Ostatni sekret Deverillów

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Grace poczuła dreszcz podniecenia na całym ciele, ponieważ najwyraźniej czynił aluzję do tamtych rozkosznych nocy spędzonych w jej łóżku. Ona też je pamiętała i mocny rumieniec zabarwił jej policzki.

– Kochanie – zwrócił się hrabia do żony. Grace cofnęła dłoń, bojąc się, że mogą się czymś zdradzić. Ale Bridie wydawała się nieświadoma drżenia, które wibrowało pomiędzy nimi w powietrzu. – Grace była najwspanialszą gospodynią, gdy po raz pierwszy odwiedziłem Ballinakelly – wyjaśnił. – Nie znałem tu nikogo i ta urocza dama wzięła mnie pod swoje skrzydła i przedstawiła przyjaciołom.

– Z chęcią uczynię to znów – zaproponowała Grace.

Cesare rozsiadł się w fotelu i założył nogę na nogę, odsłaniając brązowo-białe dwukolorowe buty i brązowe skarpetki. Przywiózł ze sobą amerykański szyk do Ballinakelly, pomyślała z podziwem Grace.

– Chcę wypełnić ten zamek ludźmi. Przyjmować mnóstwo gości. W Ameryce byliśmy podziwiani przez cały Nowy Jork. Nie chcę tu, w hrabstwie Cork, umierać z nudów. – Uśmiechnął się, odsłaniając duże, białe zęby, ale Grace, zawsze czujna, gdy chodziło o ukryte motywy, które kierowały ludźmi, wyśledziła cień groźby pod jego przechwałkami. Była całkiem pewna, że jeśli nie dostanie tego, co chce w Ballinakelly, będzie dążył do szybkiego powrotu na Manhattan.

– Pozwól, że ci pomogę – zwróciła się do Bridie. – W tej materii będę twoim przewodnikiem. Musimy zarzucić sieć o wiele szerzej niż Ballinakelly, ponieważ to jest terytorium Deverillów i tu nie znajdziesz wielu przyjaciół. – Grace splotła palce, myśląc o środowisku katolików w Dublinie, które w tajemnicy poznała i o które zabiegała. – Znam odpowiednich ludzi, którzy zechcą u was bywać – stwierdziła.

– To dobrze. Chciałbym wydać bal – wtrącił Cesare. – Największy i najwspanialszy bal, jaki Castle Deverill kiedykolwiek widział.

Na wzmiankę o balu serce Bridie podskoczyło. Ze swoim bogactwem i pomocą Grace pokaże Deverillom, że zaczyna się tu nowa triumfalna epoka; epoka, która swoim szykiem i wspaniałością przyćmi wszystko, co było przedtem. Niezaproszeni lord Deverill i Kitty będą musieli obserwować feerię świateł nad zamkiem na nocnym niebie. Zrozumieją, że sami są winni swojemu losowi. Jak to pięknie napisano w Biblii: „A co człowiek sieje, to i żąć będzie”.

Po wizycie Grace Bridie ośmieliła się pokazać w mieście. Poszła na mszę. Kościół Wszystkich Świętych ze swymi surowymi szarymi murami i wybujałą wieżą był taki sam jak w jej dzieciństwie, a ojca Quinna odmieniły tylko poszarzałe włosy, cera i przygarbiona sylwetka. Ale ona zmieniła się nie do poznania. Siedziała w całej swojej okazałości w pierwszej ławce z Leopoldem i olśniewającym mężem w brązowym garniturze i eleganckim płaszczu wykończonym futrem. Wyglądali jak trzy złote bażanty obok zwykłych kuropatw, ponieważ Michael i pani Doyle, którzy siedzieli w tej samej ławce, robili ponure wrażenie w swych zwyczajnych czarnych ubraniach. Bridie wiedziała, że chroni ją przed dezaprobatą matki jedynie przekonanie, że Cesare jest hrabią, z tytułem nadanym osobiście przez papieża. Bridie nie wyprowadzała jej z błędu. Rosetta wraz z Seanem i pięciorgiem dzieci zajmowali następną ławkę, zdając sobie sprawę, że oczy wszystkich są skierowane na hrabiego i hrabinę, roztaczających wokół siebie iście królewską aurę, którą wszyscy parafianie podziwiali w milczeniu.

*

Jack O’Leary wziął Emer za rękę i uśmiechnął się do niej krzepiąco. Odwzajemniła uśmiech spod ronda niebieskiego kapelusza, który zaprojektowała dla niej Loretta, kuzynka Jacka. Jack popatrzył na delikatną twarz żony i jej łagodne oczy, próbując odsunąć od siebie widok Kitty, wpatrzonej w niego przez szybę atelier modystki, który go od tamtej pory prześladował. Próbował skupić uwagę na ojcu Quinnie, kierującego swoje kazanie do Bridie Doyle oraz jej pompatycznie wyglądającego męża. Przypomniał sobie, jak wyślizgnął się z łóżka Bridie, nawet się z nią nie żegnając. Jak ona zareaguje teraz, gdy ponownie los ich zetknął?

Jack obserwował, jak jej kapelusz się porusza, gdy pochyla się, by szepnąć coś do syna. Domyślał się, że nowa właścicielka Castle Deverill będzie przyczyną nocnych koszmarów Kitty. Kitty, Kitty, Kitty... Ze złością odrzucił to imię i próbował skoncentrować się na kazaniu.

Emer nie miała pojęcia o jego dawnym życiu w Irlandii. Oczywiście nie była naiwna. Jej ojciec zaangażował się w kryminalną działalność w Nowym Jorku i wiedziała, że praca, którą jej mąż wykonywał dla włoskich gangów, była równie podejrzana. Wiedziała również, że Jack został wynajęty przez szefa mafii Salvatore’a Maranzana do zabicia jego rywala Lucky’ego Luciana oraz że spisek udaremniono. Dlatego uciekli do Argentyny. Ukrywali się tam przez prawie pięć lat, zanim Jack uznał, że jest już wystarczająco bezpiecznie, by rozpocząć życie od nowa w Ballinakelly. Wiedziała też o nagrodzie za jego głowę, o broni trzymanej pod poduszką i ciągłym strachu, że pojawi się ktoś z przeszłości, kto zechce zdobyć te pieniądze.

Ale Emer nic nie wiedziała o jego miłości do Kitty ani o przelotnym romansie z Bridie. Żona Jacka szybko zaaklimatyzowała się w Ballinakelly, jakby przynależała tu od zawsze. Została ciepło przyjęta przez dużą rodzinę męża, przez jego rodzeństwo i kuzynów oraz przez jego matkę, Julię, która była uradowana, że syn i wnuki nareszcie wrócili do domu. Wszyscy pokochali Emer od pierwszego wejrzenia; mała społeczność przyjęła ją do swego grona jak swoją. Głośno wznoszono toasty za Jacka, jak za bohatera, który przybywa z tarczą.

Po mszy wszyscy zatrzymali się przed kościołem, żeby pogawędzić na słońcu. Cesare prowadził panią Doyle, która chętnie przyjęła jego ramię, starając się nie okazywać dumy, podczas gdy Michael szedł z Bridie i Leopoldem. Za nimi Rosetta i Sean, a potem piątka ich dzieci. Na dziedzińcu Jack czekał, aż Bridie go zauważy. Ale to Michael zobaczył go pierwszy. Gdy dojrzał go wśród tłumu, na jego twarzy ukazało się zaskoczenie, chociaż dosięgły go już wieści, że Jack O’Leary wrócił do miasta wraz z żoną i trójką dzieci. Ostatni raz widzieli się przed piętnastu laty na drodze z Ballinakelly na farmę Doyle’ów. Zaślepiony wściekłością, gdy dowiedział się, że to Michael wydał go irlandzkiej policji, Jack zaczaił się na niego w ciemnościach. Pobili się wówczas niemal na śmierć. To wydarzyło się, zanim Michael zaszył się w klasztorze Mount Melleray. Zanim wyleczył się tam z alkoholizmu i uzyskał rozgrzeszenie. Teraz Michael był szanowanym, bogobojnym człowiekiem. Jego czarne oczy prześlizgnęły się po Jacku, a ten nie dostrzegł w nich ani odrobiny zazdrości, która zawsze się w nich tliła, gdy postać Kitty Deverill wyrastała pomiędzy nimi jak duch.

Po chwili, idąc ścieżką w stronę ulicy, Bridie też go zauważyła. Z pobladłą twarzą rozchyliła usta; w jej oczach krył się ból. Przez dłuższą chwilę wpatrywali się w siebie. Bridie miała wrażenie, że brnie przez smołę, powoli i z mozołem, ale nie dociera do celu. Ale to Jack pierwszy spuścił wzrok, wstydząc się swego postępku. Bridie uniosła głowę i poszła dalej.

Bridie nie chciała stać dłużej przed kościołem i przyspieszyła kroku, ale dogoniła ją Julia O’Leary. Odkąd jej świętej pamięci mąż powiedział jej, że pierwszy lord Deverill wybudował zamek na ziemi O’Learych, gardziła Deverillami. Wiedziała, jak to matka, że Kitty dręczyła jej syna, bawiąc się jego sercem jak kot kłębkiem wełny, i postanowiła dopilnować, żeby nie zbliżyła się do Jacka teraz, gdy wrócił. Podchodząc do Bridie, nie mogła nie zauważyć urodziwego małego chłopca u jej boku, mniej więcej w tym samym wieku co Liam, syn Jacka i Emer, a tylko trochę młodszego od ich córki Alany.

– Witaj, Bridie – powiedziała.

Bridie zatrzymała się w pół kroku i odwróciła. Byłoby niegrzecznie nie przywitać się z panią O’Leary, którą znała od dziecka.

– Dzień dobry, pani O’Leary – odrzekła.

– Julia, proszę. Nasze rodziny zawsze się przyjaźniły. Miałam nadzieję, że dzisiaj cię spotkam. Chciałam ci przekazać wyrazy współczucia z powodu śmierci twojej babci.

Bridie była jej wdzięczna za kondolencje.

– Dziękuję, pani O’Leary – odparła, podkreślając, że nie życzy sobie zażyłości.

– Ciągle ją widzę, jak siedzi przy ogniu, paląc glinianą fajkę.

– Tęsknię za nią – przyznała Bridie, ale bardziej niż za babcią tęskniła za tym, co reprezentowała stara kobieta: za przeszłością, której Bridie nie mogła już odzyskać.

– Wiem, moja droga. Gdy mój Liam umarł, czułam się, jakby ktoś wydarł mi serce.

– Tak, słyszałam o jego śmierci. Też jest mi bardzo przykro. Był dobrym człowiekiem i mądrym weterynarzem.

– Nie lubię zmian, ale, cóż, wszystko się zmienia. Wystarczy popatrzeć na ciebie, panią na Castle Deverill.

– Kupiłam zamek, żeby uchronić go przed obcymi – odparowała Bridie, nagle odczuwając potrzebę wyjaśnienia tej kobiecie, która zawsze uważała Doyle’ów za stojących niżej w hierarchii społecznej, dlaczego córka kucharki zapragnęła kupić ten wspaniały zamek.

Ale Julia O’Leary wydawała się nie mieć jej tego za złe.

– Postąpiłaś bardzo rozsądnie – pochwaliła. – To pokrzepiające, że ten piękny dom trafił w ręce kogoś, kto go dobrze zna; w końcu ty i twoja matka prawie tam mieszkałyście. Jestem dumna z ciebie, Bridie. Jestem dumna z tego, co w życiu osiągnęłaś. Większość ludzi nigdy nie opuszcza rodzinnych stron, a ty pojechałaś do Ameryki i zrobiłaś coś dla siebie. Możesz służyć za znakomity przykład. Ballinakelly ma szczęście, że zdecydowałaś się wrócić. – Bridie była tak rozbrojona słowami pani O’Leary, że zaniemówiła. – Poznałaś już moją synową, Emer? Ona i Jack właśnie wrócili z Buenos Aires. Jest w podobnym wieku co ty. Ma troje dzieci, które mogą być wspaniałymi towarzyszami zabaw dla twojego chłopca.

Bridie położyła dłoń na ramieniu Leopolda.

 

– On ma siedem lat – powiedziała.

– Jest w tym samym wieku co mały Liam – oznajmiła Julia. Skinieniem ręki przywołała Emer. – Polubisz Emer, wszyscy ją lubią. Nie ma w niej ani krztyny złośliwości.

Uśmiech Emer był jak balsam na duszę Bridie. Nowa znajoma nie patrzyła na nią podejrzliwie ani nie odrzucała z zazdrości, że zaszła tak wysoko. Po prostu uprzejmie się z nią przywitała i uścisnęła jej rękę, jakby Bridie zawsze była hrabiną. Przez jedną ulotną chwilę Bridie poczuła się tak, jakby znów była w Nowym Jorku, gdzie ludzie akceptowali ją taką, jaką jest.

– Obydwie dopiero przyjechałyśmy do Ballinakelly – zauważyła Bridie.

– Ja już pokochałam to miejsce – oświadczyła Emer. – Podoba mi się, że jest tu tak spokojnie i cicho. Nowy Jork i Buenos Aires to wielkie, hałaśliwe miasta, a Ballinakelly jest przytulne. Lubię mieszkać nad morzem. Mam morze we krwi. Nie sądzę, żebym tęskniła za wielkomiejskim życiem, ponieważ w pewnym sensie wróciłam do korzeni. Moja rodzina pochodzi z hrabstwa Wicklow.

– Ona jest Irlandką do szpiku kości – rzekła z dumą Julia. – Czy możemy cię odwiedzić w zamku? Nie chciałam tam jechać, gdy należał do Deverillów. Ale teraz, gdy ty jesteś tam panią, ciekawi mnie, jak wygląda w środku.

– Pozwólmy hrabinie się tam zadomowić, zanim spadniemy jej na głowę – wtrąciła delikatnie Emer zażenowana brakiem powściągliwości teściowej.

– Ależ nie ma potrzeby zwlekać – przyznała Bridie, zachwycona, że jej towarzystwo znów jest pożądane. – Musicie przyprowadzić ze sobą dzieci. Mój brat Sean i jego żona Rosetta mają ich pięcioro. Może wpadniecie na podwieczorek? Będzie mi miło. Z ogromną radością oprowadzę was po zamku. Sama ciągle go poznaję!

– Witaj, Bridie – powiedział Jack, stając obok żony.

– Cześć, Jack. – Bridie uniosła podbródek.

Nastała chwila niezręcznej ciszy, zanim matka Jacka podjęła kolejną próbę ubarwienia przeszłości.

– Nasze rodziny były bardzo zaprzyjaźnione, Emer. W dzieciństwie Jack i Bridie bawili się razem.

– Jack zawsze kochał zwierzęta – stwierdziła Bridie.

– A Bridie bała się owadów – dodał Jack.

– Zwłaszcza włochatych liszek – wyznała Bridie.

– I szczurów.

– Nikt nie lubi szczurów.

– Jack je lubi – napomknęła ze śmiechem Emer. Wszyscy wybuchnęli śmiechem, ponieważ Emer posiadła dar rozświetlania najciemniejszych miejsc. – Czyż to nie wspaniale się składa, że przyjechaliśmy tu równocześnie? – zwróciła się do męża.

– Wspaniale – przyznał Jack. – Dobrze się urządziłaś, Bridie.

Bridie zmarszczyła brwi. Nie spodziewała się wsparcia ze strony Jacka. Ale potem, zdając sobie sprawę, że Kitty jego również zdradziła, uśmiechnęła się porozumiewawczo w nadziei, że dostrzeże w jej uśmiechu przebaczenie. Kitty była jej wrogiem, a z tego, co ludzie mówili – także i Jacka.

– Może wszyscy przyjdziecie na herbatę? – zasugerowała radośnie. – Opowiem wam o moich planach urządzenia wspaniałego balu...

Rozdział 7

Od chwili gdy Kitty zobaczyła Jacka O’Leary’ego przez szybę sklepu modystki, przeżywała głęboką udrękę. Nigdy nie myślała, że Jack wróci do domu. W końcu udało jej się ułożyć sobie życie, wreszcie znalazła szczęście z Robertem, JP i Florence. Nauczyła się żyć bez niego. Wolała, żeby pozostał w Ameryce. Mogłaby wtedy dalej snuć wyobrażenia o jego życiu wedle swojej woli. Ale on był tutaj, w Ballinakelly, i należał do kogoś innego!

Kitty nienawidziła siebie za pogardzanie jego żoną, a jednak nic nie mogła na to poradzić. A ponieważ ta kobieta emanowała pogodą ducha osoby całkowicie szczęśliwej, pogardzała nią tym bardziej. Nie miało znaczenia, że sama dokonała wyboru. To ona zdecydowała się nie uciekać z Jackiem do Ameryki, zostać z mężem i urodzić mu dziecko. To się zupełnie nie liczyło... Wiedziała, że myśli irracjonalnie, a jednak czuła się tak, jakby tamtego ranka w Ballinakelly Jack chwycił ją za serce. Ale jego dłoń była tak zimna i nieczuła jak jego oczy.

Kitty miotała się po domu jak w transie, ledwie słysząc pytania Florence czy słowa męża przy stole w jadalni. Miała tak ściśnięte gardło, że prawie nie mogła przełykać, a w środku nocy obudziła się z poduszką mokrą od łez. Jak poradzi sobie z obecnością Jacka w Ballinakelly? Jak może udawać, że wszystko jest w porządku, gdy palce Jacka wyciskały życie z jej serca? Trudno będzie zachowywać pozory. Cóż, musi przestać jeździć do miasta. Będzie siedzieć w domu. Przynajmniej uniknie przypadkowego z nim spotkania.

Robert oczywiście zauważył godny pożałowania stan żony. Przypuszczał, że to reakcja na wprowadzenie się do zamku hrabiny di Marcantonio. Kitty rzeczywiście bardzo się zdenerwowała z tego powodu. Ale mylił się. Po raz pierwszy uczucia Kitty do Castle Deverill przyćmiło coś innego. Przyjazd Bridie zbladł wobec niespodziewanego powrotu Jacka. Uśmiechała się nawet z goryczą na wspomnienie tamtego zmartwienia. Przez całe życie stawiała zamek na pierwszym miejscu. Być może popełniła błąd.

Robert tracił cierpliwość. Kochał Kitty za jej namiętną naturę. Wiedział, że przeżywa wszystko głęboko i ekspresyjnie. Od wielu lat znosił jej obsesję na punkcie zamku. Ale to, co kiedyś było urocze i romantyczne, zaczynało być nużące. Oczywiście, że cierpiała, gdy większość budynku zniszczył pożar podczas konfliktu i później, gdy jej kuzynka Celia kupiła zamek i go odbudowała. Wówczas wspierał żonę i głęboko jej współczuł. Nie narzekał, kiedy nie mówiła o niczym innym, kiedy pochłaniała ją rozpacz, którą wszyscy rozumieli. Wykazywał się świętą cierpliwością. Ale po samobójstwie Archiego i decyzji Celii, by sprzedać zamek, Kitty powinna wykazać na tyle rozsądku, żeby się z tym pogodzić. Miała przecież rodzinę i własny dom do prowadzenia. Zdaniem Roberta jej przywiązanie do zamku przerodziło się w obsesję, która kładła się cieniem na jej zdrowiu i ich małżeństwie. Postanowił, że przetrzyma te fanaberie jeszcze przez tydzień, a potem, jeśli Kitty nie przestanie rozpaczać, będzie musiał się z nią poważnie rozmówić.

*

JP dostał list od Marthy. Z podnieceniem wsunął go do kieszeni, osiodłał konia i pogalopował do Magicznego Kręgu. Przywiązał klacz do drzewa i przysiadł na jednym z mniejszych kamieni, rozrzuconych wokół gigantycznych głazów. Mając u stóp morze rozbijające się o skały, a nad głową jasny lodowaty błękit nieba, wyciągnął list z koperty i zaczął czytać. Gdy przebiegał wzrokiem po starannym piśmie, ogarnęło go jeszcze większe szczęście. A więc o nim nie zapomniała! Przycisnął papier do piersi i wystawił twarz na wiatr. To była miłość. Poeci usiłowali to uczucie ubrać w słowa. Ale teraz już wiedział, że żadne poetyckie słowa nie są w stanie go opisać.

JP postanowił natychmiast odpowiedzieć na adres umieszczony na kopercie. Napisze jej, że gdy tylko otrzyma od niej potwierdzenie, że będzie na niego czekać, przyjedzie do Londynu pod pretekstem odwiedzin Harry’ego. Ledwie mógł ukryć zniecierpliwienie, żeby znów ją zobaczyć. Podniósł oczy do nieba i zauważył grubą ścianę chmur nadciągającą znad wody. Przymykając oczy, poczuł lekką mżawkę na skórze. Co tam mały deszczyk, a nawet burza! Było mu ciepło na duszy na wspomnienie uśmiechu Marthy i dotyku jej ręki.

*

Alana O’Leary miała dziesięć lat. Będąc najstarszym dzieckiem Jacka i Emer, wydawała się jednak starsza. Cechował ją wrodzony rozsądek, upór, odpowiedzialność i bezkompromisowa niezależność. Urodzona w Ameryce, ale wychowana w Argentynie, posługiwała się hiszpańskim jak rodzimym językiem, a poza tym była obdarzona chłonnym umysłem i pewnością siebie. Jej akcent trudno było umiejscowić, ponieważ składały się nań wpływy amerykańskiego angielskiego, irlandzkiego i hiszpańskiego, charakter zaś został ukształtowany życiem w dwóch odmiennych kulturach. Dzieciom w zaściankowym Ballinakelly wydawała się dziewczynką nieco ekscentryczną. Alana obnosiła się ze swoją oryginalnością. Chociaż innym dzieciom ta cecha mogła się nie podobać, Alanie sprawiała przyjemność. Jej rodzice wychowali ją tak, by była dumna z tego, kim jest.

Z jasnymi włosami matki i jasnoniebieskimi oczami ojca Alana była uderzająco piękna. Jej twarz lśniła witalnością, która odróżniała ją od reszty. Wydawała się bardziej spostrzegawcza od innych dzieci, bardziej ciekawa świata i śmiała, zmierzająca zawsze tam, dokąd prowadziła ją ciekawość, a szczególnie w nieznane. Najbardziej umiłowała przyrodę, a tej w hrabstwie Cork było w obfitości. Alana uwielbiała morze, rzeki i strumienie, gęste lasy oraz wysokie trawy Irlandii oraz mnóstwo żyjących tam stworzeń. Musiała się hamować, by siedzieć spokojnie w szkolnej ławce, podczas gdy natura przyzywała ją szeptem słonawego wiatru.

Pewnego poranka pokonała kamienny mur na tyłach szkoły, rozdzierając dół niebieskiej sukienki o wystający kamień, i wąskimi uliczkami Ballinakelly pobiegła w kierunku wzgórz. Niebo lśniło modrą niebieskością, na nim wirowały mewy, ich białe skrzydła jaśniały i mieniły się w zimowym słońcu. Z sercem przepełnionym radością Alana skręciła na ścieżkę wijącą się wśród wrzosowisk, aż budynek szkoły i prowadzące zajęcia zakonnice znalazły się daleko za nią. Gdy już była pewna, że nikt jej nie przyłapie, zwolniła kroku. Pomimo że miała na sobie tylko sweterek i skórzane buty, które chroniły jej stopy przed przemoczeniem, napawała się wolnością, nie zwracając ani odrobiny uwagi na zimne lutowe powietrze oraz ciężkie chmury z wolna wdzierające się w głąb lądu.

Ścieżka prowadziła na wzgórza. Alana szła w podskokach, rozglądając się wokół siebie z podziwem. Owce pasły się wśród skał, ptaki ćwierkały w krzakach. Zauważyła parę płowych zajęcy, które czmychnęły, gdy próbowała się do nich zbliżyć, i lisi ogon, znikający za grzbietem pagórka. Widząc kota polującego w wysokich trawach, poszła za nim, zbaczając ze ścieżki i zagłębiając się w pustkowie. W końcu znalazła strumień, przyklękła przy nim i nabrała w dłoń wody, żeby się napić. Nie zważała na to, że sukienkę ma poplamioną błotem, a wstążki wypadły jej z włosów, ponieważ przyroda całkowicie ją pochłonęła. Zachwycała się szmerem strumyka i odległym rykiem morza, a nawet deszczem, gdy krople wody spadały jej na twarz.

Dopiero gdy zmarzła, przygoda straciła trochę na swej atrakcyjności. Rozejrzała się w poszukiwaniu drogi powrotnej do miasta, ale niczego nie rozpoznawała. Nie było żadnej ścieżki ani drogi, tylko wzgórza, pola, lasy i wiatr, który wiał coraz mocniej, a szare chmury gromadziły się złowieszczo nad nią, zaciemniając niebo. Nie czuła jednak strachu, tylko złość na siebie, że się zgubiła. Powinna trzymać się ścieżki... Zaczęła schodzić ze wzgórza wzdłuż strumienia. Czyż strumienie nie wpadają do morza?

*

Z listem Marthy przyciśniętym do serca w wewnętrznej kieszeni marynarki JP przejechał konno grań wzgórza, które tak dobrze znał. Od dzieciństwa jeździł po tej ziemi, która kiedyś należała do jego rodziny. Nigdzie nie było tak pięknie jak tu. Jednak dziś, gdy czuł list Marthy na sercu, to miejsce wydawało mu się jeszcze piękniejsze. Zerknął na pędzące chmury i zamrugał, gdy mżawka osiadła mu na rzęsach. Nawet w posępności gasnącego dnia dostrzegał piękno. Czerpał przyjemność z widoku żółtego janowca i szerokich smug brązowych wrzosów. Zatrzymał konia, żeby nacieszyć się chwilą. Pewnego dnia sprowadzi tu Marthę. Był przekonany, że pokocha tę ziemię tak jak on.

Nagle w oddali dostrzegł drobną postać schodzącą powoli ze wzgórza. Po niebieskiej sukience i długich włosach poznał, że to dziewczynka, a po jej niepewnym kroku wyczuł, że się zgubiła. Spiął konia i pogalopował ku niej po rozmokłej ziemi.

Gdy Alana usłyszała tętent kopyt, podniosła wzrok. Patrzyła na zbliżającego się jeźdźca. Zbyt dumna, żeby przyznać przed nieznajomym, że się zgubiła, uniosła głowę, ukrywając ulgę pod wyniosłym spojrzeniem.

– Cześć – powiedział JP, zwalniając do kłusa. Alana cofnęła się, gdy mężczyzna ściągnął konia i się zatrzymał. Koń parsknął przez rozdęte, lśniące chrapy i potrząsnął błyszczącą grzywą. – Wszystko w porządku?

– Oczywiście – odparła Alana, odgarniając brudną od błota dłonią włosy z twarzy.

JP zmrużył oczy. Nie rozpoznawał dziewczynki ani jej akcentu. Wyraźnie nie była stąd.

– Jesteś pewna? – Zauważył, że cała drży.

Alana nagle zdała sobie sprawę ze swojego wyglądu; zerknęła w dół na podartą i zabłoconą sukienkę, przemoczone buty i skarpetki.

– Jak się nazywasz? – spytał JP.

Gdy Alana znów na niego spojrzała, zauważyła, że miło się do niej uśmiecha.

– Ochrzczono mnie Rosaleen, ale gdy byłam mała, mama nazywała mnie Alana, co po gaelicku oznacza „dziecinka”. Wszyscy zaczęli ją naśladować. A więc jestem Alana, Alana O’Leary – wyjaśniła.

 

Uśmiechnął się rozbawiony jej długą odpowiedzią oraz dużą dozą pewności siebie.

– Ach, a więc jesteś z O’Learych, nieprawdaż? – Zmarszczył brwi, ponieważ nie brzmiała jak jedna z nich.

– Niedawno przyjechałam z Argentyny – dodała. – Mój ojciec był weterynarzem w Ballinakelly, zanim przeniósł się do Ameryki. Nazywa się Jack O’Leary.

JP skinął głową, ponieważ słyszał o Jacku O’Learym.

– Co robisz, wędrując sama po wzgórzach? Nawet nie masz płaszcza.

Alana obciągnęła sweter, nagle onieśmielona przy nieznajomym, który mówił jakoś inaczej niż ludzie, do których przywykła.

– Zapomniałam go włożyć. Świeciło słońce, gdy wychodziłam ze szkoły...

– Rozumiem – powiedział, unosząc brew. – Uciekłaś z lekcji, prawda?

Zachęcona jego szerokim uśmiechem, w którym kryło się sporo szelmostwa, uśmiechnęła się również i wyznała:

– Nie lubię szkoły.

– Nie sądzę, żeby ktoś ją lubił. Nikt nie lubi się uczyć. Zawsze byłem szczęśliwszy tutaj niż za jej murami. Ale zaraz się rozpada, spójrz na te chmury, a jesteś daleko od Ballinakelly. – Alana spojrzała rozpaczliwie w dolinę. – Wiesz, że oddalasz się od miasta? – spytał delikatnie, a ona tym razem potulnie pokręciła głową. – Jeśli nadal będziesz szła w tym kierunku, dojdziesz do Drimoleague.

– Nie znam Drimoleague.

– Urocza miejscowość, warta zobaczenia. Ale może nie dzisiaj.

JP zeskoczył z siodła, a Alana była pod wrażeniem swobody, z jaką to zrobił. Teraz widziała, że pod rondem kapelusza jego oczy były jasnoszare i bardzo błyszczące. Zdjął marynarkę.

– Włóż to, zanim się przeziębisz. Odwiozę cię do domu. Pokażesz mi, gdzie mieszkasz.

– Mam jechać na koniu? – Popatrzyła nieufnie na zwierzę, podczas gdy on pomagał jej włożyć marynarkę. Była dla niej o wiele za duża, sięgała jej prawie do kolan, ale była ciepła. Zdała sobie sprawę, jak bardzo przemarzła. Znów zadrżała.

– Nigdy nie jechałaś na koniu?

– Nie. Tata jeździ konno, ale mama boi się koni.

– Nie musisz się obawiać Dervishy, to łagodna klacz. – Chwycił ją pod ramiona. – Kiedy powiem wskakuj, skacz. – Zanim Alana zdążyła pomyśleć, została posadzona na siodło. Młody mężczyzna podał jej wodze, a potem wsadził stopę w strzemię i sam wskoczył na siodło za nią. – W porządku – powiedział, obejmując ją ramionami, żeby wziąć wodze. – Gotowa? – Koń powoli zaczął się wspinać z powrotem na wzgórze. – Nazywam się JP Deverill: J od Jacka, jak twój ojciec, a P od Patricka, jak święty patron Irlandii. Twoja rodzina i moja mieszkają w hrabstwie Cork od stuleci. Wiedziałaś o tym?

– Nie.

– Ile masz lat, Alano?

– Dziesięć i pół – odparła.

– Podoba ci się Irlandia?

– Kocham Irlandię – wyznała, a entuzjazm w jej głosie świadczył, że mówi szczerze.

– Opowiedz mi, jak wyglądało twoje życie w Argentynie.

Oparła się o jego ciepłe ciało i westchnęła.

– Najpierw mieszkałam w Ameryce. W Nowym Jorku. Ale byłam mała, gdy wyjechałam i niewiele pamiętam. Pamiętam nasze mieszkanie i śnieg zimą. W Buenos Aires nie było śniegu, a niebo było zawsze niebieskie. Ale wolę Irlandię. Wiesz, że dziś widziałam lisa? Tylko ogon, ale to na pewno był lis. Wiem wszystko o zwierzętach, ponieważ ojciec opowiadał mi różne historie z okresu, gdy był weterynarzem.

JP pozwolił dziewczynce paplać. Zaskoczyła go jej dojrzałość. Wydawała się starsza, niż wskazywałby na to jej wiek. Bez onieśmielenia opowiadała mu o swym życiu; nie okazywała zdenerwowania, że siedzi na koniu. Zanim dotarli do domu, Alana opowiedziała mu wiele o sobie. JP słuchał z rozbawionym zainteresowaniem, ponieważ była pełnym życia, niezwykłym dzieckiem.

W porwanej i zabłoconej sukience Alana nie mogła wrócić do szkoły, a więc skierowała JP do domu, który wynajął jej ojciec, rozglądając się za miejscem, gdzie mógłby zbudować własny. Budynek był pobielony, miał dach pokryty szarą dachówką i stał na obrzeżach miasta, niedaleko morza. JP zeskoczył z konia i pomógł zejść Alanie.

– Dziękuję, że przywiozłeś mnie do domu – powiedziała. Przypominając sobie, że ma na sobie jego marynarkę, zdjęła ją i mu podała. – Już jest mi ciepło – oświadczyła.

– Napij się czegoś gorącego – poradził. – Mam nadzieję, że mama nie odeśle cię z powrotem do szkoły!

Już miał wskoczyć na siodło, gdy drzwi otworzyły się i stanęła w nich jasnowłosa kobieta o takiej samej karnacji jak córka. Na jej twarzy malowało się zaskoczenie. Popatrzyła na porwaną sukienkę i zabłocone buty, a potem z konsternacją spojrzała na JP.

JP zdjął kapelusz, odsłaniając czuprynę rudych włosów.

– Spotkałem pani córkę wędrującą po wzgórzach jak lis – wyjaśnił, a gdy uśmiechnął się szeroko do Alany, dziewczynka poczuła, jakby coś podskoczyło jej w brzuchu.

– Wędrowała po wzgórzach? – spytała z niedowierzaniem Emer O’Leary. – Alana?

– Nie lubię szkoły! – Mała wzruszyła ramionami. – Poszłam poszukać innej edukacji. Tacie by się spodobało – dodała i zerknęła figlarnie na JP, wiedząc, że jej tupet go rozbawi. JP był ciekaw, czy jej matka będzie równie rozbawiona.

Emer pobłażliwie wykrzywiła kąciki ust i wzięła się pod boki.

– Lepiej już wejdź i umyj się, dobrze? Mamy gościa. Hrabina di Marcantonio jest w salonie, a więc gdy doprowadzisz się do porządku, możesz przyjść się przywitać. – Potem zwróciła się do JP. – Jak mam panu dziękować?

– JP Deverill – przedstawił się, wyciągając rękę. Emer potrząsnęła nią i poczuła, że rumieniec rozkwita na jej policzkach, ponieważ młody człowiek był bardzo atrakcyjny.

– Emer O’Leary – odpowiedziała, a potem poczuła się trochę głupio, ponieważ była pewna, że Alana już się przedstawiła. – Zechce pan się czegoś napić? Jest zimno i mokro, w salonie w kominku buzuje ogień. Podałam właśnie herbatę. Czy poznał pan już hrabinę?

– Nie miałem przyjemności – odparł JP. Chętnie poznałby osławioną hrabinę di Marcantonio, kobietę, która doprowadzała Kitty i jego ojca do wściekłości, ale wiedział, że Kitty by sobie tego nie życzyła. – Naprawdę muszę już jechać. – Włożył kapelusz.

– Jest pan bardzo uprzejmy. Przepraszam za kłopot.

– Żaden kłopot, doprawdy. Przez całą drogę pani córka zabawiała mnie opowieściami o Buenos Aires.

– Nie jestem tym zaskoczona. – Emer pokręciła głową na myśl o swym gadatliwym dziecku, a JP wskoczył na konia i ruszył w powrotną drogę.

*

Gdy Emer wróciła do salonu, Bridie siedziała przed kominkiem.

– To był pan Deverill – poinformowała Emer swoją nową przyjaciółkę.

Bridie zbladła.

– Pan Deverill...?

– JP Deverill. Przywiózł Alanę ze wzgórz. Uciekła ze szkoły. – Emer się roześmiała, a Bridie udawała rozbawienie, chociaż poczuła cios w serce. – Przystojny młodzieniec.

– Rzeczywiście – powiedziała Bridie piskliwym głosem. Przypomniała sobie moment, gdy usiłowała wywabić go z domu, gdy był małym chłopcem. Odwróciła twarz do ognia, żeby Emer nie zauważyła jej płonących ze wstydu policzków.

– Dobrze się czujesz, Bridie? – spytała ciepło Emer.

– To nic takiego – odparła pospiesznie Bridie. – Chyba jestem trochę głodna. Mogłabyś mnie poczęstować herbatnikiem?

– Oczywiście. – Emer pospiesznie opuściła pokój, pozostawiając Bridie na chwilę ze swoimi myślami. Żałowała, że to nie ona otworzyła drzwi. Tęskniła za widokiem swojego syna, za rozmową z nim. Chciała, żeby ją poznał, choćby nigdy nie miał się dowiedzieć, kim dla niego jest. Tak bardzo pragnęła, żeby wiedział, że istnieje.

Bridie podeszła do okna. Może zobaczy JP na drodze? Ale on już dawno zniknął. Wpatrując się w mżawkę, zdała sobie sprawę, że nie da rady tak żyć. Jej syn mieszka zaledwie kilka kilometrów od zamku, a ona nie może go widywać. Musi coś zrobić. Musi zaaranżować jakieś przypadkowe spotkanie. Coś wymyśli... Poprosi Dziewicę Maryję, żeby ją zainspirowała. W końcu jest matką; spośród wszystkich świętych Matka Boża najlepiej ją zrozumie.