Jak uspokoić swoje myśli

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

• Realistycznych Idealnych Rezultatach (RIR).

• I wielu, wielu innych rzeczach…

Jeśli zatem jesteś podobny do mnie – jeśli kiedykolwiek zdarzyło ci się pomyśleć: „Nie poradzę sobie z tym” albo jeśli pytasz: „A co będzie, jeśli…” znacznie częściej, niż powinieneś, zamartwiając się za bardzo i wpadając w histerię zbyt często, a także marnujesz czas i energię, obsesyjnie myśląc o tym, czego nie jesteś w stanie kontrolować – ja potrafię ci pomóc.

I pamiętaj: nie jestem tutaj, aby podważać czy umniejszać twoje lęki czy problemy. Chcę ci po prostu pomóc w radzeniu sobie z nimi, a odzyskanie spokoju to pierwszy krok. Obiecuję też, że nigdy nie powiem ci, że „wszystko będzie dobrze” ani też, że „nie jest przecież tak źle”.

To, co się dzieje w twoim życiu, jest do bani dokładnie w takim stopniu, jak ty sam uważasz. Nie zamierzam z tym polemizować.

Ale tyle mogę ci powiedzieć:

Jestem w stu procentach przekonana, że jeśli ja byłam w stanie spędzić dziesięć minut w samochodzie z tarantulą na kolanach, ty też możesz uspokoić się, a potem poradzić sobie z problemem.

I

W części I ustalimy pewne parametry, zaczynając od tego, na czym dokładnie polegają twoje problemy, i jakie rodzaje kłopotów powodują w twoim życiu.

Ale będzie zabawa, co nie?

Następnie przestudiujemy ewolucję napadu histerii: jak do niego dochodzi, jak wygląda i ile cię kosztuje. Przedstawię Cztery Oblicza Histerii, wraz z drugą stroną medalu dla każdego z nich, i pokażę, jak przejść od jednego do drugiego. Ta część zawiera też wprowadzenie do czegoś, co jest znane w naszej rodzinie jako Syndrom meksykańskiego lotniska. Czytajcie uważnie, amigos.

Następnie porozmawiamy o funduszach antyhisterycznych. To te zasoby, które masz do wykorzystania, aby zapobiec napadowi histerii albo z nim walczyć: czas, energia i pieniądze – to dzięki nim ten świat się kręci, szczególnie kiedy wszystko dookoła się wali. Ponadto istnieje też Czwarty Fundusz, z którego mogłeś nieświadomie wypłacać już nazbyt długo. Omówimy to wszystko.

Na zakończenie tej części wyjaśnię koncepcję porządków umysłowych (zarówno ogólnie, jak i w kontekście odzyskiwania spokoju); przedstawię Jedno (pytanie), aby wszystkimi rządzić i w końcu przeprowadzę cię przez technikę, którą nazywam „zamykaniem emocjonalnych szczeniąt w klatce”.

To wszystko może się wydawać nieco rąbnięte (szczególnie to zamykanie szczeniąt), ale daj mi szansę. Oto, jak ja to widzę: na rynku są tysiące metod samorozwoju obejmujących o wiele bardziej podejrzane rozwiązania życiowych problemów. Ja przynajmniej wiem, że pomysły z tej książki działają, bo sprawdziły się u MNIE – a mnie, chociaż jestem bardzo logiczna i racjonalna, czasami naprawdę ODBIJA SZAJBA.

Antyguru też są ludźmi!

A teraz wpadnijmy sobie w histerię – razem.

Jaki masz problem

Wybacz, że się wtrącam, ale wydajesz się nieco roztrzęsiony.

Być może chodzi o jakąś drobnostkę, jak odfajkowanie ostatniej pozycji na twojej liście rzeczy do załatwienia lub uporczywą myśl, że warto by częściej dzwonić do rodziców. A może martwisz się czymś ważniejszym lub bardziej skomplikowanym, na przykład chcesz iść na studia podyplomowe, ale nie wiesz, czy stała praca i budżet na to pozwolą. Źródło twojego niepokoju może być trudne do zdefiniowania albo całkiem oczywiste – na przykład właśnie rozbiłeś rower, albo odkryłeś, że twój dom został zbudowany nad kolonią świstaków.

Albo – tak sobie zgaduję – składa się na nie wszystko naraz?

No tak, tak myślałam.

No cóż, szykuj się, aby szeroko otworzyć usta ze zdumienia, bo mam dla ciebie wieści: TO WSZYSTKO SIĘ ZE SOBĄ ŁĄCZY. Ten niepokój, który ci towarzyszy niby ciągły szum w tle, twoje obawy odnośnie nieszczęść, które jeszcze się nie wydarzyły i tych, do których już doszło, te drobnostki i te poważne sprawy. To wszystko jest powiązane i ze wszystkim można się zmierzyć dzięki realizmowi, pragmatyzmowi i logicznemu myśleniu, które będę zalecać w całej tej książce.

Zanim jednak będziesz mógł się zmierzyć z niepokojem, musisz zidentyfikować i wyodrębnić konkretny, ukryty pod powierzchnią problem. Po jednym naraz, bardzo proszę.

Czasem łatwiej to powiedzieć, niż zrobić. Jeśli mówimy o zniszczonym rowerze lub kolonii świstaków, to zakładam, że wiesz, co jest co[3]. Mogą się jednak zdarzyć i takie dni, kiedy czujesz się byle jak bez żadnego powodu, i te uczucia ciągną cię w coraz większy dołek.

Wieczorem mam problemy z zaśnięciem.

Budzę się w panice.

Nie potrafię się rozluźnić.

Czuję się taki rozkojarzony.

Bez żadnego powodu, co? NIEPRAWDA.

Jest jakiś powód twojego niepokoju, jakieś „a co będzie, jeśli” kryjące się za twoimi zmartwieniami. I jeśli zdołasz je wskazać, masz o wiele większą szansę, aby się uspokoić i poradzić sobie z problemem. Przykładowo:

Wieczorem mam problemy z zaśnięciem – bo co będzie, jeśli jutro lekarz przekaże mi złe wieści?

Budzę się w panice – bo co będzie, jeśli moja jutrzejsza prezentacja się nie uda?

Nie potrafię się rozluźnić – bo co będzie, jeśli za mało się uczyłem i nie zdam egzaminu?

Jestem taki rozkojarzony – bo co będzie, jeśli zapomnę o czymś, co powinienem zrobić?

Wszędzie tarantule

Budzenie się w panice jest mi dobrze znane. Znam też to uczucie „bylejakości” bez żadnego powodu. Może mi się to zdarzyć z rana, późnym wieczorem, a nawet o czwartej rano, czyli o mojej ukochanej „alkoholowej godzince”. Porównuję to do uciekania przed niewidoczną tarantulą; wiem, że coś tam gdzieś siedzi, ale skoro nie chce się pokazać, jak mogę sobie z tym poradzić? Kiedy zdarzy mi się mamrotać na głos: „Tarantule, wszędzie tarantule” – co zaczęło mi się przydarzać jakieś sześć miesięcy temu – nauczyłam się powstrzymywać tę chęć, aby zadać sobie pytanie: „No nie – o co tu naprawdę chodzi?”. Ponieważ nie każdy problem to ukryta tarantula. Problemy leżą na widoku, mają własne nazwy i kształty: Zbliża się termin oddania książki. Rodzice przyjeżdżają z wizytą. Dach przecieka. Planuję przyjęcie. Mam nowego szefa. Czy opłaciłem rachunek telefoniczny? Tylko wtedy, gdy poświęcisz nieco czasu, aby ustalić, co naprawdę cię niepokoi, możesz się tym zająć. A wszystko jest lepsze od tarantuli, co oznacza, że ta technika sprawdza się na wielu poziomach.

Najpierw musisz ustalić, dlaczego tak się czujesz, abyś mógł ustalić, co z tym zrobić. PRZYZNAJ, że masz problem. Zrób tyle, a ja ci pomogę z resztą. Myślę, że to aż nazbyt sprawiedliwa wymiana, skoro chodzi tylko o kilka minut introspekcji z twojej strony, nieprawdaż?

Jeśli dziś rano ocknąłeś się w panice albo w tej chwili czujesz się „byle jak”, od razu poświęć dziesięć minut, aby poznać prawdziwą nazwę swojej tarantuli. Nie musisz jeszcze się uspokajać ani radzić sobie z problemem, ale wydobądź ją z cienia i przelej na kartkę.

Jeśli w tej chwili nie doświadczasz niczego, co przywodzi na myśl tarantule, omiń tę część – ale pamiętaj o niej na przyszłość:

MOJE TARANTULE:

____________________

____________________

____________________

Następnie pokażę ci, co się dzieje, kiedy twoje zmart­wienia i „co będzie, jeśli” nie tylko rozpraszają i uniemożliwiają sen, ale popychają ku pełnemu napadowi histerii.

A dlaczego chcę cię zabrać w tę otchłań? Ponieważ zrozumienie, jak się rodzi histeria, pomoże ci zrozumieć, jak jej unikać.

Ewolucja napadu histerii

Wyobraź sobie, że masz zorganizować w ten weekend dla córki przyjęcie z okazji ukończenia szkoły średniej. Pociecha wybiera się na Uniwersytet Teksaski i jesteś z niej bardzo dumna. Podliczyłaś już ze trzy razy odpowiedzi na zaproszenia i tyleż samo razy upewniłaś się, że aprowizacja jest odpowiednia, jednak, co będzie, jeśli przyjdzie więcej osób, niż się spodziewałaś…?

Zaczynasz się martwić, że nie wystarczy ci jedzenia i picia dla wszystkich gości – łącznie z tymi „towarzyszącymi”, którzy na pewno też będą, jak również półtuzinem nastoletnich chłopców, którzy bez wątpienia zjawią się bez zaproszenia i pochłoną hot-dogi, w rezultacie czego stosunek ilości mięsa do sałatki jarzynowej zostanie zbyt wcześnie zaburzony.

To normalne. Pokaż mi kogoś, kto organizując większe przyjęcie, nie doświadczał takich niepokojów, a ja ci pokażę nadczłowieka, który jedzie na hucpie i dużych dawkach środków uspokajających.

Liczy się to, co zrobisz (albo czego nie zrobisz) w następnej kolejności.

Możesz na przykład skoczyć do sklepu, aby dokupić hot-dogów – a jeśli jednak nikt ich nie zje, po prostu trafią do zamrażalnika. Podejmując jakieś działania – zawiązując na supełek tę wystającą nitkę – możesz uniemożliwić temu zmartwieniu zniszczenie twojego metaforycznego swetra.

Ale możliwe też, że zamiast przyznać, że masz problem (potencjalny niedostatek mięsa), zaakceptować to, czego nie możesz kontrolować (liczby nieproszonych gości) i zająć się tym, co możesz (liczbą hot-dogów), po prostu zamartwiasz się dalej.

Powiedzmy zatem, że tak właśnie robisz.

A co będzie, jeśli świeczki z olejkiem cytronelowym nie zadziałają na komary tak, jak obiecują w reklamie? A co będzie, jeśli spadnie deszcz? A co będzie, jeśli te śmieszne podkładki pod szklanki, które zamówiłam, nie zostaną dostarczone na czas…?

Ups… Twój sweter pruje się oczko po oczku – a to są przecież tylko zmartwienia logistyczne! Ty jednak nie potrafisz się powstrzymać. Ciągniesz tę nitkę i szarpiesz, dodając kolejne:

A co będzie, jeśli na widok ozdób zawieszonych na podwórku ludzie dojdą do wniosku, że staram się za bardzo? (albo za słabo)? A co będzie, jeśli sąsiadów zirytują te wszystkie auta parkujące na ulicy? A co będzie, jeśli my się napracujemy, a oni wszyscy w ostatniej chwili odwołają przyjście?

 

Teraz twój sweter to już raczej sięgający do pępka top, zaczyna ci brakować tchu, nie mówiąc już o chęci do działania, i nie jesteś już po prostu zaniepokojona – to oficjalnie napad histerii.


Tak to się odbywa. Ale dzięki odpowiedniemu treningowi będziesz w stanie temu zapobiec.

W części II, na przykład, będziemy trenować identyfikowanie tego, co możesz kontrolować (zainwestowanie w kilka puszek profesjonalnych środków na komary, namiot i ekspresową przesyłkę), i akceptowanie tego, co wydaje ci się nieakceptowalne (pogardy twojej sąsiadki Debbie dla dekoracji kwiatowych w kolorach oranżu i bieli; ospy wietrznej, na którą zapadną wszyscy twoi goście), abyś mogła się przygotować na niektóre możliwości i przestać się zamartwiać innymi. I tak trzymać!

Ale na razie, kontynuując naszą umoralniającą powiastkę, trzymajmy się diagnostyki. Ponieważ niezależnie od tego, czy twój napad histerii dopiero się rozgrzewa, czy już puszczasz parę uszami, warto wiedzieć, jakiego jest typu.

Każdy z nich wygląda inaczej i innymi sposobami mu zapobiegamy.

Cztery oblicza napadu histerii

W poprzednich książkach zdarzało mi się przedstawiać eleganckie taksonomie różnych typów czytelników, którzy mogą odnieść korzyści z moich rad. Robię to, ponieważ odkryłam, że nieco bardziej spersonalizowany profil sprawia, iż czujemy się dostrzegani – co jest kojące, kiedy za chwilę człowiek ma dostać po nosie kilkoma mocno niewygodnymi prawdami.

Tak się jednak pechowo złożyło – zarówno dla ciebie, jak i dla mnie – że napady histerii są mocno nieprzewidywalne.

Niektórzy z nas nawet okiem nie mrugną, kiedy wybije im szambo, ale nagle nie mogą złapać tchu, ponieważ w Starbucks zabrakło rogalików z migdałami. Inni emanują siłą spokoju, kiedy ich samochód zostanie odholowany przez służby porządkowe albo wynik testu laboratoryjnego źle wróży, ale natychmiast wchodzą na poziom najwyższej gotowości bojowej, jeśli przekaz kablówki siada podczas ich ulubionego programu.

Ponadto histeria przyjmuje różną postać u różnych osób. Niektórzy oblewają się potem ze strachu i gapią z otwartymi ustami niby postać z komiksu „Cathy” z lat osiemdziesiątych; natomiast u innych występują raczej łzy niż dreszcze. Albo ponure nastroje. Albo pusty wzrok.

A na domiar złego – każdy z nas może doświadczyć różnych postaci napadu histerii w różne dni, z różnych powodów.

Przykładowo, być może nie jesteś takim mazgajem jak twój kumpel Ted, który co i raz zaznacza na Facebooku emotkę nastroju „Czuję się smutny”, ale jeśli stracisz obrączkę – albo babcię – oczy ci jednak zwilgotnieją. Ja z kolei zazwyczaj nie marnuję tchu na wrzaski i krzyki, ale kiedy pewnego dnia w 2001 roku rąbnęłam się drzwiami od lodówki w stopę, wynikła z tego zapluta tyrada do złudzenia przypominała sądową mowę Jacka Nicholsona w filmie Ludzie honoru.

Tak jak mówiłam – mocno nieprzewidywalne.

Zatem zamiast starać się wtłoczyć ciebie – indywidualnego histeryka – w jeden wygodny typ, podzieliłam same rodzaje napadów histerii na cztery obszerne, nieuporządkowane kategorie – i do każdej z nich możesz pewnego dnia trafić.

Lęki i niepokoje

Smutek

Gniew

Unikanie (znane też jako „Tryb strusia”)

To właśnie cztery oblicza histerii – maski, które wkładamy, kiedy zaczynamy się nadmiernie zamartwiać – i cholernie trudno w nich oddychać. Twoje zadanie polega na tym, aby nauczyć się je rozpoznawać, co pomoże uporać się z nimi.

Poznaj swojego wroga – te rzeczy.

Lęki i niepokoje

Jak to wygląda: To oblicze przybiera różne formy, i niedoświadczonym może być trudno je rozpoznać. Przykładowo, być może sądzisz, że czymś się zatrułaś, podczas gdy sensacje żołądkowe to rezultat stanów lękowych. Ba, możesz nawet dojść do wniosku, że zostałaś otruta, kiedy po prostu przeżywasz normalny atak paniki (co się zdarzyło niżej podpisanej). Niektóre inne wskazówki to: nerwowość, bóle głowy, napady gorąca, brak tchu, zawroty głowy, bezsenność, niezdolność do podjęcia decyzji, biegunka i obsesyjne sprawdzanie poczty, aby zobaczyć, czy redaktor już coś napisał o tych kilku stronach, które mu wysłałaś godzinę temu.

(I pamiętajcie, że wcale nie musicie mieć zdiagnozowanych zaburzeń lękowych, aby doświadczać zwykłych lęków i niepokojów. Zdarzają się one od czasu do czasu wielu spokojnym, racjonalnym i zazwyczaj wolnym od lęków osobom. Ale frajda, co nie?)

Co w tym złego: Oprócz symptomów, które wypisałam powyżej, jeden z najbardziej toksycznych i podstępnych efektów ubocznych stanów lękowych to GONITWA MYŚLI. Przypomina nieco tę rozbrzęczaną czarną muchę, która pojawia się w zasięgu twojego wzroku i znika, i za każdym razem, kiedy już-już ją dopadasz, zmienia kierunek lotu. Tam, na górze w rogu! Nie, czekaj – tam, przy schodach! Ups… – za wolno! Teraz zawisła w powietrzu metr nad twoją głową, wibrując jak fizyczna manifestacja mózgu, który ma za chwilę eksplodować. GDZIE CHCESZ USIĄŚĆ, MUSZYDŁO? ZDECYDUJ SIĘ WRESZCIE!

Gonitwa myśli to przeciwieństwo produktywności. Sami pomyślcie – czy widzieliście kiedyś, żeby mucha siedziała gdzieś dłużej niż kilka sekund? Ile zatem zdoła osiągnąć w ciągu dnia?

Co można z tym zrobić: Musisz do tego podejść w stylu pana Miyagi. Skoncentruj się. W danej chwili na jednym problemie – i na każdej jego części. I co najważniejsze: na jednym rozwiązaniu tego problemu. A tak się szczęśliwie składa, że część druga zawiera wiele praktycznych porad, jak to właśnie osiągnąć.

Innymi słowy: czytaj dalej.

Smutek

Jak to wygląda: Szlochy, nieszczęśliwa mina, wymięte ubranie, spływający makijaż, smrodek rozpaczy i głębokie, ciężkie westchnienia. Może również prowadzić do stanu zwanego przeze mnie „Wylewaniem żalów w mediach społecznościowych”, co jest męczące nie tylko dla ciebie, ale też dla twoich przyjaciół i znajomych. Daj sobie spokój, Ted. Nikt nie ma ochoty oglądać twojego załamania nerwowego w postaci kolejnych memów z Garfieldem.

Co w tym złego: Słuchajcie, ja nie mam absolutnie nic przeciwko wypłakiwaniu się. Martwisz się, że twój dom rodzinny zostanie zrównany z ziemią przez urbanistów z piekła rodem albo że twój chomik, Ping-Pong, może nie przeżyć operacji? Proszę bardzo – rycz do woli. Ja to ciąg­le robię. Katharsis!

Ale spróbuj się – no wiesz – nie pławić w smutku.

Kiedy zaczynasz to robić – pozwalasz, aby opanował cię na dłużej – rodzą się większe problemy. Ciągły smutek WYCZERPUJE. Gdy zacznie ci brakować energii, możesz przestać jeść albo wychodzić z domu, co tylko pogłębia postępujący letarg. Stajesz się coraz mniej i mniej produktywny. A wszystko to może doprowadzić do depresji i całkowitej rezygnacji z radzenia sobie ze swoimi problemami.

Ale żeby nie było nieporozumień: smutek – nawet głęboki i długotrwały – to jedno, a kliniczna depresja to drugie. Jeśli podejrzewasz, że być może nie jesteś po prostu smutny, lecz cierpisz na depresję, namawiam cię, abyś poszukał pomocy poza kartkami kosztującej kilkadziesiąt złotych książki napisanej przez babkę, której praca polega na tym, aby wymyślać zabawne gry słów.

Pozwólcie jednak tej babce powiedzieć, że: depresja, podobnie jak stany lękowe, może być trudna do wytropienia, kiedy detektywem jesteś ty sam, a sprawia to twój umysł. Dla własnego dobra posłuchaj otaczających cię ludzi, jeśli mówią: „Hej, ty chyba nie jesteś po prostu smutny, tylko cierpisz na depresję. Może powinieneś pogadać z profesjonalistą?”. I nie wstydź się tego. Mnóstwo ludzi – w tym i tacy, których życie jest obiektywnie super – może zmagać się z depresją. Choroby umysłowe to parszywa sprawa[4].

W ten sposób staram się powiedzieć, że chociaż nie mam kwalifikacji, aby cię zdiagnozować i zalecić ci leczenie twojej depresji (choroby), to sądzę, że w służbie „wzięcia się i uspokojenia” mam prawo odnieść się do depresji jako stanu umysłu. A moim zdaniem ten stan to wyczerpanie.

Co możesz z tym zrobić? Cierpliwości, moje złotka. Już wkrótce postawimy was na nogi. Ping-Pong na pewno by tego chciał.

Gniew

Jak to wygląda: Pomijając bolesne spotkania z drzwiami lodówki, raczej nie wpadam w gniew. Może dlatego że nigdy nie widziałam rodziców kłócących się ze sobą? A może jestem suką o kamiennym sercu, która pomija etap złości i od razu przechodzi do zemsty? Chociaż rzadko zdarza mi się wrzeszczeć, życzyć ludziom wszystkiego najgorszego, czy osobiście podpalać ich ulubione przedmioty, to nie znaczy, że nie wiem, o co w tym wszystkim chodzi. Ci, których ogarnął gniew, doznają niezdrowych efektów ubocznych, takich jak wzrost ciśnienia krwi i ciepłoty ciała, pragnienie przemocy fizycznej i urazy wynikłe z jego realizacji, czerwona twarz, zaciśnięte szczęki i nieatrakcyjnie wyglądające napięte ścięgna karku.

Jednak niewidoczny – a wcale nie mniej szkodliwy – rezultat napadu gniewnej histerii to trudności w ocenie sytuacji. A TO TYLKO POGARSZA SPRAWĘ.

Co w tym złego: W erze smartfonów z aparatem fotograficznym każdy napad szału to potencjalnie źródło żenady. Czy chcesz się pojawić w wieczornych wiadomościach, wykrzykując brzydkie słowa, albo na Facebook Live podczas niszczenia własności publicznej, bo nie potrafiłeś się uspokoić? Nie, nie chcesz. Poznaj zatem syndrom meksykańskiego lotniska.

Syndrom meksykańskiego lotniska

Pewnego razu wraz z mężem wracałam z rodzinnych wakacji zorganizowanych przez biuro podróży. I tak jakoś wyszło, że kiedy nasza trzynastka zjawiła się na lotnisku w Mexico City, dla mnie nie było biletu. Nie, nie chodzi o brak miejscówki, tylko o sam pieprzony bilet. Nie było jasne, jak do tego doszło – ale wiecie, co nie zmieniłoby sytuacji na lepsze? Naskoczenie na pracownika linii lotniczych przy stanowisku odprawy. Mój (słodki, szczodry, życzliwy, zazwyczaj cudownie spokojny) mąż o mało nie przekonał się o tym na swojej skórze, kiedy (na jakieś trzy i pół sekundy) wpadł w szał w rozmowie ze wspomnianym pracownikiem – dopóki nie trąciłam go łokciem w żebra, dając spojrzeniem do zrozumienia, że nie chcę zostać w Mexico City na noc – albo na zawsze. Kolejną rzeczą, która go tego dnia uratowała, była pewna mamuśka z Long Island, która miała ten sam problem i poradziła sobie z nim jeszcze gorzej. Ona ma jutro BARDZO WAŻNĄ bar micwę, na którą musi zdążyć, rozumiecie?! No cóż. Ja poleciałam tym samolotem – ona nie.

Co możesz z tym zrobić? No cóż, możesz się udać na warsztaty panowania nad gniewem, ale to nie brzmi przyjemnie. Zamiast tego zaproponuję zatem kilka inspirujących możliwości, które – jak sądzę – mogą ci się spodobać. (Szczególnie ta ze strony 127. Jest naprawdę dobra).

PS Szczerze mówiąc, ciekawa jestem, czego trzeba, aby aktywować u mnie „Oblicze Gniewu”. Od wydarzenia przy lodówce minęło już osiemnaście lat – a w końcu jestem tylko człowiekiem.

UNIKANIE (Znane też jako Tryb strusia)

Jak to wygląda: Oto pułapka trybu strusia: możesz nawet nie zdawać sobie sprawy, że robisz coś złego, bo przecież nie robisz dosłownie nic – ale na tym to właśnie polega. Po prostu ignorujesz, czy zbywasz ostrzeżenia i udajesz, że nic się nie dzieje. Nic tu nie ma do oglądania, proszę państwa! Głowa w piach i tyle.

Tak na marginesie, wiem, że te wielkie ptaki tak naprawdę nie chowają swoich nieproporcjonalnie małych główek w piasku na widok drapieżników – ale naprawdę powinniście mi trochę odpuścić, kiedy chodzi o precyzję metafor, bo inaczej ta książka nie da frajdy ani mnie, ani wam.

Czasami „strusiowanie” zdarza się samo – jeśli po prostu odkładasz na później jakiś prozaiczny obowiązek, to właśnie unikanie w czystej postaci. Czasami jednak bierze się stąd, że już wcześniej uległeś lękom, smutkowi i/lub gniewowi. W takich chwilach masz wrażenie, że twoja głowa to garnek wrzącej wody, w której gotują się homary, i jeśli tylko zdołasz utrzymać na niej pokrywkę, być może nie trzeba będzie słuchać ich milczącego krzyku (W tym momencie właśnie zazwyczaj skaczę na główkę między poduszki na kanapie).

 

Co w tym złego: Po pierwsze, kłopoty, którym nie stawiamy czoła, rodzą następne. Zignorowanie wezwania do sądu w charakterze ławnika może się skończyć grzywną, doprowadzeniem przez policję i odpowiednią adnotacją w papierach. Udawanie, że nie rozwinęła się u ciebie nietolerancja laktozy, może doprowadzić do żenującej wpadki podczas przyjęcia. A odmowa zajęcia się upierdliwą raną, której dorobiłeś się podczas ścinania drzewka na choinkę, może oznaczać, że w nowym roku będziesz się musiał uczyć, jak korzystać z protezy dłoni (sprawniej niż z siekiery).

I po drugie, chociaż przyznaję, że uparte ignorowanie nieprzyjemności, które cię spotykają, może być sprytnym sposobem na wykręcenie się od konieczności przyznania, że się zdarzyły, zaakceptowania ich czy zajęcia się nimi – to wiesz co? Jeśli wskutek zmartwień włączył się u ciebie tryb strusia, wcale przed nimi nie uciekłeś. Skoro tylko uniesiesz głowę, zobaczysz, że siedzą wokół twojej kryjówki. (No cześć – jak się miewacie?) Unikanie oznacza, że NIGDY, PRZENIGDY NIE ROZWIĄŻESZ SWOJEGO PROBLEMU.

Co możesz z tym zrobić? Dobre pytanie. Już sam fakt, że je zadałeś, oznacza, że robisz postępy.

Z badań wynika, że wszyscy jesteśmy histerykami

Zdobywając wiedzę na potrzeby tej książki, przeprowadziłam anonimową ankietę online, prosząc ludzi, aby wskazali swoją podstawową histeryczną reakcję. Okazało się, że większość z nas (38,6 procent) należy do kategorii Lęki/Panika; po 10,8 procent przyznaje się do Gniewu i Unikania; a kolejne 8,3 procent złożyło przysięgę na wierność Smutkowi/Depresji. A reszta? Niemal jedna trzecia respondentów (30,3 procent) wskazała: „Nie mogę wybrać jednej opcji, bo robię to wszystko” – i wtedy już wiedziałam, że ta książka będzie przebojem. A zaledwie 1,2 procent oznajmiło: „Nigdy nie robię żadnej z tych rzeczy”. Tak, tak, oczywiście.

Witamy po drugiej stronie medalu

No dobra, chciałam zachować przyziemne sprawy praktyczne na część II książki, ale tak cierpliwie znieśliście opisy parametrów, że chcę wam dać przedsmak tego, jak stawimy czoło obliczu histerii, którego właśnie doświadczasz, aby przejść do drugiej strony medalu.

Oparłam swoją metodę na genialnym pomyśle, jakim jest trzecia zasada dynamiki Newtona, która głosi, że „każdej akcji towarzyszy reakcja równa co do wartości i kierunku, lecz przeciwnie zwrócona”.

Nie musiałeś chodzić na lekcje fizyki w liceum (ja nie chodziłam – co być może poznacie po mojej interpretacji tego prawa), aby zrozumieć koncepcję, że coś złego można zneutralizować czymś dobrym. Śmiech to przeciwieństwo płaczu. Głębokie oddechy to przeciwieństwo opróżniających płuca wrzasków. Wahadło porusza się w dwóch przeciwnych kierunkach itp., itd.

Ergo, jedna prosta droga do odzyskania spokoju przed napadem histerii, w jego trakcie lub po nim to zwrot o 180 stopni.

OBLICZA HISTERII:

DRUGIE STRONY MEDALU


Lęki i gonitwa myśliSKUP SIĘ: Które z twoich zmartwień ma pierwszeństwo? Które jesteś w stanie rzeczywiście kontrolować? Skoncentruj się na nich, a pozostałe odsuń od siebie. (Co będzie powracającym refrenem w tej książce).
Smutek i znużenieZATROSZCZ SIĘ O SIEBIE: Potraktuj samego siebie tak jak smutnego przyjaciela w potrzebie. Okaż sobie życzliwość. Drzemka, czekolada, kąpiel, koktajl, cały wieczór oglądania South Park; cokolwiek poprawia ci nastrój, budzi błysk w oku i sprawia radość.
Gniew i pogarszanie problemówWYLUZUJ DZIĘKI PERSPEKTYWIE. Nie możesz sam siebie trącić łokciem w żebra, tak jak ja mojego męża w Mexico City (słowo daję – łokieć nie zgina się w tę stronę). Kiedy jednak zaczyna się w tobie gotować, możesz sobie wyobrazić, jak by wyglądało spędzenie reszty życia w areszcie na meksykańskim lotnisku. Zwizualizuj konsekwencje i odpowiednio zmień nastawienie.
Unikanie i przedłużanie cierpieńRUSZ DO DZIAŁANIA: Zrób jeden krok, choćby najmniejszy, aby przyznać, że masz problem. Powiedz to na głos. Zapisz palcem na zaparowanym lustrze w łazience. Wykonaj laleczkę wudu, która go przedstawia. Jeśli potrafisz to zrobić, jesteś na najlepszej drodze, aby się uspokoić.

No i macie: prosty schemat, jak przyznać się do swoich zmartwień, dostrzec niezdrowy charakter własnych reakcji i zacząć to odkręcać.

Hej – nie zostaje się antyguru i autorką międzynarodowych bestsellerów, wymagając od ludzi czegoś skomplikowanego.

Fundusze antyhisteryczne

W Magii olewania wprowadziłam koncepcję środków służących olewaniu – czasu, energii i pieniędzy, które wydajesz na wszystko, na czym ci zależy, od działań i umówionych spotkań po przyjaciół, rodzinę i tak dalej. Z drugiej strony możesz też zdecydować, że nie będziesz poświęcać tych środków na rzeczy, na których ci nie zależy. Zarządzanie nimi nosi nazwę „Opracowania budżetu rzeczy, na których ci zależy” – idea, która pozostanie moją najtrwalszą spuścizną.

Ponieważ nie naprawia się czegoś, co nie jest zepsute, podobną koncepcję wykorzystałam w następnej książce, Ogarnij się – założenie jest takie, że trzeba też poświęcić czas, energię i/lub pieniądze na rzeczy, które MUSISZ robić, nawet jeśli tak naprawdę nie chcesz – na przykład chodzenie do pracy, aby zarobić na czynsz. W epilogu ostrzegam (proroczo, jak się okazuje), że „różne paskudne rzeczy się przytrafiają” i „warto zatem zarezerwować nieco czasu, energii i pieniędzy na nieprzyjemne scenariusze, tak na wszelki wypadek”.

Zatem w tej książce – jako że zasłynęłam jako autorka chwytliwych nazw dla zdroworozsądkowych pojęć, które wszyscy powinniśmy wprowadzać w życie, nawet jeśli nie mamy dla nich chwytliwych nazw – prezentuję wam Fundusze antyhisteryczne (FA).

To są środki, po które sięgasz, kiedy przytrafia ci się coś złego. Możesz je „wydać” na wzmacnianie wszystkich tych uroczych zachowań, które omówiłam w poprzedniej części. Albo możesz ich użyć po to, aby się uspokoić i zająć problemem, który spowodował wspomniany napad histerii.

Dokładnie przeczytałeś Ogarnij się, zatem masz oszczędności na taki scenariusz. Jeśli nie, to jeszcze bardziej potrzebujesz niniejszego poradnika. Tak czy siak, jednak ich liczba jest ograniczona i każdy wydatek funduszy antyhisterycznych to czas, energia lub pieniądze odjęte od danego dnia.

CZAS

Czas jest zasobem ograniczonym od… no, od samego początku. Więcej go nie wyprodukują. Co oznacza, że w końcu ci go zabraknie i nie zdołasz zrobić wszystkiego – włącznie z wpadaniem w histerię i zajmowaniem się tym, co ma się wydarzyć/właśnie się wydarza/przed chwilą się wydarzyło. Po co marnować go na to pierwsze, kiedy „wydanie” go na drugie w znacznym stopniu poprawi jakość tych minut, które ci pozostaną?

ENERGIA

W końcu zabraknie ci też energii, ponieważ chociaż Jeff Bezos naprawdę się stara, nie udało mu się jeszcze zaprogramować Alexy, tak aby wysysała z ciebie śmiertelną duszę podczas snu i doładowywała przez wi-fi. W końcu trzeba będzie coś zjeść, odpocząć i zregenerować się po staroświecku – a kiedy wszystko zacznie się walić, naprawdę pożałujesz, że tyle energii zmarnowałeś na histerię i nie masz jej w baku więcej na poradzenie sobie z problemem.

PIENIĄDZE

To kwestia bardziej skomplikowana, bo niektórzy z nas mają ich dużo, a niektórzy wcale, i każdy ma inne możliwości napełniania swego skarbca. Jeśli jednak jesteś spłukany, pocieszanie się zakupami, bo akurat zamartwiasz się egzaminem adwokackim, to ewidentnie kiepski pomysł. Z kolei gdy twoje konto w banku to beczka bez dna, możesz argumentować, że wykupienie połowy asortymentu przynajmniej poprawiło ci nastrój. Nie zamierzam wyśmiewać niczyjego podejścia do troski o siebie, ale cała ta kasa, którą wydałeś na szorty w kolorze khaki i plecione paski, na pewno nie rozwiąże podstawowego problemu, jakim są twoje oceny. Wynajęcie korepetytora byłoby prawdopodobnie lepszym wykorzystaniem tych funduszy. (A do wszystkich miliarderów mających kasy jak lodu: róbcie swoje – ale jestem przekonana, że kiedy nadejdzie apokalipsa zombie, nie pomogą wam ani dolary, ani bitcoiny).

Podsumowując: zamartwianie się to marnotrawstwo. Tracisz na nie czas, energię i/lub pieniądze, a niczego przydatnego nie zyskujesz w zamian. Natomiast jeśli poświęcisz swoje fundusze antyhisteryczne na rzeczywiste poradzenie sobie z problemem, to – no wiesz – rzeczywiście sobie z nim poradzisz.

Trzy przykłady, jak gonitwa myśli marnuje czas, energię i pieniądze

Jeśli przed wyjściem z domu będziesz się przebierać siedem razy, to się spóźnisz.