Ostatni sekret Deverillów

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

*

Podniecony z powodu otrzymania listu JP postanowił po drodze do domu złożyć wizytę ojcu. Bertie był jedynym człowiekiem, z którym JP mógł swobodnie rozmawiać o Marcie, ponieważ był obecny przy ich poznaniu. Udzielił mu zresztą dobrej rady. Jeśli chodzi o porady sercowe, jego ojciec posiadał znakomite kwalifikacje. Oczywiście JP podejrzewał, że Kitty wie, że się zakochał; jego przyrodnia siostra była zbyt inteligentna, żeby coś takiego przeoczyć. Ale nie czuł się gotowy, by jej się zwierzyć. Nie powiedział o tym także Robertowi. Nie dlatego, by mu nie ufał, ale ponieważ wiedział, że powie o tym Kitty i wtedy jej indagacjom nie będzie końca. Na razie wolał zatrzymać Marthę dla siebie.

JP dotarł do Hunting Lodge, surowego, szarego domu z wysokimi szczytami i ciemnymi oknami, gdzie dorastała Kitty, podczas gdy jej dziadkowie mieszkali w zamku. W powietrzu czuć było chłód, ponieważ wilgoć ciągnęła od rzeki, która przepływała obok domu i wpadała do morza. Kitty twierdziła, że tu zawsze panowała wilgoć, nawet latem, i nie ukrywała, że nie ma sentymentu do tego miejsca. JP powierzył konia jednemu ze stajennych, a potem wszedł do domu. Zastał ojca w salonie ze swoimi wilczarzami u boku, udzielającego instrukcji dwóm ludziom, którzy zdejmowali portret Adeline.

– Cześć, młody człowieku – powitał go Bertie. – Uważaj, Barrett, obraz jest cięższy, niż na to wygląda.

– Dobrze, proszę pana – odpowiedział Barrett z poczerwieniałą z wysiłku twarzą.

– Dlaczego zdejmujesz babcię? – spytał JP.

– Jest zaciek, kolejny zaciek, a ja chcę uchronić obraz. Uważam, że to dobry portret.

– Była piękną kobietą – powiedział JP.

– To prawda. Szkoda, że byłeś zbyt młody, żebyś mógł ją poznać.

– Przypomina Kitty.

– Owszem. Te same rude włosy, jasnoszare oczy i wyraz twarzy. Czasem, gdy na nią patrzę, widzę tak zadziwiające podobieństwo, że muszę się uszczypnąć. Powieszę go z powrotem, gdy tylko ściana wyschnie. Nie będę tracił pieniędzy na naprawy. Jestem pewien, że obraz zakryje plamę.

Barrett i jego pomocnik ciężkim krokiem wycofywali się do holu.

– Ostrożnie – powtórzył Bertie. – Nie ma pośpiechu. Powoli. Molly pokaże wam, gdzie go postawić, prawda, Molly? I zabezpieczcie go. Nie chcę, żeby się zakurzył.

– Tak, lordzie Deverill – odpowiedziała rumiana pokojówka w białym fartuszku, która pojawiła się w drzwiach. Skinęła na mężczyzn, kierując ich do biblioteki, a potem – mieli nadzieję – na drinka w nagrodę.

– Mówię ci, JP, to cud, że ten dom ciągle stoi – oznajmił Bertie, zapadając się w fotel i kręcąc głową nad żałosnym stanem pokoju. – Ale nie ma sensu rozpaczać. Szczęście, że w ogóle mamy dach nad głową.

– Być może hrabina go naprawi – zasugerował JP, siadając w drugim fotelu. – W końcu ona jest teraz właścicielką, a ty płacisz czynsz. Jej powinno zależeć, żeby utrzymać ten dom w dobrym stanie.

Bertie naburmuszył się; widać, że nie miał dobrej opinii o hrabinie.

– Lepiej nie wspominaj o tym Kitty, bo dostaniesz burę. – Uśmiechnął się szeroko. – Ach, dostałeś list, nieprawdaż? – Przyglądał się, jak syn wyjmuje kopertę z kieszeni marynarki. – Podobasz jej się, prawda?

– Myślę, że tak – przyznał JP.

– A więc musisz pojechać do Londynu – zachęcił go Bertie.

– Miałem nadzieję, że to powiesz – rzekł z ulgą JP.

– Drogi chłopcze, jeśli chodzi o sprawy sercowe, nie należy tracić czasu. Wszyscy pewnie by cię przestrzegali, w końcu masz zaledwie siedemnaście lat, ale ja ci mówię – jedź i znajdź ją. Kto nie ryzykuje, ten nie pije szampana, a mężczyzna musi się wyszumieć, zanim się ustatkuje.

Na twarzy JP pojawił się wyraz rozczarowania.

– Nie mam zamiaru się wyszumieć z Marthą, tato. Ona nie jest taką dziewczyną. Zamierzam się z nią ożenić.

Teraz Bertie wyglądał na zaniepokojonego.

– Zaledwie raz się z nią spotkałeś – zauważył.

JP się uśmiechnął.

– Czasami od razu się wie – powiedział, wzruszając ramionami.

Bertie nie mógł się z tym spierać.

Rozdział 8

Profesor Partridge był przerażony, gdy siostra zakomunikowała mu o zaproszeniu na kolację do lady Gershaw.

– Już niebawem wyjeżdżamy do Irlandii – powiedziała pani Goodwin, stając w drzwiach jego gabinetu. – Ale najpierw wypada nam przyjąć zaproszenie lady Gershaw. Była tak uprzejma, że udzieliła nam potrzebnych informacji. Musimy przynajmniej dostarczyć cię do niej na kolację.

Profesor Partridge zdjął okulary i potarł czubek nosa, z widoczną niechęcią odrywając się od lektury.

– Nie mam więc wyjścia – zauważył po chwili, a pani Goodwin poczuła ulgę.

– Możesz spędzić przyjemnie czas, Stephen – dodała z lekkim uśmiechem.

– Przyjemne spędzanie czasu może się okazać dla mnie niebezpieczne – rzekł oschle.

– Niebezpieczne?

– Jeśli zbyt przyjemnie będę spędzał czas, mogę mieć ochotę częściej odrywać się od biurka. A wtedy nie wykonam swojej pracy.

– Przypuszczam, że chcesz mi powiedzieć, że kobiety są zgubą mężczyzn?

– W przypadku lady Gershaw to możliwe.

– Ona bardzo się tobą interesuje.

Profesor ponownie założył okulary.

– Kiedy wyjedziecie do Irlandii? – spytał, a jego siostra mogła wywnioskować, że po pierwsze, chciał się ich jak najszybciej pozbyć, a po drugie, nie miał ochoty rozmawiać o lady Gershaw.

– W ciągu tygodnia. Poczynię stosowne przygotowania i znajdę jakieś miejsce, gdzie mogłybyśmy się zatrzymać w Ballinakelly.

– Świetnie! – Ucieszył się profesor Partridge. – A teraz bądź tak miła i poproś panią Brown, żeby dołożyła polano do kominka. I zamknij za sobą drzwi.

Kilka dni później Martha siedziała przy stole w jadalni lady Gershaw. Po jej prawej stronie posadzono starszawego pastora, wielebnego Petera Dysona, który był pogodnym, a nawet trochę figlarnym człowiekiem; miał wijące się siwe włosy i delikatne oczy w kolorze niebieskiego topazu. Po jej lewej stronie siedział siostrzeniec lady Gershaw, Edward Pearson, przystojny młodzieniec, którego lśniące ciemne włosy były zaczesane z czoła, odsłaniając wyraźny „wdowi szpic” i zadziwiająco piękne zielone oczy, które większość kobiet wprawiłyby w zachwyt. Wydymał jednak irytująco nadąsane usta, gdy ze źle ukrywanym znudzeniem przesuwał wzrokiem po stole. Nie wyglądał na uszczęśliwionego, że się tu znajduje. Panią Goodwin posadzono po drugiej stronie pastora, a kolejnego lorda, którego nazwisko umknęło Marcie, po jej prawej. Lady Gershaw posadziła profesora obok siebie i rozmawiała z nim konfidencjonalnie. Wyglądało na to, że reszta świata przestała dla niej istnieć. Martha była ubawiona, że lady Gershaw zadała sobie trud zaproszenia dziesięciu osób tylko po to, żeby mieć przyjemność rozmowy z profesorem Partridge’em. Cóż to musiała być za przyjemność! Policzki damy były zarumienione i raz po raz wybuchała szczerym perlistym śmiechem.

Podczas jedzenia przystawki – a był nim pyszny mus z łososia – Martha rozmawiała z pastorem. Był uroczy, zabawiał ją barwnymi opowieściami o swoich parafianach, tak że nieśmiałość Marthy rozpłynęła się w cieple jego humoru. Podobał jej się jego brytyjski akcent i chropowaty timbre głosu, mogłaby rozmawiać z nim przez cały wieczór. Ale gdy podano główne danie i lady Gershaw aczkolwiek niechętnie zaczęła konwersację z dżentelmenem, siedzącym po jej lewej stronie, Martha musiała też zwrócić się ku niezbyt sympatycznemu młodemu mężczyźnie u swego drugiego boku. Wpatrywała się w talerz, gdy pastor zabawiał panią Goodwin, i bezradnie zastanawiała się, jak nawiązać rozmowę z nadąsanym sąsiadem.

Edward Pearson westchnął ze znużeniem i bez entuzjazmu grzebał w talerzu.

– Zawsze jest kaczka albo bażant – powiedział; z jego tonu można było wywnioskować, że nie lubi ani jednego, ani drugiego. – Ciocia Marjorie uwielbia ciężkie jedzenie z sosami i kartoflami. Na mój gust jest nieco za tłuste.

Odciął kawałek kaczej piersi i włożył do ust. Martha poszła w jego ślady i odkryła, że kaczka jest pyszna. Przeżuwali w milczeniu.

– Ciocia Marjorie powiedziała, że jesteś z Connecticut – odezwał się w końcu Edward.

– Tak – odparła Martha. Obawiała się, że będzie to długi wieczór.

– Co sprowadza cię do Londynu?

Nie sprawiał wrażenia, że jest szczególnie zainteresowany jej odpowiedzią. Błądził wzrokiem po pokoju, jakby w poszukiwaniu czegoś bardziej zajmującego, na czym mógłby się skupić. Jednak jak przystało na dobrze wychowaną pannę, grzecznie mu odpowiedziała. Och, najchętniej by go zignorowała i włączyła do ożywionej rozmowy, jaką prowadziła pani Goodwin z wielebnym Dysonem. Niezręczna cisza się przeciągała. Wszyscy przy stole rozmawiali z ożywieniem, nawet profesor Partridge wydawał się pełen animuszu. Martha pomyślała o JP, o tym, jaki jest uroczy w porównaniu z tym naburmuszonym mężczyzną, i uśmiechnęła się z roztargnieniem, zastanawiając się, co by sobie pomyślał o Edwardzie Pearsonie.

– Co cię tak rozbawiło? – spytał Edward. – Byłbym wdzięczny, gdybyś się ze mną tym podzieliła, ponieważ dziś wieczorem niewiele mnie tu bawi.

Martha wybuchnęła śmiechem. Odłożyła nóż i widelec na talerz i wytarła usta serwetką.

Edward zmarszczył brwi. Ale Martha nie była w stanie przestać. Było w nim coś nader komicznego, gdy patrzyło się nań oczami JP Deverilla. Dostrzegała, jaki jest absurdalny.

– Przepraszam – odezwała się wreszcie, starannie wycierając kącik oka, żeby nie rozmazać tuszu.

– Czy coś powiedziałem? – Martha zaczęła się znowu śmiać. – Chodzi o coś, co powiedziałem, prawda? – nalegał. – Ale śmiejesz się ze mnie, a nie ze mną. Powinienem cię przeprosić, nie jestem dziś wieczór w dobrym nastroju.

 

Martha zawstydzona przestała się śmiać.

– To ja cię przepraszam. Byłam bardzo zdenerwowana... dzisiejszą kolacją.

– Zdenerwowana? A z jakiego powodu miałabyś się denerwować?

– Nie wiem. Jestem pierwszy raz w Londynie. Nie znam tu nikogo, a lady Gershaw to matrona budząca szacunek.

Edward wykrzywił usta w niedowierzającym uśmiechu.

– Chyba ciocia Marjorie cię nie wystraszyła?

– Dla ciebie to może ciocia Marjorie, ale dla mnie lady Gershaw. Nigdy przedtem nie poznałam żadnej lady.

– Nie urodziła się z tytułem i nie jest ani przerażająca, ani wyniosła. – Pochylił się ku niej i zniżył głos. – Co byś powiedziała, dowiadując się, że jej ojciec był kupcem?

– Kupcem?

– Tak, mój pradziadek produkował tkaniny, a mój dziadek otworzył sklep. Jego córka Marjorie wpadła w oko bogatemu arystokracie. Ot, i cała tajemnica! Młodsza córka, moja matka, nie była tak sprytna, chociaż, poślubiając mojego ojca, nie wyszła na tym źle. Ale mogę ci powiedzieć, że jeśli ciotka Marjorie coś postanowi, zazwyczaj to dostaje. – Westchnął teatralnie. – Biedny profesor Partridge. Jest już jak lis jedną łapą w potrzasku!

– Nie sądzę, by profesor Partridge był skłonny do ożenku – zauważyła Martha. Obydwoje przyglądali się mu z drugiej strony stołu. – Myślę, że bardziej interesują go książki.

– Dlatego właśnie moja ciotka tak bardzo go pragnie, że nie może go mieć. Pragnienie rzeczy nieosiągalnych leży w ludzkiej naturze.

– Co się stało z jej mężem?

– Zginął podczas polowania w Irlandii. Mówię ci, Irlandczycy to dzikusy!

Martha poczuła się tak, jakby nagle poraził ją prąd.

– W Irlandii?

– W jakiejś dziurze, o której nikt nigdy by nie usłyszał, gdyby nie jakaś oryginalna rodzina z dużym zamkiem.

– Opowiedz mi o nich – poprosiła Martha. Czy to możliwe, że mówił o Deverillach?

– To mała, mało znana mieścina o nazwie Ballinakelly. – Martha nagle przypomniała sobie, że musi zaczerpnąć powietrza. – Wujek Ropuch, który naprawdę miał na imię Tony, ale był duży, zwalisty i miał upodobanie do luksusowego życia, a więc nazywano go jak jednego z bohaterów...

– O czym szumią wierzby – przypomniała Martha. – Piękna książka.

– W wuju nie było nic pięknego, mogę cię zapewnić. W każdym razie kochał polowania, a polowania na lisa w Ballinakelly były szczególnie ryzykowne, lord Deverill zaś słynął ze szczodrości w częstowaniu porto, a więc na to zaproszenie czekał z wyjątkową niecierpliwością. Oczywiście ciocia Marjorie uwielbia obracać się w wyższych sferach, chociaż sama nie poluje. I całe szczęście, ponieważ gdyby była równie gadatliwa na koniu, jak jest przy stole, ciężko byłoby ją znieść.

– Co się stało na polowaniu? – spytała Martha, pragnąc skierować rozmowę z powrotem na Deverillów.

– Wuj Ropuch, Bertie Deverill i szalony kuzyn Bertiego, Digby Deverill, zwykli się ścigać. W dzieciństwie chodzili razem do szkoły, gdzie ostro rywalizowali. To było przed dwudziestu laty, tuż po wojnie. Wuj nie był już tak młody i sprawny, jak kiedyś, ale nadal lubił brawurę. Wyruszyli w wyjątkowo dżdżysty poranek i przeskakiwali przez wszystko, co było po drodze. Wuj nie mógł rywalizować z Deverillami w siodle, rozumiesz, Deverillowie jazdę konną mieli we krwi, ale za wszelką cenę chciał pokazać, że potrafi jeździć równie zawadiacko jak tamci. Ten szaleniec próbował wziąć jakąś nader wysoką przeszkodę, ale koń w ostatniej chwili zaprotestował, spłoszył się i poślizgnął na błocie. Wuj spadł i złamał sobie kark.

– To straszne! – oświadczyła Martha z empatią.

– Smutne dla cioci Marjorie, ponieważ nie mieli dzieci i została sama. Nie wyszła ponownie za mąż, ale od czasu do czasu jeździ do Ballinakelly.

– To okropne również dla Deverillów, że coś takiego przydarzyło się jednemu z ich gości.

– Przecierpieli gorsze rzeczy, zapewniam. Ich dom spalił się podczas konfliktu.

– Zamek?

– Tak, prawie cały zamienił się w popiół. Hubert Deverill, ojciec Bertiego, zginął w pożarze. – Widok zszokowanej twarzy Marthy zachęcił Edwarda do dalszych plotek. – Potem był głośny skandal, gdy Bertie zrobił dziecko jakiejś pokojówce. Jego żona obraziła się na niego śmiertelnie i opuściła Irlandię chyba na zawsze. Mieszka teraz na Belgravii i ma bogatego kochanka. To doprawdy skandal!

– Co się stało z tym dzieckiem Bertiego i pokojówki?

– Bertie uznał syna i wychował. Nie przejął się plotkami. Ale taki jest Bertie. Chłopak jest bardzo miły. Prawdziwy Deverill, powiedziałbym.

Martha odwróciła wzrok i powoli oddychała. Ledwie śmiała zadać to pytanie, ale ciekawość przeważyła.

– Jak się nazywa ten chłopiec?

– JP – odparł Edward. – JP Deverill.

Edward kontynuował opowieści o Deverillach. Zapalając się do tematu, opowiedział Marcie, jak Celia odbudowała zamek, a potem była zmuszona do jego sprzedaży, gdy jej mąż Archie popełnił samobójstwo po utracie majątku podczas wielkiego kryzysu, o jej ojcu Digbym, który zmarł na atak serca podczas gry w golfa, oraz o tym, że Celia uciekła do Afryki Południowej.

– Tak upadają wielcy – westchnął Edward na koniec, gdy Marcie już kręciło się w głowie od tych historii. – Ktoś powinien napisać o nich książkę – zaśmiał się cicho. – To byłby bestseller.

Martha była rozczarowana, gdy lady Gershaw wstała i wyprowadziła panie z jadalni, aby mężczyźni mogli popijać porto i dyskutować o polityce. Po odświeżeniu się w łazience na górze Martha dołączyła do pani Goodwin przed kominkiem.

– Jak ci się podoba ten przystojny młody człowiek? – spytała cicho pani Goodwin. – Na początku niepokoiłam się o ciebie, ale wyglądało na to, że dałaś sobie radę.

Martha chwyciła ją za ramię.

– On zna Deverillów – odparła. – Zna JP.

– A nie mówiłam? Wszyscy angielscy arystokraci się znają.

Lady Gershaw opadła na fotel i uśmiechnęła do Marthy.

– Martho, moja droga, jak tam spisał się mój siostrzeniec? Uroczy, nieprawdaż?

*

Już w sypialni, w domu profesora Partridge’a, Martha opowiedziała swojej niani o wszystkim, czego dowiedziała się od Edwarda. Pani Goodwin słuchała zafascynowana, siedząc na brzegu łóżka, podczas gdy Martha nerwowo chodziła po pokoju.

– Cóż mogę powiedzieć? Ci Deverillowie są nadzwyczajni.

– Nie spytałam go o lady Rowan-Hampton. Bałam się – wyznała Martha, zatrzymując się na chwilę. – Nie chcę usłyszeć niczego, co zmieniłoby moje o niej wyobrażenie.

– Wkrótce sama wszystkiego się dowiesz. Rano zajmę się przygotowaniami. Lady Gershaw poleciła mi uroczą małą gospodę w samym centrum Ballinakelly. Nie jest to luksusowe miejsce, ale niedrogie i wygodne. Lady Gershaw mówi, że rozciąga się z niego widok na port. Czyż to nie brzmi zachęcająco?

– Nie przeszkadza mi, że JP jest nieślubnym dzieckiem. Tak naprawdę, ja też – zwierzała się Martha, której myśli zaprzątał wyłącznie JP. – To jeszcze jedna rzecz, którą mamy ze sobą wspólnego oprócz tego, że lubimy herbatę z dużą ilością mleka! – Przycisnęła ręce do piersi i westchnęła tęsknie. – Nie miałoby dla mnie znaczenia, gdyby jego rodzice byli chłopami! Kocham go takim, jakim jest.

Pani Goodwin się uśmiechnęła.

– Czy zdajesz sobie sprawę, że lady Gershaw swatała cię ze swoim siostrzeńcem?

– Och, niemożliwe – zaprotestowała Martha.

– Domyśliłam się od chwili, gdy opowiadając o twoich rodzicach, napomknęłam, jakim powszechnym uznaniem cieszy się rodzina Wallace’ów. Jej małe oczka zalśniły jak u sroki, która zauważyła kawałek srebra. Pastor powiedział mi, że lady Gershaw niepokoi się o Edwarda, ponieważ jest bezdzietna, a on jest jej spadkobiercą. Jak do tej pory zalecał się do wielce nieodpowiednich dziewcząt.

– Cóż, w takim razie się rozczaruje – stwierdziła Martha, ale pani Goodwin zauważyła, że dziewczynie pochlebiło, że ktoś uznał ją za „odpowiednią” partię. – Moje serce należy do kogoś innego.

– Oczywiście, że tak – przytaknęła pani Goodwin, podnosząc się z łóżka. – Już czas, żebyś się położyła. Myślę, że odwdzięczyłyśmy się lady Gershaw za jej uprzejmość.

– Z pewnością – przyznała Martha. – Biedny profesor, tak bardzo się wzbraniał.

Pani Goodwin zmrużyła oczy.

– Nie sądzę, żeby był tak niechętny, jak myślisz. Powiedziałabym nawet, że on ją lubi.

– Naprawdę?

– Tak uważam. Ona go ośmiela pod każdym względem. Wyciąga go z domu i poprawia mu nastrój. Myślę, że zapomniał, co to znaczy być młodym i beztroskim, a lady Gershaw mu o tym przypomina. – Zawahała się w drzwiach. – Wiem, że będzie bardzo szczęśliwy, gdy się nas pozbędzie.

– Przypuszczam, że rzadko miewa gości.

– Mam wrażenie, że jesteśmy pierwsze! – Pani Goodwin się uśmiechnęła. – A teraz trochę się prześpij. Czeka nas interesujący pobyt w Ballinakelly. Będziesz potrzebowała wiele energii na to, co przyniesie przyszłość.

– Dziękuję za wszystko, pani Goodwin – powiedziała Martha.

– Nie ma za co, moja droga. Nie zamieniłabym tej przygody na nic innego na świecie.

*

Martha była zbyt podniecona, by zasnąć. Nie opuszczały jej myśli o JP i Deverillach. Wyobrażała sobie wielki zamek, spalony do gruntu. Polowania, przyjęcia i splendor, o którym opowiadał jej Edward. Jej świat w porównaniu z tamtym wydawał się tak bardzo stateczny i nudny: lunche w klubie golfowym, herbatki w przystrzyżonych ogrodach, uprzejmi, wykwintnie i pięknie ubrani ludzie w wytwornie urządzonych domach. Nie było tragicznych śmierci, samobójstw, skandali lub pożarów, które dodawałyby trochę pikanterii i głębi tej płytkiej egzystencji. W jej życiu nie wydarzyło się nic interesującego, dopóki Edith nie wyjawiła sekretu, który powierzyła jej Joan. Nagle, w ciągu jednej nocy, Martha zrozumiała, że życie może wyglądać zupełnie inaczej. Zobaczyła przebłysk innego świata, bardziej frapującego. Miała wrażenie, że wypłynęła z osłoniętej zatoki swojego dzieciństwa na niebezpieczne morze wzburzonych fal i zdradliwych stworzeń, a jednak to niebezpieczeństwo ją podniecało. Nigdy przedtem nie była tak podekscytowana. Strząsnęła z siebie wszystkie ograniczenia młodości, narzucane jej szczególnie przez matkę, która chciała, żeby stała się rodowitą przedstawicielką rodziny Wallace’ów. Ale ona jest kimś innym... Nie mogła się doczekać, aż się tego dowie.

Martha znalazła miłość i zamierzała do niej dążyć. Nie wiedziała, dokąd ją zaprowadzi ta droga, ale była ogromnie przejęta, ponieważ wiedziała, że ona i JP należą do siebie. Była tego pewna. Czuła się tak, jakby czekała na niego całe życie i teraz, gdy go spotkała, nigdy już nie będzie samotna. Jakby zgubiła jakąś istotną cząstkę siebie i w końcu ją odnalazła. Zanim poznała JP, miała wrażenie, że jest jedynie połówką, i oto stała się całością. Być może to jakiś banał, jak z kiepskiej piosenki, ale pasował do jej sytuacji. Idealnie pasował. Wróci więc do Irlandii i być może odkryje, że należy do całkiem innego świata niż ten, który znała za Atlantykiem. A jeśli naprawdę należy do tego ekstrawaganckiego irlandzkiego świata, który z taką swadą opisał jej Edward? Zastanawiała się, czy JP otrzymał jej list i czy na niego odpisał. Oczywiście wyjedzie stąd, zanim odpowiedź dojdzie, ale zrobi mu niespodziankę, przyjeżdżając do Ballinakelly. Tak, zdecydowała, zrobi mu niespodziankę! Na tę myśl ogarnęło ją poczucie szczęścia. Leżała w łóżku, mrugając w ciemnościach i przedstawiając sobie wyraz jego twarzy, gdy otworzy drzwi i ją zobaczy.

Wyobrażała sobie swoją prawdziwą matkę, Grace Rowan-Hampton, zapominając o rodzicach w Connecticut i o tym, jak bardzo mogą cierpieć. W ogóle o nich nie myślała.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?