Jak uspokoić swoje myśliTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Tytuł oryginału: Calm the f*ck down

Projekt okładki: Katarzyna Grabowska/&visual

Przekład: Anna Czajkowska

Redaktor prowadzący: Bożena Zasieczna

Redakcja techniczna: Robert Fritzkowski

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Bogusława Jędrasik

Copyright © 2017 by Sarah Knight

© for the Polish edition by MUZA SA, Warszawa 2020

This edition published by arrangement with Little,

Brown and Company, New York, USA. All rights reserved.

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Żadna część niniejszej publikacji nie może być reprodukowana, przechowywana jako źródło danych i przekazywana w jakiejkolwiek formie zapisu bez pisemnej zgody posiadacza praw.

ISBN 978-83-287-1345-1

MUZA SA

Wydanie I

Warszawa 2020

Spis treści

Kilka uwag

Wstęp

I – WPADASZ ZATEM W HISTERIĘ: Przyznaj, jaki naprawdę masz problem i zapanuj nad swoją reakcją

II – WEŹ SIĘ USPOKÓJ, DO CHOLERY: Zidentyfikuj to, co jesteś w stanie kontrolować, zaakceptuj to, czego nie możesz – a potem sobie odpuść

III – PORADŹ SOBIE Z PROBLEMEM: Zajmij się tym, co jesteś w stanie kontrolować

IV – WYBIERZ SWOJĄ PRZYGODĘ: Kiedy przydarza się nieszczęście, jak ty się uspokoisz i poradzisz sobie z problemem

Epilog

Podziękowania

O autorce

Kilka uwag

To jest książka o dręczących nas lękach i niepokojach – od białego szumu („A co będzie, jeśli…)” aż po rozpalone do białości przerażenie pełnego kryzysu. Można wam zatem wybaczyć, jeśli obwołacie mnie największym dupkiem na świecie z powodu jej tytułu, ponieważ każdy wie, że pierwsza pozycja na długiej liście Najbardziej Nieprzydatnych Rzeczy, jakie można powiedzieć osobie doświadczającej tego typu doznań, to właśnie: „Weź się uspokój, do cholery”.

Ba, kiedy ja czuję się podminowana i ktoś mi mówi, żebym się uspokoiła, mam ochotę go zamordować w sposób szybki i zdecydowany. Rozumiem więc, o co wam chodzi.

Ale to jest również książka o problemach – wszyscy je miewamy – i odzyskanie spokoju to właśnie to, co musisz zrobić, aby je rozwiązać. Tak po prostu jest, i już. Jeśli zatem ta świadomość pomoże wam powstrzymać się od zabicia posłańca, wiedzcie, że mówię „weź się, uspokój” w taki sam sposób jak wcześniej „ogarnij się” (w – hm!, hm! – bestsellerze „New York Timesa” pod tym samym tytułem) – czyli nie po to, aby was zawstydzać czy krytykować, ale dla zmotywowania i na zachętę.

Obiecuję, że tylko do tego dążę (i że nie jestem największym dupkiem na świecie; to wyróżnienie należy się osobie, która wynalazła wuwuzele).

Już się na mnie nie gniewacie? Świetnie.

I jeszcze jedno zanim damy nura w te wszystkie dobra służące ograniczeniu lęków i rozwiązywaniu problemów. Otóż, rozumiem różnicę między zaburzeniami lękowymi (chorobą umysłową), a takimi lękami i niepokojami, które są przelotnym stanem umysłu. A rozumiem ją, ponieważ u mnie samej zdiagnozowano uogólnione zaburzenia lękowe i zespół lęku napadowego (każdy powinien pisać o tym, co zna, koledzy!).

I chociaż poradnik naszpikowany potocznymi wyrażeniami i okraszony wulgaryzmami nie zastąpi fachowej porady lekarskiej, jeśli sięgnąłeś po tę książkę, bo – tak jak ja – chronicznie doświadczasz klinicznych lęków, znajdziesz w niej mnóstwo wskazówek, sztuczek i technik, które pomogą ci nad nimi zapanować, co z kolei pozwoli ci przejść do rozwiązywania problemów, które je wywołały.

Możliwe jednak, że ty nie cierpisz (albo nie zdajesz sobie sprawy, że cierpisz lub nie jesteś gotów się do tego przyznać) na zaburzenia lękowe, czyli chorobę umysłową. Może po prostu od czasu do czasu odczuwasz niepokój, kiedy sytuacja tego wymaga (zobacz: rozpalone do białości przerażenie pełnego kryzysu). Bez obaw! Jak uspokoić swoje myśli zapewni ci mnóstwo narzędzi do zapanowania nad chaosem w stresujących chwilach.

A ponadto być może dostarczy garść wskazówek, sztuczek i technik, jak sobie poradzić z tym czymś, z czego nie zdajesz sobie sprawy albo do czego nie jesteś gotów się przyznać.

Tak tylko mówię.

Wstęp

Na początek chciałabym zadać ci kilka pytań:

• Ile razy w ciągu dnia pytasz się: „A co będzie, jeśli…?” („Co będzie, jeśli wydarzy się X? Jeśli Y się nie powiedzie? Jeśli Z nie pójdzie zgodnie z moim chęciami/potrzebami/oczekiwaniami?”).

• Ile czasu spędzasz, zamartwiając się rzeczami, które jeszcze się nie wydarzyły? Albo takimi, które nie tylko jeszcze się nie wydarzyły, ale zapewne nigdy się nie wydarzą?

• I ile godzin zmarnowałeś, histeryzując z powodu czegoś, co już się wydarzyło (albo unikając stawienia czoła problemowi, podczas gdy cicha panika zżera ci duszę), zamiast po prostu coś z tym zrobić?

Możesz być szczery – nie próbuję cię zawstydzić. Ba, odpowiem pierwsza!

Moje odpowiedzi to: zbyt wiele, za dużo i MNÓSTWO. Zakładam, że twoje wyglądają podobnie, bo gdyby brzmiały one: ani razu, w ogóle nie i ZERO, to nie masz zarówno powodu, aby czytać tę książkę, jak i – pozwolę sobie dodać – z trudem zdobytych kwalifikacji, aby podobną napisać.

No cóż, przybywam zatem z dobrą nowiną.

Kiedy już dojdziemy do końca, przy następnym napadzie „a co będzie, jeśli…” – i niezależnie od tego, czy lęki te pozostaną teoretyczne, czy zmienią się w prawdziwe, realne problemy wymagające rozwiązania – zamiast zamartwiać się, aż wywołasz u siebie atak paniki, płakać przez cały dzień, walić pięścią w ścianę albo unikać problemu, tylko go pogarszając, będziesz już wiedział, jak zastąpić te nieproduktywne, otwarte pytania takimi, które będą znacznie bardziej logiczne, realistyczne i umożliwiające działanie:

NO DOBRA

– CO TERAZ

A wtedy poradzisz sobie z problemem, jakikolwiek on nie będzie.

Ale nie wybiegajmy za daleko w przyszłość – na razie zaczynamy od podstaw.

Nieszczęścia chodzą po ludziach

I to jak! A kiedy myślę o wszystkich nieszczęściach, które mogą mi się przydarzyć (a być może nawet się przydarzą) każdego dnia, przychodzi mi do głowy tekst piosenki świętej pamięci muzycznego geniusza, zaś w duszy gangstera, jedynego i niepowtarzalnego Prince’a:

„Kochani, zebraliśmy się tu dzisiaj, aby jakoś przebrnąć przez to coś, co zwie się życiem”.

Prince miał dość podejrzane poglądy na wiele spraw – w tym religię, materiały w dobrym guście i związki odpowiednie do wieku – ale tu akurat trafił w sedno. Każdego ranka, kiedy się budzimy i zaczynamy dreptać po tej kręcącej się bombie zegarowej zwanej Ziemią, nasz podstawowy cel to po prostu przetrwać dzień. Niektórzy z nas mają na oku coś więcej – na przykład sukces, trochę relaksu lub dobre słowo od ukochanej osoby. Inni po prostu liczą na to, że nie zostaną aresztowani za zdradę kraju (podczas gdy niektórzy z nas codziennie mają nadzieję, że pewien facet właśnie zostanie za to aresztowany!).

I chociaż każdy dwudziestoczterogodzinny cykl zawiera w sobie potencjał dobrych wydarzeń – twoja pożyczka zostanie zatwierdzona, ukochana zaproponuje małżeństwo, znajdziesz dwie pasujące do siebie skarpetki – jest też szansa, że będzie kaszana. Bank zajmie ci dom, dziewczyna z tobą zerwie, a w skarpetkach znajdziesz kocie wymiociny. Nie mówiąc już o możliwości trzęsienia ziemi, tornado, przewrotów wojskowych, katastrof nuklearnych lub rekordowego spadku produkcji wina na świecie, a także najróżniejszych innych nieszczęść, które mogą się wydarzyć w każdej chwili, naprawdę dając ci w kość. Szczególnie ta sprawa z winem.

Tak po prostu wygląda życie. Prince o tym wiedział. Ty o tym wiesz. I tyle tylko macie ze sobą wspólnego.

Oto zatem kolejne pytanie: Kiedy taka katastrofa się wydarza, jak reagujesz? Doznajesz paraliżu czy napadu histerii? Zamykasz się w łazience i płaczesz, czy wyjesz do księżyca z wściekłości? Osobiście miałam zwyczaj udawać, że nic się nie dzieje, chować twarz w poduszkę i wystawiać tyłek do góry, który to manewr nazywam „strusiowaniem”.

Niestety, chociaż te mechanizmy obronne mogą dawać pociechę, żaden z nich nie jest szczególnie produktywny (a mówi to osoba, która jeden z nich wymyśliła). W końcu trzeba będzie przestać histeryzować i poradzić sobie z problemem, zaś – uwaga, uwaga – trudno jest podejmować decyzje i rozwiązywać problemy, gdy właśnie panikujesz, łkasz, wrzeszczysz albo kiedy krew uderza ci do głowy.

I właśnie dlatego tym, co naprawdę musisz zrobić, przede wszystkim i w pierwszej kolejności, jest odzyskanie spokoju.

Tak, to o tobie mówię[1].

Wszyscy tego doświadczyliśmy. Ja po prostu utrzymuję, że większość z nas zdołałaby się nauczyć radzić sobie z tym lepiej. Co się z tym wiąże: większość z nas ma też przyjaciela, krewnego czy partnera, którego nieunikniona reakcja na każdy nasz kryzys to: „Nie przejmuj się, wszystko będzie dobrze”. Albo, co gorsza: „Eeee… nie jest tak źle”.

 

Stek bzdur, proszę państwa. Łatwo jest w dobrej wierze wygłaszać banały, kiedy to nie twoja skóra jest zagrożona. W tej książce będziemy się zajmować realiami, nie dyplomacją.

Prawda jest taka:

Tak, czasami wszystko rzeczywiście kończy się dobrze. Zdajesz egzamin, guz okazuje się niezłośliwy, Linda odpowiada na twojego SMS-a.

Ale czasami nie. Inwestycje okazują się nieudane, przyjaźnie się kończą, a podczas ogromnie ważnych wyborów miliony ludzi oddają głos na pypcia w tanim czerwonym kapelusiku.

W niektórych przypadkach naprawdę nie jest tak źle, a ty rzeczywiście przesadzasz. Konstruujesz we własnej głowie wyimaginowany kryzys, który zaczyna karmić twoje lęki jak mogwaj po zmroku. Jeśli oglądałeś Gremliny, wiesz, jak to się kończy.

Ale w innych wypadkach jest naprawdę źle, a ty? Ty reagujesz zbyt słabo. Jesteś jak ten piesek z rysunkowego żartu, który siedzi sobie, popijając kawkę i myśląc: „To jest dobre. To jest naprawdę dobre”, podczas gdy dom wokół niego płonie.

I jasne, mówiąc: „Wszystko będzie dobrze” twój przyjaciel/krewny/partner prawdopodobnie po prostu próbuje ci pomóc. Ale niezależnie od tego, czy właśnie rozdmuchałeś ten problem, czy też ignorujesz go od tak dawna, że twój metaforyczny dom dawno już zajął się od niego płomieniem, ja ci naprawdę pomogę. Tak właśnie działam.

I tu zaczyna się twoja nauka, jak się uspokoić:

Lekcja 1: Sama wiara w to, że wszystko będzie dobrze lub że wcale nie jest tak źle, może ci poprawić nastrój w danej chwili, ale problemu nie rozwiąże. A często nawet i nastroju nie poprawi, ponieważ czujesz, że jesteś traktowany protekcjonalnie. Lepiej, żebym nie zaczynała tego tematu…

Tak czy siak, to po prostu nic nie zmienia!

Lekcja 2: Kiedy wydarzy się coś złego, okoliczności są takie, jakie są: w oponie jest dziura, nadgarstek jest złamany, pliki zostały skasowane, chomik nie żyje. Możesz odczuwać: frustrację, lęk, ból, złość czy smutek – ale jesteś w samym środku sytuacji i jedyną rzeczą, jaką możesz kontrolować w tym równaniu, jesteś TY sam, i twoja reakcja.

Lekcja 3: Aby przetrwać i mieć się dobrze w takich chwilach, musisz PRZYZNAĆ, że to się wydarzyło, ZAAKCEPTOWAĆ to, czego nie jesteś w stanie kontrolować i ZAJĄĆ SIĘ tym, co kontrolować możesz.

A skoro już o tym mowa, czy słyszeliście o modlitwie o pogodę ducha – no wiecie, tej o akceptowaniu rzeczy, których nie możesz zmienić, odważnym zmienianiu tego, co zmienić można i mądrości, która pozwoli je od siebie odróżnić? Ta książka to w istocie bluźniercza i dłuższa wersja tej modlitwy, z dodatkiem paru diagramów i innych takich.

Jeśli takie rzeczy cię kręcą, dogadamy się doskonale.

Że co, ja się niby martwię…

Zgaduję, że skoro sięgnąłeś po tę książkę w poszukiwaniu porady, martwienie się różnymi rzeczami – czy to zanim się wydarzą, czy po fakcie – jest dla ciebie problemem. Oto zatem minilekcja: w języku angielskim „mart­wienie się” (worrying) ma również drugie, ważne znaczenie: oznacza bowiem nieustanne dotykanie czegoś, pocieranie, rozdzieranie – i pogarszanie sytuacji.

To trochę tak jak wtedy, kiedy dostrzegasz, że w twoim swetrze sterczy nitka, może nawet zaczyna się robić dziurka. To naturalne, że chcesz za tę wystającą nitkę pociągnąć. W ten sposób wczuwasz się w problem, mierzysz jego potencjalne efekty. Czy jest już bardzo źle? Co mogę z tym zrobić?

Ale jeśli ciągniesz za tę nić – a potem szarpiesz, targasz i ogólnie zajmujesz się nią, zamiast podjąć działania, które pozwolą ci naprawić szkodę – nagle okazuje się, że zniszczyłeś cały rękaw, wpadasz w histerię, i zarówno sweter, jak i twój umysł mają się kiepsko.

Kiedy osiągniesz ten stan, to jest właśnie tak, jakby zmartwienia pruły materię twojego umysłu. I dlatego zamartwianie się tylko pogarsza sytuację.

Ta niebezpieczna sekwencja wydarzeń ma zastosowanie wszędzie – od tych zmartwień, które wywołują lekki niepokój, do tych, które poprzedzają prawdziwy napad histerii. Czasami ten niepokój czy histeria mają dobre podstawy, na przykład: A co będzie, jeśli po zmroku zabraknie mi benzyny na środku drogi biegnącej przez pustynię? Ale czasami są bezzasadne, na przykład: A co będzie, jeśli Linda jest na mnie wściekła? Wiem, że widziała tego SMS-a, który wysłałem wczoraj, ale jeszcze nie odpisała. DLACZEGO NIE ODPISUJESZ, LINDO?”.

Mam zamiar pokazać wam, jak zapanować nad wszystkimi swoimi zmartwieniami – jak zaakceptować te, których nie jesteś w stanie kontrolować, i jak działać w sposób produktywny odnośnie tych, nad którymi możesz sprawować kontrolę.

Nazywam tę metodę Zero Zmartwień. Opiera się ona na tej samej koncepcji, co cała moja praca – porządków umysłowych – i składa się z dwóch kroków:

Krok 1: Weź się uspokój.

Krok 2: Poradź sobie z problemem.

Brzmi obiecująco, prawda?

A może zabrzmiało jak nadmierne uproszczenie, które nie może ci w żaden sposób pomóc? Wiem, o co ci chodzi – ale „nadmierne uproszczenia, które są jednak bardzo przydatne” to moja domena, więc może przeczytaj jeszcze stronę lub dwie, zanim podejmiesz decyzję, co dalej.

A na razie wróćmy do tych pytań, których – jak już przyznaliście – nie możecie przestać sobie zadawać:

Co będzie, jeśli wydarzy się X?

Co będzie, jeśli Y się nie powiedzie?

Co będzie, jeśli Z nie pójdzie zgodnie z moimi chęciami/potrzebami/oczekiwaniami?

Iksem, który cię martwi, może być wszystko – od możliwości, że dostaniesz miesiączki podczas pierwszej randki po przedwczesną śmierć ukochanej osoby. Igrekiem mogą być: obrona pracy doktorskiej albo podwozie samolotu podczas lotu do Milwaukee, zaś Zetem – rozmowa kwalifikacyjna, egzamin na prawo jazdy czy też ten dosyć wysoki zakład odnośnie imienia kolejnego „royal baby”. (Tak, wiem – co za szkoda – warta czterysta funtów – że nie zdecydowali się na Gary’ego).

W ostatecznym rozrachunku nie ma znaczenia, czego dotyczą twoje „a co będzie, jeśli…” – liczy się tylko to, że istnieją i każdego dnia zajmują część/sporą część/o wiele za dużą część twojej umysłowej przestrzeni, nitka po nitce prując twój metaforyczny sweter. Warto zatem, abyś wziął pod uwagę kwestie następujące:

Lekcja 4: Wiele z tych rzeczy najprawdopodobniej nigdy się nie wydarzy.

Lekcja 5: Niektórym z nich możesz zapobiec, a efekty innych da się zminimalizować.

Lekcja 6: Część z tych rzeczy jest i zawsze była kompletnie niezależna od ciebie (i trzymana stalową ręką Jej Królewskiej Mości Elżbiety II). Musisz to przecierpieć, przyswoić sobie tę lekcję i zapomnieć o sprawie.

No i uwaga – nikogo nie osądzam. Jestem jedną z was (stąd właśnie owe z trudem zdobyte kwalifikacje do napisania tej książki).

Przez większość życia byłam mistrzynią zamartwiania się. „A co będzie, jeśli…” podskakują w mojej głowie niby płotki na haju. Gryzę się rzeczami, które jeszcze się nie wydarzyły. Obsesyjnie roztrząsam rzeczy, które w ogóle mogą się nie wydarzyć. A kiedy coś się jednak stanie, mam zdumiewającą zdolność do wpadania w histerię z tego powodu.

Jednak w ciągu kilku ostatnich lat znalazłam sposoby na to, aby ograniczyć to wszystko do minimum. Nie uwolniłam się zupełnie od zamartwiania, ale mniej się niepokoję i już nie zdarza się, że lęk mnie paraliżuje, a/lub niespełnione oczekiwania i palące poczucie niesprawiedliwości doprowadzają na skraj obłędu. Jest poprawa.

Sama się dziwię, jak mi z tym dobrze i jak wiele byłam w stanie osiągnąć dzięki stosunkowo niewielkiej zmianie nastawienia – zaakceptowaniu, że pewnych rzeczy nie jestem w stanie kontrolować – co pozwala mi się skupić na załatwieniu spraw, nad którymi mam kontrolę, dzięki czemu jestem lepiej przygotowana do tego, by podejmować decyzje i rozwiązywać problemy zarówno na bieżąco, jak i po fakcie.

A nawet w ogóle zapobiegać wystąpieniu niektórych z nich. Nieźle!

Nauczyłam się, jak przestać roztrząsać mało prawdopodobne rezultaty, a zamiast tego działać w celu uzyskania lepszych. Jak przeć naprzód, zamiast zadręczać się, oglądając się za siebie. I co najważniejsze, jak oddzielić moje obawy odnośnie tego, co może się wydarzyć od działań mających na celu poradzenie sobie z problemem, kiedy rzeczywiście się pojawi.

Ty też możesz się tego wszystkiego nauczyć. Ta książka pomoże ci:

Przestać histeryzować z powodu tego, co jest poza twoją kontrolą

I

Umożliwić sobie podejmowanie racjonalnych decyzji

ABY MÓC

Rozwiązywać problemy, zamiast pogarszać sytuację.

A oto, jak na przestrzeni ostatnich kilku lat ten proces wyglądał w moim przypadku – i mały przedsmak tego, jak może on wyglądać dla ciebie:

Nie poradzę sobie z tym (A może jednak…)

Początki zmiany mojego nastawienia zbiegły się w czasie ze zmianą miejsca zamieszkania, kiedy wraz z mężem przeprowadziłam się z tętniącego życiem Brooklynu w Nowym Jorku do spokojnej wioski rybackiej na północnym wybrzeżu Republiki Dominikany.

Wiem, wiem – mam zamilknąć. Ale przysięgam, że to nie będzie opowieść o słonecznej idylli, coco loco i morzu w kolorze akwamaryny. Owszem, czerpię z tego wszystkiego sporą przyjemność, ale główna korzyść z mieszkania tu, gdzie mieszkam, polega na tym, że zmusiło mnie to – akwamarynowo – do uspokojenia się.

Zanim się tu znalazłam, przez szesnaście lat w Nowym Jorku miałam wiele na głowie: wspinałam się po korporacyjnej drabinie; zaplanowałam i urządziłam wesele; kupiłam nieruchomość; i zorganizowałam wspomnianą przeprowadzkę do Republiki Dominikany. Owszem, zawsze byłam dosyć dobra w robieniu tego, co należało zrobić, ale zawsze byłam przy tym niezbyt spokojna[2].

A kiedy wydarzyło się cokolwiek, co zmieniało kierunek moich pracowicie kultywowanych oczekiwań – o, wtedy dopiero się działo!

Zdawać by się mogło, że doskonale funkcjonująca, dobrze zorganizowana i mająca sporo osiągnięć osoba powinna umieć się dostosować, kiedy sytuacja tego wymaga. Ale w owych czasach nie byłam w stanie zmienić żadnego planu bez wpadania w histerię – na przykład wtedy, kiedy ulewa podczas pikniku z okazji trzydziestych urodzin mojego męża doprowadziła mnie niemal na skraj samobójstwa.

W owych czasach załamywałam się szybciej niż świeży lód pod kilkutonowym czołgiem – przez co wszystkie rzeczy, które miałam do zrobienia, stawały się trudniejsze i bardziej stresujące, niż mogły być. Dwa kroki naprzód, jeden krok w tył. I. To. Za. Każdym. Razem. Do. Cholery.

Coś musiało ulec zmianie; nie miałam jednak pojęcia co ani też, jak tego dokonać.

I tak dochodzimy do owej spokojnej wioski rybackiej na północnym wybrzeżu Republiki Dominikany. Trzy lata temu przeprowadziłam się w miejsce, gdzie w zasadzie trzeba w ogóle zrezygnować z planowania. Tutaj, w tropikach, pogoda zmienia się szybciej niż sympatie niektórych wyborców; sklepy są zamykane na czas nieokreślony w przypadkowo wybrany dzień tygodnia; a facet, który ma naprawić ci dach „manana”, równie dobrze może się pojawić tydzień później – być może z powodu burzy z piorunami, a może dlatego że nie udało mu się kupić materiałów w sklepie, który jest otwarty tylko od czasu do czasu i nie wiadomo dokładnie, kiedy.

Albo i dlatego, i dlatego. Albo z jeszcze innego powodu. Któż to wie?

Życie na Karaibach może się wydawać kusząco leniwe i pogodne, kiedy właśnie wziąłeś chorobowe, aby się oderwać od swojej wymagającej pracy, leżeć na kanapie, jeść rosół i oglądać telewizję – i pod wieloma względami takie właśnie jest (NIE NARZEKAM!). Ale bywa też frustrujące dla tych z nas, którzy kochają solidność i porządek albo nie najlepiej sobie radzą z tym, co nieoczekiwane.

Po kilku tygodniach spędzonych na Hispanioli zaczęłam zdawać sobie sprawę, że jeśli będę trzymać się starych nawyków w swoim nowym życiu, skończy się to wieczną paniką z tego czy innego powodu, ponieważ tutaj nic nie idzie zgodnie z planem. A TO zanegowałoby podstawowy cel ucieczki z Nowego Jorku.

Zatem dla mnie wylądowanie w Dominikanie było jak terapia przez ekspozycję. Zostałam zmuszona do tego, aby się rozluźnić i płynąć z prądem, co cudownie wpłynęło na moje nastawienie (a także zapas środków uspokajających).

RAZ JESZCZE POWTARZAM: NIE NARZEKAM.

Jednak dzięki obserwacjom i praktyce ustaliłam też, że nie trzeba wyrwać korzeni i przenieść się na wyspę na środku Atlantyku, aby się uspokoić.

 

Każdy może tego dokonać – również i ty.

Musisz po prostu zmienić swoje nastawienie, tak jak ja, aby reagować na problemy inaczej. Robiąc to, nauczysz się też, że jak najbardziej można się przygotować na nieoczekiwane, co bardzo pomaga w całym tym „nabieraniu dystansu”.

Jak to możliwe? Czy przygotowywanie się na każdy możliwy rezultat nie doprowadzi mnie do szaleństwa (tylko inaczej)?

Owszem, tak by było. Ale ja nie mówię o wyszukiwaniu wielu różnych lokali na przyjęcie z okazji trzydziestych urodzin męża, „bo, co będzie, jeśli” spadnie deszcz; ani o przygotowywaniu trzech różnych wersji prezentacji, „bo, co będzie, jeśli” tego dnia do klienta lepiej przemówią diagramy kołowe niż wykresy kolumnowe; ani też o wykopaniu skomplikowanego systemu fos wokół swego domu, „bo, co będzie, jeśli” krowa wędrowniczka twojego sąsiada kiedyś wymknie się na wolność. To ewidentnie doprowadziłoby cię do szaleństwa. A może i do bankruc­twa.

Ja mówię o przygotowaniu mentalnym.

W tym właśnie ta książka ma ci pomóc: żebyś w obliczu przydarzających się nieszczęść miał narzędzia, aby sobie z nimi poradzić – kimkolwiek jesteś, gdziekolwiek mieszkasz i kiedykolwiek pojawią się kłopoty.

(Psssst: w naszej branży to się nazywa „zwiastun”).

* * *

Kilka miesięcy temu, po przyjemnym wieczorze spędzonym z mężem w lokalnym barze, wróciwszy do domu, zastaliśmy tam nieoczekiwanego gościa.

Otworzyłam bramę i powoli przemieszczałam się po ścieżce w stronę tarasu (było ciemno, a ja byłam podchmielona), kiedy wpadł mi w oko nieco większy niż normalnie liść. Na dodatek zdawał się on nie tyle drżeć na wietrze, ile… dreptać. Snop światła z latarki mojego iPhone’a potwierdził, że to, co w pierwszej chwili wzięłam za liść migdałowca, było w istocie tarantulą wielkości melona.

Brrr! Dam wam chwilę na dojście do siebie. Bóg jeden wie, jak bardzo było mi to potrzebne.

A teraz – zakładając, że nie odrzuciliście książki od siebie z obrzydzeniem (a przynajmniej, że ją potem podnieśliście z powrotem) – mogę już kontynuować?

Wyraziwszy kiedyś zamiar PUSZCZENIA WSZYSTKIEGO Z DYMEM, jeśli kiedykolwiek natrafimy na coś takiego w swoim domu, stanęłam przed dylematem. Do tego czasu polubiłam już swój dom. I ściśle rzecz biorąc, tarantula nie znajdowała się w nim, tylko obok.

Co robić? Stać jak sparaliżowana, dopóki bydlę nie oddali się z powrotem w tajemnicze otchłanie, z których przybyło? Już do końca życia spać z jednym okiem zawsze otwartym? Grzecznie poprosić pająka, aby sobie poszedł w diabły?

Żadna z tych opcji nie była realistyczna. Jak się okazało, wrzasnąwszy do męża: „Chodźtuproszęizabierz­tętarantulę!”, niewiele więcej mogłam zrobić. Mieszkamy w dżungli, moi złoci. I niezależnie od tego, jak wielu agentów nieruchomości i poprzednich mieszkańców zapewniało nas: „One żyją wysoko w górach – nigdy żadnej nie spotkacie”, niezaprzeczalny, siedmionogi fakt był taki, że jedna znalazła drogę do naszego skromnego nadmorskiego domostwa.

(Tak, to nie pomyłka. Stworowi brakowało jednego z włochatych odnóży – co okaże się ważne później w tej historii).

A oto, co zrobiliśmy: mój mąż chwycił za miotłę i użył jej, aby wypędzić nieproszonego gościa z naszej posesji, w krzaki sąsiada, a ja uciekłam do domu, mrucząc pod nosem: „Tarantule, wszędzie tarantule”, dopóki nie byłam już bezpieczna na piętrze i na tyle oszołomiona proszkami, aby zasnąć.

Nie było to jeszcze uspokojenie się, ale jednak krok w dobrym kierunku.

Następnego ranka wstaliśmy wcześnie, aby pojechać z przyjaciółmi na całodzienną, zakrapianą rumem wycieczkę łodzią (Tak, wiem, wiem – mam się zamknąć). Przed 8 rano, jeszcze półprzytomna, wlokłam się w dół po schodach, i kiedy się obróciłam na podeście, zobaczyłam ją).

Za sięgającą do podłogi zasłoną w salonie kryła się ta sama tarantula, która wcześniej została odpędzona dobre trzydzieści metrów od obecnie zajmowanego miejsca. Wiedziałam, że to ta sama, bo miała tylko siedem odnóży. A jeśli myślicie, że podeszłam na tyle blisko, by je policzyć, przypomnę wam, że ten pająk był tak cholernie wielki, że wcale nie trzeba było się zbliżać w celu liczenia jego nóg – tych nóg, na których przez noc przedreptał przez trawnik, wdrapał się z powrotem na taras, a następnie PRZELAZŁ PRZEZ NIEGO I WŚLIZGNĄŁ SIĘ PRZEZ SZPARY W NASZYCH ROZSUWANYCH DRZWIACH, ABY DOSTAĆ SIĘ DO DOMU.

Wiem, że myślicie: To TERAZ dochodzimy do puszczenia wszystkiego z dymem, tak?

I owszem, moja instynktowna reakcja brzmiała: nie poradzę sobie z tym.

Ale wiecie co? Drugi rzut oka ujawnił, że tarantula wcale nie była tak straszna. A raczej nadal była straszna, ale ja się zmieniłam.

Gdybyśmy znaleźli takiego pająka w naszym mieszkaniu na Brooklynie, natychmiast chwyciłabym za zapałki. Teraz jednak okazało się, że wszystkie te nieprzewidywalne monsunowe deszcze i nieodpowiedzialni dekarze nauczyli mnie: Spodziewaj się niespodziewanego! Nic nie pójdzie zgodnie z planem! NIESPODZIANKA!

Dzięki jeździe próbnej poprzedniego wieczora wiedziałam, że nieproszony gość nie porusza się szybko ani też nie zacznie na mnie na przykład warczeć. Musiałam przyznać, że pająk wielkości melona pozbawiony jednego z odnóży jest znacznie mniejszy i mniej sprawny niż półtorametrowy człowiek z dwiema sprawnymi kończynami. (Okazuje się, że nie bez powodu ekspozycja to technika terapeutyczna zaakceptowana klinicznie).

Dzięki aktywowaniu logicznej części swojego mózgu byłam w stanie pokonać instynktowną reakcję: Nie poradzę sobie z tym i zastąpić ją bardziej produktywnym: No dobra, to co możemy z tym zrobić – bo przecież czeka na mnie łódź i całe morze rumu? Nie było czasu na wpadanie w histerię; to nie rozwiązałoby problemu.

Przypomnijcie sobie teraz z łaski swojej moją poprawioną wersję modlitwy o pogodę ducha:

PRZYZNAJ, że to się wydarzyło (w moim domu jest tarantula).

ZAAKCEPTUJ to, czego nie jesteś w stanie kontrolować (do mojego domu mogą włazić tarantule?!).

ZAJMIJ SIĘ tym, co jesteś w stanie kontrolować (pozbyć się tarantuli z domu).

I w ten sposób oficjalnie się uspokoiłam – a teraz nadszedł czas, aby sobie z tym poradzić.

No dobra – nadszedł czas, aby mój mąż sobie z tym poradził. Ale ja pomagałam.

Za pomocą pustego plastikowego dzbanka, miotły, kawałka tektury i nerwów ze stali, humanitarnie odłowił intruza i umieścił na stole w jadalni, podczas gdy ja szukałam kremu do opalania, ręczników, przenośnych głośników i dodatkowej butelki Barcelo, ponieważ poprzednim razem kapitan łodzi źle ocenił zapotrzebowanie – a kto chciałby siedzieć na pustej plaży z nieograniczoną liczbą kokosów, ale ograniczoną ilością rumu? RUM MOŻNA KONTROLOWAĆ.

Potem pojechaliśmy dwa kilometry dalej z naszym nowym kumplem Lucky’em (siedzącym w plastikowym dzbanku), wypuściliśmy wędrowniczka na pustą posesję, i w końcu wsiedliśmy na pokład SS „Mama Needs Her Juice”.

* * *

Co zatem mój odnaleziony na Karaibach spokój i opowieści o przeprawach z tarantulami mają wspólnego z przyznawaniem, akceptowaniem i zajmowaniem się twoimi nadaktywnymi „a co będzie, jeśli”, lękami, niepokojami i napadami histerii?

Dobre pytanie.

Oprócz tego, że przez wiele lat profesjonalnie się zamartwiałam, obecnie jestem też profesjonalną autorką poradników, takich jak: Magia olewania, Ogarnij się i Rób swoje. W każdym z nich opisywałam pewne aspekty swojej własnej podróży ku temu, by stać się osobą szczęśliwszą i psychicznie zdrowszą, w połączeniu z praktycznymi, choć naszpikowanymi wulgaryzmami wskazówkami, jak tego dokonać.

Nazywają mnie „antyguru”. I nie będę udawać – to spoko robota.

Wszystkie moje „poradniki olewania” pomogły milionom ludzi odrzucić kłopotliwe zobowiązania, uporządkować swoje życie i stać się autentycznie sobą. Jeśli jesteś jedną z tych osób, chcę ci podziękować, że pomagasz mi wykonywać tę spoko robotę. A jeśli jesteś tu nowy, witaj! I przepraszam za to gadanie o pająkach. Wiem, że są obrzydliwe – ale w moich poradnikach czasem tak bywa. Przyzwyczaisz się.

Tak czy siak, cieszę się, że tu jesteś. A tak między nami, uważam, że trzymasz w dłoniach najbardziej przydatny ze wszystkich moich poradników olewania, ponieważ – jak chyba się zgodziliśmy – każdy miewa jakieś problemy.

Taka prawda: Nie da się przejść przez życie, nie wdeptując po drodze w jakieś gówno!

Ale też: OTO I PODRĘCZNIK, JAK SOBIE Z TYM RADZIĆ!

Dzięki tej książce dowiesz się czegoś o:

• Czterech Obliczach Histerii (i drugiej stronie medalu dla każdego z nich).

• Jak zarządzać funduszami antyhisterycznymi

• Porządkach umysłowych.

• Jednym (pytaniu), aby wszystkimi rządzić.

• Jak posortować swoje problemy pod względem prawdopodobieństwa i ustalić priorytety pod kątem pilności.

• „Mentalnym kuglarstwie”.

• „Trybie strusia” – i jak go uniknąć.

• Produktywnym i Ekstremalnie Pomocnym, Sensownym Zamartwianiu (się) – PiEPSZ.