypie, a połączenie zostanie przerwane – co oznacza, że nie rozwiązałeś swojego początkowego problemu (wadliwy produkt), a na dodatek dodałeś dwie pozycje do listy rzeczy, za które trzeba będzie zapłacić (dosłownie i w przenośni).

Strusiowanie? Nie licz na to, że cokolwiek ci się upiecze. Nawet unikając problemu, wyczerpujesz swoje fundusze antyhisteryczne. Straciłeś mnóstwo cennego czasu – nieodnawialnego zasobu, który można było wykorzystać w celu szukania rozwiązań – nie robiąc nic. Zmarnowałeś też energię, udając usilnie, że WSZYSTKOJESTWPORZĄDKUZUPEŁNIEWPORZĄDKU.

Pamiętacie tego pieska z żartu? Została już z niego tylko kupka rysunkowego popiołu.

Niezależnie od tego, jakiego rodzaju napadu histerii doświadczasz lub próbujesz uniknąć, są mądrzejsze sposoby na wykorzystanie FA. Na przykład:

• Zamiast marnować CZAS na zamartwianie się, że nie zdasz egzaminu z fizyki, lepiej go wykorzystać na powtórzenie materiału.

• Zamiast marnować ENERGIĘ na chodzenie w tę i z powrotem po mieszkaniu, martwiąc się, co powie twój współlokator, kiedy wróci i zobaczy, że twój pies – Pulpet – dobrał się do jego ulubionych butów, lepiej ją wykorzystać na szukanie kursu posłuszeństwa dla Pulpeta.

• A zamiast marnować PIENIĄDZE na oszukańcze produkty, które mają cię uratować przed łysiną, ale tak naprawdę nie działają, możesz sobie kupić kilka gustownych nakryć głowy i zasłynąć jako „Ten facet od odlotowych kapeluszy”.

Witamy po drugiej stronie medalu, wędrowcze. Miło cię tu widzieć.

(A oto następna wiadomość: jestem pewna, że co najmniej trójka czytelników i jeden pies skorzystali już na czytaniu tej książki).

Czwarty fundusz

Curtis „50 centów” Jackson miał swoje pięćdziesiąte prawo. Ja mam Czwarty Fundusz, który wymyśliłam wyłącznie na potrzeby tej książki. To jest ŚWIEŻUTKI, ORYGINALNY MATERIAŁ, proszę państwa.

Każdy z nas ma takiego przyjaciela, członka rodziny, współpracownika czy kolegę z sąsiedzkiej kooperatywy, który zdaje się nieustannie działać w trybie kryzysowym, nieprawdaż? Powiedzmy, że ta osoba ma na imię Sherry. Na randki z nią wszyscy się spóźniają, co i raz ktoś zarysowuje jej auto na parkingu, kolejnych terminów nie udaje się jej dotrzymać z winy jakichś klientów – a do tego dochodzi jeszcze ten kubeł kompostu, który wylądował jej na kolanach przewrócony przez niedbałego ćpuna w tych okropnych butach TOMS, w których stopy wyglądają jak u mumii!

Chcesz okazać Sherry współczucie, kiedy biadoli o swojej ostatniej katastrofie albo pojawia się na porannym zebraniu zlana potem, szybko mrugając oczami i woła: „Nie uwierzylibyście, co ja muszę znosić!”.

Rzecz w tym jednak, że ona to robi nieustannie. Zatem z drugiej strony masz też ochotę warknąć: „Jaki masz znowu problem, histeryczko? Weź się uspokój, do cholery, i poradź sobie z nim. Jezu!” (Jeśli nie jesteś w stanie odnaleźć się w tej reakcji, jesteś lepszym człowiekiem ode mnie. Ciesz się na myśl o lepszej miejscówce w Niebie).

I tak dochodzimy do Czwartego Funduszu: Dobrej Woli.

DOBRA WOLA

W przeciwieństwie do czasu, energii i pieniędzy dobra wola nie zależy od ciebie. Finansuje ją współczucie i/lub wsparcie innych, i to od nich zależy, czy ją dostaniesz, czy nie. Twoim zadaniem jest utrzymywanie odpowiedniego salda na koncie – a to oznacza, że nie możesz nieustannie histeryzować jak Sherry.

Sherry nie zdaje sobie sprawy, jak bardzo nadszarpuje twoje współczucie, nieustannie donosząc ci o kolejnych kryzysach. W końcu zaczniesz jej po prostu zamykać drzwi przed nosem, tak jak świadkom Jehowy czy dzieciakom szukającym piłki.

No co? Nie trzeba jej było kopać, tak że wpadła na moje podwórko. Teraz to moja piłka.

Tak czy siak, spójrzmy na to z drugiej strony i powiedzmy, że to ty szukasz współczucia u bliźnich. To w porządku. Okazywanie współczucia leży w ludzkiej na­turze. To jak rozmowy o pogodzie, wszyscy to robimy – narzekamy, jęczymy, rzucamy luźne uwagi o tym, jak ostatnio zrobiło się ciepło (jakbyśmy nie wiedzieli, że tropikalne upały w Irlandii sygnalizują agonię naszej planety).

Kiedy czujesz, że ogrom twego osobistego nieszczęścia cię przytłacza, to zrozumiałe, że szukasz współczucia u innych, a ono cię pociesza.

Czasami po prostu potrzebujesz, aby przyjaciel ci przytaknął: owszem, nie powinno tak być, że czekasz czterdzieści pięć minut na faceta od kablówki, po czym okazuje się, że ten zapomniał części, która jest potrzebna, aby cię podłączyć – co tak cię wkurzyło, że przygryzając z wściekłości pozostawiony przez niego reklamowy długopis, złamałeś sobie ząb. Co ci po pieprzonym długopisie, kiedy chcesz tylko oglądać Bravo – a na dodatek teraz musisz iść do dentysty, co bez wątpienia zrujnuje ci następny dzień! A może po prostu chcesz powiedzieć komuś – komukolwiek – że Jeremy, zastępca dyrektora ds. marketingu, jest po prostu NIE DO WYTRZYMANIA!

Rozumiem – dotarło! (Podobnie jak do wszystkich w promieniu kilkunastu metrów. Może warto trochę ściszyć głos?). A kiedy twoi przyjaciele, krewni i koledzy widzą, jak cierpisz, ich pierwszą reakcją będzie zapewne współczucie (w końcu nie należeliby do kooperatywy, gdyby nie byli lewakami o miękkich serduszkach).

Ale tutaj właśnie w grę wchodzi Czwarty Fundusz: Jeśli nieustannie wpadasz w histerię, z powodu wszystkiego, to ciągle wydajesz środki z konta dobrej woli. Grozi ci debet – i to w tempie szybszym, niż spuszczana jest woda z rekinarium, do którego wpadło dziecko – co prowadzi do klasycznego problemu znanego każdemu, kto często wszczyna fałszywe alarmy:

Kiedy w końcu naprawdę przydałaby ci się pomoc i współczucie w poważnej sprawie, możesz ich już nie dostać.

(muzyka z filmu Szczęki)

Uwaga, uwaga, mamy kryzys!

Jeśli pozwolicie mi na małą dygresję, mam parę słów do powiedzenia tym, którzy jak ja cierpią na Stany Lękowe przez wielkie L i często włącza się u nich tryb kryzysowy.

Ze względu na to, że cierpiałam na (wówczas jeszcze niezdiagnozowany) zespół lęku uogólnionego, przez lata moi przyjaciele, krewni, współpracownicy i mąż musieli znosić wszystkie moje tajemnicze bóle brzucha, rezygnowanie w ostatniej chwili, popłakiwanie w biurze, a także skłonność do obsesyjnego przestawiania przedmiotów w cudzych domach bez pozwolenia.

Większość z nich nie potrafiła zrozumieć, dlaczego ciągle tak się nakręcam. Dla nich przeważająca część moich zmartwień nie wydawała się warta tego chaosu i szaleństwa.

Jaki masz znowu problem, histeryczko? Weź się uspokój, do cholery, i poradź sobie z nim. Jezu!

Brzmi znajomo?

Niektóre z tych osób zaczęły się ode mnie odsuwać, wycofując współczucie i wsparcie – i nie zawsze były w stanie ukryć swoją irytację czy frustrację. W takich chwilach ja czułam się zdezorientowana. Nieco urażona. Ba, nawet pełna sprawiedliwego oburzenia. Jednak dzisiaj, zarówno dzięki interwencji terapeutycznej, jak i temu, że patrzę z perspektywy czasu, wiecie co…?

NIE MAM IM TEGO ZA ZŁE. Reszta świata nie ma obowiązku zajmować się moimi problemami.

Ostro zabrzmiało? Być może, ale płacą mi za to, abym pisała prawdę.

Jak już powiedziałam, wiem doskonale, jak bardzo stany lękowe (choroba umysłowa) mogą nam namieszać w głowie – i to wspaniałe, kiedy krewni i przyjaciele mogą się o tym dowiedzieć i pomóc nam przez to przejść. Jestem dozgonnie wdzięczna mężowi za to, że zniósł kilka niezwykle nieprzyjemnych lat, zanim zaczął rozumieć i akceptować moje problemy. Nadal czasami bywa nieprzyjemnie, ale przynajmniej on wie, że teraz ja wiem, na czym polega podstawowy problem, i że próbuję nad nim zapanować – dzięki czemu na moje konto trafia więcej dobrej woli niż wtedy, kiedy marnowałam czas na spanie i płacz, a nic z tym nie robiłam.

Jeśli zatem pozwolicie, przedstawię potencjalnie kontrowersyjny argument:

Niektórzy z nas mają gorzej niż inni, i zasługują na dodatkową ochronę, ale Bank Dobrej Woli nie musi dawać ci kredytu przez całe życie tylko dlatego, że masz jakieś problemy ze sobą.

Jeśli zatem codziennie wpadasz w histerię – a w rezultacie narzucasz się wszystkim ze swoimi problemami – być może warto rozważyć możliwość, że to Ty. Jesteś. Częścią. Własnego. Problemu.

Czy jestem potworem? Nie sądzę. Suką, która wali prosto z mostu, i owszem – ale o tym już wiecie. A ta waląca prosto z mostu suka uważa, że my, cierpiący na kliniczne stany lękowe, powinniśmy wziąć nieco odpowiedzialności za siebie. Musimy przyznać się do swoich skłonności, wejrzeć w siebie, a potem może iść do lekarza, terapeuty czy mistrza reiki i zebrać się do kupy, bo inaczej grozi nam, że zrazimy do siebie ludzi tworzących nasz system wsparcia.

 

Inaczej mówiąc: gdybyś cierpiał na chroniczne rozwolnienie, szukałbyś sposobów na to, aby już nie mieć chronicznego rozwolnienia, nieprawdaż? A co, gdyby to szkodziło twoim relacjom, bo nie mógłbyś chodzić na przyjęcia, rezygnowałbyś ze spotkań w ostatniej chwili – a gdybyś się jednak zjawił, to zaprzątnięty własnym problemem i tak byłbyś kiepskim towarzystwem? Nie chciałbyś ciągle w tak – hm! – gówniany sposób traktować swoich przyjaciół, nieprawdaż?

Tak myślałam. Idźmy dalej.

Porządki umysłowe i jedno (pytanie), by wszystkimi rządzić

Dochodzimy do ostatnich konkretów w części pierwszej. Omówiliśmy już, jak ważne jest nazwanie swoich problemów, zrozumienie swoich reakcji na nie i ocena tych reakcji. Nadszedł czas, aby zająć się tym, jak dokładnie masz wprowadzić te wszystkie lekcje w życie, aby się w końcu wziąć i uspokoić.

A oto i one: porządki umysłowe.

Jeśli czytałeś któryś z moich poradników lub słuchałeś moich wypowiedzi na TEDx, znasz już tę koncepcję; postaram się jednak wyjaśnić ją nowicjuszom na tyle zwięźle, aby pozostali czytelnicy nie pobiegli narzekać na stronie Amazon, że „Knight się powtarza”[5].

Oto, jak to działa:

Podobnie jak fizyczne porządki spopularyzowane w ostatnich latach przez japońską ekspertkę i autorkę Magii sprzątania Marie Kondo, porządki umysłowe (spopularyzowane przez antyguru, niegdyś parodystkę i autorkę Magii olewania Sarah Knight) obejmują dwa kroki:

ELIMINACJA i ORGANIZACJA

Różnica polega na tym, że moja wersja eliminacji i organizacji odbywa się wyłącznie w twoim umyśle, a nie w szufladach, szafach czy garażu.

Nie wymaga też żadnego wysiłku fizycznego. Nie przyłapiecie mnie na intonowaniu OM, klepaniu mantr czy wykonywaniu asanów w tym celu. Wam oczywiście wolno robić to wszystko, jeśli chcecie, czy to w celu uspokojenia się, czy też po prostu po to, aby poderwać tę seksowną samotną matkę imieniem Beth, która bywa w klubie Związku Młodzieży Chrześcijańskiej. Ale to nie jest wymagane.

Czy porządki umysłowe dadzą ci poczucie fizycznego odświeżenia? No jasne! Bądź co bądź, zmniejszenie liczby ataków paniki czy wściekłości jest dobre dla twojego serca, płuc, a także tych kosteczek w stopach, którym zdarza się złamać, kiedy kopniesz w coś, co nie powinno być kopane. Ale to nie jest główny cel, po prostu fajny efekt uboczny.

Dwa kroki porządków umysłowych nieprzypadkowo zbiegają się z dwoma krokami metody Zero Zmart­wień:

Krok 1: Wyeliminuj swoje zmartwienia (czyli weź się uspokój).

Krok 2: Zorganizuj swoją reakcję na to, co zostało (czyli poradź sobie z tym).

I tyle. Eliminacja i organizacja. A zaczyna się to od spojrzenia na problem, który cię martwi, i zadania sobie jednego bardzo prostego pytania:

Jedno (pytanie), by wszystkimi rządzić

Czy jestem w stanie to kontrolować

Na tym pytaniu opiera się każda rada, której udzielę w pozostałych częściach książki. Podobnie jak Marie Kondo, która żąda, abyś zdecydował, czy dana rzecz daje ci radość, zanim ją wyrzucisz, i tak jak ja, kiedy proszę, abyście zdecydowali, czy coś was irytuje, zanim zaczniecie to olewać, pytanie: „Czy jestem w stanie to kontrolować?” traktujemy jako standard. Wedle niego oceniasz, czy coś jest warte, aby się tym martwić – i co możesz z tym zrobić (jeśli w ogóle możesz).

Porządki umysłowe i jedno (pytanie), by wszystkimi rządzić, naprawdę zabłysną w części II, ale zanim tam dotrzemy, jest jeszcze jeden parametr, który chciałabym przedstawić, a mianowicie:

Kiedy „a co będzie, jeśli” przechodzi w zamartwianie się, zamartwianie się prowadzi do napadów histerii, te zaś sprawiają, że wszystko staje się jeszcze trudniejsze i bardziej żałosne, niż było, jedną z rzeczy, które natychmiast możesz kontrolować, jest twoja reakcja emocjonalna.

Co powiedziawszy, zwracam się do najlepszego przyjaciela człowieka… który bywa też czasami jego najgorszym wrogiem.

(Tylko nie mówcie Johnowi Wickowi, że coś takiego powiedziałam).

A oto, co szczenięta robią z twoim mózgiem

Emocje są jak szczenięta. Czasami bywają po prostu fajne i zabawne; czasami dają ci pociechę lub odwracają uwagę; a czasami zdarza im się nasikać na dywan teściowej i dostają zakaz wchodzenia do domu.

Tak czy siak, obecność szczeniąt jest w porządku przez pewien czas, dopóki nie trzeba czegoś zrobić – a wtedy musisz je namówić, aby weszły do miłej, wygodnej kennel-klatki, ponieważ nie da się – powtarzam, NIE DA SIĘ – zajmować problemami, kiedy te szczyle brykają dookoła[6].

Nie ma nawet znaczenia, czy to są „złe” szczenięta/­

/emocje czy „dobre” szczenięta/emocje (Szczemocje? Emonięta?) WSZYSTKIE szczenięta/emocje rozpraszają twoją uwagę. Taka jest ich natura. Pozytywne emocje mogą cię całkowicie sprowadzić z kursu – na przykład wtedy, gdy tak się cieszysz z powodu powrotu McRib do menu, że od razu pędzisz do restauracji, zapominając, że miałeś odebrać dziecko z przedszkola. Ups…

Ale – jak myślę – wszyscy wiemy, że radość i ekscytacja w obliczu bliskiego kulinarnego spotkania z żeberkiem w bułce to nie te emocje, z którymi miałbyś się uporać dzięki tej książce.

Oto, co staramy się zrobić z owymi szczeniętami/emocjami, które powodują napady histerii:

• Wyznaczyć im rozsądne godziny odwiedzin, podczas których będziesz mógł w zdrowy sposób przyznać, że istnieją.

• Dać im okazję, aby się zmęczyły krótkim hasaniem.

• A następnie zamknąć je, aby wziąć się do pracy nad rozwiązywaniem problemów, które je wywołały.

Krótkie przypomnienie

Cześć – to ja – nie lekarz i nie psycholog! Nie jestem też terapeutą behawioralnym. Szczerze mówiąc, nie mogę nawet obiecać, że będę wypijać osiem szklanek wody dziennie, zaś chipsy ziemniaczane uważam za zdrową (mentalnie) żywność. Posiadam jednak wyuczoną umiejętność wykluczania emocji z gry w razie potrzeby, żeby się skupić na logicznych rozwiązaniach. To moja specjalność; u mnie się to sprawdza, i dlatego pisuję poradniki o olewaniu, a nie o roztrząsaniu uczuć. Jeśli ty jesteś lekarzem, psychologiem czy terapeutą i nie popierasz odsuwania emocji na bok w celu uspokojenia się i poradzenia z problemami, to przede wszystkim dziękuję, że to czytasz. Doceniam pracę, którą wykonujesz, szanuję twoje podejście i mam nadzieję, że dzięki moim mistrzowskim wyjaśnieniom stało się jasne, iż przedstawiam tutaj w najlepszych intencjach sprawdzone w praktyce sugestie, a nie fakty medyczne. Jeśli weźmiesz to pod uwagę, zanim zaznaczysz tylko jedną gwiazdkę na Amazon, będę bardzo wdzięczna.

No dobra, żeby mieć pewność, że dobrze się rozumiemy, chcę napisać super jasno:

• Odczuwanie emocji jest w porządku. Albo, jak mógłby napisać inny guru: „Ty odczuwasz emocje! I ty odczuwasz emocje! I ty też odczuwasz emocje!”. Ich obecność to nie problem; problemy pojawiają się wtedy, kiedy pozwalasz im brykać kosztem podejmowania działania (zob. Ewolucja napadu histerii s. 41).

• Ba, są nawet badania naukowe, z których wynika, że trzeba pozwolić sobie „czuć uczucia” wywołane przez te złe doświadczenia – że musisz się w nie zanurzyć, aby się od nich potem uwolnić. Szczególnie dotyczy to kwestii traumy, i bynajmniej nie radzę, abyście te problemy/emocje ignorowali. Po prostu od czasu do czasu zamykajcie je w klatce tak jak niesforne szczenięta (zob. Nie jestem lekarzem s. 216).

• Mały napad histerii jest nawet w porządku. Można sobie od czasu do czasu pokrzyczeć, powrzeszczeć i „postrusiować”. Efekt, który chcemy osiągać, to na pewno niepozbawiony emocji robot o pustych oczach. Ktoś taki może bardzo łatwo skończyć jako seryjny morderca, a to nie jest zachowanie, które chciałabym promować wśród moich czytelników.

Co powiedziawszy – moim zdecydowanie nienaukowym zdaniem – kiedy twoje emonięta zaczynają brykać, czas je gdzieś zamknąć i przynajmniej na jakiś czas zgubić klucz do tego miejsca. To, co będę odtąd nazywać zamykaniem emocji w klatce, przydało mi się w następujących sytuacjach:

To dzięki temu mogłam nadal czerpać przyjemność z przyjęcia weselnego po tym, jak tren mojej sukni się zapalił, zamiast się upić i obsobaczyć winną. Kocham cię, mamo!

To dzięki temu zdołałam napisać i wygłosić mowę pogrzebową wujka, zamiast pozwolić, aby rozpacz mnie obezwładniła.

To dzięki temu postanowiliśmy zadzwonić na pogotowie hydrauliczne o drugiej nad ranem, kiedy ubikacja sąsiada z góry zmieniła się w wodospad Niagara i zalała naszą łazienkę, zamiast ulec rozpaczy (i iść z powrotem spać), co tylko pogorszyłoby sytuację (i zwiększyło ilość wody), z którą musieliśmy sobie poradzić następnego dnia.

Najpierw zatem przyznaję, że odczuwam jakąś emocję – czy będą to lęk, gniew, smutek czy też jeden z ich wielu dopływów (na przykład strach) – a potem, że tak powiem, biorę ją w wyobraźni za kark i zanoszę na kwarantannę do innej części umysłu niż ta, która jest mi akurat potrzebna, aby sobie poradzić z bieżącym problemem. Jeśli praktykujesz uważność, być może znasz sztuczkę pod nazwą „teflonowy umysł” – nazwany tak dlatego, że negatywnym emocjom nie pozwala „przylgnąć”. Ja uważam, że analogia ze szczeniętami jest atrakcyjniejsza niż wizja wielkiej teflonowej patelni gdzieś w okolicy mojej czaszki – ale, co kto lubi.

Czy udaje mi się to za każdym razem? Oczywiście, że nie! Oprócz tego, że nie jestem lekarzem, nie jestem też wszechmocną boginią (ani kłamczuchą). Odesłanie emocjonalnych szczeniąt do klatki nie zawsze jest możliwe, a nawet gdy jest, wymaga praktyki, skupienia i wysiłku. Podobnie jak zapędzanie do klatki dziesięciu kilogramów mięśni i śliny, jeśli nie zamkniesz drzwiczek wystarczająco szybko, twoje emonięta mogą się wyślizgnąć, aby ruszyć na potencjalnie destrukcyjną wędrówkę po pokojach twego umysłu, drapiąc podłogi, podgryzając meble, i coraz bardziej odciągając twoją uwagę od odzyskania spokoju i poradzenia sobie z problemem.

Kto wypuścił te psy? Ty. Ty je wypuściłeś.

I to w porządku. Możesz je zawsze wepchnąć, delikatnie poprowadzić albo nawet zwabić podstępem z powrotem do klatki – wszystkie te taktyki będę zgłębiać i wyjaśniać w części II. Tak jak powiedziałam – praktyka. Ale jest tego warta.

I nie zapominaj: możesz tych urwipołciów zarówno zamknąć, jak i wypuścić – zawsze, kiedy tylko chcesz.

Albo musisz.

Kiedy ich słodkie szczenięce mordki sprawiają, że czujesz się lepiej, a nie gorzej.

To nie jest tak, jakbyś oddał swoje emocje do schroniska. One po prostu odpoczywają w klatce, czekając na moment, kiedy znowu pozwolisz im hasać swobodnie. A kiedy taki moment nadejdzie, bez wahania otwórz drzwiczki. Pozwól im pobrykać, odciągnąć twoje myśli od problemów, trącić cię nosem, wylizać palce u nóg. Czy co tam jeszcze – nie mam psa, więc tylko tak sobie fantazjuję.

Ale uwaga! Kiedy już się nabawicie, muszą pomaszerować z powrotem do klatki.

A teraz bądź grzecznym pieskiem – i weź się uspokój, do cholery.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?