3 książki za 34.99 oszczędź od 50%

Sonata o niezapominajce

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Sonata o niezapominajce
Sonata o niezapominajce
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 72,80  58,24 
Sonata o niezapominajce
Sonata o niezapominajce
Audiobook
Czyta Klaudia Bełcik
39,90 
Szczegóły
Sonata o niezapominajce
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

1  Podzię­ko­wa­nia

Legenda o nie­za­po­mi­najce

3  Część I Pro­log Roz­dział pierw­szy Roz­dział drugi Roz­dział trzeci Roz­dział czwarty Roz­dział piąty Roz­dział szó­sty Roz­dział siódmy Roz­dział ósmy Roz­dział dzie­wiąty Roz­dział dzie­siąty Roz­dział jede­na­sty

4  Część II Roz­dział dwu­na­sty Roz­dział trzy­na­sty Roz­dział czter­na­sty Roz­dział pięt­na­sty Roz­dział szes­na­sty Roz­dział sie­dem­na­sty Roz­dział osiem­na­sty Roz­dział dzie­więt­na­sty Roz­dział dwu­dzie­sty Roz­dział dwu­dzie­sty pierw­szy Roz­dział dwu­dzie­sty drugi Roz­dział dwu­dzie­sty trzeci Roz­dział dwu­dzie­sty czwarty Roz­dział dwu­dzie­sty piąty Roz­dział dwu­dzie­sty szó­sty

5  Część III Roz­dział dwu­dzie­sty siódmy Roz­dział dwu­dzie­sty ósmy Roz­dział dwu­dzie­sty dzie­wiąty Roz­dział trzy­dzie­sty Roz­dział trzy­dzie­sty pierw­szy Roz­dział trzy­dzie­sty drugi Roz­dział trzy­dzie­sty trzeci Roz­dział trzy­dzie­sty czwarty

Tytuł ory­gi­nału: THE FOR­GET-ME-NOT SONATA

Wydawca: Urszula Ruzik-Kuliń­ska Redak­tor pro­wa­dzący: Beata Koło­dziej­ska Redak­cja: Bar­bara Ska­wiń­ska Korekta: Bożena Burzyń­ska, Agata Boł­dok, Marzenna Kłos

Copy­ri­ght © 2003 by Santa Mon­te­fiore

Copy­ri­ght © for the Polish trans­la­tion by Anna Dobrzań­ska-Gadow­ska, 2004

ISBN 978-83-659-2857-3

War­szawa 2021

Wydaw­nic­two

Świat Książki

02-103 War­szawa

ul. Han­kie­wi­cza 2

Księ­gar­nia inter­ne­towa: swiatk­siazki.pl

Dys­try­bu­cja:

Dres­sler Dublin Sp. z o.o.

05-850 Oża­rów Mazo­wiecki

ul. Poznań­ska 91

e-mail: dys­try­bu­cja@dres­sler.com.pl

tel. +48 22 733 50 31/32

www.dres­sler.com.pl

Wer­sję elek­tro­niczną przy­go­to­wano w sys­te­mie Zecer

Dla Lily Bath­sheby

Podzię­ko­wa­nia

Pra­gnę wyra­zić ser­deczne podzię­ko­wa­nia mojej kuzynce Anderly Hardy oraz mojej przy­ja­ciółce Sue Nicho­las, które miały szczę­ście dora­stać w Hur­lin­gham w Argen­ty­nie. Dzięki ich żywym opi­som i wyra­zi­stym wspo­mnie­niom byłam w sta­nie oddać atmos­ferę i styl życia w tym małym zakątku angiel­sko­ści, który w tak dra­ma­tyczny spo­sób zmie­nił się od czasu ich dzie­ciń­stwa. Chcia­ła­bym rów­nież podzię­ko­wać mojej matce za jej opo­wie­ści, ojcu za mądrość i ciotce Naomi za wspar­cie i zain­te­re­so­wa­nie. Dok­tor Ste­phen Sebag Mon­te­fiore i jego żona April udzie­lili mi nie­oce­nio­nej pomocy, jeżeli cho­dzi o szcze­góły medyczne i psy­chia­tryczne, ważne w budo­wa­niu cha­rak­te­rów głów­nych postaci tej powie­ści. Sue Flet­cher, która zre­da­go­wała mój tekst, zasłu­żyła na medal za roz­są­dek i dba­łość o detale, nato­miast moja agentka, Jo Frank, na ser­deczne podzię­ko­wa­nia za poświę­ce­nie i zro­zu­mie­nie. Muszę też wspo­mnieć, że i Sonata o nie­za­po­mi­najce, i inne moje książki ni­gdy by nie powstały bez zachęty ze strony mojej przy­ja­ciółki, Kate Rock, któ­rej jestem winna ogromną wdzięcz­ność. I wresz­cie, a rów­no­cze­śnie przede wszyst­kim, chcę podzię­ko­wać mojemu mężowi, Seba­gowi, za mądre rady i nie­zmą­cony, bez­gra­niczny entu­zjazm. Gdy moja wyobraź­nia wysy­cha, Sebag zawsze dba, aby ożyła.

Legenda o nie­za­po­mi­najce

Zgod­nie z austriacką legendą młody męż­czy­zna i jego narze­czona, trzy­ma­jąc się za ręce, szli brze­giem Dunaju wie­czo­rem w przed­dzień ślubu. Dziew­czyna spoj­rzała na rzekę i ujrzała śliczny nie­bie­ski kwia­tek, uno­szony przez prąd. Widząc jej smu­tek, że fale na zawsze pochłoną taki piękny kwiat, młody czło­wiek boha­ter­sko wsko­czył do rzeki, aby go ura­to­wać. Dunaj porwał mło­dzieńca, a ten, tonąc, ostat­kiem sił rzu­cił kwia­tek na brzeg i zawo­łał: „Nie zapo­mnij o mnie, zawsze będę cię kochał”.

Część I

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Pro­log

Anglia, jesień 1984 roku

Niebo było pra­wie zbyt piękne jak na taki dzień. Paź­dzier­nik ozło­cił oko­licę cudow­nym sło­necz­nym bla­skiem i wszystko wyglą­dało tak, jakby sam Bóg roz­świe­tlił jesienne drzewa i porząd­nie zaorane pola, aby wyróż­nić ten dzień spo­śród innych. Pasma jasnego, ostrego różu i krwi­stej czer­wieni prze­ci­nały niebo, malu­jąc nie­zwy­kłe, impo­nu­jące tło dla umie­ra­ją­cego słońca, powoli zni­ka­ją­cego w wie­czor­nej mgle na hory­zon­cie. Natura trium­fo­wała, cho­ciaż pokorna dusza Cecila For­re­stera wyda­wała się nie zasłu­gi­wać na ten wspa­niały spek­takl.

Grace była jedyną córką Cecila, która nie pła­kała na pogrze­bie.

Ali­cia oczy­wi­ście pła­kała, powo­do­wana tym samym wyczu­ciem dra­ma­ty­zmu, które cha­rak­te­ry­zo­wało każdą chwilę jej życia, tak jakby zawsze stała w cen­tral­nym punk­cie sceny, wysta­wia­jąc swoją piękną twarz na świa­tło reflek­to­rów. Pła­kała poły­sku­ją­cymi w sło­necz­nym bla­sku łzami i wyda­wała dłu­gie wes­tchnie­nia, prze­ry­wane szlo­chem, a jej oble­czone w czarne ręka­wiczki dło­nie drżały, kiedy ocie­rała policzki hafto­waną chu­s­teczką do nosa. Sta­rała się, aby mani­fe­sta­cja roz­pa­czy nie zeszpe­ciła jej twa­rzy, wyra­ża­jąc smu­tek este­tycz­nym drże­niem warg oraz deli­kat­nym skło­nie­niem głowy, osło­nię­tej przej­rzy­stą czarną woalką, przy­piętą do ronda kape­lu­sza. Leonora także pła­kała, cicho i żało­śnie. Opła­ki­wała nie ojca, któ­rego stra­ciła, lecz tego, któ­rego ni­gdy nie miała. Leżący w trum­nie męż­czy­zna był jej wła­ści­wie obcy – rów­nie dobrze mógłby być dale­kim krew­nym lub daw­nym nauczy­cie­lem, bo ni­gdy nie dopu­ścił jej bli­żej do sie­bie. Spoj­rzała na młod­szą sio­strę, patrzącą z obo­jęt­nym wyra­zem twa­rzy, jak gra­ba­rze opusz­czają trumnę do równo wyko­pa­nej dziury w ziemi, i pomy­ślała, że nie rozu­mie, dla­czego Grace, jedyna z nich trzech, która miała powód do praw­dzi­wego smutku, nie oka­zuje żad­nych uczuć.

Grace była o ponad dzie­sięć lat młod­sza od swo­ich sióstr. W prze­ci­wień­stwie do Ali­cii i Leonory, które w wieku dzie­się­ciu lat zostały wysłane do szkoły w Anglii, dora­stała w peł­nej zie­leni pod­miej­skiej dziel­nicy Buenos Aires, Hur­lin­gham, zamiesz­ka­nej głów­nie przez angiel­skie rodziny. Jed­nak nie róż­nica wieku czy wie­lo­let­nie roz­sta­nie wznio­sły wysoki mur mię­dzy sio­strami, ale fakt, że była inna. Tajem­ni­cza, ode­rwana od rze­czy­wi­sto­ści, wiotka i ulotna niczym wróżki z bajek dzie­ciń­stwa, Grace nie nale­żała do tego świata. Ali­cia upie­rała się, że ete­ryczna natura Grace ma swoje źró­dło w fak­cie, iż ich matka roz­pacz­li­wie trzy­mała ją przy sobie i roz­piesz­czała, zroz­pa­czona i osa­mot­niona po roz­sta­niu ze star­szymi cór­kami, lecz Leonora była innego zda­nia – uwa­żała, że Grace po pro­stu uro­dziła się inna i że matka dobrze zro­biła, nie roz­sta­jąc się z nią. W zim­nych salach angiel­skiej szkoły Grace zwię­dłaby jak polny kwiat. Leonora nie miała co do tego żad­nych wąt­pli­wo­ści, ponie­waż sama długo wyle­wała łzy tęsk­noty za domem w twarde poduszki.

 

Grace obser­wo­wała opusz­czaną do grobu trumnę pra­wie obo­jęt­nie, usi­łu­jąc nie słu­chać teatral­nych szlo­chów sio­stry, która teraz zaczęła pła­kać gło­śniej i bar­dziej roz­pacz­li­wie. Ali­cia ule­gła poku­sie ode­gra­nia wzru­sza­ją­cej roli na tle cudow­nie pięk­nego wie­czoru, pod olśnie­wa­ją­cym nie­bem, lecz Grace nie osą­dzała jej za to. Patrzyła na trumnę z cał­ko­wi­tym spo­ko­jem, zro­dzo­nym z pew­no­ści, że wbrew prze­ko­na­niu innych jej ojca wcale nie ma w środku. Wie­działa o tym, ponie­waż widziała, jak w chwili śmierci jego dusza opu­ściła scho­ro­wane ciało. Ojciec uśmiech­nął się do niej, jakby chciał powie­dzieć: „Więc jed­nak od początku mia­łaś rację, kocha­nie”, potem zaś, pro­wa­dzony przez swoją zmarłą matkę i uko­cha­nego wuja Errola, odpły­nął w inny wymiar, zosta­wia­jąc na ziemi jedy­nie zwię­dłe ciało. Grace nie miała już siły ani ochoty, aby powta­rzać swoim bli­skim tę oczy­wi­stą prawdę – w końcu wszy­scy i tak się dowie­dzą, jak to jest, kiedy nadej­dzie ich czas. Prze­nio­sła wzrok na sto­jącą obok matkę, na któ­rej deli­kat­nej twa­rzy malo­wał się żal i ulga, i wzięła ją za rękę. Audrey z wdzięcz­no­ścią lekko ści­snęła dłoń córki. Grace była już wpraw­dzie młodą kobietą, lecz nie stra­ciła czy­sto­ści i nie­win­no­ści, dzięki któ­rym wciąż wyda­wała się dziec­kiem. Audrey wie­działa zresztą, że w jej oczach Grace ni­gdy nie prze­sta­nie być dziec­kiem.

Dla Audrey Grace była istotą wyjąt­kową. Już w chwili, gdy przy­szła na świat w szpi­talu Małych Towa­rzy­szy Maryi w Buenos Aires, Audrey zorien­to­wała się, że jej córeczka bar­dzo różni się od innych dzieci. Ali­cia uro­dziła się, wrzesz­cząc z cha­rak­te­ry­stycz­nym dla niej znie­cier­pli­wie­niem, Leonora cicho poja­wiła się zaraz za sio­strą, jak zwy­kle ustę­pu­jąc jej miej­sca i drżąc w obli­czu wiel­kiej nie­wia­do­mej, jaką był świat. Z Grace było zupeł­nie ina­czej. Wyśli­znęła się z drob­nego ciała matki, nie stwa­rza­jąc żad­nych pro­ble­mów, niczym szczę­śliwy anio­łek, i obda­rzyła Audrey mądrym, spo­koj­nym i peł­nym tajem­nic uśmie­chem, który tak zasko­czył przyj­mu­ją­cego poród leka­rza, że zbladł jak ściana. Audrey wcale nie była zdzi­wiona. Grace przy­szła pro­sto z nieba i Audrey poko­chała ją miło­ścią tak inten­sywną, że aż bole­sną. Przy­tu­liła nowo­rodka do piersi i z zachwy­tem wpa­trzyła się w aniel­sko pro­mienną twa­rzyczkę.

Dla Audrey Grace była bło­go­sła­wień­stwem wyba­cza­ją­cego i rozu­mie­ją­cego wszystko Boga. Gęste jasne loczki córeczki two­rzyły splą­taną, sza­loną aure­olę wokół główki, a oczy były jak ciem­no­zie­lona rzeka, która w swo­ich głę­bi­nach skrywa wszyst­kie tajem­nice tego świata. Dziew­czynka budziła jed­no­cze­śnie zachwyt i prze­ra­że­nie, ponie­waż ludziom wyda­wało się, że widzi ich na wskroś, jakby znała ich lepiej niż oni sami. Naj­bar­dziej jed­nak prze­ra­żała wła­snego ojca, który wszel­kimi spo­so­bami sta­rał się uni­kać kon­taktu ze stwo­rze­niem, które było mu tak obce, jak istota z innej pla­nety. Grace nie była do niego podobna ani z cha­rak­teru, ani fizycz­nie, i ni­gdy nie pod­da­wała się sile jego woli oraz gwał­tow­nemu uspo­so­bie­niu. Uśmie­chała się tylko wyro­zu­miale, jakby dosko­nale znała jego naturę i przy­czyny, dla któ­rych bez­u­stan­nie z nią wal­czył. Ojciec nie rozu­miał Grace pra­wie do samego końca. Tuż przed śmier­cią nagle uśmiech­nął się zupeł­nie jak ona kie­dyś, pogod­nie i z miło­ścią, jakby wie­dział o czymś, co dla innych pozo­staje tajem­nicą, i objął ją czule. Potem odszedł, a wyraz zado­wo­le­nia i szczę­ścia, który za życia był mu zupeł­nie obcy, pozo­stał na jego twa­rzy.

Audrey puściła rękę córki, postą­piła krok do przodu, uno­sząc siwą głowę z god­no­ścią, która pod­trzy­my­wała ją w ciągu wielu burz­li­wych lat, i rzu­ciła do grobu białą lilię. Szep­tem odmó­wiła krótką modli­twę i pod­nio­sła oczy na zacho­dzące słońce, które zni­kało za drze­wami, rzu­ca­ją­cymi dłu­gie czarne cie­nie na cmen­tarz. W tej samej chwili jej myśli roz­pro­szyły się i na fali nostal­gii wró­ciły do cza­sów, kiedy miłość roz­kwi­tała wraz z drze­wami jaca­randa. Teraz, gdy była już stara, nie chciała kochać, a w każ­dym razie nie tak jak w latach mło­do­ści. Wiek pozba­wił ją tam­tych nie­win­nych nadziei i ocze­ki­wań. Sto­jąc nad ciem­nym gro­bem męża, w końcu pod­dała się wspo­mnie­niom, patrząc, jak powstają w jej umy­śle niczym armia duchów, powoli otrzą­sa­jąc się z wię­zów. Nagle znowu była młodą dziew­czyną, a jej marze­nia zachwy­cały świe­żo­ścią, pełne rado­ści i jesz­cze nie­speł­nio­nych obiet­nic.

Roz­dział pierw­szy

Angiel­ska kolo­nia Hur­lin­gham Buenos Aires, 1946 rok

– Audrey, pospiesz się! – syk­nęła Isla, chwy­ta­jąc szes­na­sto­let­nią sio­strę za ramię i wycią­ga­jąc ją z leżaka. – Ciotka Hilda i ciotka Edna piją z mamą her­batę. Podobno Emmę Town­send przy­ła­pano w ramio­nach jakie­goś Argen­tyń­czyka. Koniecz­nie musisz posłu­chać, to naj­praw­dziw­szy skan­dal!

Audrey zamknęła powieść i poszła za sio­strą przez traw­nik do głów­nego budynku klubu. Gru­dniowe słońce ostrymi pro­mie­niami pra­żyło ten malutki angiel­ski zaką­tek, ze wszyst­kich sił opie­ra­jący się inte­gra­cji z przed­sta­wi­cie­lami naro­do­wo­ści, które zja­wiły się tu wcze­śniej i sto­piły w naród. Anglicy z dumą powie­wali swoją flagą, zatkniętą na kru­chej tra­twie, uno­szą­cej się na hisz­pań­skim morzu. Ude­rza­jące do głowy zapa­chy euka­lip­tusa i gar­de­nii tań­czyły tango z aro­ma­tami her­baty i cia­ste­czek, a chłodna angiel­ska into­na­cja i odgłosy ele­ganc­kiej gry w tenisa roz­brzmie­wały na tle moc­nych ude­rzeń kopyt galo­pu­ją­cych argen­tyń­skich kuców oraz roz­mów zaj­mu­ją­cych się nimi gau­chos. Dwie kul­tury pędziły obok sie­bie jak dwa konie, nie­świa­dome, że w grun­cie rze­czy cią­gną ten sam powóz.

Audrey i Isla dora­stały w tej bar­dzo bry­tyj­skiej czę­ści zamoż­nej pod­miej­skiej dziel­nicy Buenos Aires, sto­licy Argen­tyny. Wokół klubu Hur­lin­gham, gdzie w wykła­da­nej boaze­rią jadalni pod por­tre­tami króla i kró­lo­wej poda­wano pie­czeń wołową i zapie­kankę z nerek, kwi­tła duża, wpły­wowa kolo­nia, w któ­rej życie było rów­nie przy­jemne jak gra w kry­kieta. Duże, podobne do pała­ców domy stały za wyso­kimi ciso­wymi żywo­pło­tami, w oto­cze­niu angiel­skich ogro­dów, a pose­sje łączyły nie­bru­ko­wane ani nie pokryte asfal­tem drogi, pro­wa­dzące wprost na pła­ską pampę. Sio­stry współ­za­wod­ni­czyły ze sobą w bie­gach i sko­kach wzwyż i w dal, gry­wały w tenisa, pły­wały i draż­niły stru­sia z sąsied­niej pose­sji, wrzu­ca­jąc gol­fowe piłki do jego zagrody i z roz­ba­wie­niem przy­glą­da­jąc się, jak je połyka. Czę­sto jeź­dziły konno po roz­le­głej pam­pie, goniąc zmy­ka­jące wśród wyso­kich traw pre­riowe zające, a kiedy słońce zacho­dziło i gra­nie świersz­czy zaczy­nało zagłu­szać par­ska­nie kuców, co nie­odmien­nie zapo­wia­dało koniec dnia, sia­dały wraz z matką i kuzy­nami w cie­niu euka­lip­tu­so­wych drzew, urzą­dza­jąc pik­niki. Były to bez­tro­skie, nie­winne lata, nie­ska­lane zmar­twie­niami świata doro­słych. Te zmar­twie­nia cze­kały tuż za pro­giem, lecz na razie intrygi i skan­dale, o któ­rych doro­śli opo­wia­dali sobie przy­ci­szo­nymi gło­sami nad cia­stecz­kami i kanap­kami z ogór­kiem, były jesz­cze tylko źró­dłem roz­ba­wie­nia, szcze­gól­nie dla Isli, pra­gną­cej jak naj­szyb­ciej osią­gnąć wiek, kiedy sama będzie mogła stać się przy­czyną wiel­kiego poru­sze­nia i peł­nych obu­rze­nia spoj­rzeń.

Kiedy Audrey i Isla weszły do klubu, natych­miast zauwa­żyły, że goście pod­no­szą głowy znad fili­ża­nek z chiń­skiej por­ce­lany, aby popa­trzeć na sio­stry wdzięcz­nie kro­czące mię­dzy sto­li­kami. Dziew­częta już dawno przy­wy­kły do tego, że zwy­kle znaj­dują się w cen­trum uwagi, lecz pod­czas gdy Audrey nie­śmiało spusz­czała oczy, Isla dum­nie zadzie­rała kształtny nosek i wład­czym wzro­kiem roz­glą­dała się po sali. Matka mówiła im, że ludzie zwra­cają na nie uwagę, ponie­waż ich ojciec jest pre­ze­sem Związku Prze­my­słow­ców i bar­dzo waż­nym czło­wie­kiem, ale Isla wie­działa, że te hołdy mają o wiele wię­cej wspól­nego z ich gęstymi, poskrę­ca­nymi w sprę­żynki wło­sami, się­ga­ją­cymi aż do pasa i lśnią­cymi jak wysu­szone na słońcu siano, oraz z przej­rzy­stymi zie­lo­nymi oczami.

Isla uro­dziła się pięt­na­ście mie­sięcy po Audrey i była wyraź­nie pięk­niej­sza. Uparta i psotna, miała skórę koloru jasnego miodu i uśmiech­nięte usta, które budziły zachwyt ludzi, nawet gdy Isla nie sta­rała się zasłu­żyć na ich sym­pa­tię. Była niż­sza od sio­stry, leczy wyda­wała się wyż­sza, ponie­waż cho­dziła lek­kim kro­kiem, z dużą pew­no­ścią sie­bie i unie­sioną głową, z ple­cami pro­stymi jak struna. Uwiel­biała zwra­cać na sie­bie uwagę i nauczyła się gesty­ku­lo­wać płyn­nymi ruchami dłoni, jak Laty­nosi, co nie­odmien­nie przy­cią­gało ludz­kie oczy. Uroda Audrey była bar­dziej kla­syczna. Star­sza sio­stra miała pocią­głą, wraż­liwą twarz, skórę jak ala­ba­ster, na któ­rej natych­miast znać było każdy, choćby naj­słab­szy rumie­niec, i oczy pełne roz­ma­rze­nia, wywo­ła­nego roman­tycz­nymi powie­ściami i muzyką. Audrey potra­fiła spę­dzać dłu­gie godziny na leżaku w ogro­dzie klubu, wyobra­ża­jąc sobie, jak wygląda świat odmienny od tego, do któ­rego nale­żała, świat, gdzie namiętni, poryw­czy męż­czyźni tań­czą ze swo­imi uko­cha­nymi pod gwiaz­dami, wdy­cha­jąc gęsty zapach jaśminu kwit­ną­cego wśród wybru­ko­wa­nych uli­czek Palermo. Pra­gnęła się zako­chać, lecz matka powta­rzała jej, że jest jesz­cze za młoda, aby mar­no­wać czas na roz­my­śla­nia o roman­sach.

– Będziesz miała mnó­stwo czasu na miłość, kiedy doro­śniesz, kocha­nie – mawiała, śmie­jąc się z marzeń córki. – Czy­tasz za dużo powie­ści. Życie jest zupeł­nie inne…

Jed­nak instynkt pod­po­wia­dał Audrey, że matka nie ma racji. Dziew­czyna czuła, że zna miłość, zupeł­nie jakby już doświad­czyła jej w innym życiu, i teraz ogar­nięta nostal­gią dusza nie mogła docze­kać się tego uczu­cia.

*

– Ach, moje śliczne sio­strze­niczki! – wykrzyk­nęła ciotka Edna na widok obu dziew­cząt. – Rose, dziew­czynki pięk­nieją z dnia na dzień… – Nachy­liła się do ucha sio­stry. – Jesz­cze tro­chę i mło­dzi męż­czyźni zaczną się do nich zale­cać. Będziesz musiała uwa­żać na Islę, pan­nica ma psotny błysk w oczach, bez dwóch zdań.

Ciotka Edna była wdową i nie miała dzieci, ale z typowo angiel­skim sto­icy­zmem sta­rała się trak­to­wać tra­giczne wyda­rze­nia swo­jego życia ze zdro­wym poczu­ciem humoru i zaspo­ka­jać macie­rzyń­skie instynkty ser­decz­nymi związ­kami z sio­strze­ni­cami i sio­strzeń­cami. Ciotka Hilda zesztyw­niała, przy­glą­da­jąc się Audrey i Isli ze sta­ran­nie skry­waną nie­chę­cią, spo­wo­do­waną fak­tem, że jej wła­sne cztery córki były chude, pła­skie jak deski, nie­atrak­cyjne i bez­barwne. Żało­wała, że zamiast nich nie uro­dziła czte­rech synów, któ­rzy zapewne mie­liby więk­sze szanse na zawar­cie korzyst­nych mał­żeństw.

– Sia­daj­cie, dziew­częta. – Ciotka Edna pokle­pała sąsied­nie krze­sło pulchną dło­nią, ciężką od biżu­te­rii. – Wła­śnie roz­ma­wia­ły­śmy o…

Pas devant les enfants, nie przy dzie­ciach – wtrą­ciła szybko Rose, nale­wa­jąc sobie kolejną fili­żankę her­baty.

– Och, powiedz, o co cho­dzi, mamu­siu! – popro­siła Isla, robiąc zabawną minę do ciotki Edny, która odpo­wie­działa poro­zu­mie­waw­czym mru­gnię­ciem.

Zamie­rzała opo­wie­dzieć sio­strze­ni­com o wszyst­kim tro­chę póź­niej, kiedy zostaną same.

– Nie sta­łoby się nic złego, gdyby się o tym dowie­działy – zwró­ciła się do sióstr. – Wła­ści­wie takie sprawy w pew­nym sen­sie sta­no­wią część edu­ka­cji dora­sta­ją­cej dziew­czyny, nie sądzisz, Hildo?

Hilda wydęła spierzch­nięte wargi i poru­szyła sznu­rem pereł, zdo­bią­cym jej chudą szyję.

– Zapo­bie­ga­nie zawsze jest lep­sze niż lecze­nie – odparła sucho, ledwo roz­chy­la­jąc usta. – Ja też nie widzę w tym nic szko­dli­wego, Rose.

– Dobrze… – przy­stała Rose, z rezy­gna­cją odchy­la­jąc się w fotelu. – Ale ty im to opo­wiedz, Edno, bo ja jestem zbyt poru­szona…

W błę­kit­nych oczach ciotki Edny zabły­sło zło­śliwe roz­ba­wie­nie. Bez pośpie­chu zapa­liła papie­rosa. Obie jej sio­strze­nice nie­cier­pli­wie obser­wo­wały, jak głę­boko zaciąga się dymem, pra­gnąc nasi­lić dra­ma­tyczny efekt.

 

– Jest to tra­giczna, lecz także wyjąt­kowo roman­tyczna histo­ria, moje dro­gie – zaczęła, wydmu­chu­jąc chmurkę dymu niczym nie­szko­dliwy, przy­jaź­nie nasta­wiony smok. – Jak wie­cie, Emma Town­send już jakiś czas temu zarę­czyła się z Tho­ma­sem Let­to­nem, lecz teraz oka­zało się, że bie­daczka jest do sza­leń­stwa zako­chana w jakimś Argen­tyń­czyku…

– Co naj­gor­sze, ten chło­pak nie pocho­dzi nawet z dobrej argen­tyń­skiej rodziny – wtrą­ciła ciotka Hilda, uno­sząc brwi, aby pod­kre­ślić dez­apro­batę. – To syn pie­ka­rza czy kogoś takiego…

Zagłę­biła szpo­nia­ste palce w nale­żą­cej do sio­stry paczce papie­ro­sów, wyjęła jed­nego i z obu­rzoną miną zapa­liła.

– Ci biedni rodzice! – Rose ze współ­czu­ciem pokrę­ciła głową. – Wyobra­żam sobie, jaki to dla nich wstyd…

– Gdzie Emma go poznała? – zapy­tała Audrey.

Była wstrzą­śnięta dra­ma­ty­zmem histo­rii i bar­dzo chciała dowie­dzieć się cze­goś wię­cej.

– Nie wia­domo – odparła ciotka Edna, roz­ko­szu­jąc się wra­że­niem, jakie jej słowa zro­biły na dziew­czę­tach. – Moim zda­niem chło­pak musi miesz­kać gdzieś w sąsiedz­twie, bo jak ina­czej mogliby na sie­bie wpaść? Nie wąt­pię, że była to miłość od pierw­szego wej­rze­nia. Podobno Emma wykra­dała się ze swo­jego pokoju przez okno i spo­ty­kała się z nim o pół­nocy, dowie­dzia­łam się tego od bar­dzo odpo­wie­dzial­nej i dobrze zorien­to­wa­nej osoby… Wyobraź­cie sobie tylko – taki skan­dal!

Isla zagry­zła wargi z pod­nie­ce­nia. Oczy ciotki Edny roz­sze­rzyły się jak źre­nice żaby, która wła­śnie zauwa­żyła tłu­stą, dorodną muchę.

– Randki o pół­nocy! – powtó­rzyła z prze­ję­ciem, przy­po­mi­na­jąc sobie wła­sne tajemne spo­tka­nia w pawi­lo­nie, na które uma­wiała się w mło­do­ści. – Zupeł­nie jak w powie­ści!

– W jaki spo­sób wszystko się wydało? – zapy­tała Isla z zapar­tym tchem, igno­ru­jąc łagod­nie kar­cące spoj­rze­nie matki.

– Zauwa­żyła ich babka Emmy, stara pani Feather­field, która naj­czę­ściej nie może spać i do póź­nej nocy spa­ce­ruje po ogro­dzie. Zoba­czyła młodą parę, cału­jącą się pod figow­cem, i była pewna, że to wnuczka oraz jej narze­czony, Tho­mas Let­ton. Wyobraź­cie sobie jej prze­ra­że­nie, kiedy się zorien­to­wała, że Emmę trzyma w ramio­nach obcy, ciem­no­włosy chło­pak, który…

– Wystar­czy, Edno – ode­zwała się nagle Rose, z gło­śnym stuk­nię­ciem odsta­wia­jąc fili­żankę na spode­czek.

– Biedny Tho­mas Let­ton musi być na dnie roz­pa­czy – pod­jęła Edna, tak­tow­nie poru­sza­jąc inny wątek histo­rii, aby uczy­nić zadość proś­bie sio­stry. – Teraz na pewno nie ożeni się z Emmą…

– Mówiono mi, że głu­pia dziew­czyna upiera się, iż jest zako­chana w tym Argen­tyń­czyku – oznaj­miła ciotka Hilda, z iry­ta­cją zgnia­ta­jąc nie­do­pa­łek w popiel­niczce. – Podobno błaga swo­ich nie­szczę­snych rodzi­ców, żeby pozwo­lili jej wyjść za syna pie­ka­rza…

– Coś takiego! – zawo­łała ciotka Edna.

Zaczęła z pod­nie­ce­niem wachlo­wać okrą­głą twarz kartą dań, delek­tu­jąc się szcze­gó­łami skan­dalu.

– O mój Boże… – wes­tchnęła żało­śnie Rose.

– Cudow­nie! – ucie­szyła się Isla. – Co za wspa­niała afera! Myśli­cie, że Emma uciek­nie z tym chło­pa­kiem?

– Skądże znowu, kocha­nie – odparła Rose, uspo­ka­ja­jąco pokle­pu­jąc córkę po dłoni. Isla zawsze eks­cy­to­wała się naj­drob­niej­szymi rze­czami ponad wszelką miarę. – To po pro­stu nie­moż­liwe. Na pewno nie chcia­łaby przy­nieść takiego wstydu rodzi­nie…

– Jakie to smutne… – prze­mó­wiła Audrey, która czuła roz­pacz kochan­ków tak inten­syw­nie, jakby sama jej doświad­czała. – Jakie to strasz­nie smutne, że nie mogą być razem… Co z nimi będzie? – Spoj­rzała na matkę dużymi, roz­ma­rzo­nymi oczami.

– Sądzę, że Emma wcze­śniej czy póź­niej odzy­ska roz­są­dek. Będzie mogła uwa­żać się za szczę­ściarę, jeżeli biedny Tho­mas Let­ton zgo­dzi się mimo wszystko pojąć ją za żonę. Nie jest to cał­ko­wi­cie wyklu­czone, bo wiem, że darzy ją głę­bo­kim uczu­ciem…

– Gdyby to zro­bił, nale­ża­łoby uznać go za świę­tego – sko­men­to­wała ciotka Hilda, wzru­sza­jąc ramio­nami i szyb­kimi, ner­wo­wymi ruchami roz­sma­ro­wu­jąc dżem na roga­liku.

– To prawda – przy­znała ciotka Edna. Wycią­gnęła rękę i poczę­sto­wała się kawał­kiem pysz­nego pier­nika. – Powinna dzię­ko­wać Bogu na kola­nach, jeżeli Tho­mas nie zerwie zarę­czyn. Wielu męż­czyzn nie wró­ciło z wojny, więc mnó­stwo mło­dych kobiet pozo­sta­nie bez mężów… Tro­chę dzi­wię się Emmie, że nie miała dość zdro­wego roz­sądku, aby doce­nić to, co dostała od losu…

– Czy ten biedny chło­piec jest w niej zako­chany? – zagad­nęła cicho Audrey.

– Nie powi­nien był pozwa­lać sobie na taką bez­czel­ność – odpo­wie­działa krótko ciotka Hilda. – Sły­sza­ły­ście, że Moira Phi­lips w końcu zwol­niła szo­fera? Bar­dzo dobra decy­zja, bio­rąc pod uwagę, że naj­praw­do­po­dob­niej pod­słu­chi­wał ich roz­mowy i prze­ka­zy­wał wszystko rzą­dowi… Co za kosz­mar, trudno to sobie wyobra­zić…

Audrey sie­działa w mil­cze­niu, gdy tym­cza­sem jej matka i ciotki roz­ma­wiały o szo­fe­rze pani Phi­lips. Nie znała zbyt dobrze Emmy Town­send, ponie­waż dziew­czyna była od niej o jakieś sześć lat star­sza, ale czę­sto widy­wała ją w klu­bie. Emma miała miłą, ładną twarz i włosy mysiego koloru. Audrey zasta­na­wiała się, co teraz robi i co czuje nie­szczę­śli­wie zako­chana dziew­czyna. Wyobra­żała sobie, że Emma potwor­nie cierpi, że przy­szłość jawi się jej jako czarna, pozba­wiona miło­ści otchłań. Zer­k­nęła na sio­strę, która ze znu­dze­niem sku­bała kanapkę. Sprawa szo­fera Moiry Phi­lips była nudna jak flaki z ole­jem w porów­na­niu z zaka­za­nym roman­sem Emmy Town­send… Audrey wie­działa, że Islę inte­re­suje głów­nie zamie­sza­nie, wywo­łane zacho­wa­niem nie­szczę­snej dziew­czyny, nato­miast roman­tyczny, tra­giczny wymiar histo­rii nie ma dla niej naj­mniej­szego zna­cze­nia. Isla cie­szyła się, że przez pewien czas wszy­scy będą roz­ma­wiać tylko o Emmie, w dodatku takim samym, przy­ci­szo­nym gło­sem, jakim mówi się o śmierci i pogrze­bie, choć w isto­cie będą czuli przy­jemne pod­nie­ce­nie, powta­rza­jąc sobie nie­przy­zwo­ite szcze­góły. Isla była zachwy­cona, że tak łatwo można zachwiać upo­rząd­ko­wa­nym życiem angiel­skiej wspól­noty i w głębi serca żało­wała, że w cen­trum uwagi zna­la­zła się Emma Town­send, a nie ona. Cóż, na razie będzie musiała zado­wo­lić się eks­cy­ta­cją pły­nącą z powta­rza­nych przez rodzinę i sąsia­dów plo­tek…

*

Minęły co naj­mniej dwa tygo­dnie, zanim Emma Town­send poja­wiła się w klu­bie. Plotki i atmos­fera skan­dalu sze­rzyły się jak pożar w lesie i nara­stały, aż w końcu panie ze zna­mie­ni­tego sto­wa­rzy­sze­nia Hur­lin­gham Ladies zaczęły szep­tać, iż Emma jest w ciąży, co na szczę­ście oka­zało się cał­ko­witą nie­prawdą. Sto­wa­rzy­sze­nie Hur­lin­gham Ladies skła­dało się z czte­rech star­szych, sza­cow­nych dam lub Kro­ko­dy­lic, jak zja­dli­wie nazy­wała je ciotka Edna, które spraw­nie i kom­pe­tent­nie orga­ni­zo­wały wszyst­kie klu­bowe imprezy, to zna­czy mecze polo, zawody lek­ko­atle­tyczne, wystawy kwia­tów, przy­ję­cia i kok­tajle na świe­żym powie­trzu oraz tańce. We wtor­kowe wie­czory gry­wały w bry­dża, w środy rano w golfa, a w czwart­kowe popo­łu­dnia malo­wały i z nużącą regu­lar­no­ścią roz­sy­łały zapro­sze­nia na her­batki i nocne czu­wa­nia modli­tewne. Jak mówiła Edna, Kro­ko­dy­lice sta­no­wiły swo­istą „poli­cję pro­to­kołu dobrego zacho­wa­nia” – każdy wie­dział, że popeł­nił jakieś wykro­cze­nie prze­ciwko dobrym manie­rom, jeśli zapro­sze­nie na małym lilio­wym kar­to­niku nie tra­fiło do jego skrzynki, cho­ciaż nie­któ­rzy z praw­dziwą ulgą przyj­mo­wali fakt, że wresz­cie nie muszą wymy­ślać odpo­wied­niej wymówki.

Audrey i Isla przez całe te dwa tygo­dnie cier­pli­wie wypa­try­wały bied­nej Emmy Town­send. W nie­dzielę dziew­czyna nie poja­wiła się w kościele, co roz­wście­czyło cztery damy. Po nabo­żeń­stwie długo sie­działy przed budyn­kiem, raz po raz zbli­ża­jąc ku sobie ozdo­bione pió­rami kape­lu­sze, gęga­jąc jak gęsi i surowo kry­ty­ku­jąc Emmę, która nie uznała za sto­sowne bła­gać Boga o wyba­cze­nie. Kiedy w drzwiach kościoła sta­nął Tho­mas Let­ton z całą rodziną, zgro­ma­dzeni zamil­kli, podą­ża­jąc wzro­kiem za jego przy­stojną syl­wetką. Tho­mas z god­no­ścią prze­szedł główną nawą, a jego obo­jętna, spo­kojna twarz nie zdra­dzała upo­ko­rze­nia, jakim z pew­no­ścią było dla niego zacho­wa­nie Emmy. Kro­ko­dy­lice ze współ­czu­ciem ski­nęły gło­wami, lecz Tho­mas udał, że ich nie widzi i ze wzro­kiem utkwio­nym w ołta­rzu zajął miej­sce obok matki i sio­stry. Emmy nie widziano także na meczu polo ani na pik­niku po zakoń­cze­niu gry, zor­ga­ni­zo­wa­nym przez dwie Kro­ko­dy­lice, Charlo Osborne i Dianę Lewis. Obie panie przez całe popo­łu­dnie mam­ro­tały pod nosem, że jeżeli Emma zjawi się na pik­niku, publicz­nie dadzą do zro­zu­mie­nia, co o niej myślą i ode­ślą ją do domu, cho­ciaż w głębi duszy marzyły, aby mimo wszystko przy­szła i dostar­czyła zebra­nym nowego tematu do plo­tek. Wresz­cie, po ponad dwóch tygo­dniach, Emma wraz z rodziną przy­szła do klubu na sobotni lunch.

Audrey i Isla sie­działy w wydzie­lo­nej wnęce z braćmi, rodzi­cami i natu­ral­nie ciotką Edną, kiedy Emma Town­send z pochy­loną głową prze­kro­czyła próg sali jadal­nej, z wielką deter­mi­na­cją wpa­tru­jąc się w pod­łogę i uni­ka­jąc wzroku innych gości. Audrey pod­nio­sła głowę, zasko­czona nagłą ciszą, i ujrzała, jak mała grupa prze­mie­rza jadal­nię powol­nym kro­kiem, kie­ru­jąc się ku sto­li­kowi w rogu. Wszy­scy, to jest wszy­scy poza puł­kow­ni­kiem Bly­the, który ukrył bujne szpa­ko­wate wąsy za egzem­pla­rzem „Lon­don Illu­stra­ted News”, paląc turec­kie cygaro, obser­wo­wali prze­marsz rodziny Town­sendów. Nawet pan Town­send, postawny męż­czy­zna o sre­brzy­stych wło­sach i krę­co­nych boko­bro­dach, prze­łknął obu­rze­nie, decy­du­jąc się raczej na mil­cze­nie niż na kon­fron­ta­cję, którą w innych oko­licz­no­ściach z pew­no­ścią by wybrał. Spo­koj­nie zamó­wił drinki, potem zaś odwró­cił się ple­cami do reszty małej spo­łecz­no­ści, która z gor­li­wo­ścią wygłod­nia­łych sza­kali cze­kała na jego następny gest.