Gucci. Potęga mody, szaleństwo pieniędzy, gorycz upadku

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta redakcyjna

Dedykacja

1. Śmierć

2. Dynastia Guccich

3. Gucci się amerykanizuje

4. Rebelia młodych

5. Rodzinna rywalizacja

6. Paolo wraca do akcji

7. Zyski i straty

8. Maurizio przejmuje stery

9. Zmiana partnerów

10. Amerykanie

11. Dzień w sądzie

12. Rozłam

13. Góra długów

14. Życie w luksusie

15. Paradeisos

16. Zwrot akcji

17. Aresztowania

18. Proces

19. Przejęcie

Epilog

Nota bibliograficzna

Podziękowania

Przypisy

Tytuł oryginału The House of Gucci

Przekład ANNA BŁASIAK

Wydawca KATARZYNA RUDZKA

Redaktor prowadzący ADAM PLUSZKA

Redakcja HELENA PIECUCH

Korekta JUSTYNA TECHMAŃSKA, JAN JAROSZUK

Projekt okładki BRADFORD FOLTZ

Adaptacja projektu okładki, opracowanie graficzne i typograficzne ANNA POL

Łamanie | manufaktu-ar.com

Copyright © 2001, 2000 by Sara Gay Forden

Copyright © for the translation by Anna Błasiak

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2021

Warszawa 2021

Wydanie pierwsze w tej edycji

ISBN 978-83-66863-05-7

Wydawnictwo Marginesy Sp. z o.o.

ul. Mierosławskiego 11A

01-527 Warszawa

tel. 48 22 663 02 75

e-mail: redakcja@marginesy.com.pl

www.marginesy.com.pl

Konwersja: eLitera s.c.

Dla Julii

1

ŚMIERĆ

W poniedziałek 27 marca 1995 roku o ósmej trzydzieści Giuseppe Onorato zamiatał liście przed wejściem do budynku, w którym pracował. Jak zwykle zjawił się tam o ósmej rano. Co dzień najpierw otwierał na oścież wspaniałe drewniane drzwi przy Via Palestro 20, w jednej z najelegantszych dzielnic Mediolanu. W trzypiętrowym renesansowym domu mieściły się mieszkania oraz biura. Po drugiej stronie ulicy, wśród wysokich cedrów i topól, ciągnęły się przystrzyżone trawniki i kręte ścieżki Giardini Pubblici, oazy zieleni i spokoju w zasnutym spalinami, pełnym pośpiechu mieście.

W weekend wiał ciepły wiatr, który przepędził ciężką czapę smogu i zrzucił z drzew ostatnie suche liście. Gdy Onorato przyszedł rano do pracy, wejście do budynku było nimi zasypane. Od razu zabrał się do zamiatania, żeby zdążyć przed przyjściem innych pracowników. Służba wojskowa wyrobiła w nim silne poczucie porządku i obowiązkowość, ale nie złamała jego ducha. Ten pięćdziesięciojednolatek był zawsze zadbany i nienagannie ubrany, białe wąsy nosił idealnie przycięte, a resztkę włosów krótko przystrzyżoną. Pochodził z sycylijskiego miasta Casteldaccia, ale przyjechał na północ – jak wielu innych – w poszukiwaniu pracy i nowego życia. W 1980 roku, po czternastu latach służby, jako podoficer przeszedł na wojskową emeryturę i postanowił osiąść w Mediolanie. Przez kilka lat imał się najróżniejszych zajęć. W 1989 roku dostał posadę portiera na Via Palestro. Małym skuterem dojeżdżał do pracy ze znajdującego się w północno-zachodniej części miasta mieszkania, które zajmował z żoną. Ten łagodny człowiek o czystym, błękitnym spojrzeniu i nieśmiałym, choć miłym uśmiechu utrzymywał wejście do budynku w nienagannej czystości. Rezultatem jego wysiłków było sześć wypolerowanych na wysoki połysk stopni z czerwonego granitu, lśniące szklane drzwi na ich szczycie i błyszczące kamienne posadzki w holu. Na tyłach holu znajdował się mały przeszklony boks z drewna, wyposażony w stół i krzesło, lecz zajęty swoimi obowiązkami Onorato rzadko tam przesiadywał. W Mediolanie nigdy nie czuł się w pełni swobodnie. Znalazł tu pracę, lecz niewiele więcej. Wyczuwał uprzedzenia Włochów z północy w stosunku do meridionali – ludzi z południa. Wystarczyło spojrzenie, by poczuł się dotknięty. Nigdy jednak nie odpowiadał na zaczepki i rzetelnie wykonywał polecenia przełożonych – wyniósł to z wojska – ale unikał służalczości.

„Jestem wart tyle samo co inni – myślał Onorato. – Nawet jeśli oni są bogaci lub pochodzą z szanowanych rodzin”.

Podczas zamiatania portier rozejrzał się dookoła. Ktoś kręcił się po drugiej stronie ulicy. Zauważył tego człowieka zaraz po otwarciu bramy. Mężczyzna stał za małym zielonym samochodem zaparkowanym prostopadle do ulicy, przodem do Giardini Pubblici, a tyłem do budynku Onorata. Zazwyczaj na Via Palestro auta zatrzymywały się wzdłuż krawężników. Była to jedna z nielicznych ulic w centrum Mediolanu, gdzie parkowanie było nadal bezpłatne. Samochody stawały pod kątem, przodem do krawężnika. Teraz, ze względu na wczesną porę, auto było osamotnione. Oko Onorata przyciągnęła tablica rejestracyjna – zawieszona tak nisko, że niemal dotykała ziemi. Portier zastanawiał się, czego kierowca samochodu może tu szukać o takiej godzinie. Mężczyzna był ogolony i dobrze ubrany, miał na sobie jasnobrązowy płaszcz. Cały czas patrzył w stronę Corso Venezia, jakby na kogoś czekał. Onorato odruchowo przeciągnął ręką po łysiejącej czaszce i z zazdrością zauważył, że mężczyzna ma gęstą czuprynę ciemnych, falujących włosów.

Odkąd w lipcu 1993 roku na ulicy wybuchła bomba, portier był zawsze czujny. Tamta eksplozja, wywołana przez samochód pełen dynamitu, wstrząsnęła miastem. Zginęło pięć osób, zawaliło się muzeum sztuki nowoczesnej Padiglione d’Arte Contemporanea, z którego zostało jedynie rumowisko cementowych gruzów, stalowych dźwigarów i kurzu. Tego samego wieczoru inna bomba wybuchła w Rzymie, niszcząc kościół San Giorgio Velabro położony w historycznym centrum miasta. Te wybuchy powiązano z wcześniejszą eksplozją przy Via dei Georgofili we Florencji, gdzie również zginęło pięć osób, trzydzieści zostało rannych, zniszczono też tuziny dzieł sztuki, które znajdowały się w budynku powyżej. Śledztwo doprowadziło do bossa sycylijskiej mafii, Salvatore „Toto” Riiny, którego w tym samym roku aresztowano już za dokonane w 1992 roku morderstwo głównego oskarżyciela mafii, Giovanniego Falcone. W odwecie za aresztowanie Riina wydał rozkaz wysadzenia w powietrze kilku najcenniejszych włoskich zabytków. Później skazano go zarówno za zamordowanie Falconego, jak i podłożenie bomb. Nadal odsiaduje podwójne dożywocie. DIGOS, włoska policja polityczna, której głównym zadaniem jest walka z terroryzmem, przesłuchała wszystkich portinai, czyli portierów z okolicy Via Palestro. Onorato zeznał, że tamtego dnia widział podejrzany samochód kempingowy zaparkowany przed bramą parku. Od tamtej pory robił notatki w swojej kanciapie, gdy tylko zobaczył coś, co wydało mu się podejrzane.

– Jesteśmy oczami i uszami tej dzielnicy – wyjaśnił jednemu ze swoich kolegów z wojska, gdy ten wpadł do niego na kawę. – Wiemy, kto przychodzi i kto wychodzi. Nasza praca polega między innymi na obserwacji.

Teraz Onorato odwrócił się i przesunął prawe skrzydło bramy, żeby wymieść spod niego kilka ostatnich liści. Wszedł za półotwarte drzwi, a wtedy usłyszał szybkie kroki na schodach. Znajomy głos zawołał:

– Buongiorno!

Portier odwrócił się i zobaczył Maurizia Gucciego, który energicznie wbiegał po schodach, aż łopotały za nim poły płaszcza z wielbłądziej wełny. Jego biura mieściły się na parterze.

– Buongiorno, dottore – odparł Onorato z uśmiechem i uniósł dłoń w geście powitania.

Onorato wiedział, że Maurizio Gucci należy do słynnej florenckiej dynastii Guccich, która założyła firmę produkującą luksusową galanterię. W ich ojczyźnie marka Gucci od lat kojarzyła się ze stylem i elegancją – Włosi zawsze byli dumni ze swoich tradycji rzemieślniczych i talentów projektanckich, a Gucci, Ferragamo i Bulgari to nazwiska, które symbolizują jakość i kunszt. Włochy wydały również na świat kilku największych kreatorów mody, takich jak Giorgio Armani czy Gianni Versace. Gucci mógł się jednak poszczycić tradycją sięgającą kilka pokoleń wstecz – do czasów sprzed narodzin tych projektantów. Maurizio był ostatnim z Guccich, który kierował rodzinną firmą. Dwa lata wcześniej odsprzedał ją partnerom finansowym, którzy tej wiosny zaczęli przygotowywać spółkę do wejścia na giełdę. Maurizio, niezwiązany z rodzinnym biznesem, wiosną 1994 roku otworzył własne biura przy Via Palestro.

 

Mieszkał tuż za rogiem, w majestatycznym palazzo przy Corso Venezia. Codziennie przychodził do pracy piechotą, zwykle pomiędzy ósmą a ósmą trzydzieści. Czasami wchodził, używając własnego klucza, i gdy Onorato otwierał ciężką drewnianą bramę, Maurizio był już u siebie.

Onorato często wyobrażał sobie melancholijnie, jak by to było – znaleźć się na miejscu Gucciego. Maurizio był zamożnym, atrakcyjnym, młodym mężczyzną, miał też śliczną narzeczoną – wysoką, szczupłą blondynkę. Pomagała mu urządzić gabinety przy Via Palestro. Wstawiła tam chińskie antyki, sofy i fotele z elegancką tapicerką, zawiesiła draperie w soczystych kolorach i cenne obrazy. Często wpadała, ubrana w kostium od Chanel, żeby zabrać Gucciego na lunch. Jej jasne, gęste włosy były zawsze starannie ułożone. W oczach Onorata stanowili idealną parę wiodącą doskonałe życie.

Gdy Maurizio Gucci dotarł do szczytu schodów i wszedł do holu, Onorato zauważył w drzwiach ciemnowłosego nieznajomego. Nagle zrozumiał, że obcy czekał właśnie na Gucciego. Zastanawiał się, czemu mężczyzna zatrzymał się u stóp schodów, w miejscu, gdzie kończyła się szeroka, szorstka wycieraczka, a zaczynał szary chodnik przytwierdzony do podstawy każdego stopnia mosiężnym prętem. Gucci nie zauważył, że ktoś za nim wszedł, a tamten go nie zawołał.

Na oczach portiera mężczyzna rozsunął poły płaszcza i wyciągnął pistolet. Wyprostował ramię, skierował je w stronę pleców Maurizia Gucciego i zaczął strzelać. Onorato, który stał nie dalej niż metr od niego, zastygł z miotłą w dłoni. Był w szoku, bezsilny względem zachowania tego człowieka.

Do uszu Onorata dotarły trzy szybkie, stłumione wystrzały następujące jeden po drugim.

Osłupiały portier patrzył na całą scenę z przerażeniem. Zobaczył, jak pierwsza kula rozdarła płaszcz Gucciego na wysokości prawego biodra. Druga trafiła w miejsce zaraz pod lewym ramieniem. Wielbłądzi płaszcz drgał za każdym razem, gdy kula przebijała tkaninę. „Kiedy w filmach do kogoś strzelają, wygląda to zupełnie inaczej” – pomyślał Onorato.

Oszołomiony Gucci obrócił się z zaskoczoną miną. Spojrzał na napastnika. Nie rozpoznał go. Potem popatrzył prosto na Onorata, jakby chciał zapytać: „Co się dzieje? Dlaczego? Dlaczego właśnie ja?”.

Trzecia kula drasnęła go w prawe ramię.

Jęknął i osunął się na posadzkę, a napastnik wystrzelił ostatnią, śmiertelną kulę, celując w prawą skroń ofiary. Obrócił się na pięcie, żeby wyjść, ale stanął jak wryty na widok Onorata, który wpatrywał się w niego z trwogą.

Onorato zobaczył, jak ciemne brwi bandyty unoszą się w górę. Zdaje się, że w ogóle nie wziął pod uwagę obecności portiera.

Ręka napastnika nadal była uniesiona. Teraz broń mierzyła prosto w Onorata, który spojrzał na pistolet i zauważył, że na lufie znajduje się długi tłumik. Popatrzył na dłoń dzierżącą broń, na długie, zadbane palce i na paznokcie, które wyglądały tak, jakby mężczyzna dopiero co wyszedł z salonu manicure.

Przez chwilę, która ciągnęła się niemal całą wieczność, Onorato patrzył prosto w oczy bandyty. Wtedy usłyszał własny głos:

– Nieeee! – wykrzyknął, kuląc się i unosząc lewą dłoń, jakby chciał powiedzieć: „Nie mam z tym nic wspólnego!”.

Mężczyzna wypalił dwukrotnie, mierząc w Onorata, po czym odwrócił się i wybiegł z budynku. Portier usłyszał brzęk. Łuski pocisków spadły na granitową posadzkę.

„Niewiarygodne! – pomyślał. – Nic nie czuję! Nie wiedziałem, że postrzał jest bezbolesny”. Zastanawiał się, czy Gucci coś poczuł.

„A więc tak to wygląda – dumał. – Zaraz umrę. Szkoda, że w ten sposób. To nie w porządku”.

Wtedy uświadomił sobie, że nadal stoi. Spojrzał na swoją lewą rękę, która nienaturalnie zwisała. Z rękawa kapała krew. Wolno usiadł na pierwszym z granitowych stopni.

„Przynajmniej nie upadłem” – przemknęło mu przez głowę. W duchu przygotowywał się na śmierć. Pomyślał o żonie, o czasach spędzonych w wojsku, o roztaczającym się z Casteldaccii widoku na morze i góry. A potem dotarło do niego, że jest tylko ranny; dwukrotnie postrzelono go w ramię. Nie umrze. Zalała go fala szczęścia. Odwrócił się i spojrzał na martwe ciało Gucciego. U szczytu schodów, w powiększającej się kałuży krwi, Maurizio leżał tak, jak upadł – na prawym boku, z głową opartą na ramieniu. Onorato chciał wezwać pomoc, lecz gdy otworzył usta, nie udało mu się wydobyć głosu.

Kilka minut później do jego uszu dobiegło zawodzenie syren. Narastało, po czym nagle urwało się, gdy policyjny samochód z piskiem opon zahamował przy Via Palestro 20. Wyskoczyło z niego czterech umundurowanych carabinieri z bronią w rękach.

– Mężczyzna miał pistolet – jęknął słabo Onorato, nadal siedząc na schodach, gdy podbiegli do niego policjanci.

2

DYNASTIA GUCCICH

Krew Maurizia prysnęła na drzwi i białe ściany po obu stronach wejścia, tworząc motyw przypominający obrazy Jacksona Pollocka. Na podłogę posypała się kaskada łusek od pocisków. Właściciel kiosku w Giardini Pubblici usłyszał krzyk Onorata dobiegający z drugiej strony ulicy i natychmiast wezwał carabinieri.

– To dottor Gucci – wyjaśnił oficerowi portier. Prawą ręką wskazał szczyt schodów, gdzie leżało nieruchome ciało Maurizia; jego lewa ręka zwisała bezwładnie. – Czy on nie żyje?

Jeden z carabinieri uklęknął przy Mauriziu i przycisnął palce do jego szyi. Gdy nie wyczuł pulsu, pokiwał głową. Prawnik Maurizia, Fabio Franchini, który zjawił się parę minut przed umówionym spotkaniem, zdruzgotany przykucnął na zimnej posadzce koło ciała swojego klienta. Trwał tak przez następne cztery godziny, gdy dookoła krzątali się sanitariusze i przedstawiciele prawa. Gdy nadjechały karetki i kolejne wozy policyjne, przed budynkiem zebrał się tłumek zaciekawionych gapiów. Ratownicy szybko zajęli się Onoratem. Zabrali go ambulansem na krótko przed pojawieniem się carabinieri z wydziału zabójstw. Kapral Giancarlo Togliatti, wysoki patykowaty blondyn z dwunastoletnim doświadczeniem, uważnie obejrzał ciało Maurizia. Przez ostatnie kilka lat Togliatti zajmował się głównie dochodzeniami w sprawach zabójstw dokonywanych przez walczące ze sobą klany albańskich imigrantów. To pierwszy badany przez niego przypadek, gdy ofiara wywodziła się z wyższych sfer – nie co dzień w centrum miasta ktoś z zimną krwią strzela do poważanego biznesmena.

– Kim jest ofiara? – zapytał Togliatti, pochylając się nad ciałem.

– To Maurizio Gucci – odparł jeden z jego kolegów.

Togliatti podniósł głowę i uśmiechnął się zagadkowo.

– Pewnie, pewnie, a ja jestem Valentino – zakpił, przywołując nazwisko smagłego, ciemnowłosego projektanta mody z Rzymu.

Nazwisko Gucci zawsze kojarzyło mu się z florenckim domem mody specjalizującym się w skórzanej galanterii – dlaczego więc Gucci znalazł się w Mediolanie?

– Dla mnie to był po prostu denat – powiedział później.

Togliatti delikatnie wyjął z bezwładnej ręki Maurizia pęk poplamionych krwią wycinków prasowych i zdjął mu z nadgarstka zegarek od Tiffany’ego. Nadal działał. Gdy starannie przeszukiwał kieszenie ofiary, na miejsce przybył mediolański prokurator Carlo Nocerino. Dookoła rozpętało się istne pandemonium: operatorzy i dziennikarze przepychali się wśród sanitariuszy oraz przedstawicieli prawa, byli tam też carabinieri i polizia. We Włoszech działają trzy formacje ochrony porządku publicznego – carabinieri, polizia oraz guardia di finanza, czyli policja skarbowa. Nocerino obawiał się, że w takim zamieszaniu ważne dowody mogą zostać zniszczone, dlatego zapytał, która z jednostek przybyła najwcześniej na Via Palestro. Wedle jednej z niepisanych zasad włoskich organów policyjnych sprawą zajmuje się ta ze służb, która jako pierwsza zjawiła się na miejscu przestępstwa. Dowiedziawszy się, że byli to carabinieri, Nocerino szybko odesłał przedstawicieli policji i polecił zamknąć wszystkie drzwi prowadzące do holu. Chodnik przed wejściem otoczył kordon funkcjonariuszy, który utrzymywał rosnący tłum gapiów w pewnej odległości. Następnie Nocerino wszedł po schodach i stanął koło Togliattiego, który oglądał ciało Maurizia.

Zdaniem Nocerina i oficerów śledczych strzał w skroń upodabniał to morderstwo do mafijnych egzekucji. Skóra i włosy wokół rany były spalone, co wskazywało, że strzał padł z bliska.

– To dzieło zawodowego zabójcy – powiedział Nocerino, przyglądając się ranie, a następnie patrząc na podłogę. Ekipa dochodzeniowa zaznaczyła kredą miejsca, gdzie upadły łuski sześciu pocisków.

– Klasyczne colpo di grazia – przyznał kolega Togliattiego, kapitan Antonello Bucciol.

Mimo to mieli wątpliwości. Padło za wiele strzałów, a przy życiu zostało dwoje naocznych świadków – Onorato oraz młoda kobieta, która niemal zderzyła się z wybiegającym z budynku zabójcą. To nie przypominało roboty zawodowca.

Przez następne półtorej godziny Togliatti badał ciało ofiary. Poznanie wszystkich szczegółów z życia Maurizia miało mu zabrać kolejne trzy lata.

– W gruncie rzeczy niewiele wiedzieliśmy o Mauriziu Guccim – przyznał później kapral. – Musieliśmy wziąć jego życie pod lupę i dokładnie je zbadać.

Żeby zrozumieć Maurizia Gucciego i jego rodzinę, trzeba poznać charakter Toskańczyków. Różnią się od przyjaznych Emilijczyków, surowych Lombardczyków czy chaotycznych Rzymian. Toskańczycy są indywidualistami, bywają wyniośli. Uważają, że reprezentują kolebkę włoskiej kultury i sztuki; czują też szczególną dumę w związku z rolą, jaką odegrali w utworzeniu nowoczesnego języka włoskiego, w dużej części za sprawą Dantego Alighieri. Niektórzy nazywają ich „Francuzami Włoch”, gdyż są aroganccy, samowystarczalni i zamknięci na przybyszy spoza regionu. Włoski powieściopisarz Curzio Malaparte opisał ich w Maledetti Toscani, czyli Przeklętych Toskańczykach.

W Piekle Dantego Filippo Argenti jest opisany jako „il fiorentino spirito bizzarro”[1]. Ten dziwaczny duch Florencji i Toskanii może być także kąśliwy i sarkastyczny, gotów odparować celnym komentarzem czy dowcipną uwagą – jak Roberto Benigni, reżyser i odtwórca głównej roli w nagrodzonym Oscarem filmie Życie jest piękne.

Gdy w 1977 roku dziennikarz „Town & Country” zapytał Roberta Gucciego, kuzyna Maurizia, czy mógłby pochodzić z innej części Włoch, Roberto spojrzał na niego ze zdumieniem.

– Równie dobrze mógłby mnie pan zapytać o to, czy chianti mogłoby powstać w Lombardii – warknął. – To nie byłoby chianti. Tak samo Gucci nie byłby Guccim! – wykrzyknął, wyrzucając ręce na boki. – Musimy być florentczykami, skoro jesteśmy, kim jesteśmy!

Gucci mieli we krwi bogatą, wielowiekową tradycję florenckich kupców. W 1293 roku miasto zostało niezależną republiką. Aż do przejęcia władzy przez Medyceuszy Florencją rządziły arti – dwadzieścia jeden gildii kupieckich i cechów rzemieślniczych. Nazwy cechów przetrwały do dziś jako nazwy ulic: Via Calzaiuoli (ulica szewców), Via Cartolai (papierników), Via Tessitori (tkaczy), Via Tintori (barwiarzy) i wiele innych. Gregorio Dati, renesansowy kupiec jedwabniczy, napisał: „Florentczyk, który nie jest kupcem, nie podróżował po świecie, nie widział obcych państw i narodów, a potem nie powrócił, zdobywszy majątek, nie cieszy się żadnym szacunkiem”.

Bogactwo było dla florenckiego kupca powodem uznania i wiązało się z pewnymi obowiązkami, takimi jak finansowanie budynków publicznych, mieszkanie w okazałym palazzo ze wspaniałymi ogrodami czy mecenat nad malarzami, rzeźbiarzami, poetami i muzykami. Umiłowanie piękna oraz duma z jego tworzenia nie wymarły mimo wojen, zarazy, powodzi ani polityki. Owoce pracy artystów – Od Giotta i Michała Anioła aż po współczesnych rękodzielników – dojrzewają tam nadal, wspierane przez lokalnych kupców.

– Dziewięciu na dziesięciu florentczyków to kupcy, a ten dziesiąty to ksiądz – zwykł żartować wuj Maurizia, Aldo Gucci. – Gucci są tak florenccy jak johnnie walker szkocki. Florentczyk ma handel i rzemiosło we krwi – dodawał. – My, Gucci, jesteśmy kupcami od około 1410 roku. Mówiąc Gucci, nie masz na myśli taniego domu towarowego.

 

– Byli prostymi ludźmi wyczulonymi na sprawy innych – powiedział o Guccich jeden z ich byłych pracowników. – Ale wszyscy mieli ten okropny toskański charakter.

Historia Maurizia zaczyna się od jego dziadka, Guccia Gucciego, którego rodzice pod koniec XIX wieku prowadzili we Florencji przynoszącą straty wytwórnię słomkowych kapeluszy. Guccio opuścił dom, uciekając też przed bankructwem ojca. Zaciągnął się na frachtowiec i popłynął do Anglii. Tam znalazł pracę w słynnym londyńskim hotelu Savoy[2]. Na pewno ze zdumieniem przypatrywał się gościom obwieszonym klejnotami, ich jedwabnym ubraniom oraz stertom bagażu. Kufry, walizy, pudła na kapelusze i inne, wszystkie wykonane ze skóry, z wytłoczonymi herbami i ozdobnymi monogramami, zapełniały hol hotelu – prawdziwej mekki wyższych klas wiktoriańskiej Anglii. Goście byli zamożni i sławni lub przynajmniej chcieli zagrzać się w blasku sławy innych. Lillie Langtry, kochanka księcia Walii, przyjmowała tu gości w swoim apartamencie za pięćdziesiąt funtów rocznie. Wielki aktor sir Henry Irving często jadał kolację w hotelowej restauracji, a Sarah Bernhardt powtarzała, że hotel Savoy stał się jej drugim domem.


Guccio Gucci (po prawej) z rodzicami Gabrielle i Eleną, około 1904 roku (dzięki uprzejmości Gucciego)

Guccio ciężko pracował i niewiele zarabiał, ale szybko się uczył, a to doświadczenie miało odcisnąć znaczące piętno na jego życiu. Wkrótce zorientował się, że przedmioty należące do hotelowych gości świadczą o ich dostatku i dobrym smaku. Uświadomił sobie, że decydującą kwestią są sterty waliz, które boyowie dźwigają długimi, wyłożonymi dywanami korytarzami, a potem wnoszą do wind. Skóra nie była dla niego obcym tworzywem; znał ją z florenckich warsztatów, które odwiedzał jako dziecko. Według synów Gucciego po odejściu z hotelu ich ojciec znalazł pracę w Wagons Lits, u europejskiego producenta wagonów sypialnych. Zjeździł pociągami całą Europę, obsługując i obserwując zamożnych pasażerów oraz ich służbę i bagaż. Cztery lata później, zebrawszy pewne oszczędności, powrócił do rodzinnej miejscowości.

We Florencji Guccio zakochał się w Aidzie Calvelli, mieszkającej w sąsiedztwie krawcowej i córce krawca męskiego. Chyba nie przeszkadzał mu fakt, że Aida miała czteroletniego syna, Uga, owoc romansu z mężczyzną, który ze względu na nieuleczalny przypadek gruźlicy nie zdążył się z nią ożenić. 20 października 1902 roku, niewiele ponad rok po powrocie do Włoch, Guccio ożenił się z Aidą i adoptował Uga. Miał wtedy dwadzieścia jeden lat, ona – dwadzieścia cztery. Była już w ciąży, a trzy miesiące później przyszła na świat ich najstarsza córka Grimalda. Aida urodziła Gucciowi jeszcze czwórkę dzieci, z których jedno, Enzo, zmarło w dzieciństwie. Pozostałe to też chłopcy – Aldo urodził się w 1905, Vasco w 1907, a Rodolfo w 1912 roku.

Po powrocie do Florencji Guccio pracował – wedle słów Rodolfa – w sklepie z antykami. Potem zatrudnił się w warsztacie skórniczym, gdzie nauczył się podstaw fachu, by wkrótce objąć rolę kierownika. Gdy wybuchła I wojna światowa, miał trzydzieści trzy lata i dużą rodzinę na utrzymaniu; mimo to dostał powołanie i służył jako kierowca. Po wojnie podjął pracę w firmie Franzi, florenckim zakładzie skórniczym, gdzie nauczył się selekcji surowych skór, wyprawiania i garbowania, jak również sztuki łączenia różnych gatunków materiału. Szybko awansował na kierownika rzymskiego oddziału. Do stolicy wyjechał sam, bo Aida odmówiła opuszczenia Florencji. Guccio przyjeżdżał do domu w każdy weekend i marzył o otwarciu własnej firmy w rodzinnym mieście. Chciał zaspokajać potrzeby klientów szukających wyrobów skórzanych najwyższej jakości. Pewnej niedzieli 1921 roku podczas spaceru z Aidą zauważył mały sklepik do wynajęcia. Znajdował się przy wąskiej Via della Vigna Nuova łączącej elegancką Via Tornabuoni z Piazza Goldoni przy nadbrzeżu rzeki Arno. Zaczęli rozważać możliwość wynajęcia tego lokalu. Za oszczędności Guccia i – podobno – pożyczkę od znajomego w 1921 roku założyli pierwszą spółkę, Valigeria Guccio Gucci, która później została przemianowana na Azienda Individuale Guccio Gucci. Sąsiedztwo Via Tornabuoni, najelegantszej ulicy Florencji, dawało Gucciemu nadzieję na przyciągnięcie klienteli, na której mu zależało. Od XV do XVII wieku najbogatsze szlacheckie rodziny wznosiły przy Via Tornabuoni wspaniałe palazzi – mieszkali tam Strozzi, Antinori, Sassetti, Bartolini Salimbeni, Cattani i Spini Feroni. Od XIX wieku na parterach tych domów otwierano luksusowe restauracje i sklepy. W Caffè Giacosa pod numerem osiemdziesiątym trzecim domowe ciasta i napoje podaje się elitarnej klienteli od 1815 roku. Giacosa, zaopatrzeniowiec włoskiej rodziny królewskiej, stworzył koktajl negroni, nazwany tak na cześć stałego klienta, Contego Negroni. Ristorante Doney, założona w 1827 roku naprzeciwko miejsca, gdzie później znajdzie się butik Gucciego, gościła florenckie rodziny arystokratyczne i była siedzibą damskiego odpowiednika Jockey Clubu. Mieszcząca się zaraz obok kwiaciarnia Mercatelli obsługiwała florencką arystokrację. Wśród innych nadal działających sklepów przy Via Tornabuoni znajduje się Rubelli oferujący świetne weneckie tkaniny, Profumeria Inglese oraz Procacci znany ze smakowitych kanapek z truflami. Zamożni europejscy turyści zatrzymywali się niegdyś w Albergo Londres et Suisse, skąd z kolei niedaleko było do amerykańskiego biura podróży Thomas Cook & Sons usytuowanego na rogu Via del Parione.

Guccio zaczął od zakupienia wysokiej jakości wyrobów skórzanych od producentów toskańskich, jak również niemieckich i angielskich. Sprzedawał je turystom, którzy zjeżdżali do Florencji równie tłumnie jak dziś. Wybierał mocne, starannie wykonane torby i walizy w rozsądnych cenach. Jeśli nie mógł znaleźć tego, na czym mu zależało, składał specjalne zamówienie. Sam też starał się być elegancki – zawsze nienagannie ubrany, nosił koszule dobrej jakości i starannie wyprasowane garnitury.

– Miał świetny gust, który wszyscy po nim odziedziczyliśmy – wspominał jego syn Aldo. – Zostawiał osobisty ślad na każdym sprzedanym produkcie.

Przy sklepie Guccio otworzył małą pracownię. Mógł tam tworzyć własne wyroby skórzane, którymi uzupełniał importowany towar. Prowadził też punkt napraw kaletniczych, który szybko zaczął przynosić zyski. Zatrudnił miejscowych rzemieślników i zdobył reputację, oprócz świetnego towaru zapewniając również serwis. Kilka lat później Guccio zajął większy warsztat po drugiej stronie Arno, za mostem Santa Trinitá zaprojektowanym przez Michała Anioła[3], przy alei Lungarno Guicciardini. Jeśli trzeba było, sześćdziesięciu rzemieślników pracowało po godzinach, by zrealizować wszystkie zamówienia.

W dzielnicy Oltrarno, na południe od Arno, mieściło się wiele małych warsztatów, które do napędzania maszyn wykorzystywały wodę z rzeki, gręplowały i tkały wełnę, jedwabie oraz brokaty. Szerokie aleje ciągnące się wzdłuż rzeki oraz mniejsze uliczki prowadzące na południe rozbrzmiewały dźwiękami piłowania i młotkowania drewna, płukania i bicia wełny, cięcia, zszywania oraz polerowania skóry. Znajdowały się tu również siedziby sprzedawców antyków, ramiarzy i innych rzemieślników. Teren wokół Piazza della Repubblica po drugiej stronie rzeki stał się komercyjnym i finansowym centrum Florencji. Już w średniowieczu mieściły się tam siedziby najpotężniejszych gildii kupieckich, które kontrolowały kwitnące rzemiosło.

Gdy dzieci Guccia dorosły, zaczęły pracować w rodzinnej firmie – wszystkie z wyjątkiem Uga, którego to nie interesowało. Największą smykałkę do handlu miał Aldo. Vasco, przezwany Il Succube – Cienias – odpowiadał za produkcję, choć tak naprawdę wolał wyprawiać się na polowania. Grimalda, która nosiła pseudonim La Pettegola – Plotkara – stała za ladą wraz z innym sprzedawcą zatrudnionym przez Guccia. Rodolfo był wciąż za mały, by pracować w sklepie; później zaś wzgardził tą propozycją i spełnił swoje marzenie – został aktorem.

Guccio był surowym ojcem. Nalegał, by dzieci zwracały się do niego formalnym Lei, nie zaś zażyłym tu. Wymagał dobrego zachowania podczas posiłków i zwykł smagać serwetką każdego, kto łamał zasady. W niedziele podczas rodzinnych weekendów w wiejskim domu pod Florencją, koło San Casciano, Guccio zaprzęgał konia do drewnianej dwukółki, ładował na nią Aidę oraz wszystkie dzieci i przez pola wiózł ich na poranną mszę.

– Miał bardzo silną osobowość, wymagał szacunku i trzymał wszystkich na dystans – powiedział Roberto Gucci, jeden z jego wnuków.

Z oszczędności zamawiał prosciutto pokrojone najcieniej, jak się dało – żeby starczyło na dłużej. Zaszczepił te wartości swoim dzieciom: rodzinną legendą stała się opowieść o tym, jak Aldo dolewał wody z kranu do butelek mineralnej. Guccio miał też swoje słabości – na przykład pożywne toskańskie jedzenie, które Aida serwowała na dużym, rodzinnym stole. Być może przez biedę, jakiej zaznał w młodości, Guccio lubił folgować sobie podczas posiłków, więc z czasem zarówno on, jak i Aida nabrali ciała.

– Zawsze będę go pamiętał z hawańskim cygarem i zegarkiem z dewizką noszonym w kieszeni kamizelki – stwierdził Roberto.

Guccio starał się traktować Uga i swoje biologiczne dzieci tak samo, lecz chłopiec nie pasował do układu tworzonego przez ojca i resztę rodzeństwa. Jego wysoki wzrost i szorstkie maniery sprawiły, że bracia nadali mu przezwisko Il Prepotente – Byczek. Nie wykazywał zainteresowania rodzinnym sklepem, więc Guccio znalazł mu pracę u jednego ze swoich zamożnych klientów, barona Leviego, zamożnego właściciela ziemskiego. Baron zatrudnił Uga jako zastępcę zarządcy jednej ze swoich farm na obrzeżach Florencji. Wydawało się, że to idealne warunki dla krzepkiego, młodego mężczyzny. Nie minęło wiele czasu, a Ugo, wtedy już żonaty, zaczął się przechwalać, jak doskonale sobie radzi. Guccio, chcąc spłacić dawny dług, poprosił więc syna o pożyczkę. W rzeczywistości Ugo sam miał kłopoty finansowe, których przyczyną była pewna ekstrawagancka dama, o której względy potajemnie zabiegał. Wstydził się przyznać, że nie ma pieniędzy, obiecał więc ojcu pożyczkę. W międzyczasie Guccio wziął kredyt w banku, co pozwoliło mu spłacić dług. Wkrótce oddał pieniądze bankowi, zaś pożyczkę od Uga planował zwrócić za jakiś czas z procentem. Nie wiedział jednak, że przybrany syn, który wstydził się przyznać, że nie odnosi aż tak wielkich sukcesów, ukradł siedemdziesiąt tysięcy lirów (równowartość trzech i pół dolara, w tamtych czasach znaczącej sumy pieniędzy) z sejfu barona Leviego. Dał ojcu trzydzieści tysięcy lirów (około półtora dolara), o które tamten prosił, resztę zaś przepuścił podczas trzytygodniowego wyjazdu ze swoją przyjaciółką – tancerką z lokalnego teatru.