Tu i teraz

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

1  Roz­dział 1

2  Roz­dział 2

3  Roz­dział 3

4  Roz­dział 4

5  Roz­dział 5

6  Roz­dział 6

7  Roz­dział 7

8  Roz­dział 8

9  Roz­dział 9

10  Roz­dział 10

11  Roz­dział 11

12  Roz­dział 12

13  Roz­dział 13

14  Roz­dział 14

15  Roz­dział 15

16  Roz­dział 16

17  Roz­dział 17

18  Roz­dział 18

19  Roz­dział 19

20  Roz­dział 20

21  Roz­dział 21

22  Roz­dział 22

23  Roz­dział 23

24  Roz­dział 24

25  Roz­dział 25

26  Roz­dział 26

27  Roz­dział 27

28  Roz­dział 28

29  Roz­dział 29

30  Podzię­ko­wa­nia

Tytuł ory­gi­nału: HERE AND NOW

Wydawca: Urszula Ruzik-Kuliń­ska Redak­tor pro­wa­dzący: Beata Koło­dziej­ska Redak­cja: Mag­da­lena Hil­de­brand Korekta: Marzenna Kłos

Copy­ri­ght © Santa Mon­te­fiore, 2020

Copy­ri­ght © for the Polish trans­la­tion by Mał­go­rzata Szu­bert, 2021

ISBN 978-83-813-9959-3

War­szawa 2021

Wydaw­nic­two Świat Książki

02-103 War­szawa, ul. Han­kie­wi­cza 2

Księ­gar­nia inter­ne­towa: swiatk­siazki.pl

Dys­try­bu­cja Dres­sler Dublin Sp. z o.o.

05-850 Oża­rów Mazo­wiecki, ul. Poznań­ska 91

e-mail: dys­try­bu­cja@dres­sler.com.pl

tel. + 48 22 733 50 31/32

www.dres­sler.com.pl

Wer­sję elek­tro­niczną przy­go­to­wano w sys­te­mie Zecer firmy Eli­bri

Dla Lily i Sashy

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Roz­dział 1

Padał śnieg. Z nieba sypały duże grube płatki, puszy­ste niczym kłaczki bawełny, pod­czas gdy świt dziel­nie wal­czył, by prze­bić się przez bal­da­chim gęstej chmury i zapo­wie­dzieć dzień. Mari­gold stała przy oknie kuchen­nym z kub­kiem her­baty w ręce. Kor­pu­lentna, w różo­wej podomce i pasu­ją­cych do niej pucha­tych kap­ciach, z zachwy­tem obser­wo­wała kra­jo­braz powoli wyła­nia­jący się w całej swej wspa­nia­ło­ści. Ogród stop­niowo otrzą­sał się z nocy. Cisowy żywo­płot, rabaty i krzewy, drzewa o sęka­tych, powy­krę­ca­nych gałę­ziach, sku­lone i spo­kojne spały głę­bo­kim snem pod luk­su­sową koł­drą. Trudno było wyobra­zić sobie życie na tej zamar­z­nię­tej ziemi. Nie­mal nie­moż­liwe – przy­wo­łać obraz kwit­ną­cych wio­sną kaliny i jaśminu. Nie spo­sób myśleć o wio­śnie w środku zimy.

Na końcu ogrodu, przy szo­pie jej męża Den­nisa, zza zasłony śniegu wyła­niała się jabłoń przy­po­mi­na­jąca mityczne stwo­rze­nie; jej gruby pień i gru­zło­wate gałę­zie wyda­wały się zasty­głe w bez­ru­chu, jakby ktoś rzu­cił zaklę­cie. A może po pro­stu ska­mie­niały z zimna, ponie­waż naprawdę pano­wał okropny ziąb. Mari­gold dostrze­gła karm­nik zwi­sa­jący smęt­nie z gałęzi. Karm­nik przy­cią­gnął jakie­goś nie­ustra­szo­nego ptaka, który trze­po­tał wokół niego w nadziei zna­le­zie­nia prze­oczo­nego ziarna. Poprzed­niego dnia Mari­gold nasy­pała karmę, teraz jed­nak karm­nik był pusty. Zro­biło jej się żal głod­nych pta­ków; mogły prze­trwać zimę dzięki niej. Gdy tylko dopije her­batę, włoży buty i wyj­dzie, by nasy­pać ziarna.

Wyczuła, że ktoś ją obser­wuje, odwró­ciła się i zoba­czyła Den­nisa. Stał w drzwiach i przy­pa­try­wał się jej z czu­ło­ścią. Był ubrany do kościoła, w ciem­no­nie­bie­ski gar­ni­tur i kra­wat, siwe włosy miał ucze­sane z prze­dział­kiem, brodę przy­ciętą. Mari­gold uwa­żała, że jest przy­stojny, wciąż patrzyła na niego oczami dwu­dzie­sto­let­niej dziew­czyny, którą była, gdy się poznali ponad czter­dzie­ści lat temu. Pod­nio­sła głowę i uśmiech­nęła się do męża wesoło.

– Na kogo tak patrzysz? – zapy­tała.

– Na cie­bie – odparł z bły­skiem w nie­bie­skich oczach.

Pokrę­ciła głową i odwró­ciła się w stronę ogrodu.

– Pada śnieg – powie­działa.

Den­nis sta­nął przy niej i oboje z przy­jem­no­ścią oglą­dali widok za oknem.

– Pięk­nie – wes­tchnął. – Naprawdę pięk­nie. – Objął żonę w talii, przy­cią­gnął bli­żej i poca­ło­wał w skroń. – Pamię­tasz, jak pierw­szy raz trzy­ma­łem cię za rękę, Gol­die? Wtedy też padał śnieg, czyż nie?

Mari­gold się roze­śmiała.

– Przy­po­mi­nasz mi o tym za każ­dym razem, gdy pada.

Uśmiech­nął się nie­śmiało.

– Lubię to wspo­mi­nać. Piękna kobieta, piękny wie­czór, śnieg i jej ręka w mojej. Była cie­pła, ta twoja ręka. Nie zabra­łaś jej. Wie­dzia­łem więc, że mam szansę. Pozwo­li­łaś mi trzy­mać się za rękę. W tam­tych cza­sach to była duża rzecz.

– Ale z cie­bie stary roman­tyk! – Mari­gold prze­chy­liła głowę, wie­dząc, że Den­nis znów ją poca­łuje.

– A ty kochasz swo­jego sta­rego roman­tyka – szep­nął z ustami w jej wło­sach.

– Ow­szem. Jesteś rzad­kim oka­zem. Teraz już takich nie robią. – Pokle­pała go po piersi. – Usiądź, przy­niosę ci her­batę.

– Nie robią już takich jak ty – zapew­nił Den­nis, rusza­jąc do stołu, przy któ­rym cze­kał już na jego krze­śle czarno-biały kot Mac. – Trzy­ma­łem cię wtedy za rękę i wie­dzia­łem, że spo­tka­łem kogoś wyjąt­ko­wego.

Do kuchni weszła, powłó­cząc nogami, zaspana Suze, ich córka, w kwie­ci­stej piża­mie, dłu­gim sza­rym swe­trze i skar­pet­kach do spa­nia. Nie­ucze­sane blond włosy opa­dały jej na przy­kute do smart­fonu oczy.

– Dzień dobry, kocha­nie – powie­działa wesoło Mari­gold. – Widzia­łaś śnieg?

Suze nie pod­nio­sła wzroku. Widziała śnieg. I co z tego? Usia­dła na swoim krze­śle, obok ojca, i wymam­ro­tała led­wie dosły­szalne:

– Dzień dobry.

Den­nis i Mari­gold spoj­rzeli na sie­bie poro­zu­mie­waw­czo. Mari­gold, tak jak co dzień, nalała mężowi her­batę, a córce kawę. Lubiła ten poranny rytuał. Dzięki niemu czuła się potrzebna, a uwiel­biała być potrzebna. Potem przy­po­mniała sobie, że teraz nie są już tylko we troje, i dosta­wiła jesz­cze jeden kubek.

– O raju, widzie­li­ście, co się dzieje na dwo­rze? Śnieg! Spa­ra­li­żuje cały kraj – oznaj­miła ponuro matka Mari­gold, wkra­cza­jąc do kuchni. Star­sza pani usil­nie doszu­ki­wała się we wszyst­kim złych stron i była naprawdę zado­wo­lona tylko wów­czas, gdy je zna­la­zła. – Pamię­ta­cie zimę sześć­dzie­sią­tego trze­ciego? – Wcią­gnęła powie­trze. – Byli­śmy uwię­zieni w domu przez tydzień. Twój tata musiał odko­py­wać nas łopatą. – Owi­nęła się moc­niej szla­fro­kiem i zady­go­tała. – Ni­gdy nie zapo­mnę tego zimna. Istna Sybe­ria.

– Byłaś kie­dyś na Sybe­rii, Busiu? – zapy­tała Suze bez spe­cjal­nego zain­te­re­so­wa­nia, nie odry­wa­jąc oczu od tele­fonu.

Busia zigno­ro­wała to pyta­nie.

– Nie mie­li­śmy wtedy takich luk­su­sów jak cen­tralne ogrze­wa­nie, Suze. Było ciężko. Na oknach od wewnątrz był lód i musie­li­śmy bie­gać przez ogród do ubi­ka­cji. Wtedy nie mie­li­śmy w domu toa­lety. Nawet nie wie­cie, jakie macie szczę­ście.

Mari­gold spoj­rzała za okno. Widok śniegu pod­no­sił ją na duchu. Kraj może i zosta­nie spa­ra­li­żo­wany, ale będzie pięk­nie jak w bajce.

– Wspa­niale – pochwa­liła Busia, gdy poja­wił się przed nią kubek her­baty. Miała osiem­dzie­siąt sześć lat, jej krę­cone włosy były białe, ciało sła­bo­wite, a twarz pomarsz­czona niczym kre­pina, ale umysł pozo­stał ostry i bystry jak zawsze. Czas zabrał jej wiele, ale nie to. Mari­gold podała matce krzy­żówkę z gazety i pode­szła do kre­densu, aby wło­żyć do tostera dwie kromki chleba.

 

Busia zamiesz­kała z Mari­gold i Den­ni­sem dopiero tydzień wcze­śniej, po mie­siącu łagod­nych per­swa­zji i zachęt. Nie chciała opu­ścić domu, w któ­rym zamiesz­kała po ślu­bie i wycho­wała dwoje dzieci, Patricka i Mari­gold, choć od domu córki dzie­liło ją zale­d­wie kilka minut drogi. Upie­rała się, że świet­nie potrafi o sie­bie zadbać i narze­kała, że czuje się tak, jakby prze­nie­siono ją do pocze­kalni do nieba, na co nie była w żad­nym razie gotowa. Mimo tych uty­ski­wań sprze­dała jed­nak dom za okrą­głą sumę, prze­pro­wa­dziła się do córki i urzą­dziła się wygod­nie w swoim nowym pokoju. Zażą­dała, aby Den­nis zdjął ze ścian obrazy i zawie­sił jej wła­sne, a Den­nis posłusz­nie speł­nił tę prośbę. Mari­gold pomo­gła roz­pa­ko­wać rze­czy matki i roz­mie­ścić je tak, jak chciała. Matka i córka szybko i bez pro­ble­mów przy­wy­kły do nowej sytu­acji. Busia odkryła, że dobrze jest mieć kogoś na każde zawo­ła­nie, a Mari­gold cie­szyła się, że ma się kim opie­ko­wać, ponie­waż lubiła czuć się przy­datna. Mari­gold od ponad trzy­dzie­stu lat pro­wa­dziła sklep i urząd pocz­towy we wsi. Zasia­dała w róż­nych sto­wa­rzy­sze­niach przy domu kul­tury, miej­sco­wym kościele i towa­rzy­stwach dobro­czyn­nych – lubiła być zajęta. W wieku sześć­dzie­się­ciu sze­ściu lat wcale nie zamie­rzała zwol­nić. Obec­ność Busi w domu dawała jej miłe poczu­cie, że wciąż jest potrzebna.

– Cóż, ja uwiel­biam śnieg – powie­działa, roz­bi­ja­jąc jajka na patel­nię.

Busia, w oku­la­rach na nosie, stu­dio­wała krzy­żówkę.

– Cały kraj będzie spa­ra­li­żo­wany, wspo­mni­cie moje słowa – powtó­rzyła, krę­cąc głową. – Pamię­tam zimę w sześć­dzie­sią­tym trze­cim. Bydło zdy­chało, ludzie umie­rali z zimna, nic nie dzia­łało. Wszę­dzie była śmierć i znisz­cze­nie.

– A ja pamię­tam zimę w dwa tysiące dzie­sią­tym i wszy­scy dali­śmy sobie radę – wtrą­ciła Suze, wciąż wpa­trzona tele­fon.

– Co ty wła­ści­wie robisz z tą rze­czą? – Busia bacz­nie przy­pa­try­wała się smart­fo­nowi. – Cały ranek nie odry­wasz od tego oczu.

– To moja praca – mruk­nęła Suze, odgar­nia­jąc grzywkę z twa­rzy wyma­ni­kiu­ro­waną dło­nią.

– Ona jest influ­en­cerką – wyja­śniła Mari­gold i ski­nęła głową do córki. Suze nawet tego nie zauwa­żyła, podob­nie jak nie zauwa­żyła dumy na twa­rzy nieco zmie­sza­nej matki.

– Co to zna­czy „influ­en­cerką”? – chciała wie­dzieć Busia.

– To zna­czy, że każdy chce być mną – poin­for­mo­wała ją Suze bez­barw­nym tonem pozba­wio­nym iro­nii.

– Ona pisze o modzie, jedze­niu i w ogóle o stylu życia, prawda, kocha­nie? – dodała Mari­gold. – O wszyst­kim po tro­chu, a potem umiesz­cza to na swoim kon­cie na Insta­gra­mie. Powin­naś to zoba­czyć, zdję­cia są śliczne.

– Zara­biasz jakieś pie­nią­dze, robiąc wszyst­kiego po tro­chu? – zapy­tała Busia; w jej gło­sie dało się sły­szeć powąt­pie­wa­nie w to, że bycie „influ­en­cerką” jest popłat­nym zaję­ciem.

– Suze zamie­rza dobrze zara­biać – odpo­wie­dział Den­nis za swoją córkę, ponie­waż zara­bia­nie pie­nię­dzy było kwe­stią draż­liwą. Suze skoń­czyła latem dwa­dzie­ścia pięć lat, nie pla­no­wała jed­nak wypro­wadzki ani sta­rań o „odpo­wied­nią” w mnie­ma­niu rodzi­ców posadę. Po cóż mia­łaby opusz­czać dom, skoro dzięki matce było jej tu tak wygod­nie, a rodzice ją utrzy­my­wali? Nie­wiel­kie pie­nią­dze, które zara­biała jako nie­za­leżna dzien­ni­karka, wyda­wała na ubra­nia i kosme­tyki pre­zen­to­wane w mediach spo­łecz­no­ścio­wych, ale żadne z rodzi­ców nie było gotowe do roz­mowy z córką na ten temat. Suze łatwo było roz­zło­ścić, zwłasz­cza że popa­dła w głę­boką fru­stra­cję, ponie­waż na razie nie odno­siła suk­ce­sów na miarę swo­ich ambi­cji. Jej star­sza sio­stra, Daisy, ukoń­czyła uni­wer­sy­tet i pro­wa­dziła teraz świa­towe życie w Medio­la­nie wraz ze swoim wło­skim chło­pa­kiem, pra­co­wała w zna­nym na całym świe­cie muzeum i spę­dzała week­endy w Paryżu i Rzy­mie, a Suze utknęła w małej wsi, gdzie się uro­dziła, miesz­kała z rodzi­cami i snuła nie­speł­nione marze­nia o sła­wie i bogac­twie.

– Zara­biam, pisząc o tym do gazet i maga­zy­nów. Buduję pro­fil i gro­ma­dzę grupę wier­nych obser­wu­ją­cych. To wymaga czasu. – Suze wes­tchnęła, ubo­le­wa­jąc nad fak­tem, że sta­rzy ludzie nie rozu­mieją mediów spo­łecz­no­ścio­wych.

– Wy mło­dzi i ta wasza nowo­cze­sność! – Den­nis uśmiech­nął się w nadziei ugła­ska­nia córki. – Wpra­wia­cie nas, star­szych, w zakło­po­ta­nie.

– Mam pra­wie trzy­dzie­ści tysięcy obser­wu­ją­cych na Insta­gra­mie – oznaj­miła tro­chę roz­po­go­dzona Suze.

– Naprawdę, kocha­nie? – zapy­tała Mari­gold. Nie wie­działa dokład­nie, co to zna­czy, przy­pusz­czała jed­nak, że jest ważne. Suze dała matce dostęp do swo­jego konta na Insta­gra­mie, aby mogła utrzy­my­wać kon­takt z córką, nadą­żyć za nią. Mari­gold wcho­dziła na Insta­gram, ale nie zamiesz­czała postów. Nie­zbyt lubiła swoją komórkę. Wolała roz­mowę twa­rzą w twarz.

Den­nis roz­ło­żył gazetę i czy­ta­jąc, popi­jał her­batę. Mari­gold tym­cza­sem przy­go­to­wy­wała mężowi jego nie­dzielny przy­smak – dwa jajka sadzone, chru­piący bekon, kieł­ba­skę, peł­no­ziar­ni­sty tost i łyżkę fasoli w sosie pomi­do­ro­wym; wła­śnie tak, jak lubił. Gdy posta­wiła przed nim talerz, uśmiech­nął się, patrząc na nią z czu­ło­ścią. Den­nis i Mari­gold wciąż patrzyli na sie­bie łagod­nie i czule, tak jak ludzie, któ­rych miłość sta­wała się z upły­wem lat coraz sil­niej­sza.

– Suze, masz na coś ochotę? – zapy­tała Mari­gold. Suze nie odpo­wie­działa, jej twarz szczel­nie zasła­niały blond włosy. – W takim razie pójdę nakar­mić moje ptaki.

– To nie są twoje ptaki, mamo – zauwa­żyła Suze spod czu­pryny. – Dla­czego zawsze nazy­wasz je swo­imi? To są po pro­stu ptaki.

– Ponie­waż ona je karmi, podob­nie jak daje jeść tobie – odparł Den­nis, prze­żu­wa­jąc kieł­ba­skę. Reszta zda­nia: „a skoro ona cię karmi i dba o cie­bie, możesz oka­zać jej wdzięcz­ność i uprzej­mość” pozo­stała nie­wy­po­wie­dziana. – To jest bar­dzo dobre, Gol­die. Pyszne!

– Te ptaki i tak wszyst­kie umrą na tym zim­nie – stwier­dziła Busia, widząc oczyma duszy mar­twe ptaki w całym ogro­dzie.

– Ach, zdzi­wi­ła­byś się, jakie one są wytrzy­małe, mamo.

Busia pokrę­ciła głową.

– No cóż, jeśli wyj­dziesz tak ubrana, zamar­z­niesz na śmierć i tak to się skoń­czy.

– Wyjdę na dwór tylko na minutę. – Mari­gold wło­żyła buty na gołe stopy, wzięła torbę ziarna z półki koło tyl­nych drzwi i wyszła do ogrodu. Zigno­ro­wała krzyki matki, że powinna wło­żyć płaszcz. Była dobrze po sześć­dzie­siątce, matka nie musiała jej mówić, co powinna zro­bić. Miała nadzieję, że nie poża­łuje pro­po­zy­cji, żeby Busia się do nich prze­pro­wa­dziła.

Na widok pierw­szego śladu swo­jej stopy na śniegu Mari­gold wes­tchnęła z praw­dzi­wej rado­ści. Wszystko było białe, mięk­kie i ciche. Zachwy­cała ją ta cza­ro­dziej­ska cisza, która otu­lała świat, gdy padał śnieg. To nie była zwy­kła cisza. Było tak, jakby ktoś rzu­cił urok i cały świat zastygł zacza­ro­wany. Mari­gold powoli prze­brnęła przez śnieg i ostroż­nie zdjęła karm­nik z drzewa. Nasy­pała ziarna i odwie­siła karm­nik na gałąź. Na dachu szopy Den­nisa zauwa­żyła rudzika. Obser­wo­wał ją świ­dru­ją­cymi czar­nymi oczkami i pod­ska­ki­wał w kółko, zosta­wia­jąc ślady pazur­ków na śniegu.

– Jesteś głodny, prawda? – zapy­tała, uśmie­cha­jąc się do tego dziel­nego ptaszka, który czę­sto pod­cho­dził bli­sko, gdy klę­czała na grządce, sadząc coś lub pie­ląc. Wio­sną w ogro­dzie aż roiło się od pta­ków, lecz w końcu listo­pada więk­szość była już w cie­płych kra­jach. Zostały tylko ten rudzik o pucha­tej czer­wo­nej piersi, a także różne kosy i drozdy, uprzy­krzone gołę­bie i oczy­wi­ście mewy, ponie­waż wio­ska leżała parę kilo­me­trów od morza. – Nie słu­chaj Busi. Wcale nie umrzesz. Dopóki cię kar­mię, dasz radę prze­trwać zimę, a nie­długo znów będzie wio­sna.

Mari­gold ode­szła kawa­łek, a rudzik pod­le­ciał do karm­nika. Patrzyła, jak pta­szek zajada, i czuła cie­pło na sercu. Wkrótce dołą­czą do niego inne ptaki. Zadzi­wia­jące, jak szybko roz­cho­dzą się wśród nich wie­ści; tro­chę tak, jak plotki we wsi. Gdy otwie­rała tylne drzwi, przy­po­mniała sobie o kościele. Musiała pójść na górę i się prze­brać. Posprząta po śnia­da­niu, już ubrana. Den­nis lubił wyru­szać do kościoła tro­chę wcze­śniej, aby poga­dać z ludźmi. Nie chciała, żeby cze­kał. Ciężko pra­co­wał w swo­jej szo­pie cały tydzień, robiąc wspa­niałe rze­czy z drewna, podob­nie jak nie­gdyś jego ojciec. W nie­dzielę miło było więc wypo­cząć, spo­tkać się z przy­ja­ciółmi i zna­jo­mymi. Dla Mari­gold i Den­nisa wyj­ście do kościoła ozna­czało nie tylko udział w nabo­żeń­stwie; było także wyda­rze­niem towa­rzy­skim, zawsze gorąco wycze­ki­wa­nym.

Daw­niej Den­nis wycho­dził co wie­czór do pubu pograć w rzutki, wypić parę piw, pobyć wśród ludzi. Teraz wolał zostać w domu i odda­wać się swo­jemu hobby – rzeź­bie­niu swymi dużymi, lecz pew­nymi rękami małych figu­rek, które usta­wiał na pół­kach w całym domu. Rzeź­bił ryce­rzy, żoł­nie­rzy z cza­sów pierw­szej wojny świa­to­wej i posta­cie fan­ta­styczne, wyro­słe w jego wyobraźni. Naj­now­szym pomy­słem był kościół. To zna­czy, miał to być kościół, ale szybko sta­wał się kate­drą, a Mari­gold pomy­ślała, że rów­nie dobrze może wyjść z tego całe mia­steczko ze wszyst­kimi miesz­kań­cami idą­cymi na nabo­żeń­stwo. Przez całe godziny spo­koj­nie i sta­ran­nie mode­lo­wał kształty, a potem malo­wał je pięk­nie niczym uro­dzony arty­sta. Przy­po­mi­nało to Mari­gold domek dla lalek, który Den­nis zro­bił dla córek, gdy były dziećmi. Praw­dziwe dzieło miło­ści, z pod­ło­gami z dębo­wych desek, komin­kami i tape­tami. Ten minia­tu­rowy domek był bar­dziej kunsz­towny niż wszyst­kie domki, jakie można kupić w skle­pie z zabaw­kami.

Gdy Mari­gold szła na górę, aby się przy­go­to­wać, Suze roz­ma­wiała przez tele­fon ze swym chło­pa­kiem, Bat­tym. Róż­nica w tonie jej głosu była ude­rza­jąca. Jakby mówiły dwie różne osoby. Jedna nadą­sana i mało­mówna, druga – pełna życia i roz­ga­dana. Atti­cus Buc­kley, zwany Bat­tym, i Suze cho­dzili ze sobą od trzech lat. Mari­gold zasta­na­wiała się, czy tych dwoje kie­dyś się pobie­rze. Gdy ona poznała Den­nisa, poszli do ołta­rza po nie­spełna pół roku. Batty był dobrym chłop­cem mimo głu­piego prze­zwi­ska. Oboje jego rodzice byli nauczy­cie­lami, a on wciąż miesz­kał z nimi w ich dużym domu w mie­ście. Mari­gold nie rozu­miała, dla­czego Batty się nie wypro­wa­dzi, nie wynaj­mie miesz­ka­nia. Z tego, co mówiła Suze, wyni­kało prze­cież, że jego firma pro­jek­tu­jąca ogrody ma się dobrze. Ach, ci mło­dzi, pomy­ślała, krę­cąc głową. Ale być może wie­dzą, co robią. Po co wyda­wać ciężko zaro­bione pie­nią­dze na wyna­jem miesz­ka­nia, skoro mogą miesz­kać z rodzi­cami za darmo?

W chwili gdy Mari­gold już miała zejść na dół, by posprzą­tać po śnia­da­niu, zadzwo­nił tele­fon przy łóżku. Ziry­to­wana zmarsz­czyła brwi, zasta­na­wia­jąc się, kto im zawraca głowę w nie­dzielę rano. Pod­nio­sła słu­chawkę.

– Mamo?

Iry­ta­cja wypa­ro­wała na dźwięk przy­gnę­bio­nego głosu star­szej córki.

– Daisy, wszystko u cie­bie w porządku, kocha­nie?

– Przy­jeż­dżam do domu.

Mari­gold zdała sobie sprawę, że córce nie cho­dzi po pro­stu o przy­jazd na Boże Naro­dze­nie. Serce w niej zamarło.

– Co się stało?

– To koniec. – W gło­sie Daisy czuło się napię­cie. – Wyjeż­dżam, jak tylko uda mi się zabu­ko­wać lot.

Na chwilę zapa­dła cisza. Mari­gold usia­dła na kra­wę­dzi łóżka i pró­bo­wała zro­zu­mieć to, co wła­śnie usły­szała. Lubiła Lukę. Bar­dzo. Był star­szy od Daisy o jede­na­ście lat, co począt­kowo nie­po­ko­iło Mari­gold, ale póź­niej pod­biły ją jego urok i czu­łość, z jaką patrzył na jej córkę. Luca był foto­gra­fem; wyda­wało jej się to bar­dzo roman­tyczne. Mari­gold lubiła ludzi twór­czych, jed­nego prze­cież sama poślu­biła, a Luca miał barwną, żywio­łową oso­bo­wość arty­sty. Myślała, że ten zwią­zek będzie trwały. Ni­gdy w to nie wąt­piła. Sześć lat to dużo czasu, uwa­żała więc za rzecz oczy­wi­stą, że w końcu wezmą ślub i będą rodziną.

– Po pro­stu chcę być w domu, mamo – powie­działa Daisy. – Z tobą i z tatą.

 

– Możemy poroz­ma­wiać o tym przy fili­żance her­baty – zapro­po­no­wała Mari­gold uspo­ka­ja­ją­cym tonem. – Nic tak nie popra­wia nastroju jak fili­żanka her­baty.

Daisy wyczuła, że w mnie­ma­niu matki roz­sta­nie było tylko chwi­lowe, dodała więc sta­now­czo:

– To naprawdę koniec, mamo. Nie wrócę. Luca i ja chcemy czego innego. – W gło­sie Daisy wyraź­nie było sły­chać roz­cza­ro­wa­nie. – Po pro­stu chcemy czego innego – powtó­rzyła cicho.

Mari­gold roz­łą­czyła się, lecz zde­ner­wo­wana na­dal sie­działa na łóżku. Daisy miała trzy­dzie­ści dwa lata. Czas ucie­kał. Poznała Lukę, gdy po ukoń­cze­niu histo­rii sztuki na uni­wer­sy­te­cie wyje­chała do Włoch do pracy, i krótko potem się z nim zwią­zała. Mari­gold zasta­na­wiała się, o jakiego rodzaju róż­nice cho­dziło córce. Praw­do­po­dob­nie jedną z nich była kwe­stia mał­żeń­stwa. Cóż innego mogło wcho­dzić w grę? Czy Daisy zmar­no­wała sześć lat życia, mając nadzieję, że on będzie Tym Jedy­nym? Mari­gold, w mło­do­ści nowo­cze­sna na miarę swo­ich cza­sów, wciąż wie­rzyła, że u kobiet bar­dzo silne jest instynk­towne pra­gnie­nie zało­że­nia rodziny. Czy Daisy zdąży zna­leźć kogoś innego, zanim będzie za późno?

Nie mogąc upo­rać się z nie­przy­jem­nymi uczu­ciami wywo­ła­nymi przez te roz­wa­ża­nia, poszu­kała w myślach cze­goś pozy­tyw­nego, cze­goś, co pozwoli na odro­binę opty­mi­zmu w tej sytu­acji. Ku swej wiel­kiej rado­ści zna­la­zła – Daisy wraca do domu.

Szybko zeszła na dół, aby zna­leźć Den­nisa. Był w kuchni, pra­co­wał nad swym minia­tu­ro­wym kościo­łem. Busia przy­go­to­wy­wała się do wyj­ścia w swoim pokoju, a Suze w pokoju dzien­nym na­dal roz­ma­wiała z Bat­tym przez tele­fon; od lat nie cho­dziła do kościoła.

– Dzwo­niła Daisy – oznaj­miła Mari­gold, łapiąc oddech. – Przy­jeż­dża.

Den­nis odło­żył pędzel i zdjął oku­lary.

– Ona i Luca się roz­stają. Ona mówi, że chcą czego innego.

– Och. – Den­nis wyda­wał się skon­ster­no­wany. – I potrze­bo­wali sze­ściu lat, żeby się o tym prze­ko­nać?

Mari­gold zaczęła sprzą­tać ze stołu. Tak przy­wy­kła do sprzą­ta­nia po rodzi­nie, że robiła to machi­nal­nie i nie zło­ściła się, że nikt jej nie pomaga. – Miło będzie mieć ją znów w domu.

Den­nis uniósł brwi.

– Znam jedną osobę, tu, nie­da­leko, która z pew­no­ścią nie będzie z tego zado­wo­lona!

– Cóż, Busia zajęła dawny pokój Daisy, więc Suze będzie musiała dzie­lić pokój z sio­strą. Osta­tecz­nie ma tam podwójne łóżko.

– Ale Suze przy­zwy­cza­iła się mieć cały pokój dla sie­bie, prawda? – Den­nis się uśmiech­nął. – Może to ją skłoni do zna­le­zie­nia pracy i wypro­wadzki.

– W dzi­siej­szych cza­sach dzieci się nie wypro­wa­dzają. Czy­ta­łam o tym. Nie pamię­tam, gdzie. Bez końca miesz­kają z rodzi­cami. Chyba dla­tego, że nie stać ich na kupno miesz­ka­nia.

– Nie można kupić miesz­ka­nia, jeśli nie ma się dobrej pracy. – Den­nis wes­tchnął i pokrę­cił głową. – Roz­pu­ści­łaś ją – dodał. – Oboje ją roz­pu­ści­li­śmy.

– Kie­dyś znaj­dzie dobrą pracę i się wypro­wa­dzi, a wtedy będziemy za nią tęsk­nili. – Mari­gold wło­żyła patel­nię do zlewu. Wes­tchnęła. – Wspa­niale, że Daisy przy­jeż­dża do domu.

– Zacho­waj to dla sie­bie, jeśli chcesz mieć spo­kojną nie­dzielę – powie­dział Den­nis, wsta­jąc, by odsta­wić minia­tu­rowy kościół na sto­lik.

Mari­gold zachi­cho­tała.

– Masz rację. Mama orzek­nie, że to się nie może udać, a Suze będzie miała zała­ma­nie ner­wowe. Na razie zacho­wajmy to dla sie­bie.

*

Den­nis, Mari­gold i Busia, w płasz­czach i kape­lu­szach, brnęli po śniegu do kościoła odda­lo­nego o pięć minut drogi. Busia trzy­mała się Den­nisa, jakby od tego zale­żało jej życie, Mari­gold szła obok męża z rękami w kie­sze­niach płasz­cza. Minęli szkołę pod­sta­wową, do któ­rej cho­dziły Daisy i Suze, i dom kul­tury, gdzie bywały na zbiór­kach skau­tek. Ale pewne rze­czy się zmie­niły. Wio­ska chlu­biła się nie­gdyś małą sta­cją ben­zy­nową, gdzie Reg Tuc­ker, nie­zmien­nie w nie­bie­skim kom­bi­ne­zo­nie, oso­bi­ście napeł­niał baki samo­cho­dów i co mie­siąc wysta­wiał klien­tom rachunki. W latach dzie­więć­dzie­sią­tych sta­cja zmie­niła się w ele­gancki dom kryty strze­chą, teraz przy­sy­paną śnie­giem. Reg zmarł lata temu, został pocho­wany na cmen­ta­rzu przy kościele, widocz­nym teraz za roz­wi­dle­niem dróg.

Na szczy­cie pomnika ofiar wojny sto­ją­cego na trój­kąt­nym skwerku przed bramą śpie­wał kos. Wie­niec z czer­wo­nych maków u stóp pomnika, na tle śniegu przy­wo­dził na myśl plamy krwi pole­głych.

Przez całą drogę Busia narze­kała.

– To wygląda ład­nie tylko przez kilka godzin, potem zamie­nia się w burą breję, a ludzie się śli­zgają i cią­gle prze­wra­cają. Pew­nie się pośli­znę i zła­mię kark. Takie już moje szczę­ście, czyż nie? Powinni prze­wi­dzieć, że spad­nie śnieg i posy­pać solą. Ale nie, nocą to zamieni się w lód, a ja zła­mię sobie kark jutro.

Mari­gold nie pró­bo­wała pocie­szać matki. Przy­wy­kła do jej uty­ski­wań, odbi­jały się od niej jak kro­ple desz­czu od bla­sza­nego dachu. Roz­ko­szo­wała się wido­kiem otu­lo­nej śnie­giem wio­ski.

– Jak pięk­nie, prawda, Den­ni­sie? – powie­działa, przy­wie­ra­jąc do ramie­nia męża.

– Bar­dzo ład­nie – zgo­dził się Den­nis, zado­wo­lony, że oddy­cha rześ­kim poran­nym powie­trzem i że zoba­czy się z przy­ja­ciółmi. – Czy to nie wspa­niałe, dziew­częta?! – zawo­łał wesoło. – Idziemy sobie razem po śniegu.

– Mów za sie­bie – zrzę­dziła Busia. – Lepiej trzy­maj mnie mocno, bo się prze­wrócę.

– Myśla­łem, że się prze­wró­cisz i zła­miesz kark jutro – odparł Den­nis z uśmie­chem.

Busia go nie sły­szała. Była już roz­ko­ja­rzona, przy­glą­dała się ludziom prze­cho­dzą­cym przez bramę na ścieżkę pro­wa­dzącą do drzwi kościoła.

– Widzę, że odśnie­żyli ścieżkę – zauwa­żyła. – Ale nie bar­dzo się posta­rali. Lepiej trzy­maj mnie do samego kościoła. Powin­ni­śmy byli zostać w domu, zamiast wycho­dzić na tę okropną pogodę.

Den­nis posłusz­nie eskor­to­wał teściową, wita­jąc się po dro­dze ze zna­jo­mymi. Wszy­scy wykrzy­ki­wali: „Czyż nie jest pięk­nie?!”, ponie­waż pogoda jest dla Bry­tyj­czy­ków ulu­bio­nym tema­tem roz­mów.

– Musia­łam wycią­gnąć z szafki zimowe buty – powie­dział ktoś.

– Musie­li­śmy odśnie­żyć pod­jazd od frontu – dorzu­cił ktoś inny.

Busia prych­nęła z dez­apro­batą.

– Mój mąż, świeć Panie nad jego duszą, nad­we­rę­żył sobie krę­go­słup, gdy łopatą odko­py­wał nas ze śniegu – oznaj­miła. – Na twoim miej­scu była­bym bar­dzo ostrożna.

W kościele pach­niało przy­jem­nie woskiem i kwia­tami. Busia puściła ramię zię­cia. Nie lubiła roz­mów z ludźmi o pogod­nym uspo­so­bie­niu, ruszyła więc przed sie­bie, aby zna­leźć miej­sce sie­dzące. Mari­gold posłusz­nie poszła za matką.

Den­nis, tak jak jego ojciec, był miej­sco­wym sto­la­rzem. W wio­sce pra­wie nie było domu, w któ­rym by nie pra­co­wał. Kre­dens tu, stół tam, regały na książki, szafki kuchenne, domek do zabawy dla dzieci czy

szopa w ogro­dzie dla dziadka. Znał wszyst­kich i lubił uci­nać sobie poga­wędki. Wielu uwa­żało go za praw­dziwy skarb, hono­ro­wego członka rodziny, ponie­waż tyle samo spę­dzał na poga­dusz­kach, co na usta­wia­niu zro­bio­nych przez sie­bie rze­czy, a czę­sto bez dodat­ko­wej zapłaty wymie­niał na miej­scu gałkę u drzwi, która odpa­dła, lub popra­wiał fugę w łazience. Den­nis był po pro­stu dobrym czło­wie­kiem.

Ciężka praca odbiła się jed­nak na jego zdro­wiu. Miał pro­blemy z kola­nami i chro­niczne bóle w ple­cach od nosze­nia cięż­kich przed­mio­tów, a także bli­zny na lewym kciuku po ska­le­cze­niach ostrymi narzę­dziami. Mimo to ni­gdy nie narze­kał. Uwa­żał się za szczę­ścia­rza, ponie­waż mógł robić to, co lubił. Nie­do­ma­ga­nia wyda­wały się nie­wielką za to ceną.

Mari­gold była dumna z męża, mistrza w swoim rze­mio­śle. Gdy ktoś poda­wał to w wąt­pli­wość, mawiała: „Wystar­czy dać mu kawa­łek drewna, a będzie szczę­śliwy jak dziecko”. I miała rację. Den­nis ni­gdy nie był tak zado­wo­lony jak wów­czas, gdy pra­co­wał w swo­jej szo­pie, słu­cha­jąc muzyki w radiu, pod­czas gdy kot Mac obser­wo­wał go w mil­cze­niu z para­petu okien­nego.

Naj­wię­cej rado­ści spra­wiało mu jed­nak przy­go­to­wy­wa­nie pre­zentu dla Mari­gold na Boże Naro­dze­nie.

Co roku robił jej puz­zle. Mari­gold wie­działa, co dosta­nie, nie była więc zasko­czona, lecz nie wie­działa, co będzie przed­sta­wiała ukła­danka, więc zawsze ocze­ki­wała nie­spo­dzianki. Den­nis naj­pierw wybie­rał temat, potem obrazki, które nakle­jał na cienką sklejkę, a na koniec wyci­nał ele­menty wyrzy­narką. Wyma­gało to pre­cy­zji i cier­pli­wo­ści, ale on lubił takie wyzwa­nia. W zeszłym roku tema­tem były kwiaty, ponie­waż Mari­gold kochała kwiaty. Rok wcze­śniej – ptaki. W tym roku wybrał sta­ro­świecką scenę na lodo­wi­sku, z doro­słymi i dziećmi jeż­dżą­cymi w pada­ją­cym śniegu. Zna­lazł obra­zek w skle­pie z uży­wa­nymi rze­czami i uznał, że spodoba się żonie. Sie­dząc w ławce kościel­nej, roz­my­ślał o ukła­dance i pod­eks­cy­to­wany poczuł cie­pło w środku, takie jak wów­czas, gdy cho­dził zimą do szkoły z gorą­cym kar­to­flem wkła­da­nym mu przez matkę do kie­szeni palta. Mari­gold zawsze lubiła ukła­danki, a Den­nis potra­fił je wyko­nać. Co roku pró­bo­wał zro­bić nieco bar­dziej skom­pli­ko­waną lub tro­chę więk­szą, aby utrud­nić jej zada­nie. Tego­roczna prze­wyż­szała wszyst­kie dotych­cza­sowe. Skła­dała się z ponad stu małych kawał­ków, a poukła­da­nie ich wyma­gało dużo czasu, ponie­waż Den­nis nie zro­bił zdję­cia obrazka jako wzoru. Zer­k­nął na sie­dzącą obok zaró­żo­wioną po prze­chadzce żonę; jej orze­chowe oczy błysz­czały z zado­wo­le­nia. Wziął ją za rękę i uści­snął. Z uśmie­chem oddała uścisk. Busia to zauwa­żyła, cmok­nęła z dez­apro­batą i pokrę­ciła głową. Oni są o wiele za sta­rzy na takie rze­czy, pomy­ślała cierpko.